Tom prozy żałobnej Hanny Dikty z jednej strony wpisuje się w tradycję podobnych utworów, których przecież w literaturze mamy wiele, z drugiej dokonuje ważnego gestu przepisania tego, co mogłoby być tylko i aż pożegnaniem. W paradoksie mówienia o śmierci tak, iż w rzeczywistości mowa jest o życiu, autorka zbliża się do obrazowania, które znamy z „Na przecięciu arterii” Krzysztofa Sieczka. Jednocześnie Hanna Dikta, co ważne i warte zaznaczenia, znajduje własny język – sentencjonalny, fragmentaryczny, szczątkowy. Jej rekonstruowanie własnych przeżyć pozostaje myśleniem o relacjach. Najpierw jako nastolatka żegna na zawsze matkę, potem jako czterdziestokilkuletnia kobieta musi zmierzyć się z odejściem ojca. Kiedyś przestała być córką, bo była bez matki, nadal jednak nią pozostała, bo miała ojca. Na pogrzebie matki głęboko w sobie ukryła rozpacz – pytanie o suche oczy będzie powracało i przypominało tamto cierpienie, stanie się rodzajem specyficznego i mocno wybrzmiewającego lamentu. Na pogrzebie ojca płacze i zapamiętuje szczegóły. Takich paradoksów, zderzeń jest w tej autobiograficznej prozie wiele. Na poziomie urwanego niekiedy zdania dzieje się tutaj wyjątkowo dużo – jest miłość, jest strata, jest nieprzygotowanie do końca, wreszcie jest i nieprzemijanie tego, co dawniej mocno zabolało i przypomina się co jakiś czas. Hanna Dikta nie próbuje słowami zaklinać cierpienia. Jej zdania są oszczędne, przemyślane, niedopowiedziane, mocne i znaczące w swojej kruchości. Ostateczność opowiadana jest tutaj w sposób rwany, nielinearny, zawsze jednak celnie wydobywający to, co w kontekście śmierci jest kluczowe, a mianowicie niemożność pożegnania się wtedy, kiedy pożegnać się już trzeba, bo w tej kwestii żadnego wyboru już nie mamy. Bardzo dobre – prawdziwe, literacko oryginalne, bez emocjonalnego szantażu.
Hanna Dikta, Zabliźnianie, Wyd. Biblioteka Śląska, Katowice 2026.






















