Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

poniedziałek, 13 maja 2019

Pionierki odwagi i determinacji (O. Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet)


Książka Olgi Wiechnik to nie tylko ciekawy reportaż historyczny, ale również bardzo ważna odsłona biografii tych kobiet, które walcząc o prawa swojej płci, właściwie zostały zapomniane przez historię. „Posełki” zresztą świetnie korespondują z filmem Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego „Siłaczki”. Obu projektom towarzyszy podobna atmosfera – odpominania, przypominania, zaakcentowania bezduszności historii, położenia nacisku na potrzebę ciągłej walki w kontekście tego, kto przetrwa, a kto zostanie zapomniany, wreszcie bezdyskusyjnej wagi poczynań tych kobiet, dla których prawo do samostanowienia w przestrzeni prywatnej i publicznej stanowiło przed laty podstawowy punkt odniesienia i cel walki. Autorka w bardzo przemyślany sposób zaplanowała i tytuł swojej książki, i jej zawartość. Mamy więc zasygnalizowanie pierwszeństwa, mamy podaną dokładną informację, mamy wreszcie stopniowe odsłanianie tego, jak działalność społeczna i polityczna opisywanych kobiet korespondowała z określoną postawą w rodzinie i wśród bliskich. Wiechnik nie ukrywa, że dla bohaterek książki ważne było wsparcie otrzymywane w najbliższym otoczeniu. Z kolei sposób komentowania zaistnienia w sejmie pierwszych kobiet to ciekawy pretekst do rozważań na temat tego, jak trwałe są stereotypy płciowe i jak współcześnie wybrzmiewają niektóre komentarze, które mając ugodzić boleśnie posłanki, tak naprawdę odsłaniają mizerię myślenia posłów. Do czytania i do zapamiętywania – ta książka jest bowiem świetną lekcją historii!

Olga Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.

piątek, 10 maja 2019

Miejsce do zaangażowania (się) (K. Tubylewicz, Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą)



Czytelnicy znają Katarzynę Tubylewicz jako pasjonatkę Szwecji z jej wcześniejszych publikacji. Mam tutaj na myśli znakomitą opowieść o wprowadzaniu na co dzień idei czytania, czyli napisaną wspólnie z Agatą Diduszko-Zyglewską „Szwecja czyta. Polska czyta”, oraz historię szwedzkiej mentalności w wielu odsłonach, czyli „Moralistów”. „Sztokholm” to kolejna książka autorki, w której dochodzi do postawienia pytania: Jak Szwedzi to robią? Katarzyna Tubylewicz rezygnuje z oczywistych odpowiedzi. Fakt ten nie powinien nikogo dziwić, bo gdyby książka autorki była po prostu przewodnikiem turystycznym z pewnością nie okazałaby się tak ciekawym pretekstem do wielu rozważań. Bo „Sztokholm”, owszem, jest przewodnikiem, ale osobistym, w kontrze do typowych książek o miastach, z naciskiem na przeżycie i przemyślenie, z deklarowaną potrzebą przemyślenia miejsc i ich historii, z umiejętnością łączenia zachwytu z krytycznym namysłem nad tym, co niekoniecznie było dobrym rozwiązaniem. Ale przede wszystkim jest to książka – deklaracja miłości autorki do miasta i książka – zbiór notatek, w których pytanie o Szwecję pozostaje w tle pytaniem o Polskę. Nie znaczy to, oczywiście, że Tubylewicz próbuje w łatwy i komercyjny sposób zderzać Szwecję z naszym krajem, bo wiadomo, że z takiego zestawienia nie moglibyśmy wyjść zwycięsko. Chodzi raczej o obecną w opowieści o Sztokholmie troskę o koncepcję państwa i miasta, o koncepcję społeczeństwa, o wprowadzanie w życie spójnej wizji koegzystowania tego, co prywatne, i tego, co publiczne. W efekcie nieoczywiste, bo faktycznie opowiedziane z innej i nieturystycznej perspektywy, historie o mieście składają się na szereg problemów i pytań dotyczących miejsca, w którym żyjemy i w którym moglibyśmy żyć, gdybyśmy tylko przestrzeń traktowali nie jako coś, co należy podbić i pokonać, ale jako coś, co stanowi część naszego życia i o co powinniśmy dbać dla własnego i innych dobra. Warto.

Katarzyna Tubylewicz, Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2019.

środa, 8 maja 2019

Tego świata nie chcemy widzieć (J. Michalczenia, Gigusie)


Znakomita książka! Jedna z ciekawszych ostatnich lat, jeśli weźmiemy pod uwagę tych, którzy dopiero zaczynają swoja pisarską drogą. Jakub Michalczenia ma już co prawda na swoim koncie równie interesujące „Korszakowo”, jednak w „Gigusiach” udaje mu się rzecz niezwykle ciekawa. Oto opisywany świat jest w swoim realizmie tak mocny i absurdalny zarazem, że okazuje się, iż zyskuje wymiar nadrealny. To, co prawdziwe, siermiężne, dosadne, niekiedy bardzo wulgarne, zostaje na co dzień zepchnięte na margines. W prozie Michalczeni wysuwa się na plan pierwszy, a jednak dla czytelnika może być czymś nierzeczywistym. Jeśli bowiem mówimy dzisiaj o przekraczaniu granic, zwykle mamy do czynienia z dyskursem dominującym, który czerpie głównie z tego, co szokuje w mediach społecznościowych. Tymczasem bohaterom książki bliżej do dzisiejszych patostreamerów. Oni jednak nie tylko nigdy nie zostaną gwiazdami, ale i nie mają nic wspólnego z kreowaniem patologii we własnym życiu. Bohaterowie tak po prostu funkcjonują, a przywołani patostreamerzy mogą ich tylko próbować naśladować. Michalczenia z zaskakującą energią i wiarygodnością odświeża to, co nazwalibyśmy prozą społecznie zaangażowaną, ale i udowadnia, że ma świetny słuch językowy. Jego dialogi „żyją”, są ostre jak brzytwa, uderzają, ale i, jeśli autor tego akurat chce, zadają razy po omacku. Opisany przez Michalczenię świat to małe miasteczko – zapomniane, niechciane, porzucone, mało interesujące dla tego wszystkiego, co zaczyna się tuż za rogiem. Nie bez znaczenia jest metafora niegdyś tętniącego życiem węzła kolejowego. Ważne jest nie tylko zmarginalizowanie miejsca, ale i świadomość, że nic się nie wydarzy, nie ma na co czekać, nie ma za czym tęsknić, nie będzie lepszych czasów, może być tylko gorzej. Ten stan Jakub Michalczenia portretuje bardzo celnie. Lektura obowiązkowa.

Jakub Michalczenia, Gigusie, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2019.

piątek, 12 kwietnia 2019

Pamięć miejsca (D. Brauntsch, Domy bezdomne)

Znakomity debiut! I bardzo dobry pod względem literackim, i świetny, jeśli weźmiemy pod uwagę wybór tematu, i arcyciekawy pod względem niuansowania tego wszystkiego, co w tej historii mogłoby być powiedziane wprost. Bohaterami reportażu Doroty Brauntsch są ceglane domy ziemi pszczyńskiej z XIX i początku XX wieku – te, które są przez niektórych ludzi pamiętane, te, które zniknęły z powierzchni ziemi, te wreszcie, dzięki którym spotykają się różne rodzaje pamięci. Miejsce zamienia się w opowieściach reporterki w fundament tożsamości, źródło wiedzy o przeszłości, archiwum codzienności, przeobrażającej się na naszych oczach, odsłaniającej przemijanie dopiero wtedy, gdy się wydarzy i nie jest już do odwrócenia. Brauntsch okazuje się nie tylko wrażliwą słuchaczką, czułą obserwatorką, zdeterminowaną poszukiwaczką śladów. To również osoba bardzo świadoma tego, jak wiele w każdej opowieści „robi” język. Dbałość o słowo widać tutaj na każdym kroku. „Domy bezdomne” napisane są stylem poetyckim, ale jednocześnie bliskim konkretowi, wiele tutaj zmysłowości opisu, dużo momentów, w których czujemy smak, dotyk lub zapach. Reporterka bardzo interesująco rozgrywa kwestie związane z pamięcią i zapomnieniem. Nieuchronność przemijania zderza z potrzebą działania na rzecz przetrwania. Pokazuje kolejnych ludzi, dla których dom nie jest pustym znaczeniowo słowem. Rekonstruuje reguły codzienności, dla których przestrzeń staje się niezbędnym do zaistnienia konkretem. Odsłania samotność krajobrazu, którego ważną częścią były niegdyś ceglane domy. Upomina się, choć bez publicystycznego zacięcia, delikatnie i przekonująco, o to, by ratować, chronić i pielęgnować wtedy, gdy jest jeszcze na to czas. Tym samym postuluje potrzebę zdobywania wiedzy o tym, co jest i było, bo dopiero wtedy, gdy przeszłość i teraźniejszość potraktujemy jako części tej samej historii, możliwe będzie uczciwe potraktowanie tego, co dopiero nadejdzie. Lektura obowiązkowa.


