środa, 18 stycznia 2017

Dorastanie (A. Pleijel, Wróżba. Wspomnienia dziewczynki)


„Wróżba” to klasyczna powieść inicjacyjna z feministycznym zacięciem. Nie bez powodu w podtytule zostaje zaznaczona płeć wspominającej osoby oraz jej wiek. Za sprawą słowa „dziewczynka” wiemy, że będziemy mieć do czynienia z dzieckiem płci żeńskiej. Pleijel interesuje samotność i poczucie niedopasowania, jakie towarzyszy bohaterce. Używanie określenia „interesuje” sugeruje w tym wypadku przede wszystkim wiwisekcję na sobie, bo powieść ma charakter autobiograficzny. Autorka pokazuje, że poznawanie świata od tej przygnębiającej, rozczarowującej, mroczniejszej strony dzieje się za sprawą rodziców. To oni, choć niezupełnie świadomie, stają się przewodnikami po świecie zdrad małżeńskich, zawodów, dramatów natury psychicznej, depresji, wreszcie poczucia, że nawet jeśli ma się pewność, to kłamstwo tak naprawdę może być całkiem blisko. Perypetie dziewczynki, która obserwuje uważnie świat wokół siebie, ale i nie rezygnuje z przyglądania się temu, co bezpośrednio jej dotyczy, są, oczywiście, interesujące. Autorka próbuje oddać charakterystyczne młodzieńcze rozedrganie i zagubienie, dobiera słowa w taki sposób, by połączyć poetyckość z dosadnością, jednocześnie cały czas akcentuje wewnętrzne zdystansowanie się bohaterki. Tak naprawdę jednak nie dorastanie tytułowej dziewczynki jest najciekawsze, bo można je uznać za dość typowe. Największe zainteresowanie czytelnika budzą dorośli, a więc to, co dzieje się między matką i ojcem oraz jego kochanką, a zarazem jej przyjaciółką, a także biografia ciotki dziewczynki. Pleijel bardzo świadomie podchodzi do swoich wspomnień. Nie epatuje odautorskim „ja”, stara się nadać tekstowi charakter uniwersalny, buduje z własnych przeżyć pewną metaforę, dzięki której dziewczęcość może być pretekstem do opowiadania o rodzinie jako źródle cierpień.



Agneta Pleijel, Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, przeł. Justyna Czechowska, Wyd. Karakter, Kraków 2016.

wtorek, 17 stycznia 2017

Nierozerwalna więź (A. Michalopoulou, Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę?)


Powieść Michalopoulou to niebanalna, intrygująca pomysłowością i oryginalna historia przyjaźni – najpierw ocalającej, potem uzależniającej, wreszcie rodzącej lęk i stającej się emocjonalną trucizną. Autorka znakomicie oddaje to, co łączy dwie dziewczyny, zmuszone do powrotu do Grecji, a tak naprawdę pochodzące z zupełnie innych światów. Anna przybywa z Paryża, imponuje rówieśniczkom swoją europejskością, odwagą, niezależnością sądów. Po upadku junty czarnych pułkowników dziewczynka jako córka opozycjonistów aktywnie zaangażowanych społecznie próbuje nadawać ton i sugerować, co wypada, a co niekoniecznie jest stosowne. Tak naprawdę mimo otoczki egzotyki związanej z doświadczeniami rodziny Anna jest osobą samotną. Nic więc dziwnego, że nawiązuje bliższą relację z Marią, która powraca do Grecji z Afryki. Jej rozumienie wolności jest odmienne. Maria nie widzi problemu w tym, że w domu pracowała czarna służba, bo przecież przyjaźniła się ze służącą i w jej rodzinie nie było nadużyć. Dziewczynka tęskni za Afryką. Miejsce to urasta w jej wspomnieniach do pewnego mitu założycielskiego – ma poczucie, że to właśnie tam potencjalnie mogłaby być najbardziej spełniona. Dzieci, co zostaje pokazane sugestywnie, ale i z delikatnością, są ofiarami polityki prowadzonej w kraju i na świecie. Budują więc w relacjach prywatnych więzi, które mają dać im siłę w codzienności, ale także są odtworzeniem sytuacji opartych na władzy, podporządkowywaniu, byciu przywódcą i wpływaniu na cudzy los. Anna okazuje się tą osobą, która wymusza w przyjaźni dziewcząt różnego rodzaju eksperymenty. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dowody przyjaźni i odwagi opierają się tak naprawdę na odbieraniu Marii tego, co jest dla niej cenne, oraz na etycznej niejednoznaczności podejmowanych wyborów. Tak dzieje się, gdy dziewczęta są dziećmi, tak jest wtedy, gdy bohaterki dorastają, sytuacja nie zmienia się, gdy są już dorosłe. Przyjaźń zbudowana w wieku dziewięciu lat ewoluuje, przeżywa kryzysy, jest poddawana różnego rodzaju próbom, ostatecznie okazuje się przekraczać granice życie i śmierci.



Amanda Michalopoulou, Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę?, przeł. Alicja Kotecka, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Patologia czy normalność? (E. Sidi, Czcij ojca swego)


Powieść Sidi to przejmujący portret dziecka, usiłującego odnaleźć się w niełatwym świecie dorosłych. Choć podobna tematyka bezradności i bezsilności małego człowieka pojawia się w literaturze nieraz, książka „Czcij ojca swego” zasługuje na uwagę, dzięki przyjętej perspektywie narracji oraz ciekawemu rozłożeniu akcentów. Dziewczynka, która jest główną bohaterką i zarazem narratorką, opowiada o swojej rodzinie, nie ukrywając ciemnych stron i własnego braku zrozumienia dla tego, co dzieje się między rodzicami. Wielu rzeczy nie widzi, wielu spraw nie rozumie, bywa, że nazbyt łatwo wybacza, zdarza się też, że pozostaje w stanie zadziwienia tym, co dzieje się u innych, a co wśród jej bliskich nigdy się nie zdarza. Mamy do czynienia z opowieścią dziecka, które bardzo chce kochać, ale uczy się nienawidzić. Niezależnie jednak od tego, co wydarzy się w domu i jak zachowa się stosujący przemoc ojciec-alkoholik, dziewczynka pragnie, aby rodzina była razem. Na uwagę zasługują opisy relacji znaczonych trzeźwością lub upiciem się mężczyzny. Kiedy ojciec nie pije, matka jest radosna i spragniona miłości męża. Kiedy pojawia się cień alkoholu, codzienność i kobiety, i dzieci zostaje naznaczona strachem. Schemat ten powtarza się w kolejnym związku ojca, kiedy po śmierci matki narratorki, mężczyzna związuje się z drugą partnerką. Ona również poddaje się dyktatowi przemocy. Zdarza się jednak, że jako ofiara w sytuacji konfliktowej bije dzieci. Kobieta, choć jest dorosła, zachowuje się jak ktoś, kto w zależności od sytuacji bywa osobą mającą władzę i kimś potrzebującym wsparcia i pomocy. Narratorka nie atakuje i nie oskarża ojca-kata. To nietypowe podejście. Owszem, dziewczynka wielokrotnie ujawnia odczuwaną niechęć, ostatecznie jednak opowiada się za mniej lub bardziej istniejącą więzią z ojcem. Wiara w to, że miłość tego, który pije i bije, istnieje, okazuje się wyjątkowo poruszającym wątkiem. Poruszającym, bo tak naprawdę naiwnym i brutalnie odsłaniającym najważniejszy obiekt uczuć ojca – alkohol.



Ela Sidi, Czcij ojca swego, Wyd. Smak Słowa, Sopot 2016.

sobota, 14 stycznia 2017

Koszmar ukraińskiego snu (M. Stepan, Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć)

Książka Marii Stepan powinna należeć do lektur obowiązkowych wszystkich tych, którzy chcą się czegoś dowiedzieć na temat wydarzeń w Ukrainie, mających miejsce w ostatnich latach. Szkoda, że o tej publikacji nie było tak głośno jak o tytułach innych reporterów portretujących te wydarzenia. Gdyby dokonać próby klasyfikacji, opowieść Stepan znalazłaby się w zdecydowanej czołówce, wygrywając narracyjnym talentem, sugestywnością opisu, dogłębną znajomością tematu oraz umiejętnością selekcjonowania wielu informacji wartych upublicznienia. Obraz Ukrainy, jaki znajdziemy w książce, zapada w pamięć i uderza tragizmem losu tych, którzy zdecydowali się rozpocząć rewolucję w sprawie beznadziejnej. Stepan znakomicie oddaje nadzieję osób wierzących, że rozpoczęcie protestów na Majdanie, doprowadzi do podjęcia przez władze decyzji o chęci jednoczenia się z Unią Europejską. Równie poruszające są opisy rodzącego się buntu, agresji, niewiary w to, że brat może wystąpić przeciwko bratu. Stepan symbolicznie oddaje głos również tym, którzy zginęli na Majdanie od strzałów snajperów. To, że dochodzi do rozlewu krwi, że starcia są tak brutalne, że po stronie agresorów nie ma litości dla protestujących, oburza, ale i przypomina, że tego typu rozczarowania są częścią wielu społecznych buntów, w stosunku do których władza pozostaje bezlitosna. Reporterka zdaje relację z centrum wydarzeń. Nie jest tylko obserwatorką i osobą dokumentującą to, co się dzieje, ale również kimś, kto potencjalnie jest narażony na różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Choć kwestia ta nie jest w jakiś szczególny sposób przez autorkę akcentowana, warto o tym fakcie wspomnieć. Stepan rezygnuje z narracji fragmentarycznej na rzecz konsekwentnego opowiedzenia o rozwoju i skomplikowaniu sytuacji na Ukrainie. Równie więc ciekawie jak relacje z Majdanu wypadają portrety mieszkańców Krymu i opis ich stosunku do Rosji. Książka Stepan jest nie tylko zapisem pewnego etapu historii najnowszej, ale również rodzajem manifestu ideowego. Reporterka wyraźnie sugeruje, że cena ludzkiego życia i ocena czyjejś śmierci zależy od miejsca, czasu i narodowości ofiar. Zastanawianie się więc, czy sprawa Ukrainy jest i będzie pamiętana, automatycznie generuje refleksję o skuteczności i szybkości zapominania. Bardzo dobre.


