poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Gdy życie ludzkie nic nie znaczy (I. McGuire, Na wodach Północy)

Wydawać by się mogło, że nie da się zbyt wiele nowego wymyślić, decydując się na konwencję powieści, której akcja dzieje się w połowie XIX wieku daleko od stałego lądu, załogę tworzą ludzie przypadkowo dobrani, a pierwotne w swoim wymiarze zło czyha tam, skąd nie ma ucieczki. Statek wielorybniczy staje się odpowiednikiem małej zamkniętej społeczności – wyjątkowo surowej, okrutnej, obojętnej na cudze cierpienie. Choć członkowie załogi pozornie powinni tworzyć wspólnotę, w tym wypadku przypominają dzikie zwierzęta, które tylko czekają na dobry moment, aby rzucić się komuś do gardła. Nie ma tu miejsca na uczciwość, lojalność, pomoc, godność, czy szacunek dla drugiego człowieka. Już sam moment założycielski wyprawy jest naznaczony kłamstwem i zbrodnią. Chodzi o to, by zatopić statek w sprzyjających „tragedii” warunkach i zarobić fortunę na otrzymanym później odszkodowaniu. Plan pozornie doskonały szybko się komplikuje. Problemem jest lekarz okrętowy, człowiek dziwny, bo godzący się na marne zarobki, człowiek z przeszłością, walczący niegdyś w Indiach i, jak się okaże, zadający zbyt dużo pytań. Groza, pochłaniająca coraz bardziej płynących donikąd wielorybników, sportretowana jest tak, że niemal namacalnie odczuwamy duszną atmosferę i brak możliwości wyzwolenia towarzyszące bohaterom. Wspomniane zło, które zaczyna triumfować w sposób brutalny, odrażający, chciałoby się powiedzieć, barbarzyński, staje się częścią niemalże filozoficznej dysputy nad możliwościami tkwiącymi w człowieku, nad etycznym uwikłaniem jego czynów, nad sensem i potrzebą moralności, nad siłą zbrodni i pozorną słabością prawości. McGuire napisał powieść niepokojącą, tradycyjną, jeśli chodzi o pomysł, nowoczesną pod względem realizacji, oryginalną w swojej wymowie, mroczną, ale i filozoficzną zarazem. Bardzo dobre.


Ian McGuire, Na wodach Północy, przeł. Bartosz Kurowski, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Współdzielenie zła (J. Ostrowski, Ostatnia wizyta)

Kolejna odsłona serii łączącej faktograficzne umocowanie z powieściową formą okazuje się wyjątkowo ciekawa. Nie tylko z tego powodu, że zbrodnia, do której dochodzi, zakorzeniona jest w tym, co miało miejsce w okresie II wojny światowej, a autorowi udaje się znakomicie odtworzyć pełne niepokoju czasy powojenne. Ludzie o szemranych życiorysach zmieniają swoje biografie i stają się kimś innym, pamięć o przeżyciach z czasów okupacji okazuje się wiedzą niełatwą i niechcianą, a przeszłość może się upomnieć o swoje nawet po upływie wielu lat. Książka ta ma charakter szczególny, ponieważ zmusza czytelnika do zastanowienia się nad współodpowiedzialnością za dokonane zło. Ostrowski opowiada w taki sposób, by żadna z postaci nie pozostała jednoznaczna i papierowa. Nawet sąsiedzi tego, który porywa lekarkę, więzi ją i się nad nią znęca, mają swój rys szczególny, podobnie jest w przypadku funkcjonariuszy KGB grożących głównemu bohaterowi i pokazujących mu, że jego pozycja jest dużo niższa, niż dotychczas sądził. To bardzo ważna cecha tej opowieści – zapamiętujemy nie tylko przestępcę, Zbigniewa Pielacha, reprezentującego czyste zło, i jego żonę, ofiarę przemocy domowej, ale również wszystkie pozostałe osoby, które pojawiają się w tej historii. Początkowo nasza uwaga koncentruje się na mężczyźnie, który dokona zbrodni. Pozornie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, choć mamy do czynienia z osobowością psychopatyczną, odczuwającą przyjemność z zadawania cierpienia i bólu. Ta pierwsza część bliska jest powieści psychologicznej, mrocznej, odsłaniającej dramat kobiety będącej żoną mężczyzny okrutnego. Niepostrzeżenie klimat opowieści zmienia się. Na plan pierwszy wysuwa się wątek kryminalny i historyczny. Pielach dostaje zadanie do wykonania, musi więc wykazać się sprytem i skutecznością. Następnie powieść przeradza się w thriller. Jesteśmy świadkami nie tylko zbliżającego się triumfu zła, ale i obserwujemy z jednej strony zmienianie się porwanej lekarki, z drugiej przerażające zachowanie żony przestępcy. Ostrowski znakomicie oddaje to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Kiedy przetrzymywana lekarka jest przesłuchiwana, wystarcza kilka zdań opisujących jej stan po wyjściu agentów; kiedy porywacz faszeruje kobietę zawyżonymi dawkami leków, również nie trzeba wielu słów, by zorientować się, jak wielki gwałt zadano psychice ofiary. Równie intrygująco zostaje opisane to, co dzieje się z żoną Pielacha. W imię własnego bezpieczeństwa, ze strachu, kobieta staje się wspólniczką przestępcy. Wie o uwięzieniu lekarki w ich własnym domu, ale nie robi właściwie nic, by ją uratować. W efekcie to właśnie żona mordercy, kobieta stłamszona i doświadczająca ciągłego lęku, okazuje się dużo bardziej potworna w swojej obojętności i zaślepieniu. O ile litości ze strony Pielacha nikt się nie spodziewa, o tyle takim okrucieństwem ze strony jego żony wszyscy chyba będą zaskoczeni.