Dorota Brauntsch, Domy bezdomne, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Banał goni banał (M. Obama, Becoming. Moja historia)

Rozczarowujące. Zaskakująco słabe, stereotypowe i konwencjonalne. I nie, nie oczekuję wcale tego, aby autobiografia jakiejkolwiek Pierwszej Damy była wielką literaturą. Mogłaby jednak być czymś więcej niż schematyczną narracją kobiecą (nawiązuję do negatywnych skojarzeń z literaturą popularną), w której banał goni banał. Gdybyśmy mieli do czynienia z filmem, użyłabym w tym miejscu powiedzenia: „Jak bardzo szkoda, że nie można tego odzobaczyć!”. Opowieść Michelle Obamy stoi w sprzeczności z tym, co autorka prezentuje w przestrzeni publicznej. Ta wizerunkowa nieprzystawalność kłóci się z oczekiwaniami społecznymi w stosunku do Pierwszej Damy i, niestety, kreuje jej wizerunek jako kobiety nie tyle niezależnej, co raczej przede wszystkim wspierającej i towarzyszącej. Kogo? Swojego męża, oczywiście, bo książka ta jest jedną wielką pieśnią pochwalną na cześć Baracka Obamy. Zanim jeszcze Michelle pozna wymarzonego mężczyznę, ona i jej brat wychowują się „omywani wzburzonymi falami zmian społecznych” (s. 39). W którymś momencie i nasza bohaterka, i Craig dostają telefony: „Ja dostałam telefon jasnoniebieski i dopasowany do nowej stylistyki, natomiast Craig, jak na mężczyznę przystało, czarny” (s. 71). Młoda Michelle ma nadzieję, że pewnego dnia poczuje „tak odurzającą miłość do mężczyzny, że porwie ją niczym tsunami opisywane w najlepszych historiach miłosnych” (s. 93). Czeka więc na tsunami, ale chłopcy, którzy jej się podobają, mogą liczyć np. na bieganie po łące: „I tak robimy. Biegniemy przez łąkę. Docieramy do jej skraju i zawracamy, wymachując ramionami jak dzieci, przerywając ciszę radosnymi okrzykami. Brniemy przez suchą trawę i przeskakujemy kwiaty. Może na początku ten pomysł nie był dla mnie oczywisty, ale teraz już jest. Trzeba biegać po łąkach! To jasne i proste!” (s. 113). Tsunami miłosne w postaci Baracka w końcu przychodzi. Jeszcze zanim się poznają, Michelle słyszy od innych kobiet, że jest to osoba utalentowana i atrakcyjna fizycznie. Jak charakteryzowany jest przyszły mąż i prezydent? Ma „głęboki, wręcz seksowny baryton” (s. 122), jest podziwiany przez autorkę „za pewność siebie i szczerość intencji. Był niebanalny, niekonwencjonalny i osobliwie elegancki” (s. 124), „był świetną partią. Przystojny, zrównoważony, u progu kariery. Wysportowany, interesujący i uprzejmy” (s. 127). Podobnych zdań, w których następuje wymienianie zalet Baracka Obamy jest w tej książce dużo. Pierwszą część publikacji kończy dialog miłosny: „Być może Barack wyczytał coś w mojej twarzy albo zachowaniu, może odkrył, że wszystko się we mnie rozluźnia i rozpuszcza. Popatrzył na mnie z ciekawością i cieniem uśmiechu. – Czy mogę cię pocałować? – spytał. Po tych słowach nachyliłam się ku niemu i nagle wszystko stało się jasne” (s. 134). Wszystko jest jasne również dla czytelnika. W tym momencie wie już na pewno, że nie ma co oczekiwać takiego poziomu refleksji, jaki prezentuje chociażby Hillary Clinton, czy – skoncentrowana w dużej mierze na miłosnej relacji – Valerie Trierweiler (partnerka prezydenta Francji Françoisa Hollande’a), czy nawet Danuta Wałęsa. Na Hawajach Barack i Obama siedzą „na skraju oceanicznego przestworu” (s. 153). W nocy Barack rozmyśla nad „nierównościami dochodowymi” (s. 138). Po zajściu w ciążę po wcześniejszych nieudanych próbach autorka „jaśnieje” (s. 226). Wygranie wyborów prezydenckich zostaje skwitowane: „jakby ktoś naszą rodzinę wystrzelił z armaty wprost w dziwaczny podmorski świat” (s. 345). Pomijając jednak naiwny, sztuczny i stylistycznie drętwy język opowieści, Obama nie potrafi opowiedzieć swojej biografii w taki sposób, by historia ta była czymś więcej niż rozbudowanym wypracowaniem na temat. Refleksja, jaką proponuje, sprowadza się do odnotowania cudownego życia w Białym Domu. Zmiany, jakie zachodzą po końcu kadencji, to przede wszystkim skupienie się na nieobecności ludzi wcześniej usługujących na każdym kroku, a wybory – pamiętamy przecież jak emocjonujące zwłaszcza przed pierwszą kadencją – zostają odarte z jakichkolwiek kontrowersji. I konkurowanie wcześniej z Hillary Clinton, i obserwowanie zwycięstwa następcy, Donalda Trumpa, komentowane są wyjątkowo banalnie. Dziwi w takiej sytuacji fakt decydowania się na pisanie autobiografii. Nie ratuje tej książki nawet świadomość istnienia uprzedzeń rasowych i klasowych. Życie Michelle ostatecznie jest jednak „bajeczne” (ten epitet bywa w książce również nadużywany). Poza korzyściami finansowymi dla autorki nie widzę żadnych pozytywnych aspektów tej książki. Lektura zbędna.


Michelle Obama, Becoming. Moja historia, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2019.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Uzupełnienie (S. Grzesiuk, Klawo, jadziem!)

To publikacja adresowana przede wszystkim do wielbicieli Stanisława Grzesiuka. Błędem byłoby zaczynanie swojej przygody czytelniczej z prozą i biografią autora właśnie od tej pozycji. „Klawo, jadziem!” mogłoby w takiej sytuacji rozczarować odbiorcę. I nie byłoby w tym nic dziwnego. Dla tych, którzy znają „Pięć lat kacetu”, „Boso, ale w ostrogach” i „Na marginesie życia” książka ta stanowić będzie ciekawe uzupełnienie wątków dobrze znanych oraz pretekst do refleksji na temat sensu i potrzeby publikowania utworów rozproszonych, niekoniecznie pomyślanych jako część większej całości. Opowiadania i felietony zamieszczone na początku „Klawo, jadziem!” są raczej powtórzeniem tego, co pamiętamy ze znakomitego trójksięgu. Wspomniane krótkie teksty dużo lepiej wypadłyby, gdyby znalazły się w książkach Grzesiuka. Publikowane oddzielnie literacko nie robią większego wrażenia. W opowiadaniach na szczególną uwagę zasługuje wątek byłych więźniów obozów koncentracyjnych mających po wojnie trudności z odnalezieniem się w zwyczajnym życiu i biorących udział w sytuacjach, w których bycie w zgodzie z prawem jest co najmniej iluzją. Znaczną część „Klawo, jadziem!” zajmują zdjęcia przedstawiające Grzesiuka oraz skany dokumentów i rękopisów. W efekcie książka zyskuje, tak chyba można powiedzieć, albumowy charakter. Jest rodzajem kolażu tekstów rozproszonych, fotografii i piosenek, które stały się znakiem rozpoznawalnym Grzesiuka.


Stanisław Grzesiuk, Klawo, jadziem!, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

piątek, 5 kwietnia 2019

Zapis codzienności (A. Peri, Leningrad. Dzienniki z oblężonego miasta)

Ta książka powinna być lekturą obowiązkową na lekcjach historii. Nie tylko dlatego, że znakomicie pokazuje, jak ważne jest dokumentowanie codzienności w chwili ekstremalnej, ale również z tego powodu, że wskazuje, jak istotna dla opowieści o przeszłości jest codzienność i los zwykłych ludzi. Na czym skupia się Alexix Peri, dowiadujemy się z podtytułu. I już na tym etapie wyraźnie widać, jakie będzie podejście autorki – precyzyjne, bez nadmiaru słów, bez epatowania okrucieństwem i sensacyjnością, za to z szacunkiem i zainteresowaniem dla tych, którym udało się przetrwać trwającą wiele dni Apokalipsę. Peri pozostaje badaczką uważną, znakomicie wydobywającą sensy z analizowanych zapisków, wreszcie z namysłem odsłaniającą konsekwencje takiej a nie innej perspektywy przyjętej bez bohaterów. Autorka nie ukrywa, że w wielu notatkach zaakcentowane zostaje poczucie odpowiedzialności za historię i za przyszłość. Stąd pisanie dzienników, a w konsekwencji analizowanie własnych stanów, obserwowanie innych, dokumentowanie rzeczywistości, świadomość zmian zachodzących w ludziach w wyniku głodu oraz refleksje na temat powszechnego odhumanizowania. Ci, którzy prowadzą zapiski, często wywodzą się z inteligencji, fakt operowania słowem w ramach zobowiązania społecznego jest dla nich oczywistością. Przeżywają więc swoją traumę i traumę miasta nie tylko w wymiarze intymnym, ale i nie tracą z oczu swoich obowiązków wobec pamięci i konieczności stanięcia po jej stronie. Peri bardzo mocno kładzie nacisk na odczuwane przez swoich bohaterów przekonanie, że są odizolowani od całego świata i że cały świat jest bardzo daleko. Pojawia się metafora kręgu i wyspy. Paradoks odcięcia sprowadza się nie tylko do bycia poza resztą świata, zwłaszcza resztą Związku Sowieckiego, ale i do bycia poza realnym kontaktem z wrogiem. Błokadnicy, bo tak o nich mówiono, odczuwają zwielokrotnioną samotność – są osamotnieni wśród bliskich, bo ci często konkurują o pożywienie i stają się wrogami, są samotni wśród leningradczyków, bo każdy jest skupiony przede wszystkim na swoim głodzie, są samotni jako mieszkańcy osamotnionego miasta. Lektura obowiązkowa.


