Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

wtorek, 31 maja 2016

Banał goni banał, udając coś więcej (M. Masada, Święto Trąbek)

Debiutancka powieść Marty Masady rozczarowuje i to pod wieloma względami. Po pierwsze, widać wyraźnie, że autorka postanowiła dać upust odczuwanej radości pisania, co w efekcie oznacza zaoferowanie czytelnikowi ponad 600 stron tekstu. Wątpliwa to przyjemność. Mamy do czynienia z powieścią przegadaną, powtarzalną, właściwie bez fabuły, a już na pewno nie z taką fabułą, która w jakikolwiek sposób posuwa akcje do przodu. Bohaterka nie rozwija się, jako trzydziestolatka pozostaje na poziomie intelektualnym infantylnej nastolatki, tak więc jej działania i rozważania trudno uznać za absorbujące. Książce tej przydałaby się dobra redakcja i usunięcie przynajmniej 70% tekstu. Być może wówczas dostalibyśmy chociaż przeciętną powieść, teraz trudno mówić nawet o przeciętności. Po drugie, zarówno blurby polecające książkę, jak i wydawniczy opis, sugerują, iż oto czeka nas prawdziwa lekturowa uczta. Doskonała proza mieszać się będzie z odwagą obyczajową. Nic bardziej mylnego. Powieść Masady można właściwie streścić w kilku zdaniach. Bohaterką jest wyjątkowo niedojrzała dorosła kobieta o pseudoartystowskich zapędach. Jej każde spotkanie z mężczyzną sprowadza się do oceniania go pod kątem seksualnym i ewentualnego pragnienia osiągniecia z nim spełnienia. Bohaterka traci oddech, łka, poddaje się uzależnieniu od seksu, wreszcie świetnie czuje się w roli ofiary. Definiuje siebie poprzez mężczyzn. W trakcie przypadkowych stosunków myśli o spłodzeniu potomka. Rozpacza, szaleje, pije alkohol, rzyga, często przebywa w toaletach – wymiotując, załatwiając się, uprawiając seks, tarzając się po obsikanej podłodze, jednym słowem rzuca się w wir doznań. I tak przez wspomniane ponad 600 stron. Masada chciała zapewne szokować, ale dyskusyjne jest, czy jej się udało. Może gdyby lepiej pisała, może gdyby umiała bardziej skomplikować charakterologicznie swoją bohaterkę… Może. Faktem jest jednak, że mamy do czynienia z wątpliwej jakości prozą popularną, która udaje artystyczną, że otrzymujemy produkt, który można określić jedynie jako słabą i banalną popularna prozą kobiecą. Szkoda, że Masada stawiając na sceny seksualne jako momenty zwrotne swojej fabuły, nie pomyślała o tym, co jest dość oczywiste, a mianowicie, że opisy zbliżeń intymnych należą do dość trudnych w literaturze. Łatwo popaść w śmieszność przy ich tworzeniu. Nie wystarczy postawić na sugestywność kilku nieoczywistych wyborów seksualnych, by osiągnąć na tym polu sukces. Po trzecie, żenującym zabiegiem konsekwentnie stosowanym przez autorkę w powieści jest łączenie seksualnej infantylności bohaterki z pamięcią o Holocauście. I nie chodzi w tym miejscu o kwestie etyczne, choć fraza: „Opadając z sił, myślałam, że już chyba naprawdę wolałabym jechać teraz bydlęcym wagonem pod rękę z Rafaelem ku nieuchronnemu końcowi niż zarzygana i półprzytomna wracać bez niego do Warszawy […]” (s. 382) jest przykładem wyjątkowego bezguścia. Trudno znaleźć również uzasadnienie dla pseudodyskusji na temat winy Polaków z pijanymi Izraelczykami. Banał goni w tym wypadku banał i mam podejrzenia, że wątek ten został wykorzystany koniunkturalnie. Po czwarte wreszcie, tezę, iż Masada napisała popularna powieść kobiecą, uzasadnia również postać bohaterki. Krótko charakteryzowałam ją wcześniej, dodam tylko, że jest ona wcieleniem stereotypów na temat kobiety wchodzącej w role ofiary w związku, kobiety definiującej się tylko poprzez mężczyznę, wreszcie kobiety, dla której najważniejsze jest posiadanie atrakcyjnego i pociągającego faceta. Autorka nie dyskutuje z takim modelem bohaterki. Co więcej, zdaje się zakładać, że stereotypowe zachowania portretowanej kobiety świadczą o jej wyemancypowaniu. Zdecydowanie odradzam.


Marta Masada, Święto Trąbek, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

niedziela, 29 maja 2016

W cieniu kolonializmu (I. Klementowska, Szkielet białego słonia)

Mozambik jako główny bohater reportażu Izy Klementowskiej jawi się jako miejsce smutne, naznaczone traumą wcześniejszego kolonializmu i późniejszego wyzwalania się spod jego jarzma, wreszcie żalu dzielącego białych i czarnych mieszkańców kraju. Autorka wprowadza czytelnika w historię państwa, akcentując wagę poszczególnych wydarzeń oraz związek z Portugalią. Ciekawym momentem we współczesnej biografii miejsca jest nie tylko powiązanie losów Mozambiku z czasem, gdy afrykańskie kraje odzyskiwały niepodległość, ale i bardzo ścisła zależność od tego, co działo się w państwie rządzonym przez Salazara. Reportaż Klementowskiej można potraktować jako wstęp do poznawania tego zakątka świata, jako preludium do refleksji nas konsekwencjami kolonializmu, wreszcie nad ciągle żywym podziałem między białymi a czarnymi oraz tym, co obie grupy pamiętają. Autorka stara się pokazywać racje obu stron oraz niejednoznaczność postaw. Mamy więc uzasadnione powody walki o niepodległość czarnych, ale i bezradność białych, którzy dostają dobę na opuszczenie domu i kraju, w którym się zakorzenili i który uznawali za swój. Zresztą nieoczywistość tożsamościowej definicji bycia Mozambijczykiem pojawia się w książce nieraz. Tak mówią o sobie zarówno ci, którzy doświadczyli władzy kolonizatorów, jak i ci, którzy przed lata należeli do uprzywilejowanej grupy mającej władzę. Problem jednak w tym, że niektórzy Portugalczycy nigdy nie byli w Europie. Ich ojczyzną jest więc Mozambik, innej nie znają. Nie godzą się więc na to, by ktoś tylko z powodu koloru skóry odmawiał im prawa do poczucia, że są u siebie i że tutaj jest ich dom. Klementowskiej udaje się zarysować problem podziałów w taki sposób, że nie tylko dostrzegamy ich trwałość oraz historyczne uwikłanie, ale również zagubienie, tkwiące u źródeł niechęci, nienawiści i zakazów. „Szkielet białego słonia” nie wyczerpuje tematu, raczej zachęca do jego dalszego zgłębiania i pozwala mieć nadzieję, że reporterka nie poprzestanie na tej książce, zechce natomiast opowieść o Mozambiku kontynuować.


Iza Klementowska, Szkielet białego słonia, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 26 maja 2016

Na naszych oczach (N. Klein, To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat)

Najnowsza książka Naomi Klein charakteryzuje się tym, do czego stali czytelnicy dziennikarki już się przyzwyczaili. Mamy więc do czynienia z esejem zaangażowanym, głosem w sprawie, próbą potrząśnięcia międzynarodową społecznością, ale i zwykłymi ludźmi, wreszcie osobistą opowieścią o odpowiedzialności każdego za świat, w którym żyje i którego jest częścią. Ów, tak można by nawet powiedzieć, intymny ton argumentacji Klein buduje specyficzne porozumienie z czytelnikiem. Odsłania bowiem podwójny obraz autorki objaśniającej zmiany klimatyczne zachodzące na świecie – oto jesteśmy świadkami dowodów przedstawianych przez waleczną, pełna pasji, inteligentną dziennikarkę, ale i zaniepokojoną znikaniem piękna przyrody, niektórych gatunków roślin i zwierząt, matkę dziecka, które dopiero zaczyna poznawać rzeczywistość, w jakiej funkcjonuje. Klein odwiedza konkretne miejsca, objaśnia możliwości, jakie mają różne gałęzie przemysłu, a których nie wykorzystują, wreszcie pokazuje, jak chęć wzbogacenia się wpływa na zdystansowanie się do myślenia długofalowego, a w efekcie kształtuje negatywne praktyki i neguje ustalenia naukowców. Dziennikarka nie tylko pokazuje, w jaki sposób środowisko jest niszczone, ale również rekonstruuje tryb argumentacji typowy dla osób krytykujących ekologów. Łatwość, z jaką przeciwnicy rozmów o zagrożeniach płynących z ocieplenia klimatu, klasyfikują alarmujących o nadużyciach jako niepoważnych lewaków, anarchistów i ekologicznych szaleńców to wyjątkowo ciekawy wątek. Klein odsłania zasady rządzące dominującym dyskursem. Nie o dobro wspólne w tym przypadku chodzi, ale o korzyści utrzymywane przez grupy uprzywilejowane. Autorka nie ukrywa, że sama początkowo podchodziła sceptycznie do problemu. Kiedy jednak odkryła, że zmiany klimatyczne całkiem realnie i dostrzegalnie zmieniają środowisko wokół niej, postanowiła przyjrzeć się tematowi bliżej. Z jej opowieści wyłania się przerażający obraz nierównej walki między tymi, którzy alarmują o niebezpieczeństwie, lecz są zagłuszani, a tymi, którzy przekonują, że ekspansywne działania człowieka na Ziemi są jego niekwestionowanym przywilejem, jaki należy wykorzystywać bez ograniczeń. Klein nie ukrywa, że dopiero zbudowanie silnego frontu ocalenia, wspólnoty nieobojętnych, może spowodować pozytywne efekty. Aby jednak tak się stało, potrzebna jest powszechna świadomość i chęć zaangażowania się. Do refleksji.