Jacek Ostrowski, Ostatnia wizyta, Wyd. Od Deski do Deski, Warszawa 2017.

sobota, 22 kwietnia 2017

Podróżowanie (nie tylko) terapeutyczne (P. Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii)

Theroux w charakterystyczny sposób opisuje kolejne miejsca w poszukiwaniu postępów cywilizacji, ale i trwałości tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego pytania zadawane wodzom i rozmowy prowadzone z miejscowym czasami więc odsłaniają paradoks wpisany w postrzeganie miejsc odległych i trudno dostępnych, a mianowicie założenie, że jeśli chodzi o kultywowanie pewnych zwyczajów nic się tam nie zmieniło. Autor podróżuje w dość brawurowym stylu, ze składanym kajakiem, z gotowością do poddawania się przypadkowi, z akceptacją dla wyzwań czyhających na niego na kolejnych wyspach. Czasami to, że notuje swoje wrażenia, budzi zdziwienie i niechęć, innym razem słyszy, że pewnie pisze w stylu Theroux. Skwapliwie wówczas potwierdza. Zdarza się, że towarzyszy mu lektura. Na Wyspy Trobrianda udaje się na przykład z książką Malinowskiego i chętnie porównuje ustalenia słynnego antropologa z własnymi. Decydując się na przybycie do niektórych miejsc nie wie do końca, co go może spotkać. Czasami więc naraża się na niebezpieczeństwo, które z perspektywy czasu opisuje w ironicznym stylu i z przekonaniem o panowaniu nad sytuacją. Samotna wyprawa podróżnika ma wymiar terapeutyczny. Autor przyjmuje zaproszenie na spotkania autorskie, następnie przedłuża swój pobyt w tym rejonie świata, chce bowiem zapomnieć i pogodzić się z rozpadem małżeństwa. Obserwowanie innych ludzi pozwala na chwilowe niemyślenie o sobie. Porażka w życiu prywatnym staje się więc pretekstem do ekscytującej podróży w nowe miejsca, ale i w nowe obszary samego siebie. Z następujących po sobie impresji dotyczących kolejnych wysp wyłania się dość przygnębiający obraz – świata, który jest zaledwie cieniem tego, czym był kiedyś, ciągle obecnego rasizmu i poczucia wyższości białych, wreszcie cywilizacyjnej przemiany, której skutki dla plemion są w dużej mierze negatywne.


Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii. Wiosłując przez Pacyfik, przeł. Michał Szczubiałka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 21 kwietnia 2017

Triumf prostactwa (M. Kącki, Fak maj lajf)

Marcin Kącki nie jest jedynym reporterem, który postanowił spróbować swoich sił w prozie. Od lat w obu aktywnościach świetnie sobie radzi chociażby Michał Olszewski, a ostatnio także Andrzej Muszyński. Wydawnictwo akcentuje na okładce fakt, iż „Fak maj lajf” to pierwsza powieść reportera. Do sztuki reportażu odwołuje się tekst reklamowy umieszczony pod tytułem. To zresztą bardzo ciekawy przypadek. Wydawca sugeruje bowiem, że powieść portretuje lepiej współczesną rzeczywistość niż niejeden reportaż. Pamiętając o tym, iż z kolei reporterzy wielokrotnie zaznaczają, że prawda jest atrakcyjniejsza niż fikcja, takie przekomarzanie się reklamujące dany gatunek wypada dość zabawnie. Powyższe uwagi potraktujmy jednak jako rozważania na marginesie, nie są one bowiem najważniejsze. Dużo bardziej istotne jest to, że debiut prozatorski Kąckiego można uznać za udany. W swojej pracy dziennikarskiej autor uprawia reportaż zaangażowany społecznie. Nie ukrywa, że pewne rzeczy go irytują, denerwują, oburzają oraz że należy piętnować zło. Tę wściekłość widać i w „Fak maj lajf”, choć w nieco innym wydaniu. Kącki na szczęście nie pisze powieści edukacyjnej, nie próbuje tworzyć manifestu, nie moralizuje. Jego opowieść o świecie zdominowanym przez brukowce przypomina jednak ostrą jazdę bez trzymanki. Autor obnaża brak skrupułów tych, którzy kupczą czyjąś prywatnością lub są gotowi dowolnie ją kreować. Pokazuje brak zasad i cynizm. Odsłania gotowość wzajemnego zwalczania się mimo grania w tej samej drużynie. Pośrednio stawia pytanie o granice wstydu, o wyrzeczenie się godności, o szacunek do siebie i do innych ludzi. Znakomicie bawi się językiem. Ci, którzy stają po stronie chamstwa i prostactwa, nie stronią od wulgaryzmów, a swoje ubóstwo intelektualne traktują z dumą, uważając innych za frajerów. Kącki nie waha się zasugerować, że najlepsze karty rozdają ci, którzy niewiele sobą reprezentują, a oddawanie kolejnych pozycji tym, którzy za nic mają jakiekolwiek wartości, skutkuje dominacją infantylności i wiadomości pozornych. Powieść – przestroga, powieść – kpina, powieść – ostrzeżenie, powieść – epitafium dla poważnego dziennikarstwa. Powieść popularna, ale do uważnej lektury.


