Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

wtorek, 11 lutego 2020

Dziennik miłości (M. Römer, Miłość z lupanaru)


Fascynująca publikacja! Po pierwsze, zaskakująca okazuje się zamiana ról. Mamy do czynienia z miłosnym dziennikiem mężczyzny, a nie, jak to zwykle bywa, kobiety. Po drugie, intrygujące okazują się różnice klasowe i materialne komplikujące związek. Po trzecie wreszcie, bardzo ciekawa jest próba analizy psychiki mężczyzny, jaką podejmuje autor. Nie tylko więc mamy do czynienia z intymną opowieścią, ale i z nieudawaniem, że narratora z jednej strony ciągnie do stałego i namiętnego związku z Anną, z drugiej podatny jest ciągle na atrakcje oferowane przez miejsce, w którym się poznali. Na uwagę zasługuje tytuł i podtytuł tego utworu. Sformułowanie „Miłość z lupanaru” dobrze charakteryzuje związek bohaterów, ale jednocześnie sygnalizuje dwie istotne kwestie – paradoks uczucia zrodzonego w burdelu i ciężar stereotypów, z którymi autor i jego partnerka muszą się zmagać. Z kolei w podtytule otrzymujemy intrygujące zderzenie tego, co prywatne i zwykle skrywane, a co zawiera się zarówno w prowadzonych zapiskach, jak i epitecie figurującym przy słowie „dziennik”, z tym, co publiczne i odarte z jakichkolwiek emocji, a mianowicie w zawodzie Römera. Publikacja ta jest nie tylko zadziwiająco uniwersalnym opisem nieustannej walki romantyczności z namiętnością (autor zachowuje się jak rycerz, który ratuje swoją ukochaną z opresji, nie ukrywa swoich uczuć, ale i nie zamierza rezygnować z pożądania, dzieli się swoimi wątpliwościami i relacjami z chwil upadku, mierzy się z konsekwencjami mezaliansu, na który się decyduje itd.), ale i zadziwiająco szczerym i autentycznym opisem miłosnych uczuć. Römer wydaje się doceniać każdą chwilę spędzoną z Anną. Notuje więc wyjątkowo często, że spędził z nią cały dzień, że byli razem kilka godzin, że poszedł z nią w jakieś miejsce, że towarzyszył jej w trakcie spektaklu itp. Umie też dostrzec swoje słabości i to, że bywa samolubny. Zapiski Römera stanowią zaprzeczenie stereotypowego przekonania, że kobiece sprawozdania z miłości dalekie są od przeżyć mężczyzn, dowodzą bowiem podobieństwa przeżywania i celebrowania tego, co ważne. Warto.

Michał Römer, Annin. Miłość z lupanaru. Dziennik intymny wileńskiego adwokata, wybrała: Agnieszka Knyt, Wyd. Ośrodek Karta, Warszawa 2019.

piątek, 7 lutego 2020

Choroba jako pułapka (I. Morska, Znikanie)


Powieść Izabeli Morskiej budzi mieszane odczucia. Z jednej strony początkowe jej partie pozwalają sądzić, że będziemy mieć do czynienia, z utworem niezwykle ciekawym – precyzyjną wiwisekcją z chorobą niosącą wykluczenie w roli głównej. Z drugiej strony mniej więcej w połowie książki cała opowieść się rozmywa, staje się przegadana, a w finale sprawia wrażenie dzieła nieprzemyślanego kompozycyjnie ze straconymi i źle wyeksponowanymi kluczowymi punktami odniesienia. Szkoda, wielka szkoda, bo temat choroby, cierpienia, niezamierzonego przez nikogo wyrzucenia na margines za sprawą bólu, wreszcie komunikacyjnego impasu między pacjentem a służbą zdrowia jest tematem ważnym. Nie ma więc potrzeby umieszczać na okładce pretensjonalnego hasła reklamowego: „Proza jak zastrzyk w serce”. „Znikanie” to powieść z ogromnym potencjałem, który jednak zostaje zaprzepaszczony za sprawą zbyt małej dyscypliny słowa i przegadania. Książka zdecydowanie zyskałaby, gdyby skrócono ją, co najmniej o połowę. Autobiograficzny charakter opowieści nie może w tym wypadku przysłaniać literackich braków zaprezentowanej historii. Widać je szczególnie mocno w drugiej części utworu. Napięcie, jakie autorka potrafi zbudować na początku książki, stopniowo znika i staje się powtórzeniem. Nie jest to jednak powtórzenie mające zaprezentować znużenie nierozumianej przez lekarzy pacjentki. Widać w tym raczej nadmiar związany z tym, iż Morska, jak się zdaje, przestaje panować nad tekstem. Jeśli miałabym ocenić tę książkę na tle innych autorstwa Izabeli Filipiak (pod tym nazwiskiem wcześniej publikowała pisarka), zaliczyłabym ją do tych słabszych utworów, niedopracowanych i nie do końca przemyślanych. Być może pułapką stał się właśnie autobiografizm. W stosunku do siebie najtrudniej o spojrzenie z dystansem.