Maria Stepan, Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć. Reportaże z Ukrainy, Wyd. Zwierciadło, Warszawa 2916.

piątek, 13 stycznia 2017

Wspomnienia miłości, wspomnienia naiwności (L. Orłowa, Kochałam Stalina)

Wspomnienia Lubow Orłowej, znanej i uwielbianej przez Rosjan aktorki, mają pewną wartość poznawczą, choć ich jakość literacka jest znikoma. W trakcie lektury razi naiwność, a nawet momentami infantylność refleksji prezentowanej przez artystkę. Orłowa nie ukrywa swojego podziwu dla Stalina, traktuje go jako wyrocznię, jest dumna z relacji, jaką nawiązała z Wodzem. Choć jak się okazuje z posłowia, aktorka potrafiła zachować niezależność, to jednak z opowieści, którą zdecydowała się upublicznić, wyłania się portret kobiety uzależnionej od mężczyzny, bezkrytycznie w niego wpatrzonej, histerycznie go wielbiącej i dumnej z sekretnego związku. Na uwagę zasługuje niewidoczność owego sygnalizowanego przez Orłową romansu. Dla obojga ma to być chwila wytchnienia, coś pomiędzy przyjaźnią a fascynacją, więź łącząca Mistrza i uczennicę. Na zdjęciach zamieszczonych w książce Stalin i Orłowa nigdy nie są razem. Zazwyczaj aktorka pojawia się sama lub z mężem, znanym reżyserem filmowym. Chętnie za to przywołuje drobne prezenty, które podarował jej Stalin, oraz odtwarza chwile, w których mogła się od niego uczyć. O ile fascynację Orłowej można próbować zrozumieć, wielu przecież dyktatorów nie miało problemów z cieszeniem się uwielbieniem kobiet, o tyle jej bezkrytyczna ocena tego, kogo pokochała i niedostrzeganie mroku, który mu towarzyszył, wydają się już kuriozalne. Wspomnienia aktorki przypominają pamiętnikarskie zapiski podlotka, a nie dojrzałej kobiety. Brakuje w nich krytycznej oceny związku, świadomości specyfiki miejsca i czasu, wreszcie otwarcia się na wiedzę o zbrodniach ukochanego mężczyzny. Książki tej nie da się więc czytać jako sekretnego wyznania, to raczej lektura, która może nas zaskakiwać zaślepieniem i bezmyślnością Orłowej. Naiwność zakochanej kobiety zderzona bowiem zostaje ze wszystkim tym, o czym aktorka nie pisze, a co przecież miało wówczas miejsce.


Lubow Orłowa, Kochałam Stalina. Spowiedź gwiazdy radzieckiego kina, przeł. Jan Cichocki, Wyd. Bellona, Warszawa 2016.

środa, 11 stycznia 2017

Pamięć i zapominanie (11.41, zdjęcia: M. Łuczak, tekst: F. Springer)

Książka zatytułowana „11.41” ukazuje się jako część projektu kolektywu Sputnik Photos „Stracone terytoria”. Przywołanie tego kontekstu wydaje się istotne, ponieważ Łuczak i Springer portretują miejsce, które właśnie zostało naznaczone stratą. Godzina podana jako tytuł publikacji to moment, w którym zatrzęsła się ziemia w miejscowości Spitak w Armenii. „Świat zaczął się rozpadać 7 grudnia 1988 roku o 11.41” – czytamy. Totalność katastrofy, jej błyskawiczność i nieuchronność zniszczenia oddają dwa inne zdania: „Wszystko to trwało czterdzieści siedem sekund. W Spitaku ocalał jeden budynek”. Książka składa się z trzech części. Pierwsza to zbiór kolorowych fotografii Michała Łuczaka, zatrzymujących w kadrze to, co można by nazwać obrazem po Apokalipsie. Choć tak naprawdę, zdjęcia przedstawiają fragmenty rzeczywistości ocalonej, widać w nich ciągle żywy gen rozpadu. Nadpęknięte ściany, wychudzone zwierzę jedzące trawę, zniszczone przedmioty, tymczasowe rozwiązania, które mają ułatwić życie, próba pomagania z trudem odradzającej się przyrodzie – to wszystko pokazuje, że śmierć i rozpad są ciągle częścią istnienia tych, którzy przetrwali. Druga część to tekst Filipa Springera. Krótki reportaż z miasta, które choć uległo całkowitemu zniszczeniu, w sensie ideowym przetrwało, okazuje się bardzo poetycki. Mamy więc obraz miejsca bez wytyczonych ulic i bez śladów po domach, które wcześniej tutaj były, mamy miejsce bez mapy i bez zdjęć z przeszłości, bo przedmioty uwieczniające istnienie również zostały pochłonięte przez trzęsienie ziemi, mamy magiczne tłumaczenie tego, co się wydarzyło, bo nie wszyscy, którzy przeżyli umieją uwierzyć w logikę racjonalności, mamy wreszcie wspomnienia dziwnie zachowujących się zwierząt, które podobno dużo wcześniej wiedziały, że zbliża się to, co nieuchronne. Trzecia część książki to ponownie fotografie. Niezwykle delikatne, jakby powoli znikające, a jednak walczące o widzialność i przetrwanie, przedstawiające tych, których już nie ma – nagrobki uwiecznione na zdjęciach. Warto zauważyć, że klimat opowieści, jaka wyłania się z tego, co możemy obejrzeć, oraz z tego, co czytamy, koresponduje ze sobą. Życie i śmierć nachodzą na siebie, toczą nieustanną walkę, a czas, który minął od katastrofy, wcale nie zmniejsza jej skutków – tych emocjonalnych i materialnych. Mieszkańcy armeńskiej miejscowości, co udaje się Łuczakowi i Springerowi uchwycić, pozostają samotni i wobec życia, i wobec śmierci.


11.41, zdjęcia: Michał Łuczak, tekst: Filip Springer, Wyd. Filip Springer – fotografia, reportaż, Warszawa 2016.

wtorek, 10 stycznia 2017

Ciało jako pole walki (M. Röger, Wojenne związki. Polki i Niemcy podczas okupacji)

Badania naukowe Röger dotyczą problemu naznaczonego dużym ciężarem milczenia i wrażliwością uniemożliwiającymi świadczenie. Autorkę interesują okupacyjne związki między Polkami a Niemcami, związki o charakterze intymnym, choć w wielu przypadkach owa intymność wymuszana była hierarchicznością wpisaną w relację i ewidentną podległością kobiet. Badaczka przygląda się funkcjonowaniu domów publicznych, kładąc nacisk z jednej strony na nielegalny charakter wizyt Niemców w tych przybytkach (okupanci mieli zakaz nawiązywania stosunków seksualnych z Polkami i Żydówkami), z drugiej na przymus ekonomiczny i przemoc obyczajową uderzającą w pracujące tam kobiety. Opis zaprezentowany przez Röger wyraźnie odsłania to, iż proceder oferowania kobiecych ciał wyposzczonym, jak argumentowano, mężczyznom, sprowadzał się do handlowania tymi, które zarejestrowano, nie zawsze dobrowolnie, jako prostytutki. Drugim typem związków interesujących historyczkę i kulturoznawczynię są relacje oparte na obopólnej zgodzie, a więc odwołujące się do miłości, przyjaźni czy fascynacji. W trakcie lektury dowiadujemy się o skomplikowanych losach par, które zdecydowały się walczyć o swoją przyszłość, oraz o trudnej sytuacji kobiet, które pozostawione przez niemieckich partnerów i spodziewające się dziecka, nie zawsze umiały odnaleźć się w miejscowej społeczności. Kwestia odrzucenia, napiętnowania, agresji w stosunku do kobiet, które – jak twierdzili niektórzy – zachowały się niepatriotycznie, wreszcie problem z zaakceptowaniem potomka – wszystko to obnaża niełatwy kontekst damsko-męskich stosunków, które gdyby nie było wojny, wyglądałyby zupełnie inaczej. Kolejna odsłona związków sportretowanych przez Röger to gwałty i różnego rodzaju wymuszone relacje erotyczne. Ta część wydaje się szczególnie naznaczona milczeniem ofiar. Kobiety nie chcą i nie umieją opowiadać o doświadczonej przemocy. Zamykają się w sobie, reagują w sposób zdystansowany i nerwowy, mają trudności z nazwaniem tego, co je spotkało, oraz z ponownym przywołaniem doświadczonego koszmaru. Książka niemieckiej historyczki stanowi istotny i pionierski wkład w badania na temat prywatności, codzienności i seksualności w okupowanej Polsce. Oddaje głos grupie przemilczanej i rzadko wysłuchiwanej. Przemoc dotykająca sfery intymnej, handlowanie ciałami kobiet, wreszcie wysłuchanie tych, które dobrowolnie wchodziły w związki z okupantem to bardzo ważne poszerzenie opowieści o wojnie, która nie tylko była sprawą polityków, ale i zwykłych ludzi. Gdzieś w tle pojawia się również zaakcentowanie istnienia innej grupy kobiet – partnerek i żon Niemców, nawiązujących bliskie relacje w krajach, które podbili, a także chętnie korzystających z domów publicznych. Te, które na nich czekały, zwykle nie chciały o tym wiedzieć, albo faktycznie o tym nie wiedziały. Mamy więc w tym wypadku do czynienia z systemem przemocy, zdrady, tęsknoty, uprzedmiotowienia i rozczarowania, który okazuje się dużo bardziej nieoczywisty, niż mogłoby się to wydawać.