Marcin Kącki, Fak maj lajf, Wyd. Znak, Kraków 2017.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Walka o siebie (C. de Robertis, Bogowie tanga)

Książka de Robertis to klasyczna opowieść o walce, na jaką decyduje się bohaterka, by żyć zgodnie z własnymi marzeniami. Niebanalny jest pomysł, zgodnie z którym kobieta próbuje zrealizować swoje cele. Autorka proponuje czytelnikom bardzo udaną powieść z kręgu literatury środka. Łatwo dostrzec jej emancypacyjne przesłanie oraz wpisanie się w szereg fabuł, w których kobieta, udając mężczyznę, wkracza w świat niedostępny dla jej płci. W „Bogach tanga” symbolem przekroczenia jest nie tylko męskość. Taką granicą jest bycie na emigracji, wyrzeczenie się rodzinnego kraju po to, by móc decydować o swoim losie, granie na skrzypcach w zespole muzycznym specjalizującym się w grzesznym tangu, wreszcie odwiedzanie burdeli i relacje miłosne z kobietami. De Robertis portretuje doświadczenia swojej bohaterki w taki sposób, by dać do zrozumienia, że jasno wyznaczone granice oddzielające świat męski i kobiecy, bardzo często bywają umowne i to od ludzi zależy, ile wolności zaoferują sobie i związkom, w których tkwią. Rzeczywistość, w której znajduje się młoda Włoszka, Leda, nie jest dla niej przyjazna. Mąż, którego poślubiła per procura, nie czeka na nią tak, jak byli umówieni. Raptem okazuje się, że musi radzić sobie sama. Praca w szwalni, którą podejmuje, jest źle płatna. Ulice są niebezpieczne dla młodej kobiety. Leda postanawia zrobić krok w kierunku, który napawa ją lękiem, ale i fascynuje ją. Uczy się grać tango na skrzypcach, wkłada ubrania męża, obcina włosy, porzuca suknie i rozpoczyna nowe życie. Zmienia też imię. Odtąd Leda to Dante. De Robertis opowiada o perypetiach Ledy w dość przewidywalny sposób, nie zmienia to jednak faktu, iż w jej losach jest coś urokliwego. Ta historia może się więc podobać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę klimat funkcjonującego w rytmach tanga miasta i zdeterminowanie bohaterki.


Carolina de Robertis, Bogowie tanga, przeł. Anna Dobrzańska, Wyd. Albatros, Warszawa 2017.

środa, 19 kwietnia 2017

Rodzina w depresji (K.O. Knausgård, Wiosna)

Kolejna część autobiograficznej serii Knausgårda skoncentrowanej na porach roku pozostaje peanem na cześć ojcostwa, ale jednocześnie jest zapisem czasu, kiedy rodzina mierzy się z dużym problemem. Pisarz okazuje się wyczulonym na codzienność archiwistą tego wszystkiego, co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Chce zapamiętać jak najwięcej, by przekazać dziecku swoimi słowami ten obraz świata, który przez córkę nie może zostać zapamiętany. Ojciec świadomie wchodzi więc w rolę przekaziciela i historyka codzienności, chcąc uchwycić przemijanie, narodziny nowego, odkrywanie i zachwyt. Dokonuje porównań między najmłodszym dzieckiem a starszymi, kładąc nacisk na powtarzalność niektórych przeżyć oraz ich wyjątkowość. Nowe dziecko jest kimś osobnym, ale i częścią wspólnoty. Pisarz stara się więc uchwycić relacje z rodzeństwem, z otoczeniem, z matką. Ta ostatnia jest w przypadku tej części osobą wnoszącą mrok w naznaczonych radością z powodu nowego życia ludzi. Kobieta cierpi na depresję, ciąża tylko na chwilę wycisza jej smutek, by następnie ujawnić się ze wzmożoną siłą. Knausgård opisuje więc swoje bycie ojcem – za każdym razem jest to inne doświadczenie, ale i bycie mężem zainfekowanym ciemnością pochłaniającą żonę – w tym wypadku również można mówić o szczególności tego, co tylko pozornie się powtarza. Rodzina z nowym dzieckiem mierzy się więc nie tylko z wyzwaniem związanym z przedefiniowaniem reguł rządzących ich małą wspólnotą, ale również z trudną próbą towarzyszenia komuś bliskiemu, kto wyrzeka się uczestnictwa w życiu. Tym razem, choć pisarz pozostaje wierny opisywaniu zwyczajności, nie popada w banał i nie próbuje serwować czytelnikom pseudofilozoficznych rozważań. Dzięki temu mamy do czynienia z interesującym głosem z frontu (nie)codzienności.