Naomi Klein, To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat, przeł. Hanna Jankowska, Katarzyna Makaruk, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

niedziela, 22 maja 2016

Zderzenie marzeń z rzeczywistością (L. Pańków, Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego)

Reportaż Lidii Pańków wpisuje się we współczesną tradycję pisania o architekturze promowaną i interesująco realizowaną przez Filipa Springera. Autorka „Bloków w słońcu” proponuje bowiem czytelnikom reportaż o miejscu – o przestrzeni, która inspirowała, która stwarzała problemy, która wreszcie pokonana przez człowieka miała niewiele wspólnego z ideałem, zdefiniowanym na początku realizowanego z takim zacięciem projektu. Pańków pokazuje to, co zawsze pozostaje na drugim planie, a mianowicie pomysły projektantów, systemowe uwikłanie, łatwość ignorowania zaleceń dotyczących stosowanych do budowy materiałów, wreszcie wiarę ludzi w to, że powstaje osiedle szczególne, wyróżniające się na tle innych. W pamięci ludzi pozostaje efekt, a nie plany. W trakcie lektury książki łatwo zauważyć dbałość autorki o historyczną wiarygodność, a także chęć zachowania zaakcentowanych w tytule priorytetów. Na plan pierwszy wysuwa się cały czas powstające osiedle, nie zaś ludzie, którzy tam zamieszkali, lub którzy Ursynów budowali. Nie znaczy to, oczywiście, że ich głos jest nieobecny, zazwyczaj jednak bywa podporządkowany biografii miejsca. Intrygującym wątkiem jest motyw, tak chyba można by to ująć, labiryntu, którym staje się osiedle. Raptem okazuje się, że miejsce zamieszkania bywa rodzajem tajemnicy. Niemożność szybkiego zlokalizowania danego lokalu utrudnia na przykład dotarcie niechcianych gości do mieszkania, w którym bezpiecznie czuła się opozycja. Owo terytorialne zapętlenie świetnie wpisuje się też w inteligencki status osiedla, na którym mimo pozornej demokratyzacji i zniesienia hierarchiczności podtrzymana zostaje specyficzna, twórcza i inspirująca atmosfera. Autorka akcentuje również ideę tworzenia miejsca przyjaznego mieszkańcom. Niestety, plany dotyczące infrastruktury zostają ostatecznie mocno zredukowane. Reportaż Pańków to warte uwagi połączenie reportażu historycznego z reportażem biograficznym o miejscu. Szczegół komponuje się tutaj z rozmachem planu ogólnego, w efekcie jako czytelnicy nie pozostaniemy obojętni na ważne pytania dotyczące przestrzeni.


Lidia Pańków, Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016. 

środa, 18 maja 2016

Wybór czy konieczność? (M. Atwood, Serce umiera ostatnie)

Najnowsza powieść Margaret Atwood w pewnym sensie nawiązuje do tego, co mogliśmy czytać w „Opowieści Podręcznej”. W książce „Serce umiera ostatnie” kanadyjska pisarka również tworzy świat przyszłości, w którym jasno zdefiniowane zasady są łamane, dzięki czemu bohaterowie mogą się zmierzyć z własnymi ograniczeniami, słabością i porażką. Rzeczywistość idealna zamienia się w koszmarną, choć początkowo nic nie wskazuje na to, że pozornie bezproblemowa codzienność, regulowana nakazami i zakazami, może rodzić tyle dylematów natury etycznej. Stan i Charmaine są małżeństwem. Sytuacja panująca w kraju spowodowała, że ich życie diametralnie się zmieniło – z osób dobrze zarabiających, posiadających dom, z przyszłością zmienili się w ludzi znających traumę bezrobocia, mieszkających w samochodzie, bez przyszłości. Funkcjonują właściwie z dnia na dzień, uciekając z kolejnych parkingów, na których grasują hordy bandytów i chuliganów. Muszą zapomnieć o stabilizacji, bezpieczeństwie, trwałości. Pewnego dnia Charmaine dowiaduje się o pewnym projekcie, gwarantującym mieszkanie, pracę i krzepiącą rutynę. Bohaterowie postanawiają wziąć w nim udział. Początkowe wątpliwości związane z nadmierną kontrolą zostają rozproszone przez satysfakcję płynącą z możliwości doświadczania na nowo normalności. Projekt Pozytron opiera się na nietypowej regularności zamiany – jeden miesiąc para spędza w swoim domu, razem, wychodząc do pracy i doświadczając intymności; drugi miesiąc bohaterowie są rozdzieleni, bo przebywają w więzieniu i tam wykonują zupełnie inne obowiązki niż na wolności. Ich mieszkanie jest miejscem prywatnym, ale i dostępnym dla obcych. Wtedy, gdy są w więzieniu, dom należy do innej pary. Bohaterowie zostają sprowokowani do wzięcia udziału w dramatycznym eksperymencie sprawdzającym ich lojalność wobec siebie, stosunek do człowieka jako takiego, wreszcie siłę obowiązku zderzonego z mocą wyznawanych wartości. Ci, którzy uczestniczą w tej specyficznej grze, planują wszystko od początku do końca. Problem polega na tym, że choć mamy do czynienia z precyzyjnie realizowanym przedsięwzięciem, emocje i namiętności bohaterów, ich zdrada, kłamstwo i gotowość zgody na fałszowanie rzeczywistości są prawdziwe. Raptem okazuje się, że wolny wybór może być większym zagrożeniem niż poddawanie się sztucznemu regulowaniu własnego życia. Niezależność niesie konieczność odpowiadania za własne czyny, bycie czyjąś marionetką pozwala zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności i poddać się sugestiom innych. Atwood pokazuje, że złudzenie spełnienia oferowane przez rzekomą bezproblemowość dyskretnej kontroli niesie zniewolenie gorsze niż ma to miejsce w przypadku dyktatur. Na taką niewolę godzimy się bowiem sami. Wyrzekając się świadomego uczestnictwa w rzeczywistości, stajemy się niewolnikami doskonałymi.


Margaret Atwood, Serce umiera ostatnie, przeł. Małgorzata Maruszkin, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

poniedziałek, 16 maja 2016

Smutek milczenia i potłuczony imbryk (R. Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni)

Flanagan w „Klaśnięciu jednej dłoni”, podobnie jak w przypadku „Ścieżek Północy”, pozostaje wirtuozem w opisywaniu niełatwych emocji, uczuć, które, zamiast łączyć, dzielą i biografii, które choć zdają się zmierzać ku katastrofie, ostatecznie zawierają w sobie pewną nadzieję. Nie ma w tej powieści zbędnego rozwodzenia się nad stanami emocjonalnymi bohaterów, jest za to umiejętność skwitowania skomplikowanych odczuć jednym zdaniem, kilkoma słowami. Nadmiar zawiera się w tym przypadku w niewypowiedzeniu. To, co dławi, uniemożliwia reakcję, każe chować się w sobie, łączy się zawsze z milczeniem. Flanaganowi udaje się pokazać ludzi, którzy szukają szczęścia w obcym kraju, ponosząc mniejsze lub większe porażki. Rodzice Sonji są Słoweńcami. To Tasmania jest miejscem, w którym rozgrywa się to, co dawało nadzieję na dobre zakończenie, a ostatecznie okazało się ponurym finałem rodzinnego szczęścia. Kiedy Sonja jest małym dzieckiem, jej matka odchodzi. Dziewczynka, dopiero kiedy będzie dorosła, dowie się, jaki dramat przeżyła kobieta i co stoi za jej milczącą, kategoryczną decyzją opuszczenia tego wszystkiego, co kojarzy się z miłością i szczęściem. Ojciec Sonji nie będzie umiał pogodzić się z tym, co go spotkało, i aby zagłuszyć ból, wybierze najgorszy z możliwych medykamentów, a mianowicie alkohol. Picie zniszczy nie tylko teraźniejszość jego córki, ale i to wszystko, co zawiera się we wspomnieniach. Równolegle odkrywamy przeszłość Sonji i jej teraźniejszość. To, co składa się na „dzisiaj”, sprowadza się do prób zrozumienia minionego, odrzucenia dawnego lęku, wreszcie uwierzenia, że ma się w sobie siłę, by mierzyć się z jutrem. Jesteśmy więc świadkami rozpadu rodziny, ale i ciągłego istnienia więzi, których nie da się całkowicie przeciąć. Dosłowny brak matki, bo odeszła, i symboliczny brak ojca, bo pił i stosował przemoc, zmuszają Sonję do budowania własnej tożsamości na bardzo kruchych podstawach. Ostatecznie okaże się, że nawet w miejscu, które wydaje się obce i nieprzyjazne, można znaleźć dom wtedy, gdy pojawi się miłość i chęć rozpoczęcia nowego etapu w życiu. Wówczas częściowo udaje się skleić to, co dawno się potłukło i co nie mogło do siebie pasować. Bardzo dobre.


Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni, przeł. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

piątek, 13 maja 2016

Oświecenie czy pranie mózgu? (S. Carney, Śmierć na Diamentowej Górze)

Carney nie ukrywa, że u źródeł jego zainteresowania zachodnimi wyznawcami różnych wersji buddyzmu stoi dramatyczne wydarzenie, którego w pewnym sensie był świadkiem. Kiedy razem ze studentami przebywał w ośrodku medytacyjnym, jedna z jego podopiecznych popełniła samobójstwo. Sprawa ta okazała się kluczowa dla późniejszego zadawania pytań i szukania odpowiedzi przez autora. Carney nie tylko zastanawia się nad własną odpowiedzialnością, ale też stawia tezę, że praktykowanie buddyzmu przez ludzi Zachodu ze względu na różnice doświadczeń i mentalności wiązać się może z pewnym ryzykiem. Dziennikarz opisuje kontrowersyjną sprawę śmierci Iana Thorsona, który w 2012 roku umiera w górach w Arizonie, nie otrzymawszy pomocy. Przyczyną śmierci jest odwodnienie organizmu i dyzenteria. Autor rekonstruuje relacje łączące Thorsona i jego mistrza Michaela Roacha, ale nie tylko. Pokazuje zagubienie wyznawców, łatwość poddawania się manipulacjom przywódcy, wreszcie gotowość do naginania podjętych zobowiązań i interpretowania przyjemności w kontekście rzekomego uzyskiwania kolejnych stopni wtajemniczenia. Ów fałszywy ton widać szczególnie wyraźnie w tych epizodach biografii Roacha, które odsłaniają jego relacje seksualne z kobietami oraz butę okazywaną samemu Dalajlamie. Na uwagę zasługuje wątek nierównej walki rodziny Thorsona o odzyskanie syna. Szybko okazuje się, że mężczyzna przeszedł tak duże, użyjmy tego określenia, pranie mózgu, że racjonalna rozmowa jest z nim właściwie niemożliwa. Carney pokazuje również, że to, w jaki sposób ludzie Zachodu traktują techniki medytacyjne, różni się od podejścia wyznawców ze Wschodu. Inaczej bywa rozumiana świętość, inaczej pojmowany jest relaks, inaczej wreszcie podchodzi się do idei oświecenia. Dziennikarz wspomina także o pewnych nadużyciach – ideowych i ekonomicznych. Nie ukrywa, że totalne poddawanie się wyznawców autorytetowi nauczyciela/guru bliskie jest zasadom funkcjonowania sekt. Intrygujące, dające do myślenia.


