Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

wtorek, 31 października 2017

Ponadczasowość (W. Osiatyński, Wembley, Wimbledon)

Wznowienie po latach reportaży sportowych Wiktora Osiatyńskiego to nie tylko przypomnienie mało znanej aktywności wybitnego, niedawno zmarłego prawnika, ale i przykład takiego pisania, które mimo upływu czasu zachowuje swoja sugestywność. Teksty autora dowodzą tego, że nawet portretując rzeczy ulotne, da się pokazać w nich pewną ponadczasowość. Książka podzielona jest na dwie części zatytułowane „Wembley” oraz „Wimbledon”. W ten sposób bez zbędnego komplikowania zasygnalizowano tematykę czytelnikowi. W pierwszym przypadku bohaterem jest piłka nożna, w drugim tenis. Osiatyńskiemu udaje się pisać o sporcie w sposób zajmujący, ale racjonalny, emocjonalny, ale daleki od egzaltacji, kompetentny, ale i czytelny dla laików. To wielka zaleta. Książka w pewnym sensie stanowi opowieść o dwóch wielkich sportowych mitach. Mam tu na myśli nie tylko przywołane w tytule miejsca, ale i ich historię, towarzyszącą im kulturę kibicowania oraz atmosferę związaną z dziejącymi się wydarzeniami sportowymi. Osiatyński z jednej strony zderza przeciwieństwa (piłka nożna jako sport bardziej plebejski, ale i bardziej angażujący widza, tenis jako sport elitarny, ale i – jak zostaje stwierdzone – często nudny), jednocześnie daleki jest od akcentowania stereotypowych rozpoznań. Jest uważnym i czujnym uczestnikiem wydarzeń. Dzięki temu poznajemy organizację wielkich sportowych wydarzeń od podszewki. Sprzyjający bywa przypadek, tupet i umiejętność wykorzystania zbiegu okoliczności. Osiatyński, kiedy jest to potrzebne, ujawnia własną obecność, nie przesadza z tym jednak, pamiętając, że sport i wszystko, co z nim związane, jest dla czytelników istotniejsze. Na uwagę zasługuje umiejętność takiego opisu, który potrafi wydobyć specyfikę danego meczu/turnieju przy jednoczesnym wskazaniu uniwersalności i procesualności wpisanej w każde jednostkowe wydarzenie. To między innymi dzięki temu teksty sprzed kilkudziesięciu lat czyta się z zainteresowaniem i dzisiaj.


Wiktor Osiatyński, Wembley, Wimbledon, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

poniedziałek, 30 października 2017

Budzenie się świadomości (H. Wardere, Cięcie)

Książka Hibo Wardere to połączenie narracji autobiograficznej, intymnego świadectwa z esejem o charakterze społeczno-obyczajowym, manifestem oraz płomienną deklaracją gotowości zmieniania świata na lepsze. Autorka zachowuje właściwie proporcje między przejmującą opowieścią o własnym doświadczeniu a opisem prowadzonych działań, przywoływaniem danych statystycznych i akcentowaniem ważności problemu. To bardzo ważne, gdyż dzięki temu jej głos wybrzmiewa mocno, wyraziście i przekonująco. Hibo Wardere jako kilkuletnia rezolutna dziewczynka zostaje brutalnie okaleczona. Matka zaprowadza ją do innych kobiet, które mają dokonać na dziecku aktu obrzezania. Autorka odtwarza swoje przerażenie sprzed lat, zagubienie i samotność. Szczególnie trudnym przeżyciem jest nie tylko cierpienie fizyczne, ale i poczucie odtrącenia przez matkę. Hibo długo nie będzie umiała tego wybaczyć. Kiedy jako młoda kobieta, opuszcza Somalię i prosi o azyl w Wielkiej Brytanii, jej życie zmienia się. Autorka postanawia o siebie zawalczyć. Pierwszy akt prowadzący do wyzwolenia to pójście do lekarza i prośba o „otworzenie” ciała na dole. Dzięki temu będzie mogła w końcu bez bólu oddawać mocz. Drugi akt to przyjęcie miłości i próba stłumienia w sobie lęku związanego ze zniszczoną seksualnością. Trzeci etap wiąże się z wiedzą. Wardere nie tylko decyduje się zmierzyć z widokiem swoich narządów płciowych, ale i zaczyna czytać na temat tego, co jej się przydarzyło. W konsekwencji postanawia edukować i uświadamiać innych. Opowiadając o sobie, mówi o dramacie tysięcy dziewczynek i kobiet. Cywilizacja Zachodu nie jest żadnym ocaleniem. Ludzie mieszkający wiele lat w Wielkiej Brytanii wywożą swoje dzieci do rodzinnych krajów, by przeprowadzić zabieg. Zdarza się również, że ten okrutny zwyczaj celebruje się na miejscu. Jest to więc dosłownie również problem Wielkiej Brytanii. Książka Wardere to publikacja ważna i potrzebna. Szczególnie przerażający jest fakt, iż największymi wrogami kobiet są często inne kobiety. Autorka wielokrotnie doświadcza nienawiści i niechęci ze strony tych, które choć same doświadczyły gwałtu na własnym ciele, chcą, by zwyczaj był kontynuowany. Równie bolesna jest obojętność ludzi, których to nie dotyczy. Wiedza, co udowadnia swoim działaniem Wardere, uaktywnia jednak gotowość pomocy i wsparcia.


Hibo Wardere, Cięcie, przeł. Anna Kłosiewicz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

niedziela, 29 października 2017

Praca a niewola (A. Wiatr, Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei)

Anna Wiatr staje po stronie swoich bohaterek. Od początku wiemy, kto jest w tej opowieści przegranym, i jakie środowisko próbuje sportretować autorka. Wiatr w swoim pisaniu wykorzystuje tradycję reportażu prasowego, nie próbuje opisywanych faktów opisywać w literacki sposób. W efekcie właściwie w żaden sposób nie zostaje ukryte to, iż mamy do czynienia z opowieścią z tezą, w przekazie jak najbardziej słuszną, bo upominającą się o słabszych, ale jednak z tezą. Ta jednostronność momentami trochę przeszkadza lub przynajmniej rodzi poczucie niedosytu. Chciałoby się poznać bardziej zróżnicowane portrety starych Niemek i Niemców zatrudniających do opieki Polki, chciałoby się również usłyszeć o nieco mniej oczywistym schemacie biograficznym bohaterek. Książkę tę trzeba więc potraktować jako początek badań, portret, który ma nas oswoić z tematem, opowieść, która wymaga dopowiedzenia. Taka przyjęta perspektywa umożliwia docenienie działań autorki oraz jej zaangażowania w problem. Zderzamy się bowiem tutaj nie tylko z opisem o wyraźnie społecznym zacięciu, postulatywnym, bo odsłaniającym prawne niedociągnięcia i manifestującym potrzebę zmian, ale i – co okazuje się ciekawe z formalnego punktu widzenia – z wcieleniem się w rolę opiekunki przez Wiatr. Pozwala to autorce zapoznać się z tematem nie tylko w sposób teoretyczny. Wzbudza ona również zaufanie swoich rozmówczyń, stając się na pewien czas jedną z nich. Biograficzne portrety bohaterek książki odsłaniają wzajemną nieufność zatrudniających i zatrudnianych, związaną z faktem wykonywania pracy w domu pracodawcy, ale też pokazują łatwość rodzenia się poczucia władzy, wyższości i pogardy wobec tych, którzy są biedniejsi i mają nieść pomoc. Reportaż ten okazuje się również ciekawym głosem na temat współegzystowania starości i młodości – z konieczności, z samotności, dla zarobku. Obu stronom towarzyszy innego rodzaju przymus, co nie zmienia faktu, iż wspólne życie przez pewien czas, tożsame z pracą, bywa często koszmarem i doświadczeniem traumatycznym.


Anna Wiatr, Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

sobota, 28 października 2017

Dostęp reglamentowany (A. Boćkowska, Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL)

Tytuł reportażu Aleksandry Boćkowskiej sugeruje, iż na plan pierwszy zaprezentowanej opowieści wysunie się Pewex ze swoimi pozornie dostępnymi, bo nie dla wszystkich, dobrami. Tak jednak nie jest. Autorka, owszem, przywołuje mit nieosiągalności, innej estetyki i specyficznego zapachu towarzyszącego odwiedzaniu wspomnianych sklepów, jednak dużo bardziej interesuje ją funkcjonowanie różnych środowisk mających dostęp do lepszego świata oraz ich wpływ na otoczenie. W pewnym więc sensie pozostaje wierna perspektywie przyjętej w „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” – pokazuje, że nieprzyjazną rzeczywistość można było próbować oswoić, ale jednocześnie odsłania smutek i rozczarowanie związane z koniecznością ciągłego pretendowania w miejsce partnerstwa. W historii zdobywania tego, co dzisiaj wydaje się całkiem zwyczajne, tkwi bowiem nie tylko przekonanie o zadziwiającej pomysłowości Polaków, odsłaniane zostaje również upokorzenie, jakiego doświadczano w epoce komunizmu. Fakt niedostępności tzw. odrobiny luksusu oraz to, że całkiem zwyczajne dobra materialne urastały do rangi owego luksusu, dużo mówią o epoce, polityce i życiu społecznym. Boćkowska stara się pokazać przedstawicieli różnych grup zawodowych (np. marynarzy czy stewardesy), które poprzez możliwość przebywania na Zachodzie, mają ułatwiony dostęp do tego, co jest marzeniem w ich własnym kraju. Tak naprawdę więc „Księżyc z Peweksu” to opowieść nie tyle o wspomnianym luksusie, co o biedzie, nie tyle o dostępności, co o braku, nie tyle o zaspokojonych pragnieniach, co o ideowym głodzie.