Alexis Peri, Leningrad. Dzienniki z oblężonego miasta, przeł. Grzegorz Siwek, Wyd. Znak, Kraków 2019.

środa, 3 kwietnia 2019

Wolność i przyzwyczajenie (B. MacLaverty, Przed końcem zimy; I. H. Gowar, Syrena i Pani Hancock)


To w pewnym sensie dwie wersje tej samej historii – umiejscowione w innym czasie, w innych konfiguracjach personalnych, różniące się też poziomem literackiego kunsztu reprezentowanego przez autorów. Powieść MacLaverty’ego jest zdecydowanie bardziej wyciszona, intymna, skupiona na tym, co dzieje się między dwiema osobami. Artystycznie reprezentuje też dużo wyższy poziom. Książka Imogen Hermes Gowar to raczej utwór z kręgu literatury środka, umocowany w barwnym (przynajmniej na powierzchni) świecie kurtyzan, wielkich kupieckich wypraw i nieprawdopodobnych zdobyczy z owych dalekich podróży. Tak naprawdę jednak i w tej debiutanckiej powieści znajdzie się miejsce na skupienie i emocjonalne skomplikowanie tego, co łączy bohaterów. W przypadku obu przywoływanych w tym miejscu tytułów mamy do czynienia z kobietami, które postanawiają zmienić swoje życie. Obie podejmą decyzję, obie się z nią zmierzą i obie odkryją, że spełnione marzenia bywają wyzwaniem rzuconym samej sobie. MacLaverty z wielką wrażliwością rekonstruuje losy związku, który, jak sądzi bohaterka, dawno się już wypalił. To wszystko jednak, co pokazuje kruchość więzi, jest dowodem również na jej trwałość. Zmiana na gorsze odsłania istniejące przywiązanie i rodzaj impasu, na który godzą się obie strony – razem nie jest już tak dobrze jak kiedyś, rozdzielenie się jest jednak w ostatecznym rozrachunku czymś niemożliwym. U Gowar z kolei zmiana jest zapowiedzią samotności i pozornej tylko niezależności. Wybór związku z rozsądku będzie więc miał bardzo nieracjonalne tak naprawdę podwaliny, a syrena jako synonim egzotyki, romantyczności i potworności jednocześnie okaże się czymś (kimś?), co wyzwala i zniewala zarazem.


Bernard MacLaverty, Przed końcem zimy, przeł. Jarek Westermark, Wyd. Agora, Warszawa 2019; Imogen Hermes Gowar, Syrena i Pani Hancock, przeł. Anna Dobrzańska, Wyd. Albatros, Warszawa 2019.

środa, 6 marca 2019

Pożegnanie z czasem i miejscem (M. Sołtysik, Klan Kossaków)

Autor nie ukrywa swojego osobistego zaangażowania w opowieść prezentowaną czytelnikom. Jesteśmy więc świadkami deklaracji pasji, zainteresowania i kompetencji. Autor wybiera ciekawą formę – widać, że posiada znajomość wielu szczegółów, jednak nie natkniemy się tutaj na epatowanie drobiazgami; widać, że historia ta naznaczona jest rysem nostalgicznym, a jednak daleko jej do sentymentalizmu; widać wreszcie, że to opowieść o schyłku pewnej epoki i o przemijaniu, a jednak tak wiele w niej witalności i energii przywołanej z przeszłości. „Klan Kossaków” to, oczywiście, barwna relacja z życia rodzinnego – pełnego artystycznych uniesień, intelektualnych sporów, barwnych i wyrazistych postaci. Jednocześnie książka ta okazuje się intrygującym portretem epoki, dla której dzisiaj, jak się okazuje, nie tylko trudno znaleźć kontynuację, jak i niełatwo naznaczyć ją trwałą pamięcią. Symbolicznie wybrzmiewają w tym kontekście losy miejsca, a więc Kossakówki. Losy, wszystko na to wskazuje, przypieczętowane klęską. Dramatyczny wydźwięk ma więc pytanie umieszczone na ostatniej stronie: „Czy tą książką zdołam zatrzymać na chwilę ducha tego miejsca i tamtych czasów?”. Na chwilę tak, ale tylko na chwilę, a może aż, skoro obracać się trzeba w przestrzeni pamięci i zapomnienia, walki nierównej, materialnie zapewne przegranej, duchowo być może zwycięskiej. Pamięć o rodzinie Kossaków jest żywa. Sołtysik rekonstruuje losy sławnej rodziny, popularyzując zarazem wiedzę na ich temat. Książka ta może być więc rodzajem skondensowanej, przystępnej, atrakcyjnie podanej wersji tego, co tak naprawdę można by rozpisać na wiele tomów. Utrzymana w gawędziarskim stylu zachęca do dalszych poszukiwań, pozwala przypomnieć historię Kossaków, wreszcie okazuje się pretekstem do refleksji na temat przemijania tego, co wielkie, jednak dziejące się nie tylko w wymiarze historycznym, ale również tym bliskim i rozgrywającym się niemalże na naszych oczach.


Marek Sołtysik, Klan Kossaków, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2018.

piątek, 1 marca 2019

Czyste zło (A. Devi, Zielone sari)

Znakomita powieść. Na plan pierwszy wysuwa się problem uzależnienia ofiary od swojego oprawcy. Obserwujemy schorowanego mężczyznę, którym opiekują się córka i wnuczka. Nie jest to jednak ani sytuacja sielankowa, ani dramatyczna jedynie z powodu zbliżającego się końca. Jesteśmy świadkami cynicznej, brutalnej w swojej wymowie, bezdusznej, pogardliwej i bezlitosnej gry, jaką ojciec i dziadek toczy z kobietami. Mężczyzna z przyjemnością przygląda się cierpieniu, z radością odnotowuje słabość, nie umie zrozumieć prób uniezależnienia się, z satysfakcją wspomina swoje wcześniejsze zwycięstwa na polu łamania ducha i ciała najpierw żony, potem córki, wreszcie wnuczki. Szczególnie dramatycznie wybrzmiewa opowieść o losach kobiety, która poślubia wspomnianego chorego. Autorka precyzyjnie rekonstruuje proces upadku i niszczenia. Wyjątkowa brutalność psychiczna i fizyczna właściwie pozostaje bez kary. Dopiero wnuczka próbuje podnosić głowę i rozpocząć nierówną walkę z oprawcą. Córka za sprawą perfidnego planu ojca zostaje wplątana w jego wojnę, staje się również wrogiem upodlonej matki. Mężczyzna jest lekarzem, co dodatkowo komplikuje całą opowieść. Wbrew temu, co moglibyśmy przypuszczać, nie jest to historia o posiadaniu podwójnego oblicza. Dla swoich pacjentów mężczyzna bywa równie bezlitosny, jak dla członków rodziny. Devi konstruuje opowieść o istnieniu czystego zła – zła, którego nie ima się żadna przemiana; zła, które nie szuka wybaczenia i zrozumienia; zła, które nawet na łożu śmierci, szuka kolejnych sposobów, by ranić innych ludzi. Mocne, poruszające, nie do zapomnienia.


Ananda Devi, Zielone sari, przeł. i posłowie: Krzysztof Jarosz, Wydawnictwo W Podwórku, Gdańsk 2018.

wtorek, 26 lutego 2019

Poszukiwanie siebie (W. Klęczar, Flu Game)

Powieść Wojciecha Klęczara to ciekawy przykład łączenia dobrze znanych motywów i używania ich w taki sposób, by pozostały w pewnym zawieszeniu. Kiedy czytelnik zaczyna z satysfakcją odnotowywać, że wie, co będzie dalej, okazuje się, że się myli, bo autor świadomie dokonuje gestu niedokończenia, urwania, zawieszenia. Daje to intrygujący efekt – owszem, bez fajerwerków związanych z nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, za to z możliwością poddania się sugestywności rozważań na temat tożsamości. Bo właśnie pytania o to: „kim jestem?, kim się stałem?, za kogo siebie uważam?, która wersja mnie jest tą prawdziwą?, czy maska fałszu nie zrosła się ze mną za mocno?, czy nie trwam w złudzeniu widzenia siebie w lepszym świetle niż innych? i czy jestem w stanie spojrzeć na siebie krytycznie?” okazują się kwestiami kluczowymi dla całej historii. Klęczar z jednej strony korzysta z potencjału oferowanego przez konwencję powieści drogi, z drugiej zawęża przestrzennie ów schemat do odwiedzania przez bohatera kolejnych krakowskich knajp. Z jednej strony autor sięga po motywy typowe dla powieści kryminalnej, mamy tu przecież tajemnicze zaginięcia pewnych osób, z drugiej choć bohater jest sędzią do żadnego ani prywatnego, ani oficjalnego śledztwa tu nie dojdzie. Natkniemy się na kwestię przyjmowania cudzej tożsamości, bohater będzie udawał dziennikarza, jednak z owego kłamstwa niewiele tak naprawdę wyniknie. Wszystko to zmierza do kulminacyjnej sceny, w której obnażone zostanie to, co może być bliskie prawdy. Finał opowieści staje się bolesnym w swojej wymowie odkryciem, że być może wcale nie jesteśmy tak interesujący, jak nam się wydaje, a nudna wersja życia to jest właśnie to, co najbardziej do nas pasuje.