Maren Röger, Wojenne związki. Polki i Niemcy podczas okupacji, przeł. Tomasz Dominiak, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Jak każdy (P. Roth, Everyman)

Philip Roth po raz kolejny przygląda się starości, samotności i upadkowi człowieka. Jego bohater to mężczyzna, którego poznajemy w chwili śmierci. Pogrzeb staje się pretekstem do zasygnalizowania trybu życia, skomplikowanych relacji z bliskimi, wreszcie nie tak oczywistych więzi z tymi, którzy pozornie powinni być dla niego najważniejsi. Krótki przegląd postaci, które zjawiają się, by pożegnać mężczyznę na cmentarzu, staje się pretekstem do retrospektywnego poznania biografii głównego bohatera. Mamy więc okazję towarzyszyć temu, kogo już nie ma, w drodze, w której najpierw dominują życie i witalna siła, potem zaś zostają zastąpione słabością ciała i poczuciem zbliżającego się schyłku. Główny bohater właściwie nie jest nikim szczególnym, nie bez przyczyny tytuł powieści jest taki a nie inny. Jego zwyczajność zyskuje jednak rys szczególny wtedy, gdy wspomniana śmierć jest blisko. Wówczas pojawia się refleksja, że niezależnie od tego, co udało się mężczyźnie osiągnąć i jak bardzo jego doświadczenia były typowe, identyczna biografia nigdy się nie pojawi, identyczne uczucia nigdy nie zaistnieją, identyczne związki, miłości i zdrady nigdy nie zostaną całkowicie powtórzone. Choć istnienie głównego bohatera zdeterminowane jest przez określenia „zawsze tak samo” i „nic niezwykłego”, to bliskość śmierci gwałtownie przewartościowuje oczywistości, wrzucając je w przestrzeń oddziaływania sformułowań „nigdy tak samo” i „wszystko takie niepowtarzalne”. Powieść ta przestaje więc być tylko pośmiertną rekonstrukcją biografii oraz świadectwem zadeklarowanego lęku przed końcem. Niepostrzeżenie zamienia się w pochwałę życia i w ujawnienie momentu, w którym śmiertelność daje o sobie znać. Zdaniem mężczyzny, którego losy poznajemy, to ciało mówi nam, kiedy życie zaczyna powoli zawierać sojusze ze śmiercią, to ciało jest więc naszym największym sojusznikiem, ale i wrogiem.


Philip Roth, Everyman, przeł. Jolanta Kozak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

sobota, 7 stycznia 2017

Biografia artysty i portret epoki (J. Przybora, Przymknięte oko opaczności. Memuarów części wszystkie)

Autobiograficzne zapiski Jeremiego Przybory to nie tylko opowieść o fascynującym życiu artysty, ale również znakomity portret epoki – z jej doskonale uchwyconymi momentami zwrotnymi, z Wielką Historią w tle oraz miłościami i przyjaźniami, których się nie zapomina. Autor znakomicie łączy to, co prywatne i intymne, z zapisem tła obyczajowo-społeczno-politycznego, tak mocno wpływającego niejednokrotnie na biografie jednostek. Książkę tę z powodzeniem więc można czytać jako opowieść o trudnych losach artysty w Polsce XX wieku. Trudnych, ale i  fascynujących, zabawnych, radosnych. We wspomnieniach Przybory znakomicie widać, jak przedstawiciele pokolenia doświadczonego przez koszmar II wojny światowej umieją cieszyć się życiem i nie rozpamiętują przeszłości. „Przymknięte oko opaczności” to znakomita okazja do zapoznania się z fragmentem historii Polskiego Radia (zwłaszcza wątek wojenny i powstańczy jest interesujący) oraz do prześledzenia historii Kabaretu Starszych Panów. Przyborze udaje się zrekonstruować początki, rozwój i schyłek chyba najważniejszego projektu artystycznego, jaki współtworzył. W niezwykle interesujący sposób opisuje również swoje koleżanki i kolegów, przyjaciół, ludzi, których spotkał na swojej drodze zawodowej i twórczej. W efekcie czytelnik otrzymuje celny, pełen indywidualnych spostrzeżeń, ciepły obraz środowiska, składającego się z osobistości, które dzisiaj uchodzą za legendarne. Nie bez powodu wspominam na początku o ważnej roli odgrywanej przez Wielką Historię. Przybora nie próbuje dokonywać socjologicznych diagnoz, nie stara się być filozofem czy domorosłym politykiem. Nie odcinając się od prywatnej perspektywy bardzo sugestywnie oddaje najpierw upadek pewnej epoki, do którego dochodzi wraz z wybuchem II wojny światowej (znikający świat dworków), potem tragedię powstańczej Warszawy, wreszcie ograniczenia wynikające z życia w państwie komunistycznym i nadzieje towarzyszące temu, co miało miejsce w roku 1989. Autor opowiada również o powstańczych i obozowych przeżyciach swojej „przyszłej żony” Alicji. Przywołane sformułowanie powraca nieraz i sprawia wrażenie wyraźnej sugestii, iż dopiero ostatnie małżeństwo stało się okazją do spotkania i spędzania codzienności z kobietą doskonałą. Jednocześnie doświadczenia żony stają się pretekstem do zaakcentowania roli kobiet w Powstaniu Warszawskim. Zresztą okupacyjne wspomnienia Przybory niepozbawione są momentów trudnych. Autor opowiada na przykład o samotnym, wygłodzonym żydowskim dziecku, siedzącym na ulicy po aryjskiej stronie, któremu nikt, także on, nie podał pomocnej dłoni. Warto docenić szczerość owych wojennych fragmentów i wyraźne uciekanie od martyrologicznej stylistyki. Przypomnienie „Memuarów” Przybory to strzał w dziesiątkę. Czytelnik ma okazję przypomnieć sobie i zobaczyć na nowo świat, który powoli odchodzi do lamusa, a który swoją klasą i intelektualną brawurą niejednokrotnie przewyższał to, co ma do zaoferowania współczesna rzeczywistość.


Jeremi Przybora, Przymknięte oko opaczności. Memuarów części wszystkie, Dzieła (niemal) wszystkie, tom 3, Wyd. Znak, Kraków 2016.

piątek, 6 stycznia 2017

Odpowiedzialność (A. Leszczyński, Eksperymenty na biednych)

Adam Leszczyński przygląda się krytycznie różnym projektom, których celem jest pomoc najbiedniejszym. Nie szuka dziury w całym, bo nie taki jest cel jego opowieści. Interesuje go przede wszystkim pytanie, czy pomoc jest realna, czy niesie konkretny skutek, czy ma długofalowe konsekwencje i czy stanowi racjonalne wydatkowanie pieniędzy zainwestowanych w przedsięwzięcie. Należałoby w tym miejscu zaznaczyć, iż kwestie ekonomiczne nie wiążą się w tym wypadku z założeniem, iż pomoc może być nieopłacalna, chodzi raczej o zwrócenie uwagi na sensowne wydatkowanie funduszy oraz oferowanie takich możliwości, dzięki którym następuje rozwój i ma miejsce edukacja. Zrekonstruowanie sporów toczonych między tymi, którzy inwestowali w pomaganie lub je postulowali, pokazywanie społecznych aspektów pomocy oraz jej politycznego kontekstu, położenie nacisku na medialność działań i niesienie pomocy bez rozgłosu – to wszystko okazuje się niezwykle interesującą opowieścią o świecie, w którym oferowanie pomocy biednym przez bogatych zamienia się w świetnie prosperujący interes. Książkę Leszczyńskiego powinno się czytać równolegle do „Karawany kryzysu. Za kulisami pomocy humanitarnej” Lindy Polman. O ile holenderska dziennikarka odsłania współczesne, często nieetyczne uwikłania tych, którzy w świetle jupiterów ogłaszają swoją skuteczność w zmienianiu świata na lepszy, o tyle Leszczyński, nie tracąc z oczu tego, co dzisiaj, uważnie obserwuje również to, co działo się wcześniej i co – zbyt szybko zapewne – zostało zapomniane. Nie bez powodu książka nosi tytuł „Eksperymenty na biednych”. Idea pomocy zostaje bowiem pokazana jako rodzaj eksperymentu, w którym bardziej istotne od polepszenia losu potrzebujących, są przekonująco wypełnione dokumenty wykazujące skuteczność oraz oryginalność upublicznionego i wypromowanego pomysłu. Z pięknie brzmiących i mądrych słów nazbyt często nic nie wynika – tę kwestię Leszczyński również podnosi, pokazując, iż za pustą retoryką stosowaną na różnego rodzaju konferencjach i międzynarodowych szczytach nie zawsze idą czyny.


