piątek, 28 lipca 2017

Zapomniana wojna (P. Pieniążek, Wojna, która nas zmieniła)

Reportaż Pieniążka warto czytać równolegle z wcześniejszymi „Pozdrowieniami z Noworosji”. Obie książki ewidentnie się uzupełniają, choć utrzymane są w odmiennej stylistyce. Ta pierwsza jest bardziej skonwencjonalizowana i stanowi próbę uchwycenia wydarzeń dziejących się „tu i teraz”. Z kolei „Wojna, która nas zmieniła” jest dużo bardziej refleksyjna. Paradoksalnie, bo jednocześnie autor nie rezygnuje z opisywania takich momentów, które oddają rytm funkcjonowania na froncie. Książka zaczyna się na przykład od sceny ostrzału, gdzie zagrożeni potencjalnie są nie tylko ci, którzy mogą odpowiedzieć użyciem broni, ale i towarzyszący im reporter. Pieniążka interesuje codzienność – ta związana z życiem zwykłych ludzi i ta znacząca służbę wojskową ludzi, którzy uczestniczą w walce. Obie grupy łączy przyzwyczajenie do wojny, bezradność i poczucie opuszczenia przez tych, którzy mogliby w jakiś sposób spróbować zmienić ich los. Poznajemy więc osoby, które wyrzekają się normalności i powoli zaczynają akceptować to, co jest tak naprawdę aberracją, ale i postaci, które za wszelką cenę próbują odtworzyć reguły życia obowiązujące przed wojną. Wszyscy są świadomi tego, że funkcjonują w sytuacji bez wyjścia – zawieszeni w czasie, pomiędzy mniej lub bardziej realnymi oczekiwaniami polityków, wrzuceni w nicość, pogodzeni ze wszechobecnym zniszczeniem i zagrożeniem. W pewnym sensie reportaż Pieniążka można potraktować jako oskarżenie. Obojętność, z jaką traktuje się teraz Ukrainę, pokazuje, w jaki sposób działają media – interesują się przez chwilę, potem przyglądają się już innym miejscom i innym konfliktom.


Paweł Pieniążek, Wojna, która nas zmieniła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

czwartek, 27 lipca 2017

Po latach (C. Douglas, Ktokolwiek widział)

Obyczajowo-kryminalna powieść Douglas do pewnego momentu wydaje się dość przewidywalna. Mamy tu bowiem do czynienia z prywatnym śledztwem przeprowadzanym po latach. Frankie, kobieta z wielkiego świata, wraca do swojej rodzinnej miejscowości na prośbę brata dawnej przyjaciółki. Sophie zniknęła przed laty, wydobyto właśnie z jeziora resztki zwłok. Mężczyzna przypuszcza, że to jego siostra, jest bowiem przekonany, że dziewczynę zamordowano. Frankie przyjeżdża do Oldcliffe trochę z obowiązku, trochę, aby uspokoić wyrzuty sumienia, trochę po to, żeby uzyskać odpowiedzi na dawno niezadawane już pytania. Wszystko dzieje się pozornie tak jak zawsze w przypadku takiej scenerii i takiej tajemnicy – miejscowość poza sezonem turystycznym jest przygnębiająca, dawni znajomi niemili, a sekrety z przeszłości zaczynają wychodzić na jaw i coraz bardziej zagrażają teraźniejszości. Na szczęście Douglas decyduje się w którymś momencie na ciekawy zwrot akcji, w efekcie którego okazuje się, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a tajemnice sprzed lat nie są wcale tak banalne, jak moglibyśmy się spodziewać. Akcja przyspiesza, komplikuje się, a bohaterowie stają się bardziej skomplikowani psychologicznie niż na początku. I ten fakt warto docenić.