Karl Ove Knausgård, Wiosna, przeł. Milena Skoczko, obrazy: Anna Bjerger, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Do dyskusji i reakcji (A. Domosławski, seria „Świat bez tabu”: Kapuściński non-fiction, Gorączka latynoamerykańska, Śmierć w Amazonii, Wykluczeni)

Wydawnictwu Wielka Litera należą się słowa uznania za zainwestowanie w twórczość i promocję Artura Domosławskiego. Wznowienie części dzieł reportera w serii o znaczącym tytule „Świat bez tabu” to nie tylko deklaracja, iż mamy do czynienia z tytułami ważnymi, ale i kontynuowanie tak burzliwej i w swoich odsłonach kontrowersyjnej dyskusji na temat biografii Kapuścińskiego. Nie bez powodu na okładce „Kapuścińskiego non-ficton” pojawia się wyeksponowana adnotacja: wydanie pełne. W ten sposób wydawca staje po stronie Domosławskiego i pośrednio zabiera głos w sprawie – opowiada się za dyskusją, za szacunkiem, którego nie wymazują wątpliwości, za prawem do rozmawiania o każdym i o wszystkim. To deklaracja istotna z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze, niezależnie od tego, jakie jest nasze zdanie na temat biografii Kapuścińskiego, źle by się stało, gdyby książka ta była pozycją niedostępną. Domosławskiemu udaje się pokazać człowieka, który schodzi z piedestału, ale nie przestaje być mistrzem uprawianego gatunku. Reporter eksponuje nie tylko chwile, w których można podziwiać profesjonalizm, determinację i brawurę Kapuścińskiego, kładzie również nacisk na chwile słabości, wikłające człowieka w jego czasy, w politykę, w wybory związane z pisaniem i funkcjonowaniem między dziennikarstwem a literaturą. Po drugie, książce Domosławskiego potrzebna jest ponowna lektura i ponowna recepcja. Mam wrażenie, że lata, jakie upływają od śmierci Ryszarda Kapuścińskiego, działają na korzyść tej publikacji. Mocniej i dramatyczniej wybrzmiewa widoczny w niej spór między uczniem a mistrzem, konflikt idei, dziedziczenie przy jednoczesnej konieczności znalezienia własnego głosu. Po trzecie wreszcie, bardzo ważną decyzją wydawcy jest umieszczenie na końcu książki obszernego tekstu autorstwa Piotra Bratkowskiego. Dziennikarz rekonstruuje dyskusję, jaka miała miejsce po wydaniu biografii w 2010 roku. Bratkowski akcentuje nie tylko, tak to ujmijmy, spór o pryncypia, jaki miał wówczas miejsce, ale i specyficzne połączenie środowiskowości i uniwersalności konfliktu. Z jednej bowiem strony kwestie prawdy w reportażu, możliwość ubarwiania faktów, konieczność lawirowania w okresie PRL-u czy życie prywatne to były sprawy obchodzące rodzinę i reporterów, z drugiej Kapuściński traktowany był i jest jako dobro narodowe, nic więc dziwnego, że kolejne upubliczniane polemiki interesowały dużo większą i bardziej zróżnicowaną grupę ludzi. Wydawca nie poprzestaje na tekście Bratkowskiego, umieszcza również wypisy z poszczególnych wypowiedzi będących głosem w sprawie. Czytelnik otrzymuje więc rodzaj antologii z objaśnieniem, co niewątpliwie ułatwia mu zapoznanie się z problemem książki, o której debatowano na salach sądowych.
W serii wznowiono także „Gorączkę latynoamerykańską”. To nie tylko ważna publikacja w dorobku Domosławskiego, ale i jeden z ważniejszych reportaży polskich, które ukazały się w XXI wieku. Reporter znakomicie pokazuje specyfikę narodzin, funkcjonowania i umacniania się dyktatur wojskowych w Ameryce Łacińskiej. Znajomość tematu, umiejętność wyjaśnienia zawiłych zależności politycznych i społecznych, wreszcie poruszające świadectwa ludzi, którzy stali się ofiarami tortur, stracili bliskich, nigdy nie zapomnieli przeżytej traumy – to niewątpliwe atuty tej książki. „Gorączka latynoamerykańska” powinna być zresztą lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy chcą zrozumieć nie tak odległą przeszłość Argentyny, Meksyku, Chile, Brazylii, Kuby, Wenezueli czy Kolumbii. Domosławski okazuje się przewodnikiem kompetentnym, wtajemniczonym i nieunikającym tematów trudnych.
Widać to zresztą także w dwóch pozostałych książkach wznowionych w ramach serii. Co prawda w przeciwieństwie do „Kapuścińskiego non-fiction” i „Gorączki latynoamerykańskiej” są to pozycje dużo bardziej dostępne – „Śmierć w Amazonii” to książka z 2013 roku, a „Wykluczeni” z 2016, koncepcyjnie znakomicie wpisują się w ideę serii. Pokazują bowiem bogactwo zainteresowań Domosławskiego oraz odsłaniają zaangażowany charakter jego tekstów. „Śmierć w Amazonii” i „Wykluczonych” można bowiem traktować jak swego rodzaju dyptyk. Autor powraca bowiem do bezmyślnego eksploatowania przyrody przez człowieka, akcentuje anonimowość ofiar w świecie, w którym nikt się o człowieka nie upomni, obnaża nierówności społeczne, piętnuje biedę, na którą ci, którzy mogliby pomóc, reagują obojętnie. Szkoda, że serii tej nie poszerzono o „Chrystusa bez karabinu” (przydałoby się wznowienie tej książki w wersji uaktualnionej, zwłaszcza że krytyczny namysł nad pontyfikatem Jana Pawła II wydaje się dzisiaj potrzebny) i wywiady z tomów „Świat nie na sprzedaż” i „Ameryka zbuntowana”. Ale i bez tych książek „Świat bez tabu” jest projektem wartym uwagi i uważnej lektury.


Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Gorączka latynoamerykańska, Śmierć w Amazonii, Wykluczeni, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Czarny tort (P. Soukupová, Pod śniegiem)

Powieść czeskiej pisarki zapada w pamięć, wzrusza, skłania do refleksji nad codziennością i własnym uwikłaniem w życie rodzinne. Brzmi banalnie? Niekoniecznie. Soukupová unika opisywania chwil, które można by nazwać szczególnymi. Jest specjalistką od zwyczajności. Opisuje rzeczywistość, w której pozornie niewiele się dzieje. Szybko jednak odkrywamy, że złudzenie nijakości skrywa wielkie emocje, mnóstwo niechęci i czułości zarazem, potrzebę prawdy i konieczność udawania. Soukupová to mistrzyni portretowania tego, co rozgrywa się w spojrzeniu, przemilczeniu, półsłówkach, drobnych złośliwościach. Bohaterowie jej książki przecież wcale się nie ranią – nie ma tu wielkich słów, oskarżeń, sytuacji, które odsłaniałyby swoją dramatyczność. A jednak cierpienie jest w tej opowieści aż namacalne. Wynika z tego, do czego nie doszło, z tego, co się utraciło, z niewypowiedzianych na głos myśli, z poczucia straty, której nie da się niczym zastąpić, z niemożności porozumienia, bo nikomu na nim nie zależy i być może nigdy tak naprawdę nie zależało. Pisarka opowiada o jednym dniu z życia pewnej rodziny, dniu szczególnym, bo wszyscy zbierają się, by uczcić urodziny ojca. Zanim jednak na stole pojawi się tort i rozpocznie się świętowanie, będziemy świadkami podróży, w której napięcie będzie rosło, a obcość mieszać się będzie z bliskością. Trzy siostry, z których każda wybiera inny model życia, każda ma inny temperament i każda zajmowała w dzieciństwie inną pozycję w rodzinie, jadą samochodem do ojca. Towarzyszą im dzieci i pies, cień obecnych w ich życiu i utraconych mężczyzn, gotowość świadczenia na rzecz obranego modelu życia i wychowania potomstwa. Soukupová z dużą wrażliwością, ale bez sentymentalizmu, pokazuje fasadowość dorosłości bohaterek. Kobiety pozostają zranionymi dziećmi, a ich aktualne relacje znaczone są tym, co wydarzyło się, kiedy były małe. Jadąc do rodziców, nie przestają ze sobą konkurować o ich względy. Każda chce być tą najlepszą córką, a faworyzowanie jednej czy drugiej siostry odczytują jako doświadczenie równie bolesne jak kiedyś. Nie spodziewają się, że będą musiały zmierzyć się z jeszcze jednym wyzwaniem, dużo poważniejszym niż wspólna podróż zapchanym do granic możliwości autem. Matka i ojciec pokażą im, że coś co wydawało się trwałe, może się skończyć tak po prostu, bez fajerwerków, bo w którymś momencie ktoś będzie miał dość tego, co tak długo tolerował. Uroczystość, która miała być okazją do bycia razem, obnaża obcość dzielącą rodziców, dzieci i wnuków. Okazuje się również delikatną sugestią, że prawdziwej bliskości nie było nigdy, a wszyscy żyli tylko złudzeniami. Bardzo dobre.


Petra Soukupová, Pod śniegiem, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2016. 

piątek, 7 kwietnia 2017

Zemsta (M. Shalev, Dwie niedźwiedzice)

Powieść Shaleva interesująco zderza pamięć i zapomnienie, miłość i nienawiść, zemstę i potrzebę przebaczenia. Morderstwa, które tylko pozornie są tajemnicą, zostają wpisane w historię rodziny jako część jej historii i przeznaczenia. Autor buduje swoją opowieść w taki sposób, że ciążące nad bohaterami fatum okazuje się doświadczeniem, z którym należy się zmierzyć. Kluczowym punktem odniesienia jest strata dziecka. Ów brak, stygmat śmierci, ostateczność zniknięcia zostają odtworzone w kolejnym pokoleniu, choć na zupełnie innych zasadach. Umieranie dziecka okazuje się punktem zwrotnym dla związku, choć w obu przypadkach wygląda to zupełnie inaczej. Zainfekowanie śmiercią skutkuje koniecznością przewartościowania własnego życia. Zemsta dotyka osoby, które pozornie wydają się winne, ale i tych, którzy sami siebie oskarżają i sobie nie umieją wybaczyć. Życie bez dziecka jest ciągle życiem, tyle że dużo mocniej obecna jest w nim śmierć i poczucie, że niczego nie da się już cofnąć, a do czasu sprzed katastrofy nie można już wrócić. Opowiadanie kobiety o stracie syna, ale i jednocześnie męża, zamienia się w historię rodziny. Stopniowo poznajemy losy ludzi naznaczonych dramatem konieczności upomnienia się o swoje oraz niejednoznacznością postaw. Ten, kto wiele lat wcześniej okazał się mścicielem, umie wyciągnąć pomocną dłoń i znaleźć ratunek dla mężczyzny, który postanawia być martwym za życia. Ten z kolei, kto niczego nie jest winien, odpycha od siebie bliskich i otwiera się na celebrowanie śmierci – odmawia normalnego istnienia. Mocne, intrygujące, niejednoznaczne.