Scott Carney, Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia, przeł. Dominika Cieśla-Szymańska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 12 maja 2016

Dorastanie do utraty naiwności (E. Shafak, Uczeń architekta)

Najnowsza książka Elif Shafak to fascynująca opowieść o świecie, który choć z naszej perspektywy ma w sobie coś egzotycznego, to jednak pozostaje miejscem, w którym dzieją się rzeczy fundamentalnie ważne, a w swojej istotności uniwersalne. Choć pisarka odwołuje się do autentycznych postaci historycznych, to jednak ukierunkowuje naszą uwagę na chłopca, później mężczyznę, który będąc blisko dworu sułtana, pozostaje człowiekiem zagubionym, samotnym, przekonanym, że to, co najważniejsze, jest poza jego zasięgiem. Shafak potrafi opowiadać. To z pewnością podstawowa zaleta tej powieści, ale nie jedyna. Pisarce udaje się również znakomicie pokazać to wszystko, co dzieje się w momencie zbliżenia się tych, których na co dzień dzieli dystans, zajmowana pozycja, czasami obojętność, a nawet pogarda. Przyglądamy się więc, jak sponiewierany chłopak, Dżahan, dociera na dwór sułtana. Bieda ma możliwość zbliżyć się do wielkiego bogactwa. Dżahan jest opiekunem białego słonia. Między chłopcem a zwierzęciem rodzi się silna więź. Jej rozwój obserwować będziemy właściwie od narodzin słonia aż do jego śmierci. Stajemy się świadkami wielkiej przyjaźni międzygatunkowej. Scena, w której Dżahan zmuszony jest nauczyć swojego podopiecznego zabijania, należy do najmocniejszych i najbardziej zapadających fragmentów tej powieści. Uświadamiamy sobie bowiem fakt, że człowiek może zarażać złem i może owym złem manipulować. Przyglądamy się emocjonalnej bliskości, jaka zaczyna łączyć Dżahana i córkę sułtana, Mihrimah. Zbliżenie w tym przypadku musi pozostać w sferze potencjalności, nie zmienia to jednak faktu, że uczucie bohatera wpływa na całe jego życie. Niezwykle interesującymi relacjami są więzi łączące Sinana, nadwornego architekta, i jego uczniów. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z podejściem typowo ojcowskim. Sinan chce dać swoim pomocnikom szansę na nowe, lepsze życie oraz na zmianę priorytetów. Po drugie, dla Dżahana jest to rodzaj awansu społecznego, ale i powód by rozpamiętywać własne umiejętności i zacząć wierzyć w siebie. Jest już nie tylko opiekunem słonia, ale i kimś, kto buduje świat i zbliża się w ten sposób do Boga. Po trzecie wreszcie, między uczniami Sinana rodzi się rywalizacja. Pół biedy, jeśli chodzi tylko o pomysły na coraz lepsze projekty wznoszonych budowli. Gorzej, że wkrada się między nich zdrada, zawiść i brak lojalności. Shafak znakomicie pokazuje, że dorastanie wiąże się z utratą naiwności. Nawet ci, którzy próbują być wierni sobie i usiłują pozostać po stronie dobra, kiedyś dotkną mroku i będą musieli się z nim zmierzyć.


Elif Shafak, Uczeń architekta, przeł. Jerzy Kozłowski, Wyd. Znak, Kraków 2016.

poniedziałek, 9 maja 2016

To, czego nie widać, a co istnieje (J. Kopińska, Polska odwraca oczy)

Polska odwraca oczy to druga książka w dorobku Justyny Kopińskiej. Pierwsza, dotycząca nadużyć w ośrodku dla dzieci prowadzonym przez siostry boromeuszki i zatytułowana Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?, ukazała się w minionym roku. Sprawa ta zresztą wraca również w omawianej pozycji. Ci, dla których Polska odwraca oczy jest pierwszym spotkaniem z reporterką, będą mieli okazję i w tej publikacji przeczytać o boromeuszkach. Kopińska wraca do tradycji, która wydawać się może współcześnie nieco zapomniana. Jest nie tylko dziennikarką śledczą, osobą niezwykle zaangażowaną w swoją pracę i doskonale operującą słowem, a więc z talentem literackim, ale również – co dużo istotniejsze z perspektywy jej bohaterów – reporterką, która nie odpuszcza, nie daje się zbyć ograniczeniom stawianym przez urzędników, pyta, nagłaśnia sprawę, wątpi, nie pozwala sobie nawet na odrobinę obojętności. Sprawia, zabrzmi to nieco patetycznie, ale i prawdziwie, że świat przynajmniej trochę zmienia się na lepszy. Kopińska odświeża więc model dziennikarstwa zainteresowanego tym, co dzieje się pod strzechami, wśród najsłabszych, wśród tych wszystkich, od których syte i uciekające od problemów społeczeństwo chętnie odwraca oczy. Reporterka słucha tych, których nikt nie chce słuchać. Ofiary w jej tekstach nie tylko mają okazję opowiedzieć o swoich cierpieniach, ale i odzyskują swoje człowieczeństwo. Przestają być kimś gorszym, zyskują status takich samych obywateli, jakimi są ci, którzy należą do grup uprzywilejowanych. Justynę Kopińską interesują sytuacje graniczne. Czyni więc bohaterką reportażu kobietę, która decyduje się poślubić Mariusza Trynkiewicza i z zachwytem opowiada o swoim ukochanym. W tle bardzo mocno wybrzmiewa pytanie o granice miłości i fascynacji (Spokojny sen Anny). Dziennikarka ujawnia nadużycia w instytucjach, których rolą jest zapewnienie pomocy i opieki. Czytamy więc o koszmarze pacjentów szpitala psychiatrycznego (Oddział chorych ze strachu), o wieloletnim dramacie podopiecznych sióstr boromeuszek (Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?, Grzech śmiertelny), wreszcie o przymusie stosowanym w stosunku do więźniów (Nie jestem psem. Narkotykowy układ w więzieniu w Płocku). Pytania, które w tym przypadku nasuwają się same, dotyczą granic sprawowanej władzy, pogardy w stosunku do słabszego, wreszcie granic zaufania społecznego. Reporterka obnaża również słabość systemu i obojętność sądów na traumę zwykłego człowieka. Dzieje się tak chociażby w kontekście historii kobiety, która została zgwałcona na szkoleniu, gdzie pełniła rolę tłumaczki (Elbląg odwraca oczy) lub w kontekście osób zmuszanych przez swojego pracodawcę do płacenia haraczu (Sąd w niewoli w Zduńskiej Woli). Pytania o granice wzajemnych zależności, o niemoc sądów, wreszcie o łatwość odwracania się od ofiar pozostają ciągle aktualne. Kopińska przygląda się także nieco innym dramatom. W Nieśmiertelności chrabąszczy opowiada przepiękną historię miłości i zaplanowanej wspólnej śmierci prof. Krzysztofa Kruszewskiego i jego żony. Z kolei w Białej bluzce. Tajemnicy minister Zbrojewskiej prezentuje poruszający portret minister Moniki Zbrojewskiej, jej imponującej kariery i dramatycznego, niespodziewanego końca. Reporterka pyta więc, tak można wnioskować, o granice miłości i śmierci oraz o granice poświęcenia i ostatecznych wyborów. To, oczywiście, nie są wszystkie reportaże z omawianego tomu. Każdy zasługuje na oddzielną uwagę, namysł i refleksję. Każdy odsłania paradoksy nie tylko polskiej rzeczywistości, ale specyfiki ludzkich zachowań jako takich. Pozycja obowiązkowa.


Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016. 

niedziela, 8 maja 2016

Wszędzie i nigdzie (A. Domosławski, Wykluczeni)