Adam Leszczyński, Eksperymenty na biednych. Polityczny, moralny i ekonomiczny spór o to, jak pomagać skutecznie, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

czwartek, 5 stycznia 2017

Szczegół czy banał? (K.O. Knausgård, Zima)

Druga część serii „Cztery pory roku” tylko pozornie koncentruje się na tytułowej zimie. Knausgård nie rozważa uroków krajobrazu, nie skupia się na kwestiach meteorologicznych, nie rozważa zalet lub wad śniegu. A mógłby. Ci, którzy znają go z „Jesieni”, lub pięciu dotychczas opublikowanych tomów „Mojej walki” z pewnością wiedzą, co mam na myśli. Dla norweskiego pisarza tematem może być wszystko – zwłaszcza jego własne życie, ale i każdy napotkany przedmiot, wykonywana czynność, obserwowana przypadkowo sytuacja. Nie bez powodu lekturze każdej z jego książek towarzyszyć może pytanie, czy mamy do czynienia z filozofem codzienności czy może po prostu z banalistą. Nie inaczej jest w przypadku „Zimy”. Knausgård z jednej strony wzruszająco portretuje własne czekanie na dziecko, zbliża się do odczuć tych potomków, którzy już są na świecie, przekonująco buduje porozumienie między dzieckiem a dorosłym, z drugiej natomiast szczegółowo opisuje, czym jest krzesło lub do jakich refleksji skłaniają go patyczki do czyszczenia uszu. „Zimę” można więc z powodzeniem uznać za pean pochwalny na rzecz ojcostwa. Pisarz odsłania własną bezradność wobec nowego istnienia, swoją niepewność, jeśli chodzi o możliwość zapewnienia dziecku bezpieczeństwa zawsze i wszędzie, swoją uważność, bo rola przewodnika po otaczającej rzeczywistości jest niezwykle istotna. Książka ta zbliża się niebezpiecznie do wzniosłości, od której blisko już do patetyczności. Impresje dotyczące banalnych czynności i przedmiotów są sprowadzeniem rozważań na ziemię i zachowaniem niezbędnej równowagi. To, co ważne, zdaje się sugerować Knausgård dzieje się bowiem często tam, gdzie nie chcemy nawet zaglądać, bo wydaje nam się, że króluje w tym miejscu mało znacząca codzienność.


Karl Ove Knausgård, Zima, z obrazami Larsa Lerina, przeł. Milena Skoczko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

środa, 4 stycznia 2017

Walka o dobrą pamięć (D. Czarnecka, Największa zagadka Polskiego Państwa Podziemnego. Stanisław Gustaw Jaster – człowiek, który zniknął)

Książka Darii Czarneckiej to interesujący i niezwykle skomplikowany fragment historii Polskiego Państwa Podziemnego. Autorka rekonstruując biografię Stanisława Gustawa Jastera pokazuje, jak nieoczywiste były losy tych, którzy zdecydowali się na aktywny udział w konspiracji, a także jak niełatwe stawały się czasami pośmiertne potyczki z pamięcią, zapomnieniem i zakłamaniami wpisanymi w cudze świadczenie o przeszłości. Życiorys jednostki staje się więc w pewnym sensie pretekstem do refleksji na temat trudnych relacji międzyludzkich, wyzwań, przed jakimi stali ci, którzy żyli w okresie II wojny światowej, wreszcie przedziwnej mieszanki bohaterstwa, brawury i dojmującej tęsknoty za zwyczajnością. Nie bez powodu jedna z największych wpadek Polskiego Państwa Podziemnego, opisana szczegółowo przez Czarnecką, wiąże się z organizacją hucznych zaślubin, na które zaproszono mnóstwo osób działających w konspiracji. Wątkiem, który organizuje całą opowieść, jest oskarżenie Stanisława Gustawa Jastera o zdradę kolegów. Czarnecką interesuje więc nie tylko wszystko to, co miało miejsce przed wyartykułowaniem owego podejrzenia (pobyt w obozie koncentracyjnym, głębokie przekonanie o konieczności walki, miłość do narzeczonej, walka o uratowanie członków rodziny), ale również, a może przede wszystkim, ta narracja, która zdeterminowała powojenną opowieść o „Helu” (pseudonim), diametralnie odmienną od tego, co mówiono o mężczyźnie w czasie wojny. Z jednej więc strony mamy odwagę, poświęcenie, gotowość ryzykowania dla wyższych celów, dbanie o bezpieczeństwo bliskich, z drugiej zdradę i wyrzeczenie się tego wszystkiego, w czym Jastera wychowano i w co wierzył. Czarnecka pokazuje, jak niełatwa jest obrona, kiedy główny zainteresowany znika w 1943 roku i do końca nie wiadomo, co się z nim tak naprawdę stało. Akcentuje ważną rolę świadectw tych, którzy byli blisko z Jasterem, czy to podczas akcji, czy podczas uwięzienia w obozie. Nie pomija kluczowej roli w walce o dobre imię „Hela” jego narzeczonej, kobiety zostawionej na chwilę w kawiarni, do której ukochany nigdy już nie wraca i którego dalsze losy pozostaną nieznane. Ta wytrwała i zdeterminowana praca kobiety w dokumentowaniu, zaświadczaniu, potwierdzaniu prawdziwego oblicza Jastera budzi podziw i szacunek. Czarneckiej udaje się pokazać siłę i okrucieństwo wypowiedzianego publicznie, choć niepotwierdzonego oskarżenia. Odsłania ona trud, jaki podejmują ci, którzy decydują się walczyć o dobre imię kolegi i przyjaciela. Objaśnia paradoks tkwiący w upływie czasu i braku dostępu do pewnych faktów – niektórych słów nie da się tak do końca cofnąć, a ich konsekwencje mogą niszczyć pamięć o człowieku przez wiele lat po wojnie.


Daria Czarnecka, Największa zagadka Polskiego Państwa Podziemnego. Stanisław Gustaw Jaster – człowiek, który zniknął, Wyd. PWN, Warszawa 2016.

wtorek, 3 stycznia 2017

Wojna jako nieuchronność (M. Herr, Depesze)

Michael Herr opisuje wojnę w Wietnamie. Polscy czytelnicy poznają jego zapiski po raz pierwszy. Herra nie interesuje kontekst politycznych i żołnierskich absurdów. Choć nie przygotowuje manifestu pacyfistycznego, tak naprawdę pisze książkę głęboko antywojenną, obnażającą bezsens zabijania na wojnie. Śmierć, która staje się codziennością, zbiera żniwo nie tylko wśród tych, którzy giną jako wrogowie czy przyjaciele, jest równie bezlitosna wobec osób, które przetrwają, ale nie umieją zapomnieć. Herr nie ukrywa, że to, co się ogląda, czego jest się świadkiem, od czego nie można odwrócić oczu kształtuje człowieka na całe życie. Bardzo mocne są obrazy młodych chłopaków, jeszcze nastoletnich, których twarze przypominają oblicza starców, a oni sami są przekonani, że wszystko to, co najważniejsze i najstraszniejsze już przeżyli. Herr pokazuje, że ucieczka przed cierpieniem przyjmuje formę zobojętnienia i uodpornienia na okrucieństwo. Lepiej więc czasami reagować śmiechem na to, co straszne, niż poddać się sile oddziaływania potworności. Szczególnie poruszające jest zderzenie przymusu kontynuowania walk w Wietnamie, który jest udziałem żołnierzy, i dobrowolności przebywania na wojnie, co jest przywilejem korespondentów wojennych. Przedstawiciele tych dwóch światów pozornie się nie rozumieją, patrzą na siebie nieufnie, a kiedy przychodzi do rozstania, jedno jest ważne, a mianowicie postulat świadczenia prawdy. Fakt, iż żołnierze są przekonani, że o tym, co przeżywają w Wietnamie, za wiele nie wiadomo, jest symptomatyczny. Pokazuje bowiem anonimowość walczących, ich uprzedmiotowienie i osamotnienie, wreszcie dojmujące przekonanie, że odległość dzieląca miejsce, w którym przebywają, od Stanów Zjednoczonych tak naprawdę unieważnia ich istnienie i wrzuca w rodzaj nierealności. Tymczasem to, co dzieje się w Wietnamie, jest realne aż do przesady. Książka Herra to nie tylko reporterskie świadectwo, które obnaża bezsens i tragizm wojny, ale również fascynująca opowieść o zawodzie korespondenta wojennego. Pozornej skuteczności dziennikarza towarzyszy jego bezsilność. Wobec wojny nie da się triumfować – nawet wówczas, gdy udaje się dotrzeć do jej możliwie prawdziwego oblicza. Bardzo dobre.