Wojciech Klęczar, Flu Game, Wyd. Forma, Szczecin – Bezrzecze 2018.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Usłyszeć głos kobiet (A. Pajączkowska, A. Zbroja, A co wyście mieszkały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi; E. Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari)

Agnieszka Pajączkowska i Aleksandra Zbroja wyruszają w podróż, która w pewnym sensie okazuje się egzotyczna. Fakt, iż taka właśnie jest, pokazuje, jak trwałe bywa to, co oddziela miasto od wsi. W centrum swojej historii reporterki stawiają kobiety. To mieszkanki mazowieckich wsi, które opowiadają autorkom o swoim życiu. Brzmi dość banalnie, ale wcale takie nie jest. Pajączkowska i Zbroja kompozycyjnie budują reportaż wielogłosowy. Kolejne części to wypowiedzi bohaterek – w różnym wieku, o różnym doświadczeniu życiowym, z różnym podejściem do życia i roli kobiety w społeczeństwie. Opowieści mieszkanek wsi przeplatane są krótkimi scenkami, pokazującymi pewne zagubienie, obcość i nieprzystawalność odczuwane w trakcie pracy przez autorki książki. Reporterki przywołują również relacje kobiet z własnej rodziny, odsłaniając trwałość podziałów istniejących właściwie na wyciągnięcie ręki. Bliskość Warszawy dla bohaterek reportażu nie jest żadnym punktem odniesienia. Co więcej, dziwią się one często, że można tam żyć, że niektórzy marzą, aby tam się przeprowadzić, że tylu osobom odpowiada rytm dużego miasta. W kolejnych relacjach kobiet pojawia się mocno zaakcentowana perspektywa, że centrum świata jest gdzie indziej. I właśnie to jest najciekawsze w tej książce – bezpretensjonalne świadectwo codzienności, której często nie chcemy i nie zamierzamy dostrzegać. Warto.
„Burka w Nepalu nazywa się sari” to książka z pogranicza reportażu i literatury popularnonaukowej. Autorka stara się wiernie zrekonstruować historyczną i obecną pozycję kobiet w Nepalu, portretując różnego rodzaju kulturowe i prawne uwikłania, za sprawą których dochodzi często do zniewolenia i ubezwłasnowolnienia Nepalek. Wielkim atutem książki jest zrównoważenie wiedzy zaczerpniętej z różnych źródeł z relacjami konkretnych bohaterek opowiadających o swoich doświadczeniach. Na uwagę zasługuje również logika argumentowania – poszczególne problemy przedstawiane są w sposób zrozumiały dla osoby, która nie zna dobrze opisywanej kultury, kolejne zagadnienia wzajemnie się uzupełniają i z siebie wynikają, a jednocześnie nie ma tutaj nadmiernej obudowy faktograficznej, mającej zabezpieczyć autorkę przed niezrozumieniem i stwarzającej wrażenie nadmiaru. Książka ta przypomina nieco „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” Pauliny Wilk. Obie autorki starają się pokazać niełatwe powiązanie tego, co jest tradycją, elementem kultury, czymś wpisanym w historię z tym, co powoduje uprzedmiotowienie kobiet i ich zniewolenie. Książka potrzebna i ważna.


Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019; Edyta Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 24 lutego 2019

Inaczej (Ł. Pilip, Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa; M. Zdzieborska, Tamtego życia już nie ma. Reportaże o uchodźcach w Polsce)

Łukasz Pilip opowiada o dzieciństwie, ale robi to inaczej. Inaczej, bo choć czytelnik na podstawie tytułu mógłby spodziewać się historii porównujących dorastanie w okresie PRL-u i współcześnie lub opowieści koncentrujących się na różnego rodzaju traumach, reporter nie idzie w tym kierunku, a jego teksty dalekie są od przewidywalności. Tak naprawdę nie tylko dzieciństwo jest tutaj tematem wiodącym. Ci, którzy są opisywani w tekstach Pilipa zwykle skazani są na przyspieszoną dorosłość – czasami jest to konieczność wynikająca z rodzinnej sytuacji, innym razem efekt odniesionego sukcesu, jeszcze innym konsekwencje niedojrzałości dorosłych. Za każdą z tych historii stoi odkrycie, że bycie kimś podchodzącym do życia poważnie, niewiele ma wspólnego z wiekiem. Reporter odsłania samotność będącą efektem owego przyspieszonego kursu dorastania oraz nieuchronną stratę możliwości odczuwania tej beztroski, która powinna stanowić element dzieciństwa. Dzieci, które muszą stać się dorosłymi, przestają przynależeć do grupy dzieci, nie są jednocześnie częścią społeczności dorosłych. Wykorzenieni często muszą udawać, że sobie radzą, że im nie zależy, że cieszą się z takiego trybu życia, że są silni, bo nie mogą sobie pozwolić na słabość. Reportaże do przemyślenia i późniejszego rozejrzenia się wokół – smutne i poruszające.
Marta Zdzieborska decyduje się na pomysł z pozoru banalny, a jednak oryginalnie odwracający wszystko to, co współcześnie mówi się w Polsce o uchodźcach. Rezygnując z odwoływania się do dzisiejszych lęków, reporterka odsłania otwartość, przyjazne nastawienie i chęć pomocy dostrzegalne przed laty. Nie znaczy to, oczywiście, że mamy do czynienia z idealizacją przeszłości. Na plan pierwszy wysuwa się raczej chęć udokumentowania koniecznej pracy nad sobą i własną tożsamością osób, które musiały opuścić swój kraj i osiedliły się w Polsce. Zderzenie z obcym to nie tylko doświadczenie tych, którzy przyjmują uchodźców, ale przede wszystkim traumatyczne niekiedy przeżycie tych, którzy opuszczają swój kraj. Sposób, w jaki zostają potraktowani wtedy, gdy są u celu, wpływa niejednokrotnie na (nie)możliwość odbudowania wiary we własne możliwości oraz kształtowanie poczucia współodpowiedzialności za miejsce i ludzi. Biograficzna perspektywa pozwala dostrzec podobieństwa i różnice w życiorysach tych, którzy byli uchodźcami, a stali się obywatelami naszego kraju. Warto.


Łukasz Pilip, Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa, Wyd. Agora, Warszawa 2019; Marta Zdzieborska, Tamtego życia już nie ma. Reportaże o uchodźcach w Polsce, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2019.

sobota, 23 lutego 2019

Kobiecość jako szukanie siebie (T. Bohman, O zmierzchu; K. Green, Lżejsza od swojego cienia)

Powieść Therese Bohman to książka, którą już w początkowych partiach tekstu naprowadza nas na konteksty feministyczne. Mamy tu bowiem do czynienia z bohaterką, dla której społeczeństwo przeznaczyło określoną rolę i która z tego schematu wyłamuje się, łatwo poddając się innemu zbiorowi stereotypów. Karolina Andersson jest historyczką sztuki. Jako profesorka ma na swoim koncie ważną publikację, do której musi się odwoływać właściwie każdy, kto zajmuje się twórczością kobiet. Niedawno rozstała się z partnerem i wyraźnie ma problem z doświadczaną samotnością. W tej opowieści jest duży potencjał, zwłaszcza że gatunkowo utwór wpisuje się w konwencję powieści uniwersyteckiej. Niestety, autorka nie wykorzystuje możliwości tkwiących w takim a nie innym rozrysowaniu bohaterki. Aktywność uniwersytecka Karoliny sprawia wrażenie zaledwie dodatku, a na plan pierwszy wysuwa się obsesja sprawdzenia własnej atrakcyjności poprzez prowokowanie kolejnych sytuacji erotycznych. Tak właśnie zachowuje się bohaterka zarówno w stosunku do mężczyzn, z którymi jest w relacjach koleżeńskich, którzy są wobec niej w relacji podległości służbowej i którzy należą do jej przeszłości. Początkowo sprawia to wrażenie próby przełamania konwencji romansowej typowej dla literatury kobiecej, jednak ostatecznie Bohman poza tę konwencję nie wychodzi. Nie tylko to jest rozczarowaniem, ale i fakt, iż inny ciekawy motyw – odnalezienia prac nieznanej artystki przez doktoranta – również rozegrany zostaje dość przewidywalnie i bez tak potrzebnego pogłębienia psychologicznego postaci.
Katie Green nie ukrywa, że opowiada i rysuje o sobie. Na skrzydełku znajdziemy zresztą informację, że „Lżejsza od swojego cienia” to pamiętnik graficzny. Problem, który dominuje w tej opowieści, to walka z anoreksją. Autorka najpierw pokazuje dzieciństwo i sytuacje przy stole, w trakcie których namawiana jest przez rodziców do jedzenia, potem okres dorastania, wreszcie studia. W miarę upływu czasu to, że Katie jest chora, staje się oczywistością. Autorka rozrysowuje kolejne świadectwa codzienności, w których zwyczajna czynność, jaką jest jedzenie, zaczyna napawać strachem, obrzydzeniem, wstrętem do siebie. Obrazy tego, co myśli bohaterka, są wyjątkowo sugestywne. Green decyduje się na bardzo drobiazgowe rekonstruowanie własnej przeszłości. Jej droga do zbudowania w sobie siły jest długa i pełna potknięć, zwłaszcza że przydarza jej się również spotkanie z dorosłym, który zamiast pomagać, wykorzystuje jej słabość. „Lżejsza od swojego cienia” to komiks operujący szarościami, stawiający czasami na przekaz wynikający z wyobraźni i marzeń sennych oraz ciszy i niedomówienia. To z pewnością atuty utworu. Książce przydałaby się jednak bardziej zdecydowana redakcja. Komiks ten zyskałby, gdyby jego objętość (ponad pięćset stron) zmniejszono przynajmniej o jedną trzecią. W takiej formie, mimo podjęcia ważnego tematu, jest przegadany.