Artur Domosławski w swojej najnowszej reporterskiej książce proponuje czytelnikowi podróż trudną i wymagającą. Pokazuje bowiem, że tytułowe wykluczenie ma różne twarze, ujawnia się w różnych sytuacjach, jest wszędzie, choć nie powoduje to niebezpieczeństwa unifikacji, bo za każdym razem mamy do czynienia z przypadkiem szczególnym. Jednocześnie autor odsłania ryzyko wpisane w totalność problemu, a związane z postrzeganiem. Skoro wykluczonych jest tak wielu, tak często milczą i zazwyczaj nie udaje im się być kimś słyszalnym, to tak naprawdę owo „wszędzie” odbierane jest często jako bezpieczne i uspokajające „nigdzie”. Domosławski proponuje czytelnikowi reportaż zaangażowany, dzięki któremu dostrzegamy, że jesteśmy częścią świata wyzysku, pogardy dla drugiego człowieka i ignorowania biedy. Reporter nie wykonuje, oczywiście, egzaltowanych gestów w postaci złudnego sugerowania, że zmiana przy odrobinie chęci i gotowości jednoczenia się jest możliwa. Pokazuje raczej, że ważnym krokiem na drodze do zrozumienia i późniejszego, być może, działania, jest świadomość trwałości istniejących nierówności, powtarzalności form wyzysku oraz samotności najbiedniejszych w konfrontacji ze skorumpowanymi przedstawicielami państwa. Domosławski oprowadza czytelnika po różnych miejscach na świecie, w których dochodzi do wykluczenia. Przyjmuje ono różną postać. Ta, która dominuje, na pewno związana jest z biedą. Konsekwencje ubóstwa okazują się najbardziej trwałe – ofiar, które wywodzą się ze slumsów, nikt nie słucha z uwagą, często nie są one nawet zauważane. Widać to chociażby doskonale po opisanym przypadku znikania w Kolumbii mężczyzn ze slumsów. Trudne śledztwo ujawnia, iż werbowano ich pod pozorem oferowania pracy, następnie zabijano i inscenizowano sytuację, z której wynikało, że byli partyzantami. Egzekucje były dziełem policjantów i wojskowych, którzy za wyeliminowanie partyzanta otrzymywali godziwe wynagrodzenie. Domosławski przygląda się też nierównym potyczkom policji z gangami w brazylijskich fawelach, których ofiarami stają się zwykli ludzie. Egzekucje wykonywane na pokaz uderzają nie tylko w niewinnych mężczyzn, ale i kobiety oraz dzieci. Pokazuje mroczną twarz tzw. nowego niewolnictwa. W tym przypadku również Brazylia służy jako przykład dla zobrazowania problemu. Portretuje towarzyszące biedzie marzenie, że gdzieś istnieje lepszy i piękniejszy świat. Dramatyczne losy mieszkańców Hondurasu, którzy próbują dotrzeć do Stanów Zjednoczonych odsłaniają paradoks wykluczenia związanego z determinizmem w postaci urodzenia się w danym miejscu i czasie. Reporter nie zapomina także o konfliktach o podłożu religijnym czy etnicznym. Przygląda się chociażby temu, co dzieje się miedzy Izraelem a Palestyną, akcentując paradoks wzniesienia muru, burzenia domów i reglamentowania dostępu do wody (także do deszczówki). Opisuje dramatyczną sytuację panującą w Sudanie Południowym, ale przypomina również torturowanie przez Brytyjczyków ludu Kikuju w Kenii. Reportera interesuje także wykluczenie z powodów obyczajowych i tożsamościowych. Przygląda się więc odwilży we współczesnej Hawanie, w trakcie której geje odzyskują prawa przynależne każdemu obywatelowi i nie są już szykanowani z powodu orientacji seksualnej. Nie zapomina o uchodźcach, którzy przybyli do Europy. Odwołuje się do rewolucyjnego potencjału Arabskiej Wiosny, ale i do upadku idei, które miały zmienić tamtejszą rzeczywistość. To, oczywiście, nie wszystkie wątki poruszane przez Domosławskiego. Reporter nie tylko dociera tam, gdzie wykluczenie staje się pewnego rodzaju normą społeczną, z którą należy walczyć i którą trzeba zmienić, ale stara się również zadać kilka ważnych pytań. Wśród nich ważną kwestią są przyczyny popularności turystyki ekstremalnej, nasza łatwość odcinania się od tych, których za Baumanem dziennikarz nazywa „ludźmi-odpadami”, wreszcie niechęć do dostrzegania podobieństwa między różnymi cierpieniami ludzi i rywalizowanie nawet na tym polu o palmę pierwszeństwa. Lektura obowiązkowa.


Artur Domosławski, Wykluczeni, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

sobota, 7 maja 2016

Stracone pokolenie? (J. Hugo-Bader, Skucha)

Najnowsza książka Jacka Hugo-Badera zaskakuje. Zaskakuje tematem – reporter decyduje się prześledzić losy tych, którzy współtworzyli opozycję, tych, których nazywa Kolumbami rocznik 50. Zaskakuje też formą – ci, którzy znają twórczość autora, mogą być zdziwieni próbą delikatnego mitologizowania, ale i odbrązowienia, gotowością mierzenia się z ciemną stroną biografii i odkrywaniem, że dawna wiara w przyszłość zamieniła się w przegraną teraźniejszość. Reporter pozostaje obecny w teście. Pyta, prowokuje, przywołuje barwne metafory. Widać, że stara się nadać swojej opowieści charakter literacki. Umiejętnie buduje napięcie, dzieli poszczególne spotkania na sceny, eksponuje zwroty akcji we wspomnieniach. Pokazuje, że nic nie jest jednoznaczne. Nie gloryfikuje działań opozycyjnych, bardziej eksponuje ich wspólnotowość i towarzyskie korzyści płynące z robienia czegoś razem. Jednocześnie pokazuje, jak łatwo życie stawało się przegrane – nagle obce, nagle inne, nagle nie do zrozumienia. Poznajemy więc życiorysy tragiczne, złamane, rozczarowane, biografie naznaczone alkoholem, nienawiścią, gotowością do poświęceń. Hugo-Bader pokazuje, że ani wtedy, gdy działali, ani potem, gdy czasami nie chcieli podtrzymywać znajomości, nigdy nie byli tacy sami, zawsze się od siebie różnili. Reporter chętnie sięga po metaforę psa. Zwierzę to, przywiązane na zbyt krótkiej smyczy do drzewa, widnieje zresztą na okładce książki. Hugo-Bader nazywa psem siebie – psem wałęsającym się, psem niezależnym, wolnym, poszukującym. Psy stanowią często uzupełnienie losów opisywanych bohaterów – czasami są odrzucane, czasami odchodzą w dramatycznych okolicznościach, czasami odzwierciedlają przeżywany ból. Reporter pozostaje częścią opowiadanych historii, jednocześnie jednak jest kimś obcym. Próba wskrzeszenia przeszłości skutkuje zdominowaniem przez teraźniejszość. Minione, przypominające legendę, zostaje częściowo unieważnione przez rzeczywistość, która nie zawsze pozwala na spełnienie marzeń, a dość często staje się czymś, co da się określić mianem świata niemożliwego. Hugo-Bader zderza opozycyjny czas nadziei z okresem naznaczonym pozornym spełnieniem. To, co miało nadejść, rzadko okazuje się czymś wyczekanym i upragnionym, na pewno jednak jest czymś innym, pełnym nowym wyzwań. Intrygujące.


Jacek Hugo-Bader, Skucha, Wyd. Agora – Wyd. Czarne, Warszawa – Wołowiec 2016.

piątek, 6 maja 2016

Zbyt długa rewolucja (K.J. Hinz, Kuba. Syndrom wyspy)

Reporterska opowieść Hinza o Kubie to nie tylko świadectwo wielkiej fascynacji miejscem, ale i portret dojrzewania rozumianego w dwojaki sposób. Z jednej strony przyglądamy się temu, jak zmienia się postrzeganie wyspy przez autora. Hinz najpierw jest nieco naiwnym, zachwyconym studentem, potem widzącym dużo więcej korespondentem, wreszcie dyplomatą, odpowiedzialnym za słowa i czyny. Rozwój ten pozwala również dostrzec zmieniające się postawy Kubańczyków, ich entuzjazm dla Fidela Castro, a potem rozczarowanie, wreszcie odkrywanie przez nich zdrad rewolucji w stosunku do samej siebie. Drugie dojrzewanie to przejście od świeżości do starzenia się, od uwodzącego piękna do brzydoty. Taka jest w tej opowieści rewolucja. Hinz zresztą nie ukrywa, że polityczne konsekwencje przejęcia władzy były dalekie od deklarowanych marzeń i ideałów. Natykamy się bowiem na przejmujące w swojej wymowie fragmenty, w których opisana zostaje brutalna walka przeciwko tym, którzy najpierw doprowadzili do umocnienia się rewolucji, potem natomiast zostali publicznie napiętnowani jako jej zdrajcy. Hinz odsłania praktyki niszczenia przeciwników i krytyków kubańskiego ustroju. Na uwagę zasługuje powracający często wątek fascynacji ludzi z wielu zakątków świata tym, co wydarzyło się na Kubie. Obok podobnego uwiedzenie w przypadku wojny domowej w Hiszpanii przypadek ten jest wyjątkowo intrygujący w sensie mentalnym i etycznym. Warto zatrzymać się również przy wątku walki kubańskich władz z reprezentantami zagranicznych mediów. Hinz opisuje na przykład praktyki nagłego i nieuzasadnionego podnoszenia czynszu czy zmieniania waluty, w jakiej trzeba było płacić za mieszkanie, co powodowało znaczny wzrost kosztów. Ciekawa jest też nadzieja deklarowana przez autora – najpierw na rozmowę z Fidelem Castro, potem na bycie świadkiem jego upadku. Podobne pragnienie, tak można przypuszczać, łączyło korespondentów i naznaczało ich pracę krzepiącym, ale jednak złudzeniem. Bardzo dobre.


Krzysztof Jacek Hinz, Kuba. Syndrom wyspy, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

czwartek, 5 maja 2016

Krok dalej (G. Grzegorzewska, Kamienna noc)

Najnowsza powieść Gai Grzegorzewskiej to bardzo ciekawy, zasługujący na uwagę kryminał. Autorka nie poprzestaje na korzystaniu z konwencji, które dobrze znamy z jej poprzednich książek, a mianowicie z inteligentnego bawienia się romansem, melodramatem, kryminałem miejskim lub czarnym kryminałem. Jednocześnie decyduje się na chwyt komplikujący fabułę, bo wprowadza motyw powieści w powieści. Kompozycja szkatułkowa pozwala nie tylko na grę z biografią Julii Dobrowolskiej, ale i na odpowiednie poprowadzenie akcji w taki sposób, by kolejne jej zwroty zaskakiwały, dawały możliwość wielu odczytań, a także pozwalały na kontynuowanie serii. „Kamienna noc” jest bowiem kolejną odsłoną cyklu o cynicznej, przerysowanej, przekraczającej kolejne granice detektywce z blizną. Co prawda, autorka sugerowała, że wcześniejszy „Betonowy pałac” otworzył nową serię, to jednak teza ta wydaje się dość dyskusyjna. Owszem, na pierwszy plan obok Julii wysuwa się Profesor, nie zmienia to jednak faktu, że Dobrowolska ciągle odgrywa główną rolę. Kraków, zawsze portretowany przez Grzegorzewską jako miasto mroczne, tym razem staje się również miastem obcym. Detektywka, która wraca do Krakowa, by rozwiązać pewną sprawę i by pozamykać za sobą nieliczne otwarte jeszcze drzwi, mierzy się ze światem, którego nie rozpoznaje. Mapa miasta, jaką miała świetnie zapisaną w pamięci, staje się kompletnie bezużyteczna. Kraków trzeba na nowo poznać, ujarzmić i pokonać. Jednocześnie jesteśmy świadkami dość specyficznej historii miłosnej. Grzegorzewska nie byłaby sobą, gdyby kazała swojej bohaterce wejść w typowy związek z problemami. O ile wcześniej Dobrowolska była częścią erotycznego trójkąta, w którym równie istotne były relacje hetero-, jak i homoerotyczne, o tyle od „Grobu” przez „Betonowy pałac” po „Kamienną noc” w wyjątkowym natężeniu jesteśmy świadkami kazirodczej miłości między Julią a Łukaszem. Choć Grzegorzewska nie ucieka od postawienia pytań dotyczących przekraczanych granic, wstydu i intensywności erotycznych relacji, to jednak pozwala siostrze i bratu dokonywać wyborów, brać odpowiedzialność za swoje czyny i planować przyszłość. Można by więc powiedzieć, że mimo mrocznej wizji miłości, mamy tu jednocześnie do czynienia z wizją bardzo pozytywną.