Meir Shalev, Dwie niedźwiedzice, przeł. Anna Halbersztat, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Siła charakteru (K. Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl)

Krystyna Naszkowska rozmawia z Polakami, którzy w wyniku antysemickiej nagonki z marca 1968 roku wyemigrowali z kraju i osiedlili się w Szwecji. Jej bohaterami są ludzie sukcesu, ci, którym się udało, i którzy budują w swojej drugiej ojczyźnie markę wokół tego, co jest ich pasją i co umieją doskonale robić. To specjaliści, których Polska może Szwecji pozazdrościć. Kontekst straty i wyrzeczenia się tych, którzy mogliby pracować i rozwijać swoje zdolności w kraju, pojawia się zresztą w sposób naturalny w tle poszczególnych rozmów. Marzec 1968 roku to nie tylko wstydliwa karta historii, ale i przypomnienie, jak łatwo ci, którzy żyli obok siebie, zaczęli nagle piętnować niektórych z tego tylko powodu, że byli Żydami. Dramatyczny charakter tego doświadczenia powraca właściwie w każdej rozmowie. Przywoływany jest nagły ostracyzm, dystansowanie się tych, którzy wcześniej byli blisko, szykanowanie, dyskryminowanie dzieci w szkole, pogardliwe traktowanie, odbieranie własności prywatnej, a nawet zatrzymywanie w więzieniu i uciążliwe przesłuchania. W niektórych rozmowach ów żal i oburzenie sprzed lat pozostają ciągle żywe. Nie ma mowy o wybaczeniu. Jest za to przemyślane i w pełni zrozumiałe odwrócenie się od świata, który kiedyś, choć był swój, okazał się obcy. Naszkowska w taki sposób kieruje rozmową, aby przeżycia związane z odrzuceniem stanowiły zaledwie część opowiadanej historii. Szczególnie interesują ją bowiem to, co było później, a więc odnalezienie się w szwedzkiej rzeczywistości, pokonanie problemów językowych, determinacja w osiąganiu celów. Każda z biografii jest inna. Rozmówcy Naszkowskiej to wydawczyni Noblistów – Dorota (Dorotea) Bromberg, ortopeda leczący znanych Szwedów – Karol Żyto, profesor zajmujący się integracją cudzoziemców – Ryszard Szulkin, badaczka związków między muzyką/literaturą a pracą w korporacjach – Julia Romanowska, ekspert od modemów – Tadeusz Gruber, wybitny reporter – Maciej Zaremba Bielawski, psychiatra i psychoanalityczka – Emilia Białostocka Degenius, znany kryminolog – Jerzy Sarnecki, znakomity architekt – Aleksander Wołodarski oraz dokumentalistka i fotografka – Joanna Helander. Każdy opowiada historię inną, ale i bardzo podobną. Powtarzają się świadectwa antysemityzmu, początkowe zagubienie w nowym miejscu zamieszkania, samotność, postanowienie, by ów nieznany świat jak najszybciej oswoić, wreszcie osiągnięcie stanu, który pozwala na powiedzenie, że jest się u siebie. Kluczowy dla tego ostatniego rozpoznania jest, oczywiście, język. Fragmenty dotyczące poznawania szwedzkiego są zresztą szczególnie ciekawe. Pokazują siłę bohaterów i ich przekonanie, że mimo odrzucenia przez własną ojczyznę, nie można pozwolić wygrać tym, którzy stają po stronie zła. Bardzo dobre.


Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl, portrety: Joanna Helander, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

środa, 5 kwietnia 2017

W poszukiwaniu straconego siebie (W. Szlęzak, Cień jabłoni)