Aleksandra Boćkowska, Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

niedziela, 22 października 2017

Zapiski (po)festiwalowe (Międzynarodowy Festiwal Teatralny Demoludy – Nowa Europa, Olsztyn 2017)

Trudno nie zgodzić się z dyrektorką Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Demoludy – Nowa Europa, Moniką Kozłowską, która w wypowiedziach medialnych akcentowała, że to, co łączy zaplanowane na tegoroczną odsłonę spektakle, to forma. Poczynając od czeskiego Klicperovo Divadlo, który zaprezentował bazującą na prozie Borisa Viana, pełną absurdu i energii, „Pianę dni”, przez Wileński Teatr Lèlè, stawiający na ruch, taniec i maski, pokazujący mrocznego „Piaskuna” E.T.A. Hoffmanna, oraz znakomicie oddający dramat przemian węgierski Forte Company, występujący z „Królestwem Twoim” na podstawie Sándora Tara, po lubelski Teatr im. H.Ch. Andersena, który postanowił wejść w dialog z „Weselem” Wyspiańskiego – we wszystkich tych sztukach forma odgrywała kluczową rolę, korespondując z treścią i dzięki sugestywności tego, co widzialne, odsłaniając jej dodatkowe znaczenia. Chyba tylko olsztyńska propozycja – „Noc Helvera” Ingmara Vilqista – nieco się wyłamywała z tej konwencji, pozostając przy dramacie racji i traumatycznych przeżyć dwojga bohaterów, rezygnując ze wspomagania dziejących się na scenie emocji dodatkowymi efektami.

Dzień pierwszy: „Piana dni”, czyli przemijanie w rytmie muzyki
Boris Vian to swego czasu pisarz kultowy i skandalista. Obejrzenie propozycji czeskiego teatru Klicperovo Divadlo mogło więc stać się pretekstem do zastanowienia się nad trwałością kulturowych odniesień, ponadczasowym potencjałem tkwiącym w dobrej literaturze oraz możliwościach teatralnego opracowywania stylistyki absurdu. To, co oglądaliśmy na scenie, stanowiło bowiem intrygujące rozegranie tego wszystkiego, co w swoich utworach przywoływał Vian, ale i niebanalnego połączenia konwencji serio z zabawą.
Warto zwrócić uwagę na kolory odgrywające niebagatelną rolę w spektaklu. Dominacja pastelowych, cukierkowych barw tylko pozornie ukierunkowuje nas w stronę tego, co błahe i banalne. Pary, w które łączą się bohaterowie, również uporządkowane są według kolorów – Colin (Miroslav Zavičár) i Chloé (Marie Poulová) to barwy jasne, niewinne, bohaterowie mają bowiem symbolicznie otworzyć się na wyczekiwaną, idealistyczną miłość, Chick (Jan Sklenář) i Alice (Marta Zaoralová) to przede wszystkim czerń, ich bowiem zniszczy przerysowany i ironiczny w swojej wymowie zachwyt nad Jeanem-Sol Partrem (skojarzenie nieprzypadkowe), natomiast Isis (Natálie Holíková) i Nicolas (Jiří Zapletal) to dominacja barw złotych, które naprowadzają do upodobania do form charakterystycznych dla burżuazji. Niezależnie więc od tego, czy wyborem bohaterów będzie sentymentalizm i romantyzm, czy egzystencjalizm, czy może materializm, wszystkich czeka porażka.
Znakomicie rozegrana opowieść o szalonej grupie przyjaciół, zmierzających stopniowo, ale i brawurowo do katastrofy, uzupełniana jest grą zespołu muzycznego Mastix, który czasami słyszalny i zauważalny jest za dekoracją, czasami pojawia się na scenie. Jest więc nie tylko uzupełnieniem tego, co dzieje się między bohaterami, ale i pełni aktywną, choć umowną, rolę. Ważną postacią jest Myszka (Ondřej Malý) – pełni rolę pocieszyciela, towarzysza, osoby wyrozumiałej i kogoś, kto przeczuwa zbliżającą się katastrofę i ostatecznie jest w stanie przyjąć ją z największą odwagą. Choć egzystencjalizm zostaje spalony, romantyzm przegrywa ze śmiercią, a materializm zostaje zdegradowany przez brak, kluczowe i zwycięskie w swojej wymowie wydają się dwie kwestie – fakt, że Colinowi nie wystarcza energii na to, by wyrosły z jego ciała lufy karabinów, oraz fakt, że Myszka ma odwagę wsunąć swoją głowę w otwartą mordkę kota.

Boris Vian, Piana dni, adaptacja i reżyseria: SKUTR (Martin Kukučka i Lukaš Trpišpvský), Klicerovo Divadlo (Czechy).

Dzień drugi: „Piaskun”, czyli mroczne tajniki duszy
Taniec, ruch, maski i muzyka – to kluczowe elementy spektaklu zaproponowanego przez Wileński Teatr Lèlè. Kobieta w niebieskiej sukni i mężczyzna w białej koszuli siedzą przy stole, ale choć próbują nawiązać porozumienie, są od siebie oddaleni. Mroczne tło, granie sugestywnością cienia i ledwie tlącego się światła, bezruch wykorzystywanych masek przy jednoczesnym poruszaniu się ich ciał za sprawą gry aktorów – to wszystko tworzyło klimat typowy dla nocnych lęków, koszmarów, przeraźliwych snów. Wszystkie elementy spektaklu wzajemnie ze sobą korespondowały, właściwie w żadnym momencie nie było widać chęci wyeksponowania którejś ze sztuk bardziej, bo najważniejsze było to, co działo się wspólnie.
Maska połączona z czarnym płaszczem ożywała w towarzystwie aktorów. Specjalnie używam określenia „w towarzystwie”, bowiem umowność związana z maską właściwie w spektaklu znikała. Zachwycający taniec, perfekcyjne panowanie nad własnym ciałem, czuwanie nad odgrywanym rozdwojeniem (byciem sobą i kimś w masce) nie tylko wywoływało duże wrażenie, ale i potwierdzało mistrzostwo aktorów. Muzyka dodatkowo wzmagała mroczność prezentowanej opowieści z pogranicza snu i jawy, z koszmaru, z rzeczywistości, która staje się więzieniem. Delikatna, towarzysząca, kiedy trzeba mocniejsza, no i co jakiś czas powtarzający się motyw sypania piasku, który w tym wypadku przypominał klekotanie kości.

E.T.A. Hoffmann, Piaskun, scenariusz, reżyseria i projekty lalek: Gintare Radvilavičiūté, Vilniaus Teatras Lélé (Litwa).

Dzień drugi: „Noc Helvera”, czyli psychologia grupy i jej wpływ na jednostkę
Propozycja Teatru im. S. Jaracza w Olsztynie to sięgnięcie po bardzo swego czasu znany tekst Ingmara Vilgista. Dramat niełatwego związku dwojga bohaterów zostaje uwikłany w dwa porządki – publiczny, bo to sygnały z zewnątrz wpływają na decyzje, których nie da się cofnąć, i prywatny, związany z relacjami budowanymi z najbliższymi. Akcja spektaklu rozgrywa się w zamkniętym pomieszczeniu – to mieszkanie, a właściwie głównie kuchnia. Jednak porządek, który pozornie można zachować, zamykając drzwi i okna, zostaje zakłócony przez głosy, których nie da się uciszyć – słychać okrzyki tłumu, który z nienawiścią skanduje hasła przeciwko Innym, słychać to wszystko, co Helver otrzymuje od Gilberta i co ma uczynić z niego prawdziwego mężczyznę, słychać wreszcie dramat pamięci, bo to, co wydarzyło się przed laty, ciągle o sobie przypomina i nie pozwala na ukojenie czerpane z zapomnienia. Helver (Radosław Jamroż) jest niepełnosprawnym chłopcem/młodym mężczyzną, Karla (Ewa Pałuska-Szozda) to kobieta, która go wychowuje.
Spektakl można odczytywać na różne sposoby. W początkowych partiach przedstawienia i w finale na plan pierwszy wysuwa się dramat uwikłania jednostki w sytuację bez wyjścia, będącą konsekwencją pogardy okazywanej przez większość. Napiętnowanie Innego może być dla jednych źródłem siły, dla innych podstawą katastrofy i upokorzenia. Na początku Helver zachowuje się w sposób brutalny, okrutny, fascynuje go przemoc, z czasem okazuje się kimś odrzuconym przez wszystkich, postacią tragiczną. Nie chcieli go kiedyś rodzice, przybrana matka potrafi zranić go słowem, gdy odkryje jego bezmyślność, ci, którzy stoją po stronie siły na ulicy, nie chcą takiego kompana, wolą na niego polować, niż uczynić go myśliwym. Również Carla jest ofiarą odrzucenia przez społeczeństwo – kiedyś jako zakochana kobieta, której skomplikowało się życie rodzinne, teraz jako kobieta poświęcająca się, której Helver jest w stanie odebrać ostatnie ślady dawnego życia. W spektaklu interesująco zostaje pokazane, jak ludzie tak naprawdę słabi i zranieni, potrafią być dla siebie okrutni.
Warto zwrócić uwagę na znaczącą rolę przedmiotów: stół bywa miejscem spotkania, ale i musztrowania, bywa symbolem domowego porządku, ale i hałasu czynionego przez przemoc; pudełko służy zbieraniu zabawek, ale i staje się schronieniem dla najcenniejszych wspomnień; zza firanki można podglądać rzeczywistość, ale i próbować w niej uczestniczyć, rozsuwając materiał, otwierając okno i krzycząc; tabletki mogą leczyć, ale i zabijać; włączone radio może zagłuszać teraźniejszość, ale i ożywiać przeszłość; żołnierzyki są przejawem zdziecinnienia, ale i potwierdzeniem początku, którego nie wolno zapomnieć.