Gaja Grzegorzewska, Kamienna noc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

środa, 4 maja 2016

Ludzie (J. Dicker, Ostatnie dni naszych ojców)

Powieść Dickera to znakomita próba pokazania tego, co wojna robi z człowiekiem. Powracające zawołanie, które pozwala mocniej zauważyć grozę sytuacji, jest wezwaniem, by pozostać Ludźmi, by nie zapomnieć o Ludziach, by widzieć w innych właśnie Ludzi. Główni bohaterowie powieści to ludzie, którzy zostają zaangażowani do SOE, brytyjskich tajnych służb, podczas II wojny światowej. Mają być wyszkoleni do skutecznej walki z Niemcami, kiedy zostaną zrzuceni na teren okupowanej Francji. Poznajemy różne osobowości. Wszystkich łączy lęk przed tym, co nieoczekiwane, przy jednoczesnym przekonaniu, że należy się włączyć w wojnę. Wśród uczestników szkolenia rodzą się przyjaźnie, niektórych dzieli niechęć, rodzi się nawet miłość. Znaczna część powieści to opis szkolenia. Obserwujemy, jak ludzie, którzy początkowo nie mają ze sobą nic wspólnego, zaczynają być sobie bliscy. Świadomość wspólnej walki buduje przekonanie o wspólnocie losów i potencjalnie podobnej przyszłości. Jednak powieść Dickera nie jest tylko historią rodzenia się przyjaźni w cieniu wojny. Dużo ważniejszy jest wątek pokazujący, jak tragiczny w skutkach bywa przypadek. Pisarz zmusza czytelnika do zastanowienia się nad konsekwencjami naszych wyborów, nawet tych pozornie niewinnych. Raptem okazuje się, że miłość syna do ojca może uruchomić wiele wydarzeń określanych przez takie słowa, jak zdrada, nienawiść, przemoc i śmierć. Odkrycie prawdy dla nikogo nie będzie łatwe. Zwłaszcza dla tych, którzy chcieliby wierzyć, że była wśród nich choć jedna osoba prawa, moralna i sprawiedliwa do końca. Dicker pokazuje, że wojna niszczy wszystkich bez wyjątku. Zazwyczaj zniszczenie to odbywa się w imię nienawiści, jednak równie często zło zadawane jest w imię miłości, przyjaźni, pamięci. Konieczność wyboru zmusza do wyzbycia się człowieczeństwa, bywają bowiem sytuacje, gdy żaden wybór nie jest dobry, każdy kończy się moralnym kacem na całe życie. Dicker nie próbuje pouczać, edukować, sugerować, co należałoby uczynić. Pozostaje autorem portretującym Ludzi w chwilach, gdy chcąc tymi Ludźmi pozostać, muszą się wyprzeć swoich ideałów i na jedną, koszmarnie trudną chwilę, uwierzyć, że bycie Ludźmi jednak nie jest już możliwe.


Joël Dicker, Ostatnie dni naszych ojców, przeł. Oskar Hedemann, Wyd. Albatros/Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2016.

wtorek, 3 maja 2016

Po wojnie (B. Shephard, Powrót)

Książka Shepharda znakomicie wpisuje się w tradycję, która skoncentrowana jest na oddaniu głosu przemilczanym i niesłyszalnym świadkom historii. W tym wypadku bohaterami opowieści historyka są dipisi – ci wszyscy, którzy po zakończeniu II wojny światowej znaleźli się w obozach przejściowych, gdzie musieli nauczyć się nowego życia i zasad egzekwowanych przez aliantów. Byli wśród nich i ci, których wywieziono na przymusowe roboty do Niemiec, i więźniowie wyzwolonych obozów koncentracyjnych. Shephard pokazuje dramaty związane z niesieniem pomocy i reglamentowaniem dóbr umożliwiających przeżycie. Możemy więc tę książkę z powodzeniem czytać jako historię działania na rzecz tych, których pozbawiono wszystkiego, których wykorzeniono, których zniszczono w sposób totalny. Błędy wówczas popełnione pozwalają edukować się także współczesnym organizacjom humanitarnym, zwłaszcza że część pomyłek powtarzanych jest również dzisiaj. Autor odsłania reguły rządzące pomocą oraz politykę wpływającą na jej skuteczność. Opisuje powstanie i działanie organizacji UNRRA, nie unikając jednocześnie tych epizodów, które oceniane były krytycznie. Przytacza wypowiedzi świadków i uczestników wydarzeń. Symbolicznie wysłuchuje głosów uchodźców i obnaża problemy natury komunikacyjnej wynikające z wzajemnego niezrozumienia. Niezwykle interesującym wątkiem jest zaznaczenie i przypomnienie perspektywy towarzyszącej opisywanemu okresowi. Shephard nie ukrywa, że świadomość Zagłady była wówczas znikoma. Aliantów zaskoczył więc stan więźniów obozów koncentracyjnych, a osoby pracujące w organizowaniu pomocy dipisom nie rozumiały niuansów kulturowych, politycznych i psychologicznych. Niepojęte więc było zachowanie mieszkańców krajów Związku Radzieckiego, którzy nie chcieli wracać do ojczyzny i różnymi, często drastycznymi sposobami, bronili się przed powrotem. Trudne do zrozumienia okazywały się też nastroje przejawiane przez Żydów. Ich przeżycia okazywały się nieprzekazywalne, a ponieważ ci, co przetrwali, nie zawsze chcieli mówić, dramat pozostawał niewypowiedziany i tym samym niemożliwy do wyobrażenia. Shephard rekonstruuje cały powojenny scenariusz losów swoich bohaterów – od wyzwolenia do znalezienia swojego miejsca na ziemi, niekoniecznie tam, gdzie kiedyś był dom opisywanych osób. „Powrót” stanowi ważny wkład w opisanie tego fragmentu historii, który bywa pomijany. Oddanie głosu tym, którzy po wojnie budowali swój zupełnie nowy świat na ruinach tego, co zostało po rzeczywistości zapamiętanej, lecz straconej, okazuje się pracą potrzebną, niezbędną, by nie powiedzieć – konieczną.


Ben Shephard, Powrót, przeł. Jan Dzierzgowski, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

poniedziałek, 2 maja 2016

Hitler i kobiety (P. Roland, Nazistki)

Dla tych, którzy interesują się rolą, jaką odegrały we wcielaniu w życie ideologii Hitlera, pozycja ta nie powinna być niczym zaskakującym. Roland proponuje bowiem czytelnikom publikację o zdecydowanie popularyzatorskim charakterze. Owszem, znajdziemy tutaj wiele informacji, trudno jednak mówić o pogłębionych charakterologicznie portretach bohaterek czy bogatych w konteksty refleksjach na temat mrocznej wersji her-story. Tytuł książki może być zresztą mylący. Sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z różnymi wersjami nazistek. Tymczasem Roland stara się raczej sportretować fenomen niemieckiej kobiety żyjącej w cieniu Hitlera. Dominują tu faktycznie krótkie szkice biograficzne nazistek, ale autor wspomina również o tych Niemkach, które zdecydowały się przeciwstawić się faszyzmowi. Opowiada więc na przykład o bohaterkach książki „Aimee & Jaguar” Eriki Fisher czy o Sophie Scholl. Pojawienie się rozdziału poświęconego oporowi niemieckich kobiet wydaje się dyskusyjne w kontekście jednoznacznie stygmatyzującego tytułu. Roland proponuje, tak można chyba powiedzieć, rodzaj zbeletryzowanego leksykonu na temat różnych odsłon kobiecości w hitlerowskich Niemczech. Mamy więc i opowieść o zwykłych kobietach, zapatrzonych w Führera i gotowych poświęcić dla niego wszystko. Mamy złudzenie towarzyszące kobietom, aktywnie działającym w imię nazizmu, że są szanowane i że liczą się na równi z mężczyznami. Zważywszy na poglądy Hitlera dotyczące roli kobiety była to wiara mocno kuriozalna. Mamy portrety żon najważniejszych nazistów oraz sugestie dotyczące ich świadomości na temat tego, co dzieje się w państwie. Mamy artystki i strażniczki obozowe. Choć książka Rolanda jest ciekawa, szkoda, że autor nie zdecydował się na obszerniejsze opisanie problemu. Być może musiałby wówczas zrezygnować z popularyzatorskiego charakteru publikacji, ale sama opowieść tylko by na tym zyskała.