Michael Herr, Depesze, przeł. i przypisami opatrzył: Krzysztof Majer, Wyd. Karakter, Kraków 2016.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Głos w sprawie (V. Havel, Obywatel kultury)

Można by powiedzieć, że tom „Obywatel kultury” to zbiór tekstów różnych, w których dominuje z jednej strony ton autobiograficzny, z drugiej prawdziwe i szczere zainteresowanie kulturą. Havel pozostaje twórcą autoironicznym, świadomym powiązań kultury z polityką, wreszcie gotowym do rozważań na temat sytuacji własnej oraz kolegów. Nie ocenia i nie oskarża. Chętnie przywołuje anegdoty, w których pojawiają się wielcy ze świata literatury. Havel z upodobaniem przywołuje swoje wrażenia z czasów młodości, mając świadomość, że ci pisarze, których czytał i spotykał, po części go ukształtowali. Jak dowcipne bywa pisanie Havla na zamówienie pokazuje chociażby tekst zatytułowany „Autoportret”. Zdanie umieszczone na początku wydaje się kluczowe dla innych rozważań zamieszczonych w tomie: „Jeśli otocznie traktuje pisarza poważniej, niż on sam siebie, jest to zdrowa sytuacja. Jeśli jednak – przeciwnie – zacznie on siebie traktować bardziej serio, niż czyni to otoczenie, to oznaka, że nieuchronnie zbliża się jego upadek” (s. 15). Choć Havel zabiera głos w sprawach kultury, to jednocześnie książkę tę da się z powodzeniem czytać jako notatki z okresu, gdy to polityka była najważniejsza. Pojawiają się więc konkretne odwołania do działań pisarzy (np. Karta 77, zjazdy Związku Pisarzy), wypowiedziane wprost lub pośrednio postulaty dotyczące próby ocalenia siebie, wreszcie świadomość tego, że dzielenie kultury na tę oficjalną, która zdradza, i tę z drugiego obiegu, która pozostaje wierna, jest tak naprawdę błędnym rozpoznaniem. Havla cały czas interesuje konkretny człowiek i jego twórczość, nie zaś schemat, dzięki któremu można kogoś zakwalifikować do z góry upatrzonej grupy. Znaczna część refleksji zamieszczonych w tomie pozostaje ponadczasowa i właśnie w tym należałoby widzieć siłę rozważań Havla.


Václav Havel, Obywatel kultury, wybór i opracow. Andrzej S. Jagodziński, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

niedziela, 1 stycznia 2017

Mrzonki kontra rzeczywistość (Z. Shalev, Ból)

Najnowsza powieść Shalev zmusza czytelnika do towarzyszenia bohaterce w uczuciach, które zdają się ją przerastać, a jednak pozwalają również na ostateczne zdefiniowanie tego, co ważne dzisiaj i co było ważne wczoraj. Zderzenie przeszłości z teraźniejszością okazuje się kluczowym punktem odniesienia. Shalev określa swoją bohaterkę poprzez ból, który jej towarzyszy niemalże przez całe życie. Momentem zwrotnym w uczuciowej biografii Iris jest rozstanie z Ejtanem wtedy, gdy była jeszcze nastolatką. Kobieta przez całe dorosłe życie nie potrafi zrozumieć tego odtrącenia i kiedy spotyka dawnego ukochanego w czasach, gdy oboje są w zupełnie innych konfiguracjach personalnych, jest gotowa na nowo zmierzyć się ze swoim bólem i ukoić go poprzez powrót do przeszłości. Iris, kiedy ją poznajemy, jest matką dwójki dzieci, żoną, kobietą, która na nowo doświadcza bólu ciała. Dziesięć lat temu jej samochód znalazł się w pobliżu miejsca, w którym doszło do zamachu terrorystycznego. Iris spędziła wiele miesięcy w łóżku, obolała, po wielu operacjach. Ów ból powraca – by coś powiedzieć?, by o czymś przypomnieć?, by zmusić do działania? Metafora bólu odnosi się również do statusu całej rodziny głównej bohaterki. Iris, odwracają się od teraźniejszości, jest gotowa zranić bliskich, nie myśli o ich ewentualnym cierpieniu. Właściwe priorytety ujawniają się przed nią wówczas, gdy zagrożona jest jej córka. Aby ratować dziewczynę, Iris jednoczy siły z tymi, których była gotowa porzucić. Ów tytułowy ból i to, w jaki sposób autorka go niuansuje, z pewnością zasługują na zainteresowanie. Gdybym jednak miała umieścić tę powieść w rankingu uwzględniającym wcześniejsze utwory Shalev, nie znalazłaby się ona w czołówce. Pisarka trzyma poziom, tego nie można jej odmówić, jednak akurat w tym przypadku zachowania bohaterki wydają się dość marnie umotywowane psychologicznie. Zapatrzenie się Iris w miłość sprzed lat opisane zostaje w taki sposób, że momentami zamiast poruszać tylko bawi. Konstrukcyjnie nieco sztucznie wypada również końcowa zmiana frontu, zwłaszcza że uzależnienia typowe dla sekt raczej nie mijają tak szybko i łatwo, jak sugeruje nam w końcowych partiach książki Shalev.

Zeruya Shalev, Ból, przeł. Magdalena Sommer, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

sobota, 31 grudnia 2016

Lektury obowiązkowe 2016

Mija rok 2016. Zanim zaczniemy cieszyć się tym, co w świecie literackim dopiero się wydarzy, zanim zaczniemy czekać na książki ulubionych autorów i zanim wydawnictwa zaskoczą nas odkryciami, które zechcemy uznać za swoje, zatrzymajmy się przy tym, co warto zapamiętać z kończącego się roku. Było trochę czytelniczych rozczarowań, trochę książek przereklamowanych, trochę tematów instrumentalnie wykorzystanych – ale nie o tym dzisiaj. Poniżej podaję tytuły książek zaliczonych przeze mnie do listy lektur obowiązkowych 2016 roku. Przypominam więc Państwu (i namawiam do zapamiętania) pięć polskich i pięć zagranicznych reportaży oraz pięć polskich i pięć zagranicznych powieści. Książki wymieniam w kolejności alfabetycznej, podając nazwę wydawnictwa i nazwisko tłumacza. Dobrego Nowego Roku!

 
Reportaż polski
1. Bożena Aksamit, Piotr Głuchowski, Zatoka świń (Agora);
2. Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania (Agora);
3. Artur Domosławski, Wykluczeni (Wielka Litera);
4. Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy (Świat Książki);
5. Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (Czarne).



 
Reportaż zagraniczny
1. Kate Brown, Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne, przeł. Tomasz Bieroń (Czarne);
2. Adam Hochschild, Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku, przeł. Hanna Jankowska (Czarne);
3. Elizabeth Pisani, Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu, przeł. Adam Pluszka (Czarne);
4. Hèctor Tobar, Ciemność. Niewypowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, przeł. Tomasz Bieroń (Dowody na Istnienie);
5. Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, przeł. Janusz Ochab (Czarne).

 
Proza polska
1. Anna Cieplak, Ma być czysto (Wydawnictwo Krytyki Politycznej);
2. Jakub Małecki, Ślady (Sine Qua Non);
3. Stanisław Aleksander Nowak, Galicyanie (W.A.B.);
4. Jerzy Sosnowski, Sen sów (Wielka Litera);
5. Aleksandra Zielińska, Bura i szał (W.A.B.).







1. Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni, przeł. Robert Sudół (Wydawnictwo Literackie);
2. Nino Haratischwili, Ósme życie (dla Brilki), tom 1 i 2, przeł. Urszula Poprawska (Otwarte);
3. Eka Kurniawan, Piękno to bolesna rana, przeł. Jędrzej Polak (Wydawnictwo Literackie);
4. Phillip Meyer, Syn, przeł. Jędrzej Polak (Czwarta Strona);
5. Viet Thanh Nguyen, Sympatyk, przeł. Radosław Madejski (Akurat).

piątek, 30 grudnia 2016

Zniszczenie ducha czy zniszczenie miasta? (A. Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945)

Kluge pokazuje, że nie trzeba wielu słów, by pokazać dramat ludzi skazanych na ostrzeliwanie z powietrza. Opisywane naloty niszczą nie tylko miasto w sensie topograficznym i materialnym, ale również zaburzają poczucie bezpieczeństwa i rytuały codzienności. Świetnym przykładem nierównej walki między chęcią zachowania pewnych schematów wpisanych w funkcjonowanie kina oraz nieuchronności tego, co przynoszą wrogie samoloty, jest zachowanie kierowniczki kinoteatru Capitol, pani Schrader. Ta stosunkowo krótka scena znakomicie pokazuje gotowość przetrwania, niechęć do przyjmowania do wiadomości faktu, iż katastrofa jest blisko, wreszcie absurdalne nieco poczucie, że ostateczność można zaczarować poprzez całkowite oddanie się temu, co porządkuje codzienność. Książka opisująca nalot na Halberstadt jest również próbą uchwycenia czasu zniszczenia dziejącego się triumfalnie tuż przed oficjalnym końcem wojny. Data zaakcentowana w tytule nie jest więc przypadkowa, a przerażenie, często niedane próby schronienia się przed nalotami, lęk dzieci szukających wsparcia dorosłych (warta uwagi scena nauczycielki i jej podopiecznych, którzy próbują sobie radzić w sytuacji zagrożenia) tylko wzmagają bezsilność tych, którzy próbują przeżyć. Ofiary, niezależnie od tego, jakiej są narodowości i jakie mają poglądy, zawsze wydają się bezradne, przegrane, niesłusznie zaatakowane. Naprzeciwko nich mamy agresorów, a więc pilotów, którzy przeprowadzają śmiercionośny nalot na miasto. Konkretne, często dramatyczne przeżycia zderzone zostają z pracą, w której wiele jest z mechanicznych, wyuczonych działań. Kwestia ta zostaje zresztą podniesiona w posłowiu. Kluge proponuje czytelnikom książkę specyficzną, przypominającą nieco notatnik, w którym znajdzie się miejsce na zdjęcia, osobiste portrety, obiektywne diagnozy, zapiski dotyczące typu uzbrojenia i sposobu prowadzenia działań wojennych, wreszcie zdania, które wiele mają wspólnego z ponadczasowymi sentencjami dotyczącymi wielkości i małości człowieka jako takiego. To publikacja warta uwagi, bo tak sportretowana perspektywa przeżywania czasów niebezpiecznych nie jest wcale oczywista, a konkretne sceny bardzo mocno sugerują ostateczną równość wszystkich w obliczu śmierci (np. dzielenie się dwóch kobiet zwęglonymi zwłokami, bo ich mężowie stracili życie w tym samym miejscu, przebywając blisko siebie).


Alexander Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945, przeł. i posłowie: Arkadiusz Żychliński, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2016.

czwartek, 29 grudnia 2016

Skutki manipulacji (J.C. Oates, Ofiara)

Po powieści Joyce Carol Oates można sięgać w ciemno. Nie zawiedzie się ani ten, kogo interesują historie zwykłych ludzi, ani ten, kto zaciekawiony bywa wydarzeniami, które niszczą lub totalnie przewartościowują cudze życie, ani fani po prostu dobrych, trzymających w napięciu opowieści, ani wielbiciele skomplikowanych psychologicznie sytuacji, które pojawić się mogą zawsze, nawet wówczas, gdy próbujemy się przed nimi chronić. W odautorskim posłowiu pisarka zaznacza, iż powieść „Ofiara” powiązana jest z inną jej książką pt. „Oni”. Można by również w tym miejscu przywołać objętościowo niepozorny, za to niezwykle bogaty w sensy, utwór „Gwałt”. Sytuacja wyjściowa wydaje się oczywista i literacko dość wyeksploatowana. Zrozpaczona matka chodzi po ulicach i szuka swojej zaginionej nastoletniej córki. Sybilla, bo tak ma na imię czternastolatka, zostaje znaleziona w piwnicy fabryki konserw rybnych, związana, pobita, z wypisanymi na ciele rasistowskimi obelgami, wymazana ekskrementami i zakrwawiona. Nauczycielka, która ja znajduje, ustala, że dziewczynka została zgwałcona, była terroryzowana, a w trakcie dość kuriozalnego przesłuchania wychodzi na jaw, że oprawcami byli biali policjanci. Zważywszy na fakt, iż Sybilla jest czarnoskóra, dzielnica, w której mieszka, nie należy do najbezpieczniejszych, a rodzinie, w której się wychowuje, nieobca jest przemoc, kontekst rasistowski wydaje się jedynie przypieczętowaniem wielu odsłon dyskryminacji. Szybko jednak okazuje się, że sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać, a pytanie, kto w tej historii jest prawdziwą ofiarą i jakiego rodzaju, staje się kluczowe dla rozwoju akcji. Oates nie pozwala na łatwe odpowiedzi. Autorka bardzo sugestywnie portretuje histeryczne zachowanie matki Sybilli, znakomicie oddaje dojrzałość i dziecięctwo dziewczyny, wokół której wzmaga się zainteresowanie mediów i otoczenia. Na uwagę zasługuje odtworzenie siły, jaką ma plotka oraz pomówienie, a także interesujący portret mężczyzny, który postanawia wykorzystać tragedię do własnych celów. Powieść Oates to nie tylko fascynujący portret dramatu, który nie musiał się wydarzyć, ale został zwielokrotniony za sprawą kłamstwa. Ofiar w tej historii jest dużo więcej niż uprzedmiotowiona Sybilla. Właściwie każdy, kto pośrednio lub bezpośrednio zetknie się ze sprawą, poniesie konsekwencje, które wpłyną negatywnie na jego życie.


Joyce Carol Oates, Ofiara, przeł. Tomasz Kłoszewski, Wyd. W.A.B., 2016.

środa, 28 grudnia 2016

Zapisać, by opowiedzieć tym, którzy nie wiedzą (M. Niezabitowska, W twoim kraju wojna!)

Lektura dziennika Małgorzaty Niezabitowskiej to nie tylko okazja, by powrócić za sprawą lektury do wydarzeń okresu stanu wojennego, ale również pretekst do rozważań na temat skuteczności i możliwości przekazywania informacji z – tak to ujmijmy – odciętego od innych kraju. Używając określenia „okazja” nie mam, co oczywiste, na myśli ekscytowania się tymi smutnymi czasami, ale raczej potrzebę przypomnienia sobie przygnębiającej zwyczajności tamtego okresu, nadziei ludzi, którzy chcieli coś robić i próbowali działać, wreszcie wielkości dalekiej od chętnie przywoływanej współcześnie martyrologii i patetyczności. Prywatne zapiski Niezabitowskiej to ciekawy pretekst do rozważań dotyczących podmiotu mówiącego w literaturze autobiograficznej. Część zapisków autorki powstaje pod męskim pseudonimem i w takiej formie trafia na Zachód. To nie jedyna odważna kobieta okresu „Solidarności”, która właśnie udając mężczyznę staje się wyjątkowo skuteczna. W książce natkniemy się nie tylko na owe kreacyjne częściowo w kontekście osoby mówiącej notatki, ale również na zapiski dokumentujące życie Niezabitowskiej i jej męża, fotografa Tomasza Tomaszewskiego. Zdjęcia obojga zamieszczone w książce to znakomite uchwycenie atmosfery panującej wśród tych, którzy nie chcieli żyć w takiej rzeczywistości, jaką fundował im komunizm. Na szczególną uwagę zasługuje uczynienie walki częścią codzienności. Spotkania z przyjaciółmi przeradzały się w debaty polityczne, wzmocnieniu ulegały więzi międzyludzkie, działanie było częścią życia, potrzeba walki wymuszała aktywność i oprotestowywanie rzeczywistości. Niezabitowska zarówno wtedy, gdy pisze jako mężczyzna, jak i wówczas, gdy decyduje się na notowanie w swoim imieniu, nie unika pokazywania tego, jak przymus odczuwany w przestrzeni publicznej intensyfikuje smutek i rozpacz w prywatności. Dzięki temu jej opowieść pozostaje przekonująca – intymna, ale i polityczna zarazem.