Therese Bohman, O zmierzchu, przeł. Justyna Czechowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2019; Katie Green, Lżejsza od swojego cienia, przeł. Kamila Kowerska, Wydawnictwo Timof Comics, Warszawa 2018.

wtorek, 12 lutego 2019

Rysunek społecznie zaangażowany (B. Chromry, Elementarz polski dla Polaka i Polki z Polski)

Książka ta ukazuje się w serii opatrzonej gatunkowym sformułowaniem „literatura wizualna”. To ważny punkt odniesienia dla mówienia i pisania o publikacji Bolesława Chromrego. Z jednej strony można ją bowiem traktować jako album – o podręcznym charakterze, do wielokrotnego sięgania, w przyjaznym do używania formacie, z tasiemkami umożliwiającymi zaznaczenie wybranej pracy. Z drugiej strony da się tę książkę nie tylko oglądać, ale i po prostu czytać. I nie mam tu na myśli jedynie tego, iż prace Bolesława Chromrego charakteryzują się obecnością dość dużej dawki tekstu (odwołanie do tego faktu znajduje się zresztą w książce). Rozpoznawalna, bo świadomie naiwna, umowna, prosta, dziecięca, odwołująca się do bazgrołów, kreska artysty połączona ze wspomnianymi elementami tekstowymi układa się w celną, błyskotliwą, niekiedy zabawną, często ironiczną opowieść o współczesnej Polsce. Opowieść, warto ów fakt zaznaczyć, zróżnicowaną i wieloaspektową. Bolesław Chromry żartobliwie portretuje „Polaków, których warto znać”. Za większością nieskomplikowanych rysunków kryje się wiedza na temat biografii i aktywności w przestrzeni publicznej danej osoby. Ileż krytycznego namysłu na temat współczesnego życia literackiego znajdziemy chociażby w złośliwym nieco rysunku przedstawiającym „Remigiusza M. piszącego 47. książkę”. Aby rozpoznać dalsze treści wynikające z napisu „Marcin Wicha” trzeba nie tylko wiedzieć, kim jest autor, ale i znać projekt okładki jego książki. Pełen zwielokrotnionych sensów jest również „Słownik obrazkowy” otwierający publikację. Tutaj również za jednym określeniem i rysunkiem go obrazującym kryje się cała opowieść o pewnych zachowaniach, które łatwo możemy zaobserwować w społeczeństwie. „Przysłowia polskie”, „Porady” oraz „Plakaty i listy z Polski” okazują się natomiast znakomitym komentarzem do rzeczywistości, w której funkcjonujemy – tej politycznej (np. kwestia rozdziału państwa od kościoła), tej społecznej (np. korporacjonizm, emigracja, imponowanie innym pozorowanym bogactwem), tej obyczajowej (np. pozycja kobiet, prawa środowisk LGBT). Do wielokrotnego czytania i oglądania – bo zdecydowanie warto.


Bolesław Chromry, Elementarz polski dla Polaka i Polki z Polski, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2018.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Tajemnice i przekraczanie granic (K. Beśka, Konsul; D. Andryka, Tajemnice Mille; V. Buck, Runa)

Choć wszystkie trzy przywołane w tym miejscu powieści dotyczą różnych czasów i wpisują się w inną konwencję gatunkową, to jednak jest coś, co je łączy. Mówienie o tajemnicy byłoby dość banalne, ale faktycznie jest to tajemnica, ale wpisana w czas i miejsce, w których dochodzi do rodzenia się nowego świata, przeszłość okazuje się ciągle trwała, a walka o wpływy to zarazem walka o nowy kształt tej rzeczywistości, której jest się częścią.
Krzysztof Beśka proponuje swoim czytelnikom kryminał retro. Wyraźne zasygnalizowanie w „Konsulu” czasu przejścia, w którym stare powoli odchodzi, a nowe dość nieporadnie mości się w tym samym miejscu, ale już na innych zasadach, zostaje w tym wypadku wpisane w kontekst niepodległościowy. Oto skończyła się wojna, a Polska odzyskuje niepodległość. W tle opisywanych wydarzeń pojawi się, oczywiście, Józef Piłsudski, jednak nie on będzie postacią pierwszoplanową. Szczególnie interesujące w śledztwie opisanym przez Beśkę jest pokazanie świata ogarniętego chaosem. To właśnie w takim świecie może dojść do morderstwa kogoś, kto ma ze sobą tajnie przekazane glejty dyplomatyczne, to w takim świecie podstawą tożsamościowych rozpoznań jest kategoryczne określenie, kim się jest pod względem narodowościowym, a jakiekolwiek zniuansowanie bywa tragiczne w skutkach (Niemiec czy Polak?, ale co w takiej sytuacji ma zrobić Kaszub?), to w takim świecie walka o dobra materialne pozorowana bywa walką o idee. Beśce udaje się ciekawie pokazać codzienność bez zasad, w której nieliczni usiłują o jakieś zasady się upomnieć.
„Tajemnice Mille” Dagmary Andryki to z kolei przykład powieści kryminalnej dziejącej się na prowincji i portretującej specyfikę małej społeczności. Główna bohaterka, reporterka znana z wcześniejszych części serii, z jednej strony decyduje się na zaangażowanie się w związek, który niespodziewanie zaczyna wyglądać nieco inaczej, niż zapowiadało się na początku, z drugiej natomiast zaczyna prowadzić śledztwo, w którym stawką jest nie tylko dojście do prawdy, ale i oczyszczenie siebie z zarzutów. Klasyczny zdawałoby się punkt wyjścia okazuje się całkiem ciekawym pretekstem do pokazania zależności łączących i dzielących mieszkańców wsi, a także do zaakcentowania izolacji, w jakiej znajduje się opisywane miejsce. To powieść kryminalna ze społecznym zacięciem na przyzwoitym poziomie i z interesującą bohaterką.
Vera Buck w swoim debiucie literackim łączy to, co wymyślone, z tym, co ma umocowanie w faktach. Czerpie bowiem z historii psychiatrii i przywołuje dziewiętnastowieczne eksperymenty prowadzone na psychicznie chorych. Tak naprawdę mamy do czynienia z opowieścią o dyscyplinowaniu kobiet i publicznym sankcjonowaniu w imię nauki tego, co w innym wypadku byłoby uważane za nieprzyzwoite i niedozwolone. Nie bez powodu jedna z bohaterek pokazów organizowanych przez lekarza oskarża podnieconych spektaklem mężczyzn o lubieżność. Autorka nie tylko więc pokazuje szpitale dla obłąkanych jako źródło cierpień i miejsce sprawowania władzy nad tymi, którzy nie pasują do nie zawsze jasnej definicji normalności, ale również wikła bohaterów w etyczny konflikt bez wyjścia. Bycie wiernym nauce zwykle bowiem w tym akurat przypadku oznacza zdradę własnych uczuć. Buck ciekawie również zmienia perspektywę towarzyszącą opisywanym postaciom – ofiara niejednokrotnie widzi więcej od tego, kto zajmuje pozycję uprzywilejowaną, a oprawca może stać się ofiarą, jego władza ostatecznie jest więc tylko tymczasowa. „Runa” to powieść stanowiąca ciekawe połączenie powieści obyczajowej, społecznie zaangażowanej, kryminalnej i thrillera, to także mroczna odsłona tego, co nazwalibyśmy historią kobiet, w wersji popularnej, ale bardzo interesującej.


Krzysztof Beśka, Konsul, Wyd. Skarpa Warszawska, Warszawa 2018; Dagmara Andryka, Tajemnice Mille, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018; Vera Buck, Runa, przeł. Emilia Skowrońska, Wyd. Initium, Kraków 2018.

niedziela, 10 lutego 2019

Nieprzystosowanie (B. Klicka, Zdrój; K. Kochmańska, Nieuprzejmość; A. Cieplak, Lekki bagaż)