Paul Roland, Nazistki. Okrutne – wyrachowane – uległe, przeł. Marcin Sieduszewski, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

niedziela, 1 maja 2016

Język, który stwarza rzeczywistość (J.J. Lipski, Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR „Falanga”)

Książka Jana Józefa Lipskiego analizująca ideologię ONR „Falangi” powinna być czytana przez wszystkich tych, którym nieobca jest troska o to, by faszyzm i antysemityzm nie zaczęły na nowo uwodzić. Dyktat siły, władzy i niekwestionowanej racji wpisany w totalitaryzm jest bowiem tym, co się odradza i na nowo zagraża takim wartościom, jak demokracja, liberalizm, tolerancja, wolność, różnorodność. Bardzo dobrze więc się stało, że Wydawnictwo Krytyki Politycznej postanowiło dzieło Lipskiego przybliżyć czytelnikom. Po książkę tę powinni sięgnąć wszyscy studenci kierunków humanistycznych i społecznych. Powinna być lekturą obowiązkową dla dziennikarzy, bo pokazuje, jak funkcjonuje w mediach język nienawiści; dla językoznawców, bo umożliwia przeanalizowanie reguł rządzących przekazem zideologizowanym; dla literaturoznawców i antropologów kultury, bo odsłania paradoks tkwiący w głęboko antyhumanistycznym przesłaniu; dla historyków idei, bo uświadamia skuteczność totalitarnej retoryki i jej powtarzalność; dla politologów, bo piętnuje sztuczność modelu państwa budowanego na wykluczeniu; dla socjologów wreszcie, bo wychwytuje rytuały prowadzące do faworyzowania jednej grupy społecznej przy jednoczesnym pogardzaniu inną. Analiza Jana Józefa Lipskiego to niezwykle precyzyjne obnażenie zła, które rodzi się wśród ludzi szafujących takimi słowami jak patriotyzm, naród, moralność, dobro. Autor bazuje na konkretnych cytatach, rekonstruując poglądy tych, którzy nie ukrywają swojego antysemityzmu, swojej nienawiści do demokracji, swojej niechęci do indywidualizmu. Lektura książki pozwala nie tylko na zmierzenie się z retoryką pogardy. Uświadamia również, że totalitaryzm, eliminując różnorodność i polifoniczność, staje się bezlitosnym atakiem na społeczeństwo. Łatwość marginalizowania Innych poprzez uznanie ich za – przykładowo – nieprawdziwych Polaków oddaje grozę owej obecnej w przestrzeni publicznej narracji. Największym atutem publikacji jest jednak nie tyle zdefiniowanie tego, co uwodzi przedwojenną ONR „Falangę” (a więc aspekt historyczny), co raczej pokazanie pewnej uniwersalności opisywanego negatywnego przesłania (a więc aspekt współczesny). Wnioski Lipskiego można bowiem odnieść nie tylko do analizowanej organizacji, ale do wszystkich działań odwołujących się do propozycji totalnych.


Jan Józef Lipski, Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR „Falanga”, słowo wstępne: Andrzej Friszke, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

sobota, 30 kwietnia 2016

Nierówna walka (A. Sundaram, Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie)

Reporterska książka Sundarama to znakomite uzupełnienie tego wszystkiego, co znamy z innych tekstów na temat ludobójstwa w Rwandzie. Tytuł książki nie pozostawia złudzeń – w kraju naznaczonym tak wielką i totalną traumą nie dzieje się dobrze. Autor pokazuje bowiem, jak pod podszewką pozornie odradzającego się po katastrofie państwa kryje się zupełnie inny, zdecydowanie mniej optymistyczny niż tego chciałby Zachód, obraz Rwandy. Sundaram rekonstruuje swoją walkę o stworzenie grupy dziennikarzy, którzy nie baliby się mówić, pisać, działać krytycznie. Nie chodzi wcale, autor to zaznacza, o konfrontację, raczej o możliwość portretowania rzeczywistości takiej, jaką faktycznie jest, o zdolność zadawania pytań, zmuszających do myślenia, o oprotestowywanie tego, co niesie ludziom krzywdę, o upominanie się o prawdę. Niestety, jego opowieść okazuje się wyjątkowo przygnębiająca. Ci wszyscy, którzy próbują coś robić, są niszczeni przez dyktaturę. Po kolei przegrywają. Albo przechodzą na stronę władz, albo paraliżuje ich strach uniemożliwiający normalne funkcjonowanie, albo są zamykani w więzieniach, albo ukrywają się, by całkiem realne groźby nie zostały wprowadzone w czyn. Sundaram jako reprezentant świata Zachodu pozostaje bezradny. Nie wie, komu może ufać. Czuje się rozczarowany tym, że państwo pokonuje ludzi, którzy mogliby wnieść coś dobrego w codzienność, której są częścią. Jest rozdrażniony z powodu blokady niektórych wiadomości oraz budowania sztucznie optymistycznego wizerunku kraju i prezydenta w mediach. Ma poczucie, że nie tylko przegrywają jego podopieczni, ale i on przegrywa, a z nim Zachód, który reprezentuje. Sundaram nie ukrywa, że w walce z dyktaturą największą siłę rażenia ma słowo. Można je rozpowszechnić, ale i można długo ukrywać, kto za nimi stoi. Radio i telewizja za sprawą głosu oraz obrazu umożliwiają szybszą identyfikację. Słowo, o które walczy Sundaram i które próbował zaszczepić swoim uczniom staje się coraz bardziej bezużyteczne. Największą przegraną jest bowiem mówienie, że nic złego się nie dzieje i traktowanie łamania praw jako normy, z którą trzeba się pogodzić. Takie postawy zaczynają wykazywać uczniowie autora. Rwanda przegrywa więc w walce o wolność słowa.


Anjan Sundaram, Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie, przeł. Iga Noszczyk, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Smutek nie do przezwyciężenia (K.J. Fowler, Nie posiadamy się ze szczęścia)

Fowler proponuje czytelnikom opowieść, która nie tylko wzrusza, zaskakuje, ale i prowokuje do zadania sobie kilku ważnych pytań. Powiedzenie, że historia ta jest opowieścią o zranionej, złamanej przez kłamstwo rodzinie, stanowi zaledwie część prawdy. Pisarka postanawia bowiem zmierzyć się z dużo głębszymi pokładami traumy, zawiedzionego zaufania, koszmaru, którego nie da się cofnąć, wreszcie ostateczności, z którą tak do końca nie da się pogodzić. W trakcie lektury książki czytelnik jest cały czas zaskakiwany. Kiedy wydaje się, że już wszystko wiadomo, ujawnione zostają kolejne fakty, które odwracają wszystko do góry nogami. Zasadne wówczas staje się zastanowienie nad granicami winy i kary. Portretowane przez Fowler postaci, niezależnie od tego, czy należą do świata ludzi, czy do świata zwierząt, zachowują się bardzo podobnie – kochają, nienawidzą, naśladują się wzajemnie, zdradzają, rozpaczają, przeżywają dramat kłamstwa, który burzy wszystko to, co wcześniej zbudowano i co wydawało się trwałe. Główna bohaterka powieści, Rosemary Cooke, pozornie wydaje się całkiem przeciętną dziewczyną z problemami. Nie spodziewamy się tego, co przed nami się odsłoni, a specyfika przeżyć młodej kobiety utrudnia nam utożsamienie się, jednocześnie wywołując smutek, przerażenie i współczucie. Fowler, wbrew temu, co można by sądzić na podstawie tego, co napisałam powyżej, nie epatuje okrucieństwem, nie zmusza do bycia świadkiem koszmaru trudnego do wyobrażenia. Zarówno wtedy, gdy opowiada o maskach włożonych przez członków rodziny, jak i wówczas, gdy zostajemy dopuszczeni do tajemnicy, pozostaje delikatna, dyskretna, a przez to niezwykle wymowna. Kluczowym elementem biografii Rosemary i całej rodziny jest zniknięcie Fern. O siostrze, traktowanej wcześniej jak bliźniaczka bohaterki, nikt nic nie mówi. Jej istnienie, a następnie nieistnienie, stają się tematem tabu. Dowiedzenie się, kim była Fern, na co zgodzili się w imię nauki rodzice Rosemary, co zrobiła bohaterka, a co odkrył później jej brat, to kluczowe elementy tego poruszającego, budzącego niepokój, rozdrapującego rany dramatu. Jesteśmy świadkami mniej lub bardziej skrywanej tragedii matki, która traci tę, którą uważała za swoje dziecko, ojca, który próbuje uzasadniać wszystko nauką i koniecznością, syna, który odkrywa prawdę i nie może znieść jej koszmaru, wreszcie córki, która wypiera wszystko z pamięci, uciekając od wiedzy, wspomnień i poczucia winy. To znakomita powieść o granicach, które gotowi jesteśmy przekroczyć, by uwierzyć w międzygatunkowe więzi, o bólu, którego nie da się ukoić, bo na zawsze jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoimy, o zapomnieniu, które niczego nie załatwia, bo pamięć i tak upomni się o swoje, sprawi, że przeszłość zaboli, ale i da ukojenie. Bardzo dobre.


Karen Joy Fowler, Nie posiadamy się ze szczęścia, przeł. Kamila Sławińska, Wyd. Poradnia K, Warszawa 2016.

środa, 27 kwietnia 2016

Sztuka, głód i śmierć (B. Moynahan, Leningrad. Oblężenie i symfonia)

Znakomicie napisana, trzymająca w napięciu, porażająca, świetne oddająca dramat oblężonego Leningradu, koszmar głodu i jednocześnie ciągle istniejącą tęsknotę za sztuką – takimi słowami można określić książkę Briana Moynahana. Autor z wielką precyzją, literackim talentem, umiejętnością łączenia tego, co zwyczajne, z tym, co wydarza się w czasie szczególnym, rekonstruuje losy miasta skazanego na nierówną walkę z dojmującym brakiem tego wszystkiego, co potrzebne do życia. Jednocześnie częścią tej historii staje się biografia wybitnego kompozytora Dmitrija Szostakowicza i jego „VII Symfonii” powstałej ku chwale Leningradu. Można by więc powiedzieć, że to, co wzniosłe, pełne ideałów, piękne cały czas towarzyszy temu, co poraża swoją brzydotą, okrucieństwem, paraliżującym strachem. Wielkim atutem tej zapadającej w pamięć książki jest pieczołowite odtworzenie atmosfery panującej w mieście naznaczonym klęską głodu. Moynahan nie tylko opisuje wygląd ulic, trupy ludzi i koni na ulicach, masowe umieranie, ale też rozpaczliwe próby szukania pożywienia. Mamy więc historie zjadanych szczurów, kotów i psów, ale też porażające w swojej wymowie świadectwa powtarzających się aktów kanibalizmu. Autor koncentruje się nie tylko na dramacie oblężonego miasta, pokazuje również, jak traktowano artystów za rządów Stalina i jak próbowano tłumić idee w imię karykaturalnego pojmowania sztuki jako służby państwu. Wyjątkowo dramatycznie wybrzmiewają informacje o losach twórców – zniszczonych przez system, umierających z głodu, odchodzących z powodu wyziębienia organizmu. Finał książki, w którym „VII Symfonia” Szostakowicza zostaje wykonana w Leningradzie, mieście, któremu utwór został poświęcony, okazuje się wielkim zwycięstwem sztuki nad pozornie niedyskutowaną siłą zniszczenia. Wzruszenie budzi zachowanie muzyków, ich gotowość grania wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko, wreszcie spełnione pragnienie upodlonych ludzi, by choć na chwilę dotknąć tej rzeczywistości, która była czymś zwyczajnym przed rozpoczęciem oblężenia. Moynahan, choć pokazuje wiele momentów, o których można mówić, że portretują przekroczenie granic człowieczeństwa (wspomniane akty kanibalizmu), jednocześnie nie przestaje opisywać niepojętej tak naprawdę mocy tkwiącej w ludziach, umożliwiającej przetrwanie i dającej nadzieję, że cywilizacja nie została jednak doszczętnie zniszczona. Przeżycia jednostek, świadectwa konkretnych ofiar wojny sąsiadują tutaj z opowieścią o charakterze uniwersalnym – rozrysowującą zasady funkcjonowania państwa totalitarnego, odsłaniającą reguły rządzące złamanym społeczeństwem, wreszcie pokazującą zadziwiającą wręcz miłość do sztuki, która nie ginie w cieniu realnego zagrożenia własnego życia. Pozycja obowiązkowa.