Małgorzata Niezabitowska, W twoim kraju wojna!, Wyd. Ośrodek Karta, Warszawa 2016.

wtorek, 27 grudnia 2016

Przyjaźń czy przyzwyczajenie? (A. Fryczkowska, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki))

Od jakiegoś czasu równie interesującą (a czasami nawet bardziej) lekturą jak powieści są blurby i informacje podawane przez wydawnictwa na skrzydełkach i czwartej stronie okładki. Nie inaczej jest w tym przypadku. Uwagę zwraca zdjęcie autorki będące efektem profesjonalnej sesji zdjęciowej. To strategia warta docenienia, zwłaszcza że w tym akurat wypadku portret pisarki wydaje się spójny z tym, co prezentuje „na żywo”. Dużo gorzej jest z notką biograficzną. Stwierdzenie: „Najbardziej obiecujące nazwisko polskiej literatury popularnej” brzmi co najmniej absurdalnie, zważywszy na poziom uprawianej przez Fryczkowską literatury, popularność jej powieści oraz ilość wydanych książek. Dziwi również eksponowanie modnego podobno na Zachodzie określenia domestic noir, które u nas jednak nie za bardzo się przyjęło. To chyba dobrze, bo modelowym wzorcem tej odmiany kryminału miała być słaba i przereklamowana powieść „Dziewczyna z pociągu”. Fryczkowska, na szczęście, nie pisze tak, jak Paula Hawkins, a jej znakiem rozpoznawczym nie są mdłe historyjki z infantylnymi bohaterkami w roli głównej, ale poczucie humoru, autoironia, niebanalne skojarzenia, gotowość mierzenia się z nieoczywistymi w kontekście tzw. prozy kobiecej tematami. Cechy te widać również w najnowszej powieści pisarki. Fryczkowska chętnie gra konwencjami literackimi, filmowymi i skojarzeniami rodem z życia literackiego. Jej bohaterki nie bez powodu zaczynają w którymś momencie przywoływać różnego rodzaju teksty kultury, które okazują się adekwatnym kontekstem dla sytuacji, w jakiej przyjaciółki się znajdują. Tytuł „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” kojarzy się w sposób oczywisty z filmem „8 kobiet”. Pisarka odrobiła też lekcję z lektury Agathy Christie i konwencji przez nią stosowanych. Odwołuje się do znanego motywu wariatki na strychu. Nawiązuje również do medialnego wizerunku popularnej autorki kryminałów Katarzyny Bondy. To nie jedyne skojarzenia, które mogą się pojawić. Sama sytuacja wyjściowa jest dość banalna. Kilka przyjaciółek, a właściwie – jak się okaże w miarę rozwoju akcji – koleżanek z przyzwyczajenia, spotyka się w domu jednej z nich. Nie jest prawdą to, co stwierdza na okładce wydawca, a mianowicie, że „bawią się nie najgorzej”. Cały czas między nimi iskrzy, a za deklarowaną sympatią kryje się wiele niechęci i złośliwości. Kiedy jedna z nich zostaje znaleziona martwa, szybko okazuje się, że morderczynią może być tylko jedna z nich. Która? Fryczkowska nie opowiada tak naprawdę o kobiecej przyjaźni, choć ostatecznie, czego nietrudno się domyślić, właśnie kobiecy sojusz zatriumfuje. Tak naprawdę obnaża, akceptowany przez wszystkie uczestniczki imprezy, koszmar udawanej przyjaźni, w której bliska osoba może zranić, zdradzić, wyśmiać i wykorzystać do tego, by samemu osiągnąć więcej. Autorka nie zostawia czytelnika w krzepiącym przekonaniu, że kiedy kobiety trzymają się razem, to mogą wszystko i ze wszystkim sobie poradzą. Sposób, jaki bohaterki wynajdują, by uciec przed odpowiedzialnością, nie ma w sobie nic oczyszczającego. Pokazuje, że opisywane kobiety są w stanie zjednoczyć się tylko pozornie dla dobra jednej z nich. Najbardziej interesuje je własny święty spokój, a takie kwestie jak dobro i zło, odpowiedzialność i bezkarność, sprawiedliwość i zemsta są tylko pustymi słowami. Pozornie banalna sytuacja wyjściowa urasta więc w tzw. międzyczasie do rangi dużo istotniejszej. Happy end pozostawia bowiem i bohaterki, i czytelników skonfundowanych łatwością decydowania o cudzym losie i trudnością zapanowania nad własnym życiem.


Anna Fryczkowska, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki), Wyd. Burda Książki, Warszawa 2016.

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Wszystkim odwiedzającym tę stronę życzę dobrych, spokojnych, radosnych Świąt! Z bliskimi i z książkami – aby był czas na spotkania z ludźmi i z odkładanymi na później lekturami!


piątek, 23 grudnia 2016

Polec czy przetrwać? (H.H. Kirst, 8/15)

Jak zostaje wyjaśnione na początku książki, tytułowe określenie odnosi się do ciężkiego karabinu maszynowego, który mimo unowocześniania, pozostał właściwie taki sam. W efekcie popularne stało się przywoływanie wspomnianych cyfr dla skwitowania, iż wszystko jest jak zwykle tak samo. Owa nieuchronność odradzania się pewnych schematów zachowań okazuje się ważnym punktem odniesienia dla wydanej w latach pięćdziesiątych XX wieku trylogii Kirsta. Głównym bohaterem powieści jest Herbert Asch. Poznajemy go na różnych etapach życia żołnierskiego i prywatnego. Choć tytuły poszczególnych części: „Awanturnicza rewolta bombardiera Ascha”, „Osobliwe przygody wojenne żołnierza Ascha”, „Niebezpieczny tryumf wojskowy żołnierza Ascha” mogą sugerować dowcipny charakter opowieści, trudno oprzeć się wrażeniu, iż tak naprawdę ta lekka z pozoru historia o buntującym się przeciwko bezmyślności młodym mężczyźnie ma w rzeczywistości bardzo mroczny i pacyfistyczny wydźwięk. Kirst pisze epicki manifest przeciwko wojnie, okrucieństwu, żołnierskiemu drylowi, posłuszeństwu, które niszczyć ma inteligencję i indywidualność, wreszcie przeciwko łatwości, z jaką dowódcy decydują o losie swoich podwładnych. Niezależnie od tego, czy Asch przebywa w koszarach i protestuje przeciwko fali wojskowej, czy walczy na froncie, opierając się pseudobohaterstwu i narażaniu życia swojego i innych na pokaz, czy próbuje ukarać tych, którzy mają na swoim koncie zbrodnie, a nadzwyczaj łatwo udają zwolenników aliantów, zawsze mamy do czynienia z niezwykle inteligentnym, czasami złośliwym, błyskotliwym obnażeniem głupoty, biurokratycznego bałwochwalstwa, buty i chętnego uprzedmiotowiania żołnierzy stojących niżej w hierarchii. Kirst nie tylko za pomocą perypetii przeżywanych przez głównego bohatera, ale i dzięki przeżyciom wyraziście rozrysowanych postaci drugoplanowych, pokazuje, jak groźni bywają ludzie, dla których najważniejsze są regulaminy i rządy dzięki nim sprawowane. Powieść tę powinni przeczytać wszyscy ci, dla których wojna kojarzy się z czymś pozytywnym. Kirst, który przecież sam był żołnierzem, udowadnia, że łatwo jest entuzjazmować się walką jedynie wtedy, gdy za nic mamy życie i cierpienie innych, a rozlew krwi fascynuje nas w chory sposób. Zwykli żołnierze, którzy najbardziej narażają się na niebezpieczeństwo, chcą tylko przetrwać i wrócić do rodzinnych domów. Umieranie za ojczyznę to nośne hasło propagandowe, na polu walki nie sprawdza się jednak w żaden sposób. Na szczęście, w świecie opisanym przez autora natkniemy się również i na rozsądnych dowódców, takich, którzy rozumieją, że w obliczu śmierci nie regulaminy są najważniejsze, ale umiejętność i możliwość ochronienia siebie i kolegów. Ponadczasowe.


Hans Hellmut Kirst, 8/15, przeł. Jacek Frühling, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

czwartek, 22 grudnia 2016

Pamięć i przekraczanie granic (M. Czubaj, R.I.P.)

Druga część serii kryminalnej z Marcinem Hłaską w roli głównej z pewnością nie zawiedzie tych, którzy znają „Martwe popołudnie”, a nowych czytelników zachęci tylko do dalszych spotkań z twórczością autora. Choć Mariusz Czubaj decyduje się tym razem na dość ryzykowny formalnie krok, proponuje bowiem „połączenie czarnego kryminału z westernem”, to udaje mu się wyjść zwycięsko z wszystkich tych momentów, które mogłyby ów projekt uczynić sztucznym i niewiarygodnym. Lekkość pióra, panowanie nad fabułą, dyskretniejszy niż zwykle humor, mroczny świat mazurskiej prowincji, znaczące gesty tych, którzy samotnie się mszczą, wreszcie przekonujące połączenie tajemnic rodem z teraźniejszości z tymi, które należą do przeszłości, sprawiają, iż powieść tę czyta się doskonale. Wspomniana westernowa konwencja nie tylko nie wydaje się dziwna, ale okazuje się całkiem uzasadniona. Niektóre zakątki Mazur przypominają trochę Bieszczady sprzed lat. Nie chodzi, oczywiście, o ukształtowanie terenu, ale o romantyczną legendę miejsca, do którego równie chętnie ciągną hipisi, barwne osobowości, artyści, jak i wszelkiego rodzaju szumowiny. Czubaj interesująco portretuje również władzę sprawowaną przez miejscowego bossa. Trzyma on wszystkich w szachu, nikt mu nie podskoczy, oficjalnie ma za nic prawo, a policjanci są na jego każde wezwanie. Przyjazd Hłaski na Mazury i wypytywanie o zaginięcie pewnej dziewczyny wiążą się z jeszcze jedną ważną kwestią. Bohater ma wszelkie podstawy, by przypuszczać, że odkrywając tajemnice owego bossa, trafi również na odpowiedź na pytanie, w jaki sposób i dlaczego zginął przed laty jego ojciec. Do wyjazdu mobilizuje go tak naprawdę sprawa prywatnego śledztwa, równolegle jednak zamierza dowiedzieć się, co stało się z dziewczyną, która zniknęła bez śladu. Walka, której jesteśmy świadkami, to walka na śmierć i życie. Nie cofną się przed niczym ci, którzy są na usługach miejscowego bossa, nie wycofa się Hłasko, nie zawaha się przed ostatecznymi gestami i ten, kto budzi postrach, jest skuteczny, ale nie ujawnia swojego imienia. Motyw tajemniczego i samotnego mściciela zostanie przez Czubaja wykorzystany na różne sposoby. Konieczność wejścia w tę rolę wiązać się będzie nie tylko z wydarzeniami z teraźniejszości, okaże się również istotnym zobowiązaniem w kontekście przeszłości, o której dowie się Hłasko. Źródłem ważnych podpowiedzi staną się tzw. skalpy, które będzie miał okazję zobaczyć bohater. Materialne ślady po tych, którzy zniknęli, staną się stymulatorem działań zdeterminowanych przekonaniem, że prawda o nieznanych faktach z biografii najbliższych musi wreszcie wyjść na jaw.