Ingmar Villqist, Noc Helvera, reżyseria: Giovanny Castellanos, Teatr im. S. Jaracza (Olsztyn).

Dzień trzeci: „Królestwo Twoje”, czyli wygrywanie, które staje się klęską
Węgierskie przedstawienie teatru Forte Company to zdecydowanie najlepszy, najciekawszy, najbardziej zniuansowany problemowo spektakl tegorocznej odsłony Festiwalu. Aktorzy zaprezentowali nie tylko świetną grę aktorską, talent muzyczny, taneczny i gimnastyczny, ale i – co chyba najistotniejsze – przedstawili historię uniwersalną w swoim przekazie i ponadczasową. Przyglądamy się upadkowi pewnej epoki, ale jednocześnie temu, w jaki sposób poświęcenie dla państwa niszczy przestrzeń prywatną bohatera i unieważnia wszystko to, co było dla niego istotne. Aktorzy znakomicie odtwarzają wcielaną w życie w okresie socjalizmu ideę człowieka-maszyny. Mechaniczność ruchów jest nie tylko świadomie przyjętą, czytelną konwencją, obrazującą określony czas i konkretną ideologię, ma również wymiar nieoczywisty (np. praca w fabryce a dzisiejsza praca w korporacji). Tak naprawdę bowiem mamy do czynienia z opowieścią o człowieku, który poświęca wszystko dla tego, co jego zdaniem ma sens, a poświęciwszy wszystko, nie tylko odkrywa, że nie zyskał nic, wszystko właśnie stracił, ale i że ów sens był tylko złudzeniem.
Scenografia, w której kluczową rolę odgrywają towarzyszące bohaterom w różny sposób rury, niezwykle celnie oddaje powtarzalność pewnych zachowań, możliwość zaprogramowania człowieka, wreszcie nieprzydatność jednostki, która zostaje wcześniej wykorzystana. Rury używane są do potwierdzenia sprawnie i chętnie wykonywanej pracy, służą do ośmieszenia kolegi-prawiczka, mogą być bronią w bójce, służą przywołaniu dawnej namiętności, mogą być cokołem, z którego łatwo zrzucić stojącego. Ważne są również kolory. Kiedy postaci występujące w spektaklu funkcjonują w socjalizmie, pracują w fabryce i mieszkają w hotelu robotniczym, są właściwie takie same. Występują w uniformach i doświadczają unifikacji. Po upadku socjalizmu zrzucają stroje, które miały ich identyfikować z miejscem pracy. Zaczynają nosić kolorowe ubrania, każdy wygląda inaczej. A jednak im więcej barw, tym większe zagubienie bohaterów. Najbardziej szczęśliwi byli paradoksalnie wtedy, kiedy niewiele ich różniło. Nie bez powodu jak mantra powraca stwierdzenie: „Dawnego życia już nie ma. Nic nie jest takie same”.
Spektakl znaczony jest kilkoma momentami zwrotnymi. Pierwszy ma miejsce wtedy, kiedy upada komunizm i wszystkie obowiązujące wcześniej zasady zostają zniesione. Szamotanie się głównego bohatera, jego pytania i wiara w to, że wcześniejsi życiowi przewodnicy, zdołają wyjaśnić absurd tego, co się dzieje, zostają odegrane w bardzo przekonujący i poruszający sposób. Drugi moment zwrotny to powrót z miasta do domu na wieś, gdzie wszystko i wszyscy są obcy. Już rozczarowanie w sferze publicznej wybrzmiewało mocno, ale prywatność przynosi kolejne rozczarowania. W domu jest inny mężczyzna, syn nie przypomina fizycznie ojca, a żona oznajmia, że brzydzi się kalectwem męża, który wrócił. Bohater traci więc wszystko. Wyjątkowo mocno wybrzmiewa dialog prowadzony z synem. Chłopiec pyta, czy będąc w wielkim mieście wiele widział. Ojciec odpowiada odruchowo, że wiele, by wreszcie oznajmić, że przez dwadzieścia cztery lata nie widział nic prócz fabryki i hotelu robotniczego, nic prócz przypadkowych ludzi, z którymi pił, spał i pracował, nic prócz maszyn, śrubek i rur.
Główny bohater, dawny przodownik pracy, staje się człowiekiem samotnym, wyrzuconym na margines, zdeterminowanym. Nagle pozbawiony środowiska, w którym świetnie się odnajdywał, wraca do miejsca, które przed laty opuścił. Musi zmierzyć się nie tylko z nową rzeczywistością, ale przede wszystkim z faktem, że ze starego świata nie zostało mu nic – ani praca, ani koledzy, ani rodzina, ani pieniądze. Nie może dokonać samobójstwa, choć ma wrażenie, że tak naprawdę umarł za życia. Może jednak doświadczyć ojcobójstwa. Paradoksalnie z rąk tego, któremu poświęcił wszystko i który jest dowodem zdrady.
Mocne, przejmujące, przemyślane w każdym szczególe, zapadające w pamięć, metaforyczne.

Królestwo Twoje (na podstawie Sandóra Tara), reżyseria: Csaba Horváth, Forte Company (Węgry).

P.S. W trakcie Festiwalu rozdawana była gazetka festiwalowa, w której pojawiały się recenzje oraz materiały dotyczące imprezy. Na miejscu organizatorów zastanowiłabym się nad formułą tej inicjatywy. Obawiam się, że to, co zaprezentowano w tym roku, było raczej antyreklamą świetnego przecież projektu, a nie jego intelektualnym wsparciem. Szkolny poziom publikowanych recenzji oraz niskie kompetencje kulturowe osób recenzujących były mocno niestosowne w kontekście tego, co pokazano na Festiwalu. Byłoby bardzo źle, gdyby gazetka wyszła poza mury teatru, mogłaby bowiem nie tylko zniechęcić tych, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć o Demoludach – Nowej Europie, ale i stworzyć niekorzystne i nieprawdziwe wrażenie, iż mamy do czynienia z projektem amatorskim. A tak przecież nie jest.


Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru im. S. Jaracza w Olsztynie.

Międzynarodowy Festiwal Teatralny Demoludy - Nowa Europa, Olsztyn, 18-21 października 2017 roku.

piątek, 20 października 2017

Rozmowy (u)ważne (Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak)

Druga część rozmów Jerzego Pilcha i Eweliny Pietrowiak okazuje się równie interesująca jak pierwsza odsłona owych dysput. Choć głównym bohaterem jest pisarz, to jednak rola osoby przepytującej nie schodzi na dalszy plan. Widać, że Pilch i Pietrowiak znają się długo, lubią się, czasami mają wspólne wspomnienia, wreszcie – co kluczowe dla tomu „Inne ochoty” – chętnie ze sobą rozmawiają. Przyjęta konwencja poruszania różnych wątków, nie zawsze typowo autobiograficznych, i rezygnacja z takiego trybu pytań i odpowiedzi, który prowadziłby do linearnego odsłaniania kolejnych fragmentów życiorysu, jest trochę ryzykowna. Pilch i Pietrowiak wychodzą jednak obronną ręką z tych momentów, które mogłyby budzić wątpliwości i rodzić posądzenia o przypadkowość doboru. W efekcie „Inne ochoty” stają się wypisami ze spraw ważnych i mniej istotnych, które pisarza zajmują, otaczają go, wywołują w nim reakcję, skłaniają do refleksji. Na plan pierwszy wysuwa się wątek przemijania. Jest on obecny nie tylko w przywoływanej chorobie, ale i zmianie upodobań lub odkryciu nowych pasji w wieku dojrzałym. Rozważania na temat muzyki, sztuki, kotów, kapeluszy czy pocztówek prowadzą do zauważenia faktu przemiany wpisanej w poszczególne fazy życia oraz gotowości i konieczności otwierania się na nowe na każdym etapie. Jak zwykle w przypadku Pilcha, wyjątkowo interesujące są fragmenty dotyczące własnej pozycji pisarskiej, statusu pisarza w społeczeństwie, czytelnictwa czy sławy związanej z pisaniem. Autorowi udaje się uchwycić zmianę, jaka zaszła w ostatnich latach, oraz konsekwencje dominacji kultury popularnej. Codzienne czynności i nawyki stają się pretekstem do błyskotliwych spostrzeżeń dotyczących kultury – często ironicznych, czasami trochę cynicznych, zawsze bardzo inteligentnych. Pozycja obowiązkowa.


Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, część 2, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

środa, 18 października 2017

Dziecko, o które nikt się nie upomniał (E. Winnicka, Był sobie chłopczyk)

Ewa Winnicka, specjalistka od reportaży poświęconych emigracji, tym razem przygląda się sprawie, która miała miejsce w Polsce i o której informowały media nie tak dawno temu. Postanawia przyjrzeć się dramatycznej z perspektywy etyki i moralności sprawie, a mianowicie znalezieniu ciała bezimiennego dwuletniego chłopca, do którego przez dwa lata nikt się nie przyznawał. Reporterka, co bardzo ważne dla takiego tematu, unika sensacji, w sposób wyważony dawkuje napięcie, czuwa nad tym, by nie popaść w sentymentalizm, dba o precyzję opisu i subtelnie dawkuje emocje. Gatunkowo porusza się między reportażem zaangażowanym, kryminalnym i obyczajowo-społecznym. Choć Winnicka rekonstruuje dzień po dniu to, co się wydarzyło, na plan pierwszy wysuwa się nie tylko dziennikarskie śledztwo, ale również wybrzmiewające w tle pytanie o człowieczeństwo, granice dobra i zła, a także mocno rozrysowany portret różnych środowisk składających się na małe społeczności. Natkniemy się więc tutaj chociażby na nieoczywisty obraz policjantów – poruszonych, rozpamiętujących sprawę, poświęcających się poszukiwaniom śladów. Równie ważna jest rola sąsiadów. Wścibstwo w przypadku łamania prawa bywa bowiem przejawem odpowiedzialności. Winnicka nie ukrywa, że szczególnie trudny do zrozumienia nie był sam fakt zabicia dziecka, bo tego typu sprawy się zdarzają, ale porzucenie ciała i brak zainteresowania tym, co się z chłopcem dalej stanie. Można by więc powiedzieć, że reporterkę interesuje działanie na rzecz pamięci. Ci, którzy zrobili wszystko, by nie okazać zainteresowania ciałem własnego syna, stanęli po stronie zapomnienia. Ofiara była więc podwójnie wykluczona – jako samotne małe dziecko narażone na przemoc i jako martwy chłopiec, któremu odebrano prawo posiadania własnej historii. Opisanie krótkiej biografii chłopca jest nie tylko przykładem ważności pracy reporterskiej, ale również staje się gestem potwierdzającym konieczność upominania się o słabszych i stawania po stronie zmarginalizowanych.


Ewa Winnicka, Był sobie chłopczyk, fotografie: Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

wtorek, 17 października 2017

Czy na pewno wydarzenie? (A. Xilonen, Jankeski fajter)

Urodzona w 1995 roku Aura Xilonen reklamowana jest jako „literacka petarda z Meksyku” oraz „skrzyżowanie Doroty Masłowskiej z Eduardem Mendozą”. Czy faktycznie mamy do czynienia z tak dużym wydarzeniem literackim? Niekoniecznie. Owszem, debiut Xilonen jest z pewnością interesujący i zasługuje na uwagę. Widać w nim świadome posługiwanie się językiem, próbę oddania sposobu porozumiewania się tych, którzy należą do nizin społecznych, wreszcie gotowość grania ze schematami fabularnymi. Trudno jednak byłoby obronić tezę, iż zaproponowana przez pisarkę opowieść ma w sobie coś odkrywczego, ucieka od życzeniowego schematu związanego ze szczęśliwym zakończeniem i ma w sobie humor typowy dla przywołanego Mendozy. O ile czułość na język ulicy jest tutaj widoczna, o tyle ironii, lekkości, dowcipu i charakterystycznego rozmachu w posługiwaniu się absurdem i groteską, jakie widać u autora „Przygód fryzjera damskiego”, w prozie Xilonen zdecydowanie brakuje. Idealnym odbiorcą dla „Jankeskiego fajtera” wydaje się czytelnik młody, dla którego oddany przez autorkę klimat może być atrakcyjny. W pewnym bowiem sensie mamy tu do czynienia z powieścią z tezą. Nieletni imigrant, choć niejednokrotnie zostanie brutalnie pobity, tak naprawdę spotyka na swojej drodze ludzi wspaniałych, którzy gotowi są mu pomóc. Te anioły, bo w takiej stylistyce dobro jest sportretowane, włączają bohatera w swój świat i angażują go w rzeczywistość wcześniej obcą i niedostępną. Choć Xilonen próbuje oddać brutalność i bezwzględność ulicy, to jednak zdarza jej się zbyt często popadać w patos i sentymentalizm, którym brakuje ożywczego cudzysłowu. W efekcie otrzymujemy powieść z potencjałem, na pewno jednak nie powieść-wydarzenie.


Aura Xilonen, Jankeski fajter, przeł. Tomasz Pindel, Wyd. Znak, Kraków 2017.

poniedziałek, 16 października 2017

Morderca z przypadku (P. Lemaitre, Trzy dni i jedno życie)

Pierre Lemaitre nie pisze kryminału, choć wszystko, co się wydarzy w powieści powiązane będzie z zabójstwem. „Trzy dni i jedno życie” to historia morderstwa doskonałego. Ciało znika, po latach zostaje odnalezione, ale nawet wtedy znalezienie zabójcy wydaje się niemożliwe. Nie śledztwo i nie wspomniana śmierć są jednak tutaj najważniejsze. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem opowieść o dramacie nieujawnionej winy, przypadkowości triumfu zła, wiedzy i świadomości czynu, wreszcie solidarności i jej braku w kontekście miejscowej społeczności. Lemaitre już na początku ujawnia, kto zabił i kogo zabito. Ofiarą jest sześcioletni Remi, mordercą kilka lat od niego starszy Antoine. Mimo różnicy wieku chłopców łączy więź, dzielą razem tajemnicę, to właśnie chęć zrozumienia tego, co niepojęte, każe im szukać swojego towarzystwa i kończy się niezrozumiałym atakiem wściekłości ze strony starszego chłopca. Antoine zabija, bo nie potrafi zrozumieć faktu zaistnienia śmierci. Remi zostaje zabity, bo przychodzi do kolegi po wyjaśnienie mrocznego sekretu, który zaledwie przeczuwa. Lemaitre w swoim sprawdzonym, doskonałym stylu proponuje czytelnikom opowieść o życiu w cieniu śmierci. Pisze powieść psychologiczną, w której pytanie o granice winy oraz kary nie jest bez znaczenia. Niewinność ofiary, ale i, co zabrzmi kuriozalnie, niewinność zabójcy są w tym wypadku uderzające. Winny jest przypadek, zbieg okoliczności, emocje. Wiadomo jednak, że nie mogą być one usprawiedliwieniem. Lemaitre, co należy uznać za zaletę, nie komplikuje za bardzo swojej opowieści. Pokazuje, jak można się przyzwyczaić do ciemnej strony własnego człowieczeństwa, ale i jak nierealne staje się z czasem to, co wydarzyło się przed laty. Choć Antoine zapomina, żyje coraz normalniej, coraz mniej rozpamiętuje, to jednak nie umie całkowicie wymazać ze swojej pamięci tego szczególnego dnia. Żyje więc ciągle ze stygmatem śmierci – tej, która faktycznie miała miejsce, tej, która została przetworzona w jego umyśle, wreszcie tej, którą próbuje ze swojej biografii nieudolnie wyprzeć. Bardzo ciekawymi postaciami są osoby, które mogą coś wiedzieć, domyślają się czegoś, widzą jednak niejednoznaczność zbrodni, która miała miejsce. Muszą bowiem podjąć decyzję dotyczącą wiedzy i zadecydować, czy symboliczna śmierć to kara, na którą zasługuje ten, kto zabił. Bardzo dobre.

Pierre Lemaitre, Trzy dni i jedno życie, Wyd. Muza, Warszawa 2017.

niedziela, 15 października 2017

Siła oddziaływania dzieciństwa (J. Małecki, Rdza)

Jakub Małecki od pewnego czasu pisze jedną i tą samą powieść – zapoczątkowaną znakomitym „Dygotem”, kontynuowaną interesującymi „Śladami” i realizowaną w niebanalnej „Rdzy”. O ile jednak lektura wspomnianego „Dygotu” miała w sobie dużą dawkę świeżości i niebanalności, o tyle w przypadku najnowszej książki autora trudno oprzeć się wrażeniu, iż po raz kolejny wstępujemy do tej samej rzeki. Wrażenia są równie pozytywne, bo Małecki trzyma poziom, jednak przekaz „Rdzy” wybrzmiewałby dużo mocniej bez znajomości wymienionych powyżej tytułów. Powieść może więc się spodobać tak po prostu – gdy dla czytelnika będzie to pierwsze spotkanie z tym rodzajem historii u Małeckiego, może też jednak wywołać korzystne wrażenie z koniecznością dopowiedzenia rozpoczynającego się od „ale” – to wtedy, gdy lektura książki nazbyt szybko przypomni atmosferę sportretowaną w „Dygocie”. Choć pozostaję admiratorką takiego akurat pisania Małeckiego, ciekawa jestem jego kolejnego utworu i tego, czy uda mu się pozostać przy konwencji powieści psychologiczno-obyczajowej, ale jednocześnie znaleźć odmienną od dotychczasowej formę wyrazu. Dzieciństwo głównego bohatera „Rdzy” naznaczone jest z jednej strony pamięcią utraconej beztroski, z drugiej koniecznością odnalezienia się w specyficznym półśnie, w którym się znajduje. Śmierć rodziców staje się początkiem nowego etapu w życiu. Odtąd to właśnie chwile trudne będą momentami przełomowymi w codzienności bohatera. Najważniejszym punktem odniesienia okaże się przyjaźń oraz myślenie o śmierci. Ta pierwsza dotyczyć będzie niełatwej więzi między chłopcem a jego babką oraz relacji rówieśniczej, skazanej na liczne rozczarowania, ale i na przywiązanie, którego nie da się przerwać. Myślenie o śmierci – paradoksalnie – przerodzi się w inspirację do życia. W chwili najważniejszej próby zawsze wydarzy się coś, co będzie otwarciem i nowym etapem, mimo pozorów dziejącego się lub zbliżającego się nieuchronnie końca.