Brian Moynahan, Leningrad. Oblężenie i symfonia, przeł. Jerzy Korpanty, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Chwilo trwaj (M. Głowiński, Carska filiżanka)

Tom wspomnieniowej prozy Michała Głowińskiego rozpoczyna się tekstem pt. „Epifania”, w którym natkniemy się na intrygujące rozważania dotyczące przemijania. Starość skojarzona zostaje ze zmęczeniem, które przychodzi nagle, zdradziecko, sprawia, że praca, jaką wcześniej mogliśmy wykonywać godzinami, zaczyna zajmować nam trochę więcej czasu, bo poprzetykana jest koniecznością odpoczynku. Jednocześnie pojawia się krótkie wspomnienie z przeszłości, jakby niedokończone, na pewno niedopowiedziane, a wszystko z tego tylko powodu, że czasu, co oczywiste, nie da się cofnąć, nie można więc wiernie zrekonstruować tego, co umknęło częściowo w mrokach niepamięci. Michał Głowiński nie ukrywa zresztą, że są doświadczenia, których nie da się zapomnieć, a osoby, sytuacje, rzeczy uruchamiają chwile i sceny z przeszłości, które wydawały się zniknąć całkowicie w czasie minionym. Autor pisze: „Jeśli zaznało się Zagłady nawet w dzieciństwie, to nie można się od niej zdystansować. Naznacza ona na całe życie” (s. 14). Kolejne opowieści przypominają obrazy, które wyłaniają się z cienia, mgły, pewnego zamazania skazującego na przypatrywanie się ze wzmożoną uwagą. Oddają emocje trudne do uchwycenia i zdefiniowania. Naznaczone są utratą i poczuciem, że coś ważnego umknęło, nie wydarzyło się, choć mogło mieć miejsce, albo wręcz przeciwnie, stało się, choć nie zostało do końca uświadomione. Tak jest na przykład wtedy, gdy Głowiński przypomina sobie dni urodzin z okresu, gdy ukrywał się w czasie wojny, a jego prawdziwa data urodzenia nie była znana. W „Kaszance i śniegu” to, co w świecie zwyczajnym byłoby może mało znaczące, staje się chwilą, której się nie zapomina. W cieniu Zagłady nawet padający śnieg może okazać się fantastycznym prezentem. W „Zabójczym chlebie” przywołane zostaje wspomnienie, które odwraca tradycyjne skojarzenia. Chore, wygłodzone dziecko zostaje nakarmione chlebem przez ojca, który cudem go odnajduje u sióstr zakonnych. Niestety, ta historia nie ma happy endu, jak zresztą wiele podobnych z czasów wojny. Opowieść zatytułowana „Carska filiżanka” nie jest pochwałą kolekcjonerstwa ani kruchości wpisanej w niektóre przedmioty. Michał Głowiński deklaruje: „[…] filiżanka interesuje mnie jako ślad przeszłości, jako swego rodzaju świadectwo, a przede wszystkim – paradoksalnie – to, że w istocie nie wiadomo, o czym […] miałaby świadczyć” (s. 67). W „Najstarszym” pojawia się postać studenta i podziwianego przez niego profesora. To, w jaki sposób młody mężczyzna mówi o swoim mentorze, okazuje się ujawnieniem pewnego drugiego dna – podziału, który nie został zniesiony, słownictwa, które nie przez każdego byłoby użyte, wreszcie szacunku specyficznego rodzaju, który nie przez wszystkich właśnie tak byłby wyrażony. „Helmut (Z opowieści Dawida W.)” to historia przyjaźni w miejscu, które zmuszało do mierzenia się z ostatecznością. Wyjście z obozu staje się nie tylko rozpoczęciem nowego życia, ale i próbą wypełnienia zobowiązania w stosunku do tego, kto okazał się bliski w chwilach najtrudniejszych. Niestety, okazuje się również koniecznością zetknięcia się z wyjątkowym okrucieństwem i pogardą człowieka dla człowieka. „Rapsodia rumuńska” to z kolei przejmujący portret niespełnienia, erotycznej fascynacji, zakazanego uczucia, niemożności osiągnięcia stanu, który jest upragniony. Z podobną sytuacją homoseksualnego zachwytu, a jednocześnie odebrania sobie samemu szansy na spełnienie pragnień mamy do czynienia w opowieści „I ja miałem stracone noce”. Przeszłość, brak możliwości cofnięcia czasu, wyraziste obrazy tego, co miało miejsce przed laty, wreszcie namacalne wręcz odczuwanie sensualności minionego – taki ton dominuje w zamieszczonych w tomie tekstach.


Michał Głowiński, Carska filiżanka. Szesnaście opowieści, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Obowiązek (Pamiętnik Mary Berg. Relacja o dorastaniu w warszawskim getcie)

„Pamiętnik Mary Berg” to bardzo wczesne świadectwo tego, jaki los Niemcy zaplanowali Żydom. Książka ukazała się po raz pierwszy drukiem już w 1945 roku. Autorka zapisków po dotarciu do Stanów Zjednoczonych stała się zresztą bardzo aktywnym świadkiem Zagłady. Dzięki jej opowieściom wielu ludzi dowiedziało się, jak wyglądało życie w getcie i jak dramatyczne przeżycia były udziałem Żydów. Pamiętnik nastolatki okazuje się wyjątkowo dojrzały. Mary Berg jest nie tylko świadoma tego, że sytuacja Żydów staje się coraz trudniejsza, umie również dostrzec liczne niuanse znakomicie charakteryzujące relacje międzyludzkie i codzienność panującą w warszawskim getcie. Mocnym akcentem w relacji autorki jest opis działań Polaków wskazujących Niemcom Żydów. Mary Berg wyraża zdziwienie i przerażenie faktem, iż mimo wspólnoty doświadczeń wojennych istnieje aktywna grupa tych, którzy w imię nienawiści gotowi są na traktowanie innych w brutalny i pogardliwy sposób. Autorka nie sili się na interpretację tych faktów, nie próbuje tłumaczyć miedzysąsiedzkiej zdrady, z lękiem natomiast odnotowuje, że wrogami Żydów są nie tylko Niemcy, ale i niektórzy Polacy. Ważnym wątkiem, który powraca w dzienniku Mary Berg jest kwestia różnic ekonomicznych i klasowych podtrzymywanych wśród ludzi zamkniętych w getcie. Nastolatka ma świadomość, że jest osobą uprzywilejowaną chociażby z tego powodu, że nie brakuje jej jedzenia. Razem ze znajomymi dosyć szybko stara się odtworzyć normalne towarzyskie życie. Młodzi spotykają się więc by rozmawiać, przygotowują sztukę, uczestniczą jako twórcy i widzowie w życiu artystycznym getta. Mary Berg jest również, tak chyba można powiedzieć, szczęściarą z innego powodu. Jej matka to obywatelka Stanów Zjednoczonych i dzięki temu cała rodzina ma szansę na ocalenie. Autorka dzienników zdaje się odczuwać ogromny ciężar z tego powodu – z jednej strony jest pełna nadziei, z drugiej wie, że zderza się na co dzień z ostatecznością i niczego z dawnego świata tak naprawdę nie da się odtworzyć. Szczególnie dramatyczna jest wymiana listów między Mary a jej chłopakiem, który wie, że po rozstaniu nigdy już się nie zobaczą i że w getcie czeka go śmierć. Nastolatka mimo młodego wieku czuje się zobowiązana do pamiętania i przekazania możliwie największej ilości faktów tym, którzy nie umieją sobie wyobrazić koszmaru codzienności za wzniesionymi w środku miasta murami. Obowiązek ten wypełnia pisząc, a następnie, już po ocaleniu, dając świadectwo.