Zarówno debiutanckie powieści Barbary Klickiej i Katarzyny Kochmańskiej, jak i powieść Anny Cieplak, trzecia w jej dorobku, koncentrują się na nieprzystosowaniu swoich bohaterek. Na plan pierwszy wysuwa się poczucie niemożności wyrwania się z życiowego impasu, w którym tkwi się częściowo na własne życzenie, częściowo z konieczności. Mocno wyeksponowana zostaje kwestia przymusu bierności jako efektu wszechobecnej instytucjonalnej i towarzyskiej władzy. Samotność bohaterek bywa więc samotnością ukrywaną pod maską śmiechu, uprzejmości, obowiązkowości czy odpowiedzialności. W efekcie tożsamościowe stłamszenie skazane zostaje na milczenie i niewidzialność.
U Barbary Klickiej w „Zdroju” miejscem generującym opresję psychiczną i fizyczną staje się sanatorium. Bohaterka książki, młoda kobieta, nie znajduje oparcia ani w pensjonariuszkach, ani w personelu. Traktowana jest przedmiotowo, a relacja pacjent-lekarz sprowadzona zostaje do uprzedmiotowienia i infantylizacji tych, którzy mają korzystać z porady lekarskiej. Podobny charakter mają relacje damsko-męskie, które w tym akurat miejscu mogą rozegrać się tylko według jednego scenariusza, oraz relacje z koleżankami z pokoju, oczekującymi również powtarzalnych i przewidywalnych wyborów ze strony tej, która dołącza do grona współlokatorek. Niestety, choć sam pomysł sportretowania sanatoryjnej rzeczywistości z perspektywy młodej kobiety ma w sobie duży potencjał, autorka poprzestaje na poziomie oczywistości. Jest w tej prozie zapowiedź tego, co mogłoby zostać rozwinięte, problem w tym, że tak naprawdę otrzymujemy bardziej udaną wprawkę literacką niż skończone dzieło. Szkoda.
Katarzyna Kochmańska proponuje czytelnikom debiut brawurowy. Ciekawy językowo, niebanalny koncepcyjnie, świetny, jeśli chodzi o charakterystykę relacji międzyludzkich, przemyślany formalnie. Autorce udaje się znakomicie oddać toksyczny charakter kontaktów głównej bohaterki i tych, którzy pozornie są jej bliscy, a tak naprawdę przede wszystkim korzystają z jej energii i nie dają nic w zamian. Znajomi, nazywani niekiedy przyjaciółmi, napawają się własnym cierpieniem, a swoje mniejsze i większe tragedie planują tak, by odpowiednia osoba mogła przyjść na ratunek wtedy, kiedy jest to potrzebne. W efekcie to, co straszne, staje się tutaj spektakularnie przerysowane, zabawne, śmieszne w swojej hiperboliczności. Kochmańska doskonale bowiem panuje nad opisywanymi emocjami, czuwa, by nie popaść w kicz i pretensjonalność, proponuje charakterystyki mocne, ostre, ale i czułe i dowcipne. Lektura obowiązkowa.
„Lekki bagaż” – trzecia powieść w dorobku Anny Cieplak – to książka świeża i ożywcza w swoich smutnych tak naprawdę diagnozach społecznych. Utwór ten po bardzo dobrym debiutanckim „Ma być czysto” i nieco wtórnych „Latach powyżej zera” stanowi powrót autorki do formy i odsłania to, co w jej twórczości najciekawsze: wrażliwość na los zwykłych ludzi, pokazywanie bezsilności wpisanej w działania, które w innym miejscu i czasie, mogłyby się udać, portretowanie życia daleko od centrum, odsłonięcie specyfiki prowincjonalnej społeczności, która z pokolenia na pokolenie dziedziczy pewne niekoniecznie dobre cechy. W tym wypadku otrzymujemy bardzo ciekawy, bo nieprzesłodzony i realistyczny, obraz trzeciego sektora – jako idei do zrealizowania i jako sposobu na życie. To łączenie codzienności z pracą nie zawsze okazuje się udane, często przynosi porażki, co Cieplak znakomicie niuansuje w swojej książce. Warto.


Barbara Klicka, Zdrój, Wyd. W.A.B., Warszawa 2019; Katarzyna Kochmańska, Nieuprzejmość, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018; Anna Cieplak, Lekki bagaż, Wyd. Znak, Kraków 2019.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Praca kobiet (A. Urbanik-Kopeć, Anioł w domu, mrówka w fabryce)

Książka Alicji Urbanik-Kopeć to w pewnym sensie połączenie tego, co znajdziemy w „Służących do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i „Alei Włókniarek” Marty Madejskiej. Autorkę interesuje podobna tematyka, choć z racji przyjętej perspektywy naukowej stara się pokazać zjawisko pracy kobiet w szerszym kontekście, nie tylko jako fragment rzeczywistości, ale proces, w który zaangażowani byli wszyscy – mężczyźni, rodzina, środowisko, z którego kobieta się wywodziła, wreszcie szeroko rozumiana opinia publiczna. To zaangażowanie dotyczy przede wszystkim okazywanego wsparcia, częściej jego braku, ale i kształtowania wizerunku kobiety podejmującej pracę, niestety zbyt rzadko pozytywnego. Nie znaczy to, iż któraś z przywołanych pozycji okazuje się wtórna wobec dwóch pozostałych, ciekawe jednak na pewno jest to, że mniej więcej w tym samym czasie kilka autorek zainteresowało się tą samą problematyką. Urbanik-Kopeć akcentuje, iż jednym z podstawowych źródeł informacji były dla niej badania przeprowadzone w latach 70. XX wieku przez naukowców z Katedry Etnologii Uniwersytetu Warszawskiego. Metafora – w tym wypadku zbudowana na dosłownym obrazie – szaf pełnych skarbów, czyli świadectw robotnic, jest nie tylko sugestywna, ale i stanowi element powracający w badaniach nad historią kobiet. Do relacji będących „dowodami na istnienie” często trudno jest dotrzeć, a nawet zdarza się, że nie jest to w ogóle możliwe. Z wywiadów sprzed lat autorka wydobywa treści dotyczące przestrzeni prywatnej, a więc domowej, z której nie tak chętnie chciano kobiety wypuścić, i publicznej, związanej z pracą i wynikającymi z niej korzyściami oraz zagrożeniami. W tym ostatnim przypadku powtarza się zagrożenie molestowaniem i napaściami seksualnymi, samotność kobiet wiejskich w mieście, wreszcie narażenie robotnic na prostytucję, a także klasowy wymiar emancypacji kobiet. Wykształcenie zamienia się w rodzaj muru dzielącego kobiety stojące pozornie po tej samej stronie i walczące w tej samej sprawie. Czyta się tę książkę bardzo dobrze, ale i ze smutkiem. Trudno bowiem nie zauważyć, że choć zmieniły się realia, to jednak praca kobiet bywa ciągle niedoceniana i narażona na stereotypowe oceny, a klasowy kontekst aktywności zawodowej kobiet to temat bardzo aktualny. Książka Urbanik-Kopeć może więc być ciekawą lekturą nie tylko „o wczoraj”, ale i „na dzisiaj”.


Alicja Urbanik-Kopeć, Anioł w domu, mrówka w fabryce, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

niedziela, 3 lutego 2019

Przewodnik, towarzysz i twórca (J. Jarniewicz, Tłumacz między innymi)

Choć potencjalnie książka ta wydaje się być adresowana przede wszystkich do tych, którzy zajmują się tłumaczeniami i dla których kwestia teorii przekładu jest szczególnie bliska, to tak naprawdę mamy do czynienia z fascynującą lekturą dla wszystkich kochających literaturę. Mówienie o miłości nie jest w tym wypadku nadużyciem. Jerzy Jarniewicz okazuje się bowiem w swoich tekstach nie tylko znawcą, erudytą, zaangażowanym czytelnikiem, ale i pełnym krytycznej pasji polemistą. Ta ostatni cecha szczególnie jest wyeksponowana w tych fragmentach, w których autor ocenia wybrane przekłady, porównuje je ze sobą, stawia tezy dotyczące przyjętych strategii, wreszcie bardzo precyzyjnie uzasadnia swój punkt widzenia. Tylko pozornie tego typu teksty sprawiają wrażenie hermetycznych. W rzeczywistości przekonujący sposób opisu powoduje, iż analiza porównawcza dobranych słów i sformułowań staje się czymś niezwykle interesującym. Równie intrygująco wybrzmiewa poetycka klamra, jaką autor otwiera i zamyka swoją książkę. Zaakcentowane w niej zostaje to wszystko, co sprzyja dobremu tłumaczeniu – odpowiedni czas, odpowiednie miejsce, wszystkie elementy towarzyszące, wspierająca cisza nocy, wewnętrzna gotowość do zmierzenia się z cudzym tekstem, który podczas pracy nad odpowiednim doborem zdań i słów, częściowo staje się własnością tłumaczącego. Jerzy Jarniewicz koncentruje się na „przekładach, językach i literaturze”. Podtytuł książki odpowiada więc temu, co w niej znajdziemy. Autora interesuje nie tylko rola odgrywana przez tłumacza, ale i filozoficzny w swoim wydźwięku problem rzeczywistej nieprzekładalności tekstu, który w innym języku, nawet w bardzo wiernym przekładzie, brzmi inaczej. Pytanie zatem o twórczy aspekt pracy tłumacza pozostaje czymś nie bez znaczenia. Mocno wybrzmiewa postulat opatrywania przekładów nazwiskami ich autorów. Mówimy przecież lub czytamy słowami użytymi i dobranymi przez tłumaczy. Fascynujące okazują się rozważania na temat nieprzekładalności niektórych sformułowań i potencjału tkwiącego w tego typu fragmentach, ale i kwestie związane z uwspółcześnianiem kanonicznych tekstów literackich. Bardzo dobre!


Jerzzy Jarniewicz, Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2018.

sobota, 2 lutego 2019

Na emigracji (M. Louis, Chcę wierzyć w waszą niewinność)

Książka Magdy Louis to ciekawy przykład łączenia narracji reporterskiej (reportaż społeczny i kryminalny) z autobiograficzną. Autorka proponuje czytelnikom relację z frontu współtowarzyszenia Polakom mieszkającym w Wielkiej Brytanii i składającym zeznania przed brytyjskim wymiarem sprawiedliwości. Jednocześnie nie tylko kolejni podejrzani rodacy są bohaterami tej książki. Autorka dzieli się bowiem swoimi spostrzeżeniami, odsłania tajniki zawodu, pokazuje, jak ważne jest precyzyjne tłumaczenie, wreszcie akcentuje konieczność stopniowego, przynajmniej częściowego zobojętnienia, tak, aby emocjonalne zaangażowanie nie utrudniało wykonywania zawodu. Trochę szkoda, że na tytuł książki wybrano dość pretensjonalną i naiwną deklarację, zwłaszcza że sama Louis nie jest wcale osobą, która bezkrytycznie podchodzi do zapewnień o niewinności tych, których zeznania tłumaczy. Publikacja ta może stanowić ciekawe uzupełnienie tych lektur, które portretują zjawisko współczesnej polskiej emigracji. W historiach poszczególnych bohaterów widać wyraźnie wszystko to, co potencjalnie było zapowiedzią klęski oraz to, co mogło daną osobę ochronić, ale splot różnych okoliczności okazał się mało łaskawy. „Chcę wierzyć w waszą niewinność” to literatura faktu, dla której podstawą jest pokazanie zjawiska wcale nie tak chętnie opisywanego. Louis przyjmuje postawę osoby empatycznej, jednak z oczywistych powodów epizodycznie pojawiającej się w życiu swoich bohaterów. W efekcie otrzymujemy więc interesującą perspektywę codzienności, w którą wpisane są mniejsze lub większe przestępstwa. Tłem dla ich zaistnienia okazują się niejednokrotnie rozczarowania i żale związane z nieudanym życiem na emigracji.