Mariusz Czubaj, R.I.P., Wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2016.

środa, 21 grudnia 2016

Wysłuchanie (N. Göle, Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu)

Książka Göle może stać się ciekawym pretekstem do dyskusji na temat tego, jak chętnie etykietujemy wszystkich, którzy wyznają islam jako potencjalnych terrorystów. Niezależnie od różnych innych uprzedzeń ostatnio właśnie takie założenie dominuje i jest szczególnie krzywdzące dla osób w żaden sposób nieutożsamiających się z fanatyczną wersją własnej religii. Rozmowy ze zwykłymi ludźmi, pokazanie różnych perspektyw, sportretowanie „europejskości” wielu muzułmanów, odsłonięcie paradoksów związanych z zewnętrznymi atrybutami religijności oraz zaakcentowanie wielości tkwiącej w podejściu do tradycji i otwieraniu się na nowoczesność – wątki te zostają w książce zaakcentowane. Prowadzonym badaniom terenowym towarzyszy chęć zrozumienia, otwartość, gotowość wysłuchania tego, co świadczy o innym postrzeganiu rzeczywistości i co umożliwia zrealizowanie potrzeby funkcjonowania w idei współistnienia wielu kultur. Szczególnie interesujący jest wątek wyraźnego oprotestowania aktów terrorystycznych i odcięcia się od tych, którzy zabijają niewinnych ludzi. Tak wyraźnie wyartykułowana niechęć do przemocy w pewnym sensie staje się pretekstem do rozmawiania na temat tego, co oferuje wyznawana wiara i jak odmienne mogą być jej interpretacje. Muzułmanie przeciwstawiający się terroryzmowi jako dominujący przekaz wiary uznają miłość i ubolewają na tym, że poprzez lęk wzbudzany przez terrorystów islam kojarzy się z nienawiścią. Na uwagę zasługują również takie biografie muzułmanek i muzułmanów, które łączą korzystanie ze zdobyczy cywilizacyjnych i zdobywanie kolejnych etapów wykształcenia z chęcią ubierania się w taki sposób, który odnosi się do tradycji i może być postrzegany jako konserwatywny. To, co wydaje się istotne, sprowadza się do gotowości i chęci rozmowy. Przedstawienie sylwetek zwykłych muzułmanów pozwala na oddanie głosu tym, których często skazuje się na milczenie i których chętnie stereotypowo kwalifikuje się do grup budzących w wielu ludziach niechęć. Tymczasem odsłonięcie pojedynczych biografii pozwala dostrzec w Innym sąsiada i Europejczyka.


Nilüfer Göle, Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu, przeł. Maryna Ochab, Wyd. Karakter, Kraków 2016.

wtorek, 20 grudnia 2016

Wołyń jako temat nie wystarczy (S. Zientek, Kolonia Marusia)

Powieść Sylwii Zientek okazuje się dobrym pretekstem do rozważań na temat chybionych koncepcji promocyjnych. Ci, którzy zatrzymają się przy notce biograficznej autorki, dowiedzą się na przykład, że „debiutowała w 2012 roku nominowaną do Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus” powieścią Złudzenia, nerwice i sonaty”. Nie jest to prawda, ponieważ książka została zgłoszona do nagrody i zakwalifikowano ją do dalszego rozpatrywania za sprawą spełniania wymogów formalnych. Chodzi o regulaminowy etap pierwszy polegający na „weryfikacji nadesłanych książek pod względem zgodności z kryteriami przyjętymi w regulaminie nagrody”. Owego debiutanckiego tytułu nie ma więc ani w nominowanej czternastce, ani w siódemce finalistów. Warto ów fakt zaakcentować, bo to nie jedyna pisarka, w której biografii znajduje się rzekoma nominacja do Angelusa. Wydawnictwa podchodzą do tego zafałszowania z dużą niefrasobliwością, a szkoda. We wspomnianej notce biograficznej nie znajdziemy również informacji, iż mamy do czynienia z przedstawicielką tzw. literatury kobiecej i że twórczość autorki przynależy do literatury popularnej. Zabieg ten zapewne promocyjnie przemyślano, jednak gdyby ów fakt zaakcentowano, najnowsza powieść Zientek być może wybrzmiałaby nieco inaczej. Dziwi też decyzja o wybraniu na okładkę przerysowanego, przewidywalnego, kiczowatego w swojej oczywistości zdjęcia. Taki projekt kieruje z kolei odbiorcę w stronę literatury popularnej, choć opisy książki i deklaracje autorki od takiego zakwalifikowania wyraźnie się dystansują. „Kolonia Marusia” to miejscami udana realizacja popowego przedstawienia tematu rzezi wołyńskiej, rozpatrywana jednak w wyższych rejestrach zasługuje na ocenę dużo bardziej negatywną. Nie jest to na pewno inna wersja „Małej Zagłady”, choć ów literacki projekt poprzez rozpracowywanie dziedziczenia traumy, wątki autobiograficzne i kobiecy ciąg pamięci zapośredniczonej próbuje funkcjonować w podobnych kontekstach. Historia babki i matki autorki, kobiet uratowanych z wołyńskiej rzezi, i naznaczonych jej obrazami na całe życie z pewnością zasługuje na uwagę. Problem w tym, że autorce nie udaje się przekonująco umieścić siebie – wnuczki i córki – we wspomnianym kobiecym przejmowaniu i przekazywaniu cierpienia. Doświadczenia narratorki brzmią dość pretensjonalnie i naiwnie, wychodzi w nich wszystko to, co może negatywnie definiować tzw. prozę kobiecą. Fakty, choć poruszające, nie wystarczą, by uczynić z nich dobrą literaturę. „Kolonia Marusia” pozostaje więc całkiem przeciętną próbą zmierzenia się w powołyńską traumą w wersji pop. Szkoda tylko, że próbuje się czytelnikom sugerować, że chodzi o coś więcej niż przewidywalna w swojej wymowie próba pogodzenia się z demonami przeszłości odziedziczonymi po matce i babce.


Sylwia Zientek, Kolonia Marusia, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

niedziela, 18 grudnia 2016

Uważność (J. Bocheński, Blog)

Blogowe notatki Jacka Bocheńskiego okazują się z jednej strony intrygującymi felietonami ze świata na pograniczu kultury i zwyczajności, ale też dowcipnym, nieco nostalgicznym, błyskotliwym komentarzem do rzeczywistości przeżywanej i obserwowanej. Na czwartej stronie okładki znajdziemy znaczącą informację biograficzną, a mianowicie przypomnienie, iż autor zaczął prowadzić swój blog tuż przed osiemdziesiątą trzecią rocznicą urodzin. W pewnym więc sensie ów nowoczesny gest można potraktować jako deklarację elastyczności w stosunku do nowych technologii i jednoczesnej wierności zasadom, które pozostają niezmienne od lat. To połączenie otwartości na współczesność przy jednoczesnym szacunku do pozytywnie pojmowanej tradycji okazuje się motywem, który powraca. Książkę Bocheńskiego można więc z powodzeniem czytać jako notatki z życia intelektualisty. Autor pozostaje człowiekiem z pasją, jednocześnie jednak nie ukrywa, że obyczaje rządzące dzisiaj światem wydawniczym bywają co najmniej kuriozalne. „Blog” jest również ciekawym uzupełnieniem rozmowy, jaką przeprowadziła z Jackiem Bocheńskim do tomu „Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami” Justyna Dąbrowska. Autor przewrotnie traktuje swoje spotkania z ludźmi, podchodząc do nich w sposób typowy dla pisarskiego wynajdywania osób i rzeczy ciekawych, ale i z przymrużeniem oka. Interesują go związki literatury z biografią, jest również uważnym obserwatorem tego, co dzieje się w społeczeństwie. Symptomatyczna dla tych ostatnich spostrzeżeń staje się zapadająca w pamięć postać wiecznie narzekającego sąsiada.


Jacek Bocheński, Blog, Wyd. Agora, Warszawa 2016.