Jakub Małecki, Rdza, Wyd. Sine Qua Non, Kraków 2017.

sobota, 14 października 2017

Eksperymentowanie na człowieku (D. Lagercrantz, Mężczyzna, który gonił swój cień)

Druga odsłona kontynuacji „Millenium” Stiega Larssona powinna budzić nieco mniej kontrowersji niż pierwsza. To dobry kryminał, a jego autor zgrabnie prowadzi dialog ze swoim poprzednikiem. Lagercrantz nie próbuje udawać pisarza, którego dzieło „pisze dalej”, zachowuje więc swój styl, jednocześnie oddając klimat podobny do pierwowzoru. „Mężczyzna, który gonił swój cień” przypomina swoim klimatem powieści Larssona w większym stopniu niż wcześniejsze „Co nas nie zabije”. Autor sięga do przeszłości Lisbeth Salander, wykorzystując i rozwijając wątki, które tak znakomicie sprawdziły się w trylogii „Millenium”. Istotne będą w tej historii trzy tematy. Pierwszy wiąże się z siłą i słabością kobiet. Salander, która przebywa w więzieniu, musi się zmierzyć z bezmyślnym okrucieństwem faszyzującej więźniarki, która postanawia przejąć władzę w miejscu odosobnienia. Jednocześnie bohaterka upomni się o inną przedstawicielkę swojej płci, która z kolei doświadczy traumy męskiej kontroli, ograniczeń prowadzących aż do zabójstwa oraz problemu izolacji imigrantów. Drugim ważnym tematem okaże się odkrywanie sekretów dzieciństwa Lisbeth. Te zaś bliskie będą eksperymentowaniu na ludziach oraz założeniu, że przyszłość dziecka w zależności od środowiska, w którym przebywa, da się zaplanować. Projekt ten nasuwa skojarzenia z ideami przyświecającymi ośrodkom Lebensbornu. Zważywszy na jego etycznie dwuznaczną sugestywność, trudno nie uznać aktualności poruszonej kwestii oraz ważności postulatu zachowania bezpiecznej niezależności w stosunku do instytucji kontroli reprezentujących państwo. Trzeci temat, który w powieści wydaje się kluczowy, to, oczywiście, rola mediów oraz możliwość przerwania triumfu zła za sprawą ujawnienia szczegółów tego, co prowadzi do niszczenia zwykłego człowieka. Wiara w to, że prasa jest w stanie zmieniać świat oraz może wpłynąć na losy świata, to idea, która powraca właściwie w każdej części „Millenium”. Za sprawą dziennikarskich śledztw Blomkvista zostaje więc zasugerowane, że państwo nie zawsze wygrywa w zderzeniu z jednostką, a w chwili próby obywatel ma po swojej stronie media. To krzepiące przekonanie i chyba, przyznajmy, potrzebne.


David Lagercrantz, Mężczyzna, który gonił swój cień, przeł. Maciej Muszalski, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2017.

piątek, 13 października 2017

Wykorzenieni i pretendujący (M. Jefferson, Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit)

„Negroland” to wyjątkowo interesujące połączenie relacji autobiograficznej z obserwacją typowo reporterską. Autorka sięga do własnych wspomnień, poddaje analizie siebie i swoje otoczenie, jednocześnie sięga swoimi spostrzeżeniami dużo dalej, akcentując uwikłania historyczne i socjologiczne opisywanego stanu rzeczy. Ta dwutorowość wydaje się szczególnie ważna. Jefferson nie rezygnuje z prywatnej perspektywy, ale ma też świadomość polityczności tego, co w jej przypadku można by uznać za intymne. Kolor skóry, zdaje się sugerować autorka, niezależnie od zajmowanej pozycji i przepracowania pełnionej roli społecznej, zawsze jest uwikłaniem – w dążenie do niezależności, w pamięć niewolnictwa, w emancypowanie się, w pytanie o granice człowieczeństwa, w postulowanie prawa do wolności. To, co szczególnie interesuje Jefferson i co jest jej doświadczeniem, to dyskryminacja, klasowość i odcinanie się jednych od drugich wśród czarnoskórych. Szczególnie dramatycznie, ale i ciekawie w sensie poznawczym, brzmi powracające i w tej publikacji, i w wielu innych, upodobanie do jasnej skóry, a więc odcinanie się od części własnej tożsamości. Niejednokrotnie bowiem przepustką do lepszego, uprzywilejowanego świata bywa nie bogactwo, ale odpowiednia karnacja. Jefferson z precyzją i szczerością opowiada o sytuacjach, w których przynależność do elit z racji stanu posiadania kwestionowana była w sposób elegancki, dyskretny, ale i bez problemu czytelny, właśnie z powodu koloru skóry. Świat bogatych Afroamerykanów zamienia się więc w codzienność znaczoną podwójnym wykluczeniem, i podwójnym złudzeniem. Ci, którzy współtworzą tę rzeczywistość, w pewnym sensie wyrzekli się czarnych, choć jednocześnie nie zostali zaakceptowani przez białych. Wierzą, że majątek zaoferuje im status, o którym marzą, zawsze jednak jest on wybrakowany i zawsze opiera się na niespełnieniu, pretendowaniu do pewnej roli bez końca. Książka ta opisuje problem ważny, często przemilczany i ukrywany. Jednocześnie pozostaje poruszającą relacją z własnego życia, co dodatkowo wzmacnia siłę przekazu.


Margo Jefferson, Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit, przeł. Agnieszka Nowakowska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 11 października 2017

Człowiek jako eksponat (M. Krajewski, Mock. Ludzkie ZOO)

Sięgnięcie do okresu, w którym Eberhard Mock jest jeszcze stosunkowo młodym, a tym samym mniej zmanierowanym i mniej przyzwyczajonym do wszechobecnego zła, człowiekiem wydaje się bardzo dobrym pomysłem. Potwierdza to część zatytułowana „Mock. Ludzkie ZOO”. Krajewski, nie pierwszy zresztą raz, postanawia opowiedzieć coś więcej niż tylko kolejną historię kryminalnego śledztwa. Tym razem nie eksperymentuje z gatunkiem (przypomnę, że mieliśmy wcześniej do czynienia chociażby z powieścią uniwersytecką), stawia natomiast bardzo mocno na kontekst ideowy. Odwołuje się do tendencji, która, wydawałoby się, należy do przeszłości, a mianowicie do gotowości traktowania ludzi, którzy się od nas różnią, jako obiektów muzealnych. Można by więc powiedzieć, że przywołuje klimat dobrze znany z tego, w jaki sposób traktowano niegdyś Saartije Baartman, zwaną hotentocką Wenus, atmosferę towarzyszącą prezentowaniu zmumifikowanego buszmena z Banyoles opisaną w „El Negro i ja” Franka Westermana, czy to, jaką ciekawość wzbudzają i dzisiaj ludzie, którzy cierpią na nietypowe choroby (np. człowiek-drzewo). Eberhard Mock planuje rozstać się ze swoją, tak to ujmijmy, prawie narzeczoną. Zastanawia się, w jaki sposób to zrobić, aby nadmiernie nie zranić dziewczyny, z której wdzięków chętnie korzystał. Niepokoi go jednak fakt, który powraca w relacjach kobiety, a mianowicie jej szaleńczy lęk przed jękami, które słychać nocą i których uzasadnienie jest bardzo trudne. Mock postanawia sprawdzić, o co chodzi. Podziemia nieczynnego dworca, uwięzieni tam ludzie, niecne praktyki tych, którzy w zniewolonych nie widzą człowieczeństwa, wreszcie sojusz wspierający zło zawarty między tymi, którzy mają na swoich rękach krew, a tymi, którzy z przestępstwami powinni walczyć – to wszystko pojawi się na kartach powieści. Krajewski, choć opisuje śledztwo prowadzone przez swojego bohatera, nie zapomni o wspomnianej stronie ideowej. W tle cały czas będzie obecna kwestia tego, w jaki sposób traktujemy Innych, ile okrucieństwa możemy zadać w imię założenia, że ludzkie jest to, co właśnie my czynimy, ale i przekonanie, że praca na rzecz szacunku dla ludzi, którzy czymś się od nas różnią, jest działaniem, które nie ma właściwie końca. W pewnym więc sensie ten bardzo interesujący kryminał można potraktować jako głos w sprawie, rodzaj powieści zaangażowanej i metaforę tego, co także współcześnie jest aktualne. Da się więc tę książkę czytać jako historię nierównej walki pychy i pokory, ale i nieoczywistego starcia bezduszności władzy i moralnej słuszności przekonań.


Marek Krajewski, Mock. Ludzkie ZOO, Wyd. Znak, Kraków 2017.