Wojciech Szlęzak w swoim powieściowym debiucie wyraźnie nawiązuje do twórczości Wiesława Myśliwskiego. Nie ukrywa zresztą tego faktu, bo jako motto podaje fragment „Traktatu o łuskaniu fasoli”, a w odredakcyjnej notce na okładce znajdziemy stwierdzenie akcentujące zaistnienie właśnie takich inspiracji. Nie ma w tym nic złego, zaznaczmy, zwłaszcza że Szlęzak nie poprzestaje na wzorowaniu się. Udowadnia swoją pisarską dojrzałość, świadomie używa języka, panuje nad nim, no i umie – co szczególnie istotne – zbudować psychologiczne napięcie tam, gdzie pozornie niewiele się dzieje. Autor w gawędziarskim stylu mierzy się z dramatami codzienności, każąc swoim bohaterom budować napięcie i niepokój wynikający z opowiadania, a nie z dziania się. To zresztą ogromna zaleta powieści. Prozaik decyduje się bowiem na ryzykowny gest, z którego wychodzi zwycięsko. Ryzykowny, bo tak naprawdę czytamy o spotkaniach i rozmowach dwóch mężczyzn. Opowieść toczy się niemalże w sielskiej atmosferze, nikt nie przeszkadza rozmówcom, a ten, który dzieli się swoim życiem, nie tylko bierze od słuchacza uwagę, ale i daje mu pretekst do zastanowienia się nad własnymi, niekoniecznie przemyślanymi wyborami. Minione, przywołane dzięki sztuce opowiadania, ożywa na chwilę, choć jednocześnie nie przestaje należeć do przeszłości. Szlęzak sugeruje więc, że wspominanie to zaledwie cień tego, co już było. Pamięć nie znosi zapomnienia, raczej wrzuca je w stan pewnego zawieszenia, zagrożenie wynikające z przemijania pozostaje cały czas aktualne. Słowo pozornie redukuje konsekwencje milczenia. Jest jednak tylko substytutem. Przeszłość opowiedziana nie staje się teraźniejszością. Przywołanie to nie to samo co zaistnienie. Szlęzaka interesuje to, co wynika z myślenia, refleksji, rozpamiętywania. Zdaje się być przekonany, że to, co najważniejsze, dzieje się w umyśle, a nie za sprawą szybko rozwijającej się akcji. To proza dojrzała, będąca w kontrze do panujących mód, przemyślana – warta uwagi.


Wojciech Szlęzak, Cień jabłoni, Wyd. JanKa, Pruszków 2016.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Reżyserowanie filmów i życia (K. Cierniak-Morgenstern, Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia)

Publikacja poświęcona Januszowi Kubie Morgensternowi tylko pozornie poświęcona jest życiu prywatnemu reżysera. Wspominająca żona pozostaje wierną przyjaciółką do końca. Daleko jej więc do ekshibicjonizmu typowego dla wielu autorów i autorek tekstów autobiograficznych wydawanych współcześnie. Jest kobietą z klasą. Nie ma więc w tej książce skandali i sensacji. I dobrze, chciałoby się powiedzieć. Jest za to ciepły obraz przeszłości znaczonej miłością, przyjaźnią i pasją. Wspomnienia Krystyny Cierniak-Morgenstern można traktować nie tylko jako metaforyczną rozmowę z nieżyjącym mężem. Autorka nie przestaje wyrażać swojego uczucia i wierzy w więź utrzymaną pośmiertnie. Książkę tę da się również czytać jako rodzaj prywatnego leksykonu spraw ważnych i mniej ważnych w życiu i pracy ludzi pełnych pasji, gotowych zmieniać świat, realizujących rzeczy wielkie na co dzień. Cierniak-Morgenstern bardzo ceni przyjaźń. Wspomina spotkania towarzyskie, mówi o niełatwej próbie, jaką było zorganizowanie imprezy dla przyjaciół, kiedy męża nie było już wśród żywych, jest wreszcie świadoma tego, że wokół Morgensterna zbierali się najwięksi, jeśli chodzi o kulturę polską XX wieku. Fakt obcowania z takimi osobowościami jak na przykład Zbigniew Cybulski, Stanisław Dygat, Roman Polański czy Tadeusz Konwicki zostaje odnotowany jako doświadczenie nie do przecenienia w sensie prywatnym, ale i zawodowym. Publikacja żony wielkiego reżysera to nie tylko hołd oddany mężczyźnie. Bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie, iż mamy do czynienia z opowieścią dokumentującą bycie razem, z historią, która pierwszym planie stawia osiągnięcia filmowe partnera, ale i nie traci z oczu pasji oraz talentu kobiety.

Krystyna Cierniak-Morgenstern, Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Bezsens wojny (J. Schell, Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu)

Reportaż Schella, należący dzisiaj do klasyki pisarstwa o wojnie i nieuchronności w nią wpisanej, pozostaje aktualny i dzisiaj. Lektura pozwalająca zrozumieć paradoks wojny w Wietnamie oraz lektura zderzająca czytelnika z nieistotnością życia jednostki, odhumanizowanej podczas trwania walk – taka jest książka tego, który nie zawahał się pokazać brutalności, obojętności i moralnego upadku Amerykanów. Schell pozostaje nie tylko przewodnikiem po świecie, który wydaje się trudny do pojęcia, bywa również osobą zagubioną, zdziwioną, niedowierzającą. Staje się wreszcie częścią machiny wojennej, kiedy jako świadek królującej pogardy dla ludzkiego życia nie może i nie jest w stanie nic zrobić. Reporter daleki jest jednak od oskarżania. Wie bowiem, że pokazanie zła daje dużo lepszy efekt od manifestowania oburzenia. Ujawnia, odsłania, wciąga czytelnika w spór idei, zmusza do opowiedzenia się po którejś ze stron. Schell pokazuje, jak łatwo człowiek może zacząć polować na drugiego człowieka i jak łatwo przypisując wrogowi jakąś cechę uczynić go tym, komu należy się kara i kto stanowi zagrożenie. Szczególnie porażające jest zderzenie zabijania z powietrza, przypominającego momentami zabawę w trafianie do celu, z rozpaczą i przerażeniem zwykłych ludzi, którzy wrzuceni w wir Wielkiej Historii tracą wszystko, nic nie rozumieją, są załamani. Kwestie związane z trudnościami w komunikowaniu są zresztą podstawą wielu błędnych odczytań, kończących się często w dramatyczny sposób. Tytułowa „prawdziwa wojna” to zło, brutalność, ostateczność. Reportaż Schella ma zdecydowanie pacyfistyczny wydźwięk. Pokazuje bowiem, że wojna niszczy wszystkich – i ofiary, i oprawców.