Izabela Morska, Znikanie, Wyd. Znak, Kraków 2019.

czwartek, 6 lutego 2020

Zbliżyć się do prawdy (I. Kostin, Czarnobyl. Spowiedź reportera; A. Higginbotham, O północy w Czarnobylu)


Zarówno publikacja Kostina, jak i książka Higginbothama, wpisują się w ważny proces odpominania i drążenia tajemnic związanych z katastrofą w Czarnobylu. W pewnym więc sensie lektura obu pozycji pokazuje aktualność tego historycznego tematu oraz potrzebę zadawania pytań i pozostawania czujnym wobec systemu. Igor Kostin to fotoreporter, który dokumentował to, co stało się w Czarnobylu oraz konsekwencje katastrofy. Jego książka to album składający się ze zdjęć portretujących zarówno samą elektrownię, jak i pracę ludzi minimalizujących skutki wybuchu, czy działania likwidatorów i bezmiar apokaliptycznego w swoim wymiarze zniszczenia. Fotografie są tematycznie pogrupowane, układają się w pewną opowieść, dodatkowo opatrzone są krótkim odautorskim wprowadzeniem i opisami. Kostin nie pozostawia złudzeń. Zwykły człowiek w obliczu wybuchu niewiele się liczył. Na uwagę zasługuje więc praca autora polegająca na zapamiętywaniu w kadrze świata, którego nie ma. Szczególnie poruszające są zdjęcia pokazujące „grzebanie” całych wiosek i zakopywanie pod ziemią kolejnych domostw. Równie zatrważające jest przypomnienie anonimowych bohaterów, a więc tych likwidatorów, którzy pracowali w miejscu najbardziej napromieniowanym i o których autor opowiada w rozdziale zatytułowanym znacząco „Koty dachowce”. Kostinowi udaje się zrobić jedyne na świecie zdjęcie elektrowni w Czarnobylu w dniu katastrofy. Opis, w jaki sposób fotografia powstała, dobitnie pokazuje, jak nieprzygotowani i nieświadomi byli wszyscy, którzy próbowali zareagować na to, co się dzieje. Reporter wyraźnie staje po stronie pamięci i konieczności przeciwstawiania się zapomnieniu. Ten aktywny proces na rzecz przeszłości ma między innymi polegać na tym, by utrwalać wiedzę o ludziach, którzy oddali swoje życie, a których nikt nie miał zamiaru nawet zapamiętać. Zdjęcia Kostina trzeba zobaczyć – obowiązkowo.
Z kolei Adam Higginbotham, korzystając z wcześniej niedostępnych dokumentów, opowiada o katastrofie w Czarnobylu, próbując oddać atmosferę panującą wśród tych, którzy byli pracownikami elektrowni i świadkami wydarzeń. To reportaż historyczny, w którym najważniejsze staje się zrekonstruowanie całego procesu narastania sytuacji krytycznej, jej zaistnienia i późniejszego tuszowania konsekwencji. Higginbotham pokazuje również budowanie legendy nowoczesności i ostateczny jej upadek. Na plan pierwszy wysuwa się rodzaj fatum ciążącego na tymi, którzy byli blisko opisywanych wydarzeń. Nikt ich nie przygotował na to, co może się wydarzyć, nikomu nie zależało na przyspieszonym przekazywaniu wiedzy, gdy była ona już niezbędna, nikt nie liczył się ze zwykłym człowiekiem, który dla systemu był i miał pozostać anonimowy. To publikacja potrzebna i ważna, także z tego powodu, że stanowi działanie na rzecz pamiętania i wyjaśniania.

Igor Kostin, Czarnobyl. Spowiedź reportera, przeł. Wiktoria Melech, Wyd. Albatros, Warszawa 2019; Adam Higginbotham, O północy w Czarnobylu, przeł. Robert Filipkowski, Wyd. SQN, Kraków 2019.