środa, 4 października 2017

Między prawdą a mitem (D. Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha)

„Biało-czerwony” to kolejny reportaż biograficzny Dariusza Rosiaka. Już po lekturze „Wielkiej odmowy” oraz „Człowieka o twardym karku” można było stwierdzić, że autora interesują życiorysy nieoczywiste, złamane jakimś ważnym, często traumatycznym doświadczeniem, zmuszone do zderzenia się z tym, co przynosi los w pakiecie z nieuchronnością tzw. Wielkiej Historii. Nie inaczej jest w tym wypadku. Rosiak po raz kolejny przygląda się temu, w jaki sposób konstruowany mit zostaje zniszczony przez świadectwa tych, którzy wiedzą więcej, a wcześniej milczeli. W kontekście Sat-Okha vel Stanisława Supłatowicza pytań bez odpowiedzi, wątpliwości, sprzecznych relacji jest mnóstwo. Autorowi udaje się pokazać koegzystowanie w życiorysie opisywanej postaci pamięci i zapomnienia, mitu i prawdy, konfabulacji i autentyczności, małości i wielkości. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia okazuje się szczególnie interesująca. Wspomniane zderzenie małości z wielkością ma bowiem chociażby miejsce w kontekście relacji rodzinnych i sposobu traktowania dzieci. Widoczne jest również w przypadku twórczości i kwestii utożsamiania się z tekstem, dzielenia się sławą i szanowania praw autorskich. Reportaż Dariusza Rosiaka to także fascynująca historia rodzenia się tożsamości, wypierania się jej, kształtowania i odrzucania. Ważne w tym kontekście jest nie tylko możliwie spójne traktowanie przeszłości i teraźniejszości, ale też myślenie o sobie bohatera. Pytanie o to, czy jest białym, czy czerwonoskórym, czy Polakiem, czy Indianinem, wreszcie zastanowienie się nad tym, kiedy jest sobą i czy jego biografia odpowiada rzeczywistym wydarzeniom, pozostaje kluczowym zagadnieniem prezentowanej historii. Rosiak odcina się od kategorycznych odpowiedzi tam, gdzie nie jest pewny, jak było naprawdę. Nie unika sugerowania, że wersje różnych osób mogą być odmienne. Żałuje, że pewnych dylematów nie wyjaśni główny zainteresowany. Choć tego typu zabieg nie zawsze okazuje się literacko spójny i bywa wyrazem pisarskiej bezradności, w tym wypadku wydaje się mieć uzasadnienie. Autor nie nadużywa tej retorycznej frazy, a ponieważ nie ukrywa, że mit wykreowany przez Sat-Okha okazał się trwalszy od faktów, przyjęta konwencja niedopowiedzenia dobrze się sprawdza.


Dariusz Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

sobota, 30 września 2017

Spojrzenie w przyszłość (Wstaje świt. Dzienniki młodych z pierwszych lat powojennych. 1945-1948, wybór i oprac.: A. Janiszewska)

„Wstaje świt” to lektura niezwykle ciekawa. Nie tylko z tego powodu, że potraktować ją można jako ważne uzupełnienie takich reporterskich opowieści, jak „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej czy „Każdy został człowiekiem” Piotra Nesterowicza. Fragmenty zaprezentowanych dzienników poprzedzone są zawsze krótką informacją biograficzną na temat autora. Ważne wydaje się zaznaczenie tego, jak wyglądało życie osoby opisującej przed wojną oraz co stało się z jej rodziną w czasie wojny. Dowiadujemy się również o pochodzeniu autora, co w kontekście podejmowanych później decyzji oraz pielęgnowanych nawyków pozostaje nie bez znaczenia. Istotny jest także, wyeksponowany pod nazwiskiem, wiek piszącego/piszącej w 1945 roku. Mieczysław Ptaśnik i Bronisław Sałuda byli na przykład wtedy osiemnastolatkami, Felicja Szuster-Blicharska dwudziestopięcioletnią kobietą, Maria Świercz z domu Adamiak miał dwadzieścia jeden lat, Irena Ćwiertnia-Sitowska dwadzieścia cztery, a Barbara Klusek z domu Kudlikowska czy Krystyna Kisielewska były zaledwie piętnastoletnimi dziewczynami. Inna, co oczywiste, jest zatem dojrzałość autorów i inne podejście do kwestii, które mogą, lecz nie muszą, zaważyć nad ich dalszymi losami. Zapiski młodych kończą się również informacją biograficzną, tyle że dotyczącą dalszych doświadczeń i tego, co w życiu prywatnym i zawodowym udało się danej osobie osiągnąć. Owe podane hasłowo fakty wybrzmiewają bardzo ciekawie w zestawieniu z intymnymi notatkami. Pozwalają bowiem na zwrócenie uwagi na (nie)spójność tego, o czym dany autor marzył, z tym, co faktycznie udało mu się zrealizować. Kilka kwestii powraca w poszczególnych relacjach i wydaje się czymś bardzo ciekawym. Na plan pierwszy wysuwa się zagubienie młodych ludzi, ukrywane pod maską zaangażowania w codzienność i nierozpamiętywania przeszłości. Autorzy zwykle deklarują wprost gotowość pracy dla odbudowującego się kraju oraz wielki zapał do nauki. Patrzą do przodu, choć czasami otrzymują spóźnione informacje o dramatycznych losach bliskich i odkrywają wówczas, że ci, na których czekali, dawno już nie żyją. Pretekstem do obserwacji ówczesnych obyczajów mogą być te fragmenty dzienników, które dotyczą relacji damsko-męskich. Nie tylko nie ma tu jakichś większych ekscesów, ale relacje między obiema płciami są bardzo skonwencjonalizowane. Czasami prowadzi to do zabawnych sytuacji. Widać również duże zaangażowanie autorów w życie społeczne. Czują się oni odpowiedzialni za to, co ich otacza i czego są częścią. Nie ma w tym nic z propagandy, raczej naiwna miejscami wiara w możliwość wspólnego budowania i odpowiadania za państwo. Istotne dla wyłaniającego się z dzienników portretu ówczesnej rzeczywistości są również wspomniane różnice klasowe oraz miejsce, w którym przebywają autorzy. Przeczytanie zapisków pod tym kątem pozwala dostrzec trwałość podziału między centrum a prowincją.


Wstaje świt. Dzienniki młodych z pierwszych lat powojennych. 1945-1948, wybór i oprac.: Aleksandra Janiszewska, Wyd. Ośrodek Karta, Warszawa 2017.

piątek, 29 września 2017

Podglądanie czy przyglądanie się? (M. Rudd, Anglicy. Przewodnik podglądacza)

Książka Matta Rudda utrzymana jest w swobodnej, felietonowej stylistyce. Niektórych może to razić, bo spodziewają się, być może, poważnych diagnoz na temat tytułowych Anglików. Rudd tylko pozornie jednak stawia na powierzchowność, lekkość, dowcip. Zresztą w takim sposobie opowiadania nie ma nic złego. Odziera bowiem swoich bohaterów z powagi, przypisywanej im nudy oraz obowiązkowej five o’clock tea. Stara się pokazać powszechną unifikację, której ofiarami jesteśmy, i stopniowe zatracenie tych obyczajów, które wcześniej uznawano za charakterystyczne dla danej społeczności. Nie ukrywa, że różnice mniej wynikają z bycia przedstawicielem danego narodu, a bardziej z klasowości. Rudd opowiada w sposób anegdotyczny, wychodząc z założenia, że właśnie dzięki temu uda mu się odsłonić to, co wszyscy widzą i w czym uczestniczą, a czego w sztuczny sposób próbują nie dostrzegać. Reguły rządzące codziennością zostają zniesione, a nawyki opisywanych osób powiązane są z doświadczanym na co dzień pośpiechem i wygodą. Autor nie traci z oczu różnego rodzaju absurdów, dzięki czemu czytać tę książkę można nie tyle jako przewodnik, co raczej dowcipny spis sytuacji, które rodzą w opisującym złośliwość powiązaną z życzliwością. Badania terenowe, tak żartobliwie da się określić pracę Rudda, prowadzone wśród Anglików przynoszą dużo zaskoczeń i pozwalają stwierdzić rzecz oczywistą, choć nie zawsze akceptowaną, a mianowicie nieprzystawalność tego, co stereotypowe, do realnych ludzi i sytuacji.