Magda Louis, Chcę wierzyć w waszą niewinność. Opowieść dokumentalna, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]


sobota, 26 stycznia 2019

Śladami przedmiotów (O. Drenda, Wyroby. Pomysłowość wokół nas)

Najnowsza publikacja Olgi Drendy można uznać za kontynuację „Duchologii polskiej”. Podobny jest z pewnością klimat opowieści i podejście do tematu. Autorkę interesują przedmioty. Sięgając do okresu, kiedy żyły i cieszyły ludzi, w pewnym sensie pokazuje, jak łatwo i szybko stały się martwe i niepotrzebne. „Wyroby” to zatem opowieść nie tylko o fenomenie tytułowej pomysłowości i robienia czegoś z niczego, wymyślania, przetwarzania i nie zawsze udanego kopiowania, ale również historia przywiązania do przedmiotów i ich późniejszego pozbywania się. Na plan pierwszy wysuwają się w tej książce nie tylko rzeczy zbędne, których w każdym domu jest mnóstwo, ale i te przedmioty, które stawały się częścią przestrzeni, a choć miały ja ozdabiać, okazywały się często tylko koszmarkami. Autorce udaje się uchwycić ten paradoks. Warto również zauważyć, że ważność danego przedmiotu w danym miejscu i czasie była powiązana z umiejętnością kopiowania. Nie zawsze musiała to być kopia idealna, bywało, że sam fakt możliwości skojarzenia z tym, co dużo ładniejsze i atrakcyjniejsze, wywoływał sympatię dla rzeczy, która tylko naśladowała. Za ciekawy trzeba uznać społeczny i obyczajowy kontekst tytułowych „wyrobów” oraz trudnych do zdefiniowania czasami związków miedzy sprytem czy zaradnością i cwaniactwem czy kombinatorstwem. Książka Olgi Drendy to ciekawy przykład realizowania antropologii codzienności i antropologii przedmiotów, lektura dla tych, co pamiętają PRL, ale i dla tych, którzy nie mogą pamiętać. W pewnym więc sensie to publikacja mogąca stanowić pretekst do zrekonstruowania własnej pracy nad pamięcią i zapomnieniem tego, co posiadamy, dostrzegamy, uznajemy za cenne.


Olga Drenda, Wyroby. Pomysłowość wokół nas, Wyd. Karakter, Kraków 2018.

piątek, 25 stycznia 2019

Czytanie i gotowanie (W. Sorokin, Manaraga)

Pomysł Sorokina nie jest szczególnie odkrywczy, choć interesujący. Znamy dobrze i filmy, i książki, w których pojawia się motyw palenia książek, odbierania książek, wykorzystywania książek do sprawowania nad kimś władzy lub do uniezależnienia się od doznawanej przemocy. Pomysł pisarza wiąże się z gotowaniem. Oto na świecie modna staje się specyficzna ekstremalna przyjemność – book’n’grillowanie. Główny bohater jest mistrzem czytania, które w tym wypadku oznacza umiejętne dobranie trudnej do zdobycia lektury do potrawy, która zostanie przygotowana na palących się kartach książki. „Dobrze czyta” to w dosłownym tłumaczeniu „dobrze gotuje”. Takie czytanie jest rozrywką dla uprzywilejowanych. Ceniony kucharz nie zniży się do gotowania na grafomanii. Są specjaliści od literatury rosyjskiej, inni preferują hiszpańską, popularne są też książki z pozostałych rejonów świata. Im starsza publikacja, tym większe wyzwanie. Im bardziej poszukiwana, tym trudniej ją zdobyć. Zdarza się, że trzeba kogoś przekonać siłą, by oddał jakąś cenioną i trudną do zdobycia książkę. Mafia więc ma co robić. Taki jest świat przyszłości. Zmanierowany, zblazowany, intelektualnie zepsuty, skoncentrowany na materialnym aspekcie konsumpcji. Stawiający na zniszczenie i przetworzenie. To, co cenne, ma być czymś do kupienia i spożycia. Za dobre pieniądze, w dobrym towarzystwie, z możliwością celebrowania smaków i zapachów. Ale to pozór doskonałości. Tylko pozór i jej substytut. Ten aspekt „czytania” Sorokin również wydobywa, kładąc nacisk na złudzenia, którym poddają się i ci, co gotują, i ci, co konsumują.


Władimir Sorokin, Manaraga, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

czwartek, 24 stycznia 2019

Na pomoc w cierpieniu (A. Pezda, Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie)

Aleksandra Pezda mierzy się w swojej książce z problemem trudnym. Zważywszy na stabuizowanie tego wszystkiego, co wiąże się z medyczną marihuaną, oraz mnóstwo stereotypów związanych z komentowaniem walki o jej dostępność, łatwo popaść w emfazę, co skutkowałoby zapewne tekstem mało ciekawym, bo przewidywalnym. Na szczęście tak nie jest w tym przypadku. Pezda okazuje się reporterką kompetentną, odsłaniającą różne odsłony interesującego ja problemu, pokazującą dramat bliskich, którzy walczą o złagodzenie bólu bliskich, ale i tragedię tych, którzy nie doczekali wspomnianej ulgi. Bardzo mocno wybrzmiewają opowieści chorych oraz głosy ekspertów, odsłaniające z jednej strony fakt nieprzewidywalności każdego organizmu, z drugiej sprawdzalne efekty związane z korzystaniem z medycznej marihuany. Wyjątkowo dramatycznie wybrzmiewa kwestia medialnego uwikłania problemu i tego, jak łatwo wygrać lub przegrać w zależności od tego, jaką drogę do celu się wybierze i jaką rolę w owym dążeniu do celu odegrają media. Pezda nie musi oskarżać wprost. Takim oskarżeniem są zostawieni sami sobie chorzy. Takim oskarżeniem jest bezduszność systemu i biurokracji. Takim oskarżeniem wreszcie staje się każda konkretna historia – o światełku w tunelu, o wyzwoleniu z ciągu cierpienia, o odnalezienie sensu na chwilę, kiedy ból przestaje być stałym towarzyszem. Reporterka unika egzaltacji, nie opiera się tylko na emocjach, ucieka od sentymentalizmu. Choć przytoczone przez nią biografie są poruszające, widać starania, by czytelnik wyrobił sobie zdanie na temat stosowania medycznej marihuany nie na podstawie odczuwanego wzruszenia, ale argumentów, które na kolejnych stronach są obficie przytaczane. Książka Aleksandry Pezdy to opowieść o samotności w tłumie, o byciu trybikiem w maszynie, która nie rozumie tego, że zdarzają się sytuacje inne niż te przewidziane w tabelkach, o walce, której niewielu chce zrozumieć, o zagrożeniu penalizacją wtedy, gdy tak naprawdę chodzi tylko, a może aż, o godne życie. Lektura obowiązkowa.


Aleksandra Pezda, Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018. 

środa, 23 stycznia 2019

Dorastanie (A. Krztoń, Weź się w garść)

Komiks Anny Krztoń z powodzeniem można by określić jako komiks dziewczyński. Nie kobiecy, ale właśnie dziewczyński. Autorka skupia się na etapie dorastania. Świat jej bohaterki to najpierw okres nastoletnich przyjaźni, głównie korespondencyjnych, i dorastanie w mieście na prowincji, potem czas studiów, przynoszący przewartościowanie marzeń, związków i znajomości. Choć mamy do czynienia z kontekstem autobiograficznym, warto zaznaczyć, że opowieść autorki ma charakter pokoleniowy. Mogą się w niej odnaleźć dzisiejsi trzydziestoparolatkowie. Bardzo interesująco wybrzmiewają obyczaje organizujące codzienność. Zwłaszcza wątek pisania do siebie listów i pocztówek niepostrzeżenie stał się wyznacznikiem rzeczywistości, której dzisiaj już nie ma. Krztoń dosyć dokładnie rekonstruuje poszczególne znajomości oraz momenty, które z perspektywy czasu można by określić mianem zwrotnych. Pojawi się więc chociażby wątek przemocy domowej, depresji, izolacji od rówieśników czy miłości homoseksualnej. Ważny będzie kontekst samotności, szukania pomocy w obecności drugiej osoby, wreszcie terapeutycznej roli rozmowy. Rysunki Krztoń również wpisują się w ten dziewczyński charakter, o którym wspominam na początku. Jedyne, co można by zarzucić temu bardzo ciekawemu komiksowi, to przegadanie. Niektóre wątki wybrzmiałyby dużo mocniej, gdyby zostały nieco skrócone. Momentami ma się jednak wrażenie, iż wspomniana dziewczyńska codzienność została potraktowana zbyt drobiazgowo.