Pamiętnik Mary Berg. Relacja o dorastaniu w warszawskim getcie, przeł. Adam Tuz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Wybrane, by latać (A. Sulińska, Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u)

Reportaż Anny Sulińskiej można by porównać z popularnym serialem amerykańskim pt. „Pan Am”. Bohaterkami książki są stewardesy LOT-u, natomiast serial opowiada o losach kobiet pracujących w liniach lotniczych Pan Am. W obu przypadkach mamy do czynienia ze zderzeniem faktycznej ciężkiej pracy z wyobrażeniem na temat tego zawodu. Ludzie zazwyczaj uważali, że stewardesy przede wszystkim są ozdobą każdego lotu. Stereotyp ten podtrzymywał zawsze nieskazitelny wizerunek pracownic linii lotniczych, ich pojawianie się na okładkach pism, wreszcie podwójnie uprzywilejowany status zawodu za sprawą dostępności do dóbr Zachodu oraz niewielka liczba kobiet, które tę pracę wykonywały. Sulińska proponuje czytelnikowi bardzo ciekawy wycinek her-story. Wiele wspomnień, które udało się jej usłyszeć, zostały opowiedziane po raz pierwszy. Za sprawą hermetyczności środowiska autorka miała trudności z dotarciem do swoich rozmówczyń i z namówieniem ich na zwierzenia. Najciekawsze bowiem, jak to często bywa, zdarzało się nie w oficjalnej opowieści, ale w tej towarzyskiej, prywatnej, czasami intymnej. Bardzo znaczący jest fakt, iż w przypadku „Wniebowziętych” mamy możliwość wysłuchania głosu tych, które wcześniej milczały. Byłe stewardesy opowiadają o tym, co w wersji zachodniej możemy oglądać we wspomnianym serialu. Tyle że tutaj słuchamy historii naznaczonych życiem w systemie komunistycznym. Stewardesy wspominają na przykład przewożenie różnych towarów, dzięki którym mogły się wzbogacić, opowiadają o dostępności do strojów i produktów z krajów, do których przeciętny obywatel nie mógł wyjechać, wspominają kupowanie leków dla tych, którzy w medykamentach z Zachodu widzieli często ostatni ratunek dla chorych bliskich. Oprócz licznych anegdot bohaterki reportażu przywołują również chwile dramatyczne, jak np. porwania samolotów, awaryjne lądowania, katastrofy lotnicze czy ucieczki z kraju. Książka Sulińskiej to interesujący reportaż o stewardesach w okresie PRL-u, jednocześnie lektura ta staje się ciekawym świadectwem funkcjonowania w komunizmie i doświadczania odrobiny tego, co tak bardzo pociągało w Zachodzie, a mianowicie wolności. Autorce udaje się uchwycić klimat tamtych czasów, oddać atmosferę ciągłego braku rzeczy najpotrzebniejszych, ale i tych, które można by określić mianem dostępnego luksusu, wreszcie pokazać odwagę i siłę charakteru często bardzo młodych kobiet, które zdecydowały się latać.

Anna Sulińska, Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 23 kwietnia 2016

Kłopotliwi (M. Caparrós, Głód)

W przypadku „Głodu” Caparrósa mamy do czynienia z reportażem społecznie zaangażowanym. Autor zresztą nie ukrywa tego faktu. Co więcej, niektóre momenty kojarzyć się mogą nawet z manifestem wzywającym do działania i nakazującym odrzucenie dotychczasowej bierności. Jednocześnie Caparrós próbuje pokazać problem głodu na świecie w możliwie szerokim kontekście. Reportaż ten jest nie tylko bogaty w fakty, dramatyczne historie konkretnych bohaterów, portrety całych grup społecznych dotkniętych tragedią braku odpowiedniej ilości jedzenia, ale również we wspomniane wezwania do zrobienia czegoś w tej sprawie, oskarżenie systemu, wreszcie bezpośrednie zwroty do czytelnika, by poczuł, że to również jego prywatna sprawa. O ile emocjonalne deklaracje odautorskie na początku książki są dobrym wprowadzeniem do problemu, pokazującym konieczność włączenia się w próby zmieniania świata na lepsze, o tyle powtarzające się co jakiś czas pełne oburzenia i zdziwienia fragmenty oskarżające świat, wszystkich ludzi, system wydają się kompozycyjnie i ideowo zbędne. Wbrew oczekiwaniom autora stają się tym, co można by nazwać nadmiarem słów. Fakty przytaczane przez autora są na tyle mocne, porażające i dramatyczne, że nie ma najmniejszej potrzeby, by je dodatkowo w ten sposób wzmacniać. Caparrós opisuje przeludnienie, osłabienie organizmu, brak szansy na jakąkolwiek zmianę, umieranie z głodu, wreszcie szukanie pożywienia na ogromnych wysypiskach śmieci. Akcentuje płciowy charakter głodu, zwracając uwagę, iż dramat ten dużo częściej dotyczy kobiet, często bardzo młodych, i ich dzieci. Pokazuje estetyzowanie problemu przez państwa syte, które unikają słowa głód, a zamiast tego chętnie decydują się na używanie różnego rodzaju eufemizmów. Portretuje złożoność rzeczywistości, odwiedzając Niger, Indie, Bangladesz, Argentynę, Sudan Południowy i Madagaskar. Na przykładzie Stanów Zjednoczonych przygląda się otyłości jako znakowi biedy (efekt taniego, niezdrowego jedzenia), nie zaś zamożności. Ujawnia systemowy charakter głodu, przypominając, że chodzi tak naprawdę o niesprawiedliwą reglamentację dostępu do pożywienia. Ci, którzy nie mają, co jeść, traktowani są jak ludzie zbędni, niepotrzebni, kłopotliwi. Syte społeczeństwa najczęściej nie dostrzegałyby tego, że gdzieś na świecie, a często i wśród nich, są ci, którzy mogą nie dożyć jutra z powodu doświadczanego głodu. Caparrós, mimo wielkiego zaangażowania w sprawę, nie jest naiwny. Pozostawia czytelnika bez łatwych odpowiedzi, za to z drażniącym poczuciem, że jeśli wszyscy rozłożymy bezradnie ręce, w pewnym sensie będziemy współwinni.


Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

środa, 20 kwietnia 2016

Bez zachwytu (R. Foryś, Gambit hetmański)

Powieść Roberta Forysia obliczona jest na komercyjny sukces – piękne wydanie, atrakcyjna kobieta na okładce, sugestia, iż poznawać będziemy historie mężczyzn, którzy mają władzę, ale tak naprawdę rządzeni są przez kobiety, wreszcie imponująca objętość książki (ponad tysiąc stron, trzy tomy w jednym). Brak jakiejkolwiek informacji o autorze na okładce jest w powyższym kontekście dziwny i, tak bym to nawet ujęła, karygodny. „Gambit hetmański” to próba połączenia stylistyki charakterystycznej dla opowieści spod znaku płaszcza i szpady (Dumas się kłania) z powieścią historyczną, przygodową i teoriami spiskowymi. Akcja książki rozgrywa się za panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Marysieńka Sobieska marzy o tym, by zdetronizować króla i wprowadzić na tron męża. Jesteśmy świadkami walk o wpływy, licznych knowań, plotek i nieuczciwych poczynań, planów, w których życie ludzkie okazuje się mało ważne, oraz igrania z emocjami i kupczenia ciałami w imię zdobywania kolejnych sojuszników. Książka Forysia niewątpliwie ma potencjał. Niestety, nie został on w dużej mierze wykorzystany. Autor sięga po zgrane chwyty i bardzo szybko można się zorientować, w jaki sposób będą eliminowani ci, którzy stoją na drodze do realizacji niecnych planów. Owa przewidywalność nie byłaby może tak rażąca, gdyby nie to, jak powieść została napisana. Foryś właściwie zrezygnował z jakiejkolwiek stylizacji, cała historia opowiedziana jest więc tak, jakby działa się współcześnie. Taki zabieg można by jeszcze momentami próbować zrozumieć, gdyby nie stosunkowo szkolny, mało literacki język. Niektóre sformułowania w ustach osób żyjących w XVII wieku brzmią po prostu śmiesznie. Dodatkową wadą powieści są opisy scen seksu – wyjątkowo kuriozalne i zabawne. Próba oddania erotycznych uniesień to często duże wyzwanie dla autora. U Forysia fragmenty te przypominają sceny rodem z marnego harlequina, są zdecydowanie nieudane, pretensjonalne, kiczowate. Finał trylogii również rozczarowuje. Okazuje się bowiem, że kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością będą żyć długo i szczęśliwie w sielankowej atmosferze, a wszystko to, co działo się wcześniej, zostaje zapomniane. Tak po prostu, bez żadnego psychologicznego uzasadnienia. Dla kogo jest więc książka Forysia? Na pewno nie dla wielbicieli powieści historycznych, bo od takiej Elżbiety Cherezińskiej Foryś mógłby się dużo nauczyć. Raczej dla fanów romansów i to tych mniej wymagających.


Robert Foryś, Gambit hetmański, Wyd. Otwarte, Kraków 2016.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Wrzucone w nieistnienie (M. Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu)

Książka Marty Abramowicz to publikacja ważna, pionierska, niezwykle mocna w swoim przekazie. Pokazuje bowiem nie tylko, jak wygląda świat kobiet decydujących się na życie w zakonie, ale – co dużo ważniejsze – odsłania okrucieństwo budujące fałszywe podstawy służby Bogu. Autorka nie ukrywa, że dotarcie do kobiet, które zdecydowały się zrezygnować z bycia zakonnicą, przypominało działanie skazane od początku na porażkę. Nie dlatego, że takich kobiet nie ma, ale z tego powodu, że decydują się one zazwyczaj na milczenie i nie opowiadają o trudnych, często traumatycznych, przeżyciach. Fakt, iż udaje się autorce znaleźć bohaterki, które chcą się podzielić swoimi doświadczeniami, jest więc wielkim sukcesem. Nie chodzi, oczywiście, o sukces związany z możliwością sfinalizowania projektu, jakim jest książka. Mam na myśli raczej wagę tego, o czym mówią byłe zakonnice. Każde z tych świadectw to istotny głos na temat prawdziwej twarzy Kościoła oraz niechęci tej instytucji do wykorzystywania zapału i inteligencji kobiet. W relacjach bohaterek książki powracają te same momenty: nagłe odkrycie, że ich wiara nie liczy się, a najważniejsze jest posłuszeństwo; nagłe poczucie, że jest się przedmiotem, nie zaś podmiotem, bo myślenie podlega w zakonie karze; nagłe wątpliwości, czy jest się we właściwym miejscu, skoro potencjał zakonnic marnuje się na wykonywanie zbędnych, powtarzalnych czynności, zamiast inwestowania w głoszenie Dobrej Nowiny wśród ludzi. To, co szczególnie uderza w opowieściach byłych zakonnic, to próby uczynienia kobiet bezwolnymi poprzez odbieranie im tego, co jest ich prywatną własnością, kontrolowanie korespondencji, niszczenie rodzących się więzi przyjaźni i osłabianie relacji rodzinnych, ubezwłasnowolnienie prowadzące do konieczności pytania się o pozwolenie w każdej, nawet najbłahszej sprawie (np. zakup środków higienicznych). Szczególnie interesującym wątkiem jest zderzenie upokorzenia zakonnic polskich z zupełnie innym statusem zakonnic na Zachodzie oraz zakonników w naszym kraju. W tle tych opowieści wybrzmiewa dramat podeptanej godności, zniszczonej wiary i zawiedzionych ideałów. A wszystko to, rzekomo, w imię posłuszeństwa sile najwyższej. Bardzo dobre.


Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.