Matt Rudd, Anglicy. Przewodnik podglądacza, przeł. Magdalena Rabsztyn-Anioł, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017.

czwartek, 28 września 2017

Życie i literatura (W. Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi)

Na tę biografię czekano i zapowiadano ją jako wydarzenie. Fani twórczości Lema zacierali ręce z ukontentowania, bo odtąd życie ulubionego pisarza miało nie mieć przed nimi tajemnic. Książka Orlińskiego z pewnością zasługuje na zainteresowanie. Nie jest zresztą jedyną publikacją na temat Lema, która ukazała się ostatnio. Na szczególną uwagę zasługuje monografia naukowa Agnieszki Gajewskiej „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”, do której autor niejednokrotnie się odwołuje. Zwłaszcza partie początkowe biografii autorstwa Orlińskiego, bazujące na okupacyjnych doświadczeniach we Lwowie, byciu świadkiem znikania Żydów i ofiarą straszliwego pogromu, a także ukrywaniu się przed Niemcami, korespondują z ważnymi i pionierskimi ustaleniami poznańskiej badaczki. W obu przypadkach – i Gajewskiej, i Orlińskiego – skoncentrowanie się na samotności, traumie oraz triumfie Zła jako przemilczanych przeżyciach pisarza wydaje się niezwykle ważne. Dziennikarz właśnie w ten sposób opisuje życie Lema – wskazując biograficzne tropy w twórczości i pokazując wrośnięcie twórczości w codzienność. Orliński akcentuje więc kwestie związane z pamięcią i zapomnieniem (niechęć do mówienia o żydowskim pochodzeniu oraz do wspominania czasu Zagłady), z byciem częścią środowiska (przyjaźń m.in. z Janem Józefem Szczepańskim, Janem Błońskim, Sławomirem Mrożkiem), z praktyczną stroną pisarstwa (podpisywanie umów bez posiadania faktycznego pomysłu na powieść, ale po to tylko, by otrzymać zaliczkę, problemy z otrzymaniem honorarium w obcej walucie w okresie PRL-u, czy perypetie motoryzacyjne), z mieszkaniem w Wiedniu i niechęcią do wyjazdów zagranicznych itp. Przywołane w książce konteksty można by długo wymieniać, bo choć wspomniana dominanta w postaci wiązania utworów z życiem wysuwa się konsekwentnie na plan pierwszy, to jednocześnie wiele innych tematów zostaje tutaj poruszonych. Orliński jest biografem obecnym w tekście. Czasami ma to swoje uzasadnienie – kiedy na przykład dzieli się niemożnością dotarcia do pewnych faktów lub opowiada o swoim wymarzonym wywiadzie z Lemem. Dużo gorzej jednak te osobiste wstawki wypadają wtedy, gdy dziennikarz próbuje komentować specyfikę PRL-u, sugerując jej egzotyczność z dzisiejszej perspektywy. Tego typu refleksje wydają się zbędne. Nie zmienia to jednak faktu, że biografię autorstwa Orlińskiego czyta się dobrze, a sposób opowiadania o życiu i twórczości Lema powoduje, iż lektura ta może zaciekawić nie tylko „lemologów”, ale i tych, którzy przygodę z twórczością pisarza mają dopiero przed sobą.


Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wyd. Czarne i Agora, Wołowiec-Warszawa 2017.

piątek, 22 września 2017

Być człowiekiem (P. Bertolo, L. Tilotta, Lekarz z Lampedusy)

Tym, którzy czytali „Wielki przypływ” Jarosława Mikołajewskiego, postać głównego bohatera i autora książki, doktora Pietra Bartolo, powinna być znana. Ci, którzy wspomnianą reporterską publikację mają jeszcze przed sobą, zapewne mocno przeżyją to lekturowe spotkanie. Nie chodzi, oczywiście, o zbędne epatowanie ekstremalnymi przeżyciami czy granie na emocjach, tego tutaj nie ma. Na plan pierwszy wysuwa się natomiast człowieczeństwo – pojmowane, jak pisze Wojciech Jagielski, jako dostrzeganie człowieka w drugim człowieku, rozumiane jako niemożność odwrócenia się od potrzebującego, realizowane na co dzień w przekraczaniu siebie po to, by osoba, którą pozbawiono wszystkiego, zyskała odrobinę nadziei. „Lekarz z Lampedusy” to opowieść autobiograficzna. Pietro Bartolo opowiada o drodze, jaką przeszedł, by być w tym punkcie, w którym znajduje się teraz. Najważniejsza jednak w prezentowanej historii staje się praca na Lampedusie i codzienne stykanie się z dramatycznymi przeżyciami uchodźców. Jest więc tutaj ekstremalność, ale zostaje ona sprowadzona do codzienności i zwyczajności. Za każdym przybyszem stoi inny dramat – bólu, porzucenia, bezsilności, opuszczenia, wielokrotnych gwałtów, tortur, ostateczności. Pacjentami doktora Bartolo są nie tylko żywi, ale i martwi. Ani z życiem przybyszów, ani z ich śmiercią nie da się oswoić. W pierwszym przypadku poraża bezmiar doznanego cierpienia oraz determinacja, by mimo wszystko przetrwać, w drugim dominuje bezradność wobec okrucieństwa przewoźników i nieuchronności losu, dla którego jednakowo waży śmierć mężczyzny, kobiety, dziecka czy przyszłej matki w zaawansowanej ciąży. Doktor Bartolo, choć swoją pracą pokazuje własną heroiczność, pozostaje jednocześnie człowiekiem zwyczajnym – wrażliwym, silnym, wierzącym w drugiego człowieka mimo wszystko. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zrozumieć współczesność i którzy wierzą, że bycie człowiekiem oznacza rodzaj zobowiązania, od którego nie ma zwolnienia.


Pietro Bartolo, Lidia Tilotta, Lekarz z Lampedusy. Opowieść o cierpieniu i nadziei, współpraca: Giacomo Bartolo, przeł. Krzysztof Stopa, Wyd. Jedność, Kielce 2017.

czwartek, 21 września 2017

Kontynuacja (W. Grzegorzewska, Stancje)

Po bardzo dobrze przyjętych debiutanckich „Gugułach” oczekiwania wobec kolejnej prozy Wioletty Grzegorzewskiej były duże. Nic więc dziwnego, że „Stancje” jeszcze przed ukazaniem się na rynku wydawniczym wzbudzały ciekawość. Czy jednak autorce udaje się utrzymać podobnie wysoki poziom jak wcześniej i czy proponuje czytelnikom ponownie coś świeżego, oryginalnego, interesującego językowo? „Stancje” zaplanowane są jako kontynuacja. O ile „Guguły” były zapisem nieistniejącego już świata dzieciństwa, o tyle kolejna książka opowiada o losach bohaterki, która wyjeżdża do Częstochowy na studia. W obu przypadkach Grzegorzewska koncentruje się na codzienności, w obu odwołuje się do własnych doświadczeń. Świat sportretowany w „Stancjach” również należy do przeszłości, bo współcześni studenci funkcjonują w zupełnie innych realiach. Trudno jednak byłoby obronić tezę, iż mamy do czynienia z książką z jakiegoś powodu wyjątkową. Owszem, to proza na przyzwoitym poziomie, jednak autobiografizm, który w „Gugułach” był niewątpliwym atutem, tutaj staje się czynnikiem spowalniającym tempo opowieści oraz generującym pewnego rodzaju przewidywalność. Jest w tej historii kilka ciekawych momentów, jak na przykład decyzja o wędrowaniu po mieście mimo wszystko i deklaratywne odcięcie się od miejsca dzieciństwa, stopniowe wyzwalanie i obwieszczenie krzykiem momentu uzyskania niezależności, czy delikatne sygnalizowanie granicy nie do przekroczenia miedzy wsią a miastem. „Stancje” należy jednak traktować jako dalsze próbowanie się z prozą i szukanie własnej formy wyrazu. „Guguły” zdecydowanie przyćmiewają historie z czasów studenckich. Najciekawsze pozostaje zatem pytanie: co dalej?, a więc czekanie na prozę, która okaże się sprawdzianem talentu Grzegorzewskiej i stanowić będzie odejście od autobiografizmu.


Wioletta Grzegorzewska, Stancje, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 20 września 2017

W przyszłości (scenariusz: D. Odija, rysunek: W. Stefaniec, Stolp)

Obaj autorzy komiksu urodzili się i mieszkają w Słupsku. Fakt ten zostaje zaakcentowany na jednej ze stron tytułowych, przedstawiających twórców publikacji. Daniel Odija, co warto zaznaczyć, nie po raz pierwszy uczestniczy w projekcie wychodzącym poza obszar aktywności, z której jest przede wszystkim znany. W tym wypadku prozaik współtworzy komiks, wcześniej pracował chociażby przy projektach muzycznych z Marcinem Dymitrem. Słowo umieszczone w tytule utworu to niemiecka nazwa Słupska. Gdyby zamiast „l” pojawiło się „ł”, wówczas moglibyśmy mówić o średniowiecznej, niezamieszkanej w czasie pokoju, wieży obronnej. To także, a może przede wszystkim, imię głównego bohatera. Kontekst ten wydaje się również istotny, bowiem dystopijny charakter zaproponowanej opowieści pozwala na odwoływanie się do metaforyki powiązanej z obroną zajmowanych pozycji oraz nieustannym odnawianiem trwającej próby sił. „Stolp” to pierwsza odsłona zaplanowanej tetralogii „Bardo”. Tytuł serii odnosi się do miasta skażonego katastrofą wyludnienia oraz do przywoływanego w buddyzmie stanu pośredniego. Dzieci przestają się rodzić. Opuszczone ulice są mroczne, groźne, niebezpieczne. Ludzie gromadzą się w miejscach oferujących substytut normalności, jednak zabawa jest tylko złudzeniem oraz mało skutecznym zagłuszaniem niepokoju. W zaproponowanej przez Odiję i Stefańca opowieści dużo więcej dzieje się w obrazach niż w słowach. Mamy tu do czynienia z połączeniem klasycznej historii postapokaliptycznej z powieścią drogi oraz powieścią grozy. Fragmenty publikacji przypominają deliryczne, narkotyczne, schizofreniczne wizje, które wpisują się w świat pozornie racjonalny, którego resztki jeszcze pozostały i przypominają o dawnej świetności. Zagrożeniem dla ludzi jest system – to jego reprezentanci są w stanie porwać dzieci, które jeszcze żyją, prowadzą eksperymenty na ludziach, czy pacyfikują jakiekolwiek formy niezależności. Ciemne barwy, rozmazujące się realistyczne podstawy obrazu, przechodzące w kolorowe popisy wyobraźni, atmosfera opuszczenia i bezsensu, wreszcie pewnego rodzaju ostateczność wpisana w niektóre zaprezentowane czytelnikom sceny – to atuty wspólnego dzieła Odiji i Stefańca. Na okładce pojawia się określenie „futurystyczna antyutopia” i „eksperymentalny kryminał”. Nad przyporządkowaniem publikacji do kryminału mocno bym się zastanowiła, bliżej bowiem tej historii do konwencji thrillera i powieści grozy. Faktem jednak jest, że przedstawiona wizja to ciekawy przedsmak tego, co znajdziemy w kolejnych częściach, wizja nieoczywista, adresowana przede wszystkim do wielbicieli antyutopijnych fabuł i odmalowana w mrocznych barwach.