Anna Krztoń, Weź się w garść, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2018.

wtorek, 22 stycznia 2019

Obnażenie zła w wersji pop (P. Głuchowski, Nic co ludzkie)

„Nic co ludzkie” reklamowane jest jako powieść inspirowana scenariuszem filmu „Kler”. To z pewnością doskonały wabik promocyjny. W książce natkniemy się również na informację, iż postać dziennikarki, Ludmiły Zakrzewskiej, wzorowana jest na autentycznie istniejących reporterach: Bożenie Aksamit, Małgorzacie Bujarze, Marcinie Kąckim, Marcinie Kowalskim i Marcinie Wójciku. Dla tych, którzy nazwiska te rozpoznają, wskazanie powyższe może również być gwarancją jakości, pozwalającą spodziewać się dobrej powieści. Czy tak jest faktycznie? Że Głuchowski mierzy się z ważnym tematem, tego nie muszę zaznaczać. Pedofilia, molestowanie seksualne, posiadanie kochanek, dość swobodne interpretowanie przykazań, współpraca z SB, ogromne bogactwo, alkoholizm – to między innymi te przewinienia, które opisuje autor. Ponieważ znam wcześniejsze teksty Głuchowskiego, zarówno te literackie (powieści kryminalne), jak i reporterskie, liczyłam, że „Nic co ludzkie” okaże się powieścią udaną. Niestety, myliłam się. To najsłabsza książka autora, literacko pozostawiająca dużo do życzenia, kompozycyjnie nieprzemyślana, językowo oczywista i karykaturalnie miejscami przerysowana, w przekazie jednoznaczna. Właściwie już na początku można się domyślić, w jakim kierunku ta opowieść się rozwinie, jak zachowywać się będą opisywani księża, co spotka dziennikarkę próbującą ujawnić przestępczy proceder w Kościele. „Nic co ludzkie” okazuje się historią mocno przegadaną. Szkoda, że podczas pracy nad książką nie doradzono autorowi skrócenia jej co najmniej o jedną trzecią objętości. Wówczas poszczególne wątki wybrzmiałyby dużo mocniej i miałyby większa siłę rażenia. W trakcie lektury razi też znikome zróżnicowanie postaci, dominuje raczej czarno-białe rozpoznanie, a negatywne emocje wszyscy wyrażają w podobny sposób. Nie udaje się autorowi sportretować dramatyzmu losów ludzkich, bo ci, którzy pojawiają się w książce, choć mają być wyraziści, tak naprawdę są papierowi. Szkoda czasu.


Piotr Głuchowski, Nic co ludzkie, pomysł: Marcin Kowalski, Wyd. Agora, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Śladami sprzed lat (P. Milewski, Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat)

Piotr Milewski wyrusza na Islandię śladami brata czeskiego Daniela Vettera, który swoją podróż odbył czterysta lat wcześniej. Pomysł na pewno ciekawy, choć w reporterskim świecie idea powtórzenia czyjejś wyprawy po latach jest dość często realizowana. Zwykle bywają to projekty udane, a przynajmniej interesujące, zwłaszcza że to, co dzisiaj, w zderzeniu z tym, co wczoraj, odsłania niejednokrotnie swoje nowe oblicze. Tak jest i w tym wypadku. Milewski rezygnuje z oczywistego rekonstruowania historii Islandii, nie próbuje również zajmować się w jakiś szczególny sposób podróżniczym boomem doświadczanym przez ten kraj, nie usiłuje również stawiać na atrakcyjność opisywanych miejsc. To opowieść osobista – o zmierzeniu się z własnymi ograniczeniami i słabościami. Jednocześnie, co warto zaznaczyć, bez nadmiernego epatowania własną, ujawnianą przecież w tekście, obecnością. To relacja z zadziwienia i zaskoczenia. Islandia bowiem potrafi pokazać, że nie wszystko jest w niej takie, jak spodziewa się przybysz. To notatnik spotkań z ludźmi, którzy choć pojawiają się w życiu na chwilę, to zaznaczają swoją obecność w sposób bardzo intensywny. To wreszcie otwarcie się na przypadek, nieprzewidywalność, fizyczne i duchowe doświadczanie miejsca. Rozpoczynanie poszczególnych części książki cytatami z tekstu Vettera okazuje się i ciekawym przypomnieniem trwałości, i równie interesującym zaznaczeniem przemijalności. Milewski pozostaje podróżnikiem pytającym, otwartym na historie innych, obserwującym. Unika kategorycznych rozpoznań, dzięki czemu udaje mu się wejść na chwilę w sam środek opisywanego świata i być w tym kimś wiarygodnym.

Piotr Milewski, Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018. 

niedziela, 20 stycznia 2019

Niewidzialność (J. Kuciel-Frydryszak, Służące do wszystkiego)

Publikacja Joanny Kuciel-Frydryszak wpisuje się w ten obszar badań nad nie tak odległą historią, gdzie wychodzi na jaw, jak dużą rolę w tym, co zostaje zapamiętane, odgrywa to, co skazano wcześniej na zapomnienie. Opowieść o służących jest właśnie takim przypadkiem. Na plan pierwszy wysuwają się kobiety, których funkcja w wielu domach sprowadzała się do bycia kimś niezbędnym. Posiadanie służących było wyraźnym sygnałem dla otoczenia, iż dana rodzina należy do klasy uprzywilejowanej. Służące opiekowały się domem – sprzątając, gotując, podając do stołu, dbając o właściwy rytm dnia. Traktowane były często jako własność. Okazywano zdziwienie, gdy kobiety chciały mieć wolny dzień w tygodniu lub gdy chciały się z kimś spotkać. Wykorzystywano je seksualnie, co kończyło się często dramatem. Służąca w ciąży nie miała szansy na znalezienie nowej pracy, często więc kończyła na ulicy. Bardzo ciekawie wybrzmiewają nie tylko przywołane przez autorkę historię, ale również powracająca co jakiś czas relacja z autorskich poszukiwań. Kuciel-Frydryszak nie ukrywa, że znalezienie informacji o służących graniczy z cudem. Czasami pojawiają się one w czyjejś korespondencji lub dziennikach, nie zawsze jednak są to opisy oddające rzeczywisty stan rzeczy. Wyjątkowo ciekawe okazują się więc te zapiski, w których wyrażana jest troska o służącą, a panujące między panią a służącą relacje można by nazwać przyjacielskimi. Książka ta okazuje się jeszcze jednym dowodem na to, jak wiele jeszcze zadań stoi przed badaczkami i badaczami her-story i jak niełatwo jest dotrzeć do tych kobiet, które uznawano za niewidzialne, choć jednocześnie niezbędne dla sprawnego funkcjonowania codzienności.


Joanna Kuciel-Frydryszak, Służące do wszystkiego, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

sobota, 19 stycznia 2019

Zmierzyć się z przeszłością (M. Zaremba Bielawski, Dom z dwiema wieżami)

„Dom z dwiema wieżami” jest najbardziej osobistą książką Macieja Zaremby Bielawskiego. Nie tylko z tego powodu, że mamy do czynienia z narracją autobiograficzną. To, co czyni tę opowieść wyjątkowo szczerą, sprowadza się do pokazania, jak bardzo może niszczyć milczenie. Wpływa ono na relacje między ludźmi, zmienia je, kształtuje w określony sposób pamięć, zmusza do zapomnienia, skazuje na niemożność odkrycia niektórych faktów po latach, staje więc pośrednio po stronie kłamstwa. W sensie formalnym książka ta bardzo ciekawie wykorzystuje pozycję narratora. Zaremba Bielawski pozwala sobie na bycie dzieckiem – tym prawdziwym wtedy, gdy niektóre rzeczy nie mogły być zrozumiałe, i tym dorosłym, które nie umie znaleźć odpowiedzi, choć dzięki osiągniętej dojrzałości powinno być inaczej. Można by więc powiedzieć, że dziennikarz odkrywa przed czytelnikami własną bezradność, ta jednak, choć pozornie świadczy o słabości, tak naprawdę odsłania siłę będącą konsekwencją świadomego zmierzenia się z ograniczeniami. Wspomniane wyżej milczenie to także jeden z fundamentów związku rodziców autora. Zaremba Bielawski pokazuje, jak Wielka Historia może niszczyć to, co prywatne i intymne, jak łamie poczucie, że powinno się być razem na zawsze, i jak rozmywa to, co miało być trwałe i niepodważalne. Takim kontekstem rozgraniczającym tylko symbolicznie przeszłość od teraźniejszości jest nie tylko II wojna światowa, Holocaust i traumatyczne przeżycia matki, ale i wydarzenia Marca 1968 roku. To, co niewypowiedziane, okazuje się kluczowe w chwili niosącej zagrożenie i wrzucającej w sytuację bez wyjścia. Zarembie Bielawskiemu udaje się pokazać, jak przerażający, choć jednocześnie dziejący się w ciszy, jest to proces. Lektura „Domu z dwiema wieżami” staje się okazją do odkrycia, że nie tylko odpowiedzi mają moc oczyszczającą, zdarza się, że i pytania przynoszą katharsis, bo sam fakt, że zostały zadane, pozwala uświadomić sobie, iż uczyniono krok do przodu i zbliżono się do prawdy. Warto.


Maciej Zaremba Bielawski, Dom z dwiema wieżami, przeł. Mariusz Kalinowski, Wyd. Karakter, Kraków 2018.