Jonathan Schell, Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu, przeł. Rafał Lisowski, wstęp: Mark Danner, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

niedziela, 2 kwietnia 2017

W pigułce (J. Rudnicki, Życiorysta dwa)

Ci, którzy czytali „Życiorystę” wiedzą, czego mogą się spodziewać po drugiej odsłonie projektu. Ci, którzy książki nie znają, pewnie będą pod wrażeniem gawędziarskiej swady i brawury Rudnickiego. Autor po raz kolejny proponuje odbiorcom tzw. teksty zebrane. Co prawda w książce nigdzie nie odnotowano miejsca pierwodruku, ale ci, którzy czytają chociażby „Książki. Magazyn do czytania”. z pewnością odkryją, iż mają do czynienia z ponowną lekturą tego, co już wcześniej poznali. Rudnicki powiela nie tylko gest zebrania tekstów w jeden tom i ich powtórnego upublicznienia, ale również praktykę dopisywania, przepisywania, odnotowywania biografii znanych postaci. Inspiracją są książki poświęcone życiu znanych ludzi. Rudnicki bawiąc się konwencją, wybierając co ciekawsze wątki, akcentując wybrane sytuacje pisze swoją impresję – o literaturze i o trwaniu w cieniu literatury. Nie inaczej jest w tekstach, które docelowo mają się zbliżać nie do biografii, ale do recenzji. Trudno byłoby obronić tezę, iż mamy tu do czynienia z tekstami krytycznymi. Pisarz stawia raczej na impresję na marginesie danej lektury, pozostając w podobnej konwencji brania i czerpania ile się da z omawianej książki. Rudnicki preferuje więc więź półpasożytniczą. Krzywdy autorom książek, na których „żeruje”, nie czyni, ale jednocześnie bez owego umocowania w tym, co cudze, tekstów z „Życiorysty dwa” po prostu by nie było. Autor najlepiej wypada w impresjach biograficznych, w części recenzyjnej i prozatorskiej jest już różnie. Tak zresztą było i w „Życioryście”. Książce przydałaby się trochę dokładniejsza redakcja, usuwająca powtórzenia i powracające bon moty. Szkoda też, że w jednym z tekstów Rudnickiego „dobrą zmianę” firmuje premier Kopacz, a nie premier Szydło. Niezależnie jednak od powyższych potknięć trzeba powiedzieć wprost – to się czyta.

Janusz Rudnicki, Życiorysta dwa, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

sobota, 1 kwietnia 2017

Postać (nie)rozpoznana (E. Winnicka, Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson)

Reportaż biograficzny Ewy Winnickiej to dowód na to, że nie każda historia mimo tkwiącego w niej potencjału gwarantuje literacki sukces. Lektura „Milionerki” pozostawia bowiem niedosyt. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka dokonała zbyt dużo cięć na życiorysie swojej bohaterki, nie pozwalając wybrzmieć wielowymiarowości postaci i skomplikowaniu wpisanemu w jej bogactwo. Barbara Piasecka-Johnson, choć przedstawiona drobiazgowo i sportretowana w różnych pełnionych przez siebie rolach, pozostaje postacią nierozpoznaną. Przeczytanie książki nie oferuje poczucia, że choć trochę zbliżyliśmy się do „prawdziwej” bohaterki oraz że dotarliśmy do takiego obrazu, który pozwala na zniuansowanie postaci. Owszem, dowiadujemy się wiele o tym, jak negatywnie postrzegano Piasecką-Johnson najpierw jako Kopciuszka, który stał się królewną, potem jako łowczynię posagów. Szkoda, że ta ostatnia kwestia, a mianowicie słynny proces między dziećmi Johnsona a jego polską żoną, nie została potraktowana bardziej szczegółowo. Zresztą zbyt wiele wątków jest kwitowanych w książce nazbyt szybko. W efekcie pozostajemy na poziomie dominującego stereotypu. Więcej jest tutaj negatywnych odsłon Piaseckiej-Johnson, więcej przytoczonej krytyki i wpadek w roli kolekcjonerki sztuki i filantropki, niż zróżnicowania i zrozumienia niełatwej sytuacji tej, która przychodząc z innego świata, błyskawicznie musiała odnaleźć się w rzeczywistości jej nieznanej i obcej. „Milionerka” stanowi więc bardziej próbę, wstęp do poznania zaakcentowanej w podtytule „zagadki”. Na pewno bowiem jej nie odsłania.

Ewa Winnicka, Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson, Wyd. Znak, Kraków 2017.