Scenariusz: Daniel Odija, rysunek: Wojciech Stefaniec, Stolp, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2017.

wtorek, 19 września 2017

Przestrzeń niczyja? (B.I. Koerner, Niebo jest nasze)

Książka Koernera to dowód na to, że reportaż bywa również znakomitą i trzymającą w napięciu opowieścią sensacyjną i przygodową. Autor łączy to, co uniwersalne, a więc opis praktyk typowych dla lat 60. i 70. XX wieku, z tym, co szczegółowe, a więc z losami ludzi, którzy decydowali się na porwanie samolotu. Z jednej strony mamy więc tutaj do czynienia z fascynującą historią tego etapu lotnictwa pasażerskiego, w którym przechwytywanie kolejnych lotów było czymś niemalże zwyczajnym, z drugiej Koerner z dużą wrażliwością odtwarza niebezpieczne lawirowanie między akceptacją dla awanturniczości porywaczy, tolerancją osób decyzyjnych dla owych nieprzewidzianych wydarzeń i przekonaniem, że nadmierna kontrola odstraszy tych, którzy korzystają z lotów. Zarówno liczba ówczesnych porwań, jak i uznanie ich istnienia za coś normalnego, z dzisiejszej perspektywy wydają się czymś nieprawdopodobnym. Koerner faktycznie rekonstruuje klimat pewnej epoki oraz obyczaje współcześnie nie do zaakceptowania. Dzięki temu udaje mu się uchwycić nie tylko pewien szczególny, niepowtarzalny czas, ale również pokazać przemijanie naiwności, zaufania do człowieka oraz pewnego rodzaju beztroski wpisanej w oddawanie swojego życia pod opiekę kogoś mało odpowiedzialnego. Loty opisywane w książce stają się wyzwaniem zarówno w kontekście nowej formy podróżowania dostępnej dla coraz większej grupy ludzi, jak i pod względem możliwości wpisanych w poruszanie się samolotem. To ostatnie nie tylko uwodzi porywaczy, ale i daje im złudzenie pewności ucieczki tam, gdzie nikt nich nie dosięgnie. Choć Koerner skupia się przede wszystkim na losach słynnej pary porywaczy, Rogera Holdera i Cathy Kerkow, to jednak nie traci z oczu innych buntowników, także tych mniej spektakularnych i bardziej pechowych. Interesujący okazuje się na przykład wątek uciekania Amerykanów na Kubę i tego, w jaki sposób owych nietypowych gości traktował Fidel Castro. Warto.


Brendan I. Koerner, Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego, przeł. Barbara Gadomska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

czwartek, 14 września 2017

Dom i pamięć (M. Miłkowski, Drugie spotkanie)

Zbiór opowiadań Macieja Miłkowskiego to proza uważna, choć nie spektakularna, proza miejscami poetycka, choć nie sentymentalna, proza uwikłana w niełatwe potyczki pamięci i zapomnienia, choć jednocześnie zakorzeniona w tu i teraz. Umiejętność łączenia przeciwieństw oraz wydobywania z codzienności nieoczywistych napięć to niewątpliwie jedna z zalet pisarstwa autora. Warto również zwrócić uwagę na bogactwo znaczeń – to, co zostaje wyeksponowane jako motyw wiodący danej opowieści, zazwyczaj ma drugie dno. Widać to chociażby w opowiadaniu otwierającym tom, zatytułowanym „Survival”. Sprzątanie, użyjmy tego słowa, zapuszczonego mieszkania alkoholika staje się pretekstem do refleksji na temat narastania kolejnych warstw brudu – tych dosłownych i metaforycznych. Pewnych spraw nie da się oczyścić, niemożliwe bywa zmycie z siebie tego, co jest również częścią naszej historii, nie można też tak po prostu wszystkiego wyzerować. Synonimem oczyszczenia okazuje się również podarowanie sobie prawa do odrzucenia. Na uwagę zasługują fragmenty tomu poświęcone procesowi tworzenia, sensowi pisania opowiadań, możliwości wpływania na odbiór. Autoironia oraz gatunkowa świadomość wysuwają się tutaj na plan pierwszy. Ważnym punktem odniesienia jest również kwestia dziedziczenia pamięci miejsca, współodpowiedzialności za przeszłość, świadomości żydowskiego losu oraz pewnego rodzaju zobowiązania związanego z faktem zamieszkania w danym mieszkaniu. Przeszłość i współczesność mieszają się w tym wypadku w intrygujących proporcjach. To, co minione, okazuje się nadzwyczaj żywe, to, co aktualne, wybrzmiewa słabiej i przegrywa ze wspomnianym dziedzictwem. Ciekawe pod tym względem są opowiadania „Nieruchomości”, „Wykopaliska”, „Drugie spotkanie” czy „Nie-fikcja”. Autora interesuje również kwestia potencjalności, prawdopodobieństwa, możliwości kreowania rzeczywistości czy też panowania na tym, co pozornie dalekie jest od naszego wpływu. Motywy te pojawiają się na przykład w „Dotyku”, „Kto jest kim w psychiatrii ekwadorskiej”, „Innych zaletach” czy „Bajce o Lesznie”. Miłkowskiemu udaje się pokazać, że opowiadanie w jego wydaniu to gatunek świeży, inspirujący, wielowymiarowy. To dużo, choć ciekawa jestem bardzo, jak sprawdziłby się autor w powieściowej formie.


Maciej Miłkowski, Drugie spotkanie, Wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2017.

środa, 13 września 2017

Uwikłani (J. Żulczyk, Wzgórze Psów)

Najnowsza powieść Jakuba Żulczyka, reklamowana jako „dojrzała książka” autora, faktycznie jest historią na dużo wyższym poziomie artystycznym niż wcześniejsze utwory pisarza. Dużo bardziej skomplikowane problemy są również tutaj poruszane. Jednocześnie uważny czytelnik natknie się na motywy, które nie w takich samych, oczywiście, konfiguracjach były realizowane w innych odsłonach twórczości autora. Warto więc „Wzgórze Psów” traktować jako nowy etap, co sugeruje wydawca, ale i nie zapominać o zachowanej w tym wypadku konsekwencji i ciągłości. Powieść Żulczyka zasługuje na uwagę czytelnika. To znakomite połączenie powieści psychologicznej, thrillera i powieści inicjacyjnej. Można również książkę tę klasyfikować jako powieść o rodzinie, powieść o prowincji, powieść o pisaniu, powieść o dojrzewaniu i powieść o złu. Choć autor umieszcza akcję na warmińsko-mazurskiej prowincji, to jednak opisane wydarzenia mają charakter uniwersalny. „Wzgórze Psów” okazuje się bowiem świetnym portretem małej społeczności – jej grzechów, ale i tkwiącej w zjednoczeniu siły, jej siermiężności, ale i niepowtarzalności, jej pożerającej, oblepiającej nieuchronnie siły i wynikającej z tego konieczności opierania się i uciekania, często bezskutecznie. Żulczyk celnie, wyraziście i przekonująco charakteryzuje bohaterów. Nie pozwala im na statyczność, jesteśmy bowiem świadkami wielu istotnych przemian, także tych, których nie da się wyprzeć i których nie da się wymazać z pamięci. Tajemnica z przeszłości nie jest w tym wypadku jedynie przedmiotowo potraktowaną sytuacją, która służyć ma uatrakcyjnieniu fabuły. Wręcz przeciwnie, to, co przeminęło, okazuje się ciągle żywe, generuje współczesne zachowania bohaterów i zmusza do podjęcia działań, które wpłyną na Wielką Przemianę. Etyczne uwikłanie opisywanych postaci we wszystko, co im się przydarza, jest wyjątkowo ciekawie rozrysowane. Mamy więc niejednoznaczność dobra i zła w opisie związków małżeńskich, braterskich, rodzicielskich, ale i w odsłanianiu bohaterów jako członków społeczności. Hierarchiczność władzy i podległości oraz trudności z renegocjowaniem zajmowanych pozycji tworzą rzeczywistość mrocznych zobowiązań i codziennych małych ostateczności. Zło, które opisuje Żulczyk, nie tylko się przydarza, staje się również ciężarem niesionym przez lata, zobowiązaniem wobec przeszłości oraz przymusem, który sankcjonuje nieuchronność zemsty. Autor doskonale panuje nad swoją opowieścią. Warto docenić takie zaplanowanie historii, że właśnie wtedy, kiedy zaczynamy już wiedzieć, kto jest dobry, a kto zły, wszystko okazuje się nieoczywiste, a wspomniane dobro i zło miesza się w proporcjach uniemożliwiających jednoznaczne oceny moralne.


Jakub Żulczyk, Wzgórze Psów, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2017.