Claire Douglas, Ktokolwiek widział, przeł. Katarzyna Rosłan, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

środa, 26 lipca 2017

Podziemia (M. Jastrzębski, Rubinowe oczy Rosji. Tajemnice podziemnej Moskwy)

Reporterską opowieść Jastrzębskiego czyta się jak połączenie literatury faktu z esejem historycznym, powieścią przygodową, kryminałem i powieścią szpiegowską. Autor wyraźnie stara się budować napięcie w typowo literacki sposób. Służą temu zwłaszcza przywoływane historie z przeszłości – pełne tajemnic i sekretów – oraz sposób konstruowania postaci. O ile jednak wujek Borka okazuje się bohaterem intrygującym, nieoczywistym i fascynującym, o tyle opisy kobiet są kiczowate i dość kuriozalne. Akcentowanie zaglądania w dekolt rozmówczyni, pisanie o przypadkowo spotkanej dziewczynie, że jest jak anioł lub że ma usta w kolorze polnych maków, wybrzmiewa co najmniej żenująco. Na szczęście nie na tym skupia się autor. Interesuje go tytułowa podziemna Moskwa. Warto docenić fakt, że chodzi w tym wypadku nie tylko o tajemnicze tunele znajdujące się pod ziemią, o kolejkę podziemną, funkcjonującą równolegle do metra, do której dostęp ma tylko bezpieka, o miejsca eksplorowane przed tzw. diggerów, ale również o zasady rządzące światem przestępczym, o stalinowską przeszłość, o sposób sprawowania rządów współcześnie, o dobra intelektualne. Nie bez powodu jedna z ważniejszych w książce opowieści dotyczy próby zmierzenia się z zapomnieniem, jaką podejmuje wspomniany wujek Borka. To, co próbuje odkryć mężczyzna, dotyczy losów więźniów pracujących w sekretnej kopalni diamentów. Historia ta brzmi jakby pochodziła z którejś części Indiany Jonesa lub Pana Samochodzika, tymczasem stanowi fragment ukrywanych do dzisiaj niektórych zbrodni Stalina. Książka ta zaciekawi nie tylko tych, którzy niegdyś marzyli o poszukiwaniu skarbów i odkrywaniu tajemniczych miejsc, będzie również interesującą lekturą dla tych, którzy świadomi są tego, że za historią oficjalną kryje się ta druga – często odmienna i sprzeczna z propagowanymi przez władze wersjami.


Maciej Jastrzębski, Rubinowe oczy Kremla. Tajemnic podziemnej Moskwy, Wyd. Helion, Gliwice 2017. 

czwartek, 13 lipca 2017

Opuszczenie jako ślad dawnego życia (B. Lenard, P. Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii)

Reporterska wyprawa Lenard i Mikołajczaka opiera się na zainteresowaniu opuszczonymi domami i budynkami w Islandii. Autorzy rezygnując z opisywania piękna regionu, stawiają na to, co pozornie jest brzydkie, świadczy o rozpadzie i przemijaniu, odsłania chwilowość tego, co wydaje się trwałe. Jest to zabieg, który zasługuje na uznanie, gdyż dzięki akurat takiej przyjętej perspektywie udaje im się pokazać nieoczywisty portret Islandii i jej mieszkańców. Odwiedzanie kolejnych opuszczonych miejsc wiąże się z refleksją na temat skutków kryzysu, połowów śledzia i rozwoju przetwórstwa rybnego, problemów związanych z wyczerpaniem się tego, co miało być źródłem przemysłowego boomu, zmian zachodzących wśród ludzi, miejsc naznaczonych kataklizmami i sposobach radzenia sobie z zagrożeniem. Gdzieś w tle obecne jest przesłanie o odradzaniu się wpisanym w umieranie i nadziei powiązanej z odczuwaną w danej chwili bezradności. Miejsca stają się w tym kontekście świadectwem tego, co minęło i co jeszcze do niedawna było częścią życia na Islandii. Lenard i Mikołajczakowi udaje się więc uchwycić rozwój i przemijanie związane ze zmianami obyczajów, z pojawieniem się innych nawyków, z końcem dostępności tych dóbr, dzięki którym ludzie mieli pracę. Historie wpisane są więc w to, co w sposób materialny zaświadcza o przemijaniu. Uwiecznienie tych miejsc i wysłuchanie ludzi, którzy wspominają, stanowi pracę wykonaną na rzecz pamięci.


Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, Wyd. Otwarte, Kraków 2017.

wtorek, 11 lipca 2017

Wyjść na ulicę (J. Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń)

Książka Judith Butler jest znakomitym pretekstem do dyskusji na temat dziejących się na naszych oczach zgromadzeń publicznych oraz granic, które w wyniku owego gromadzenia się są przekraczane lub utrwalane. To publikacja świetnie napisana, z logiczną argumentacją, zaangażowana, wciągająca czytelnika w rozmowę i zmuszająca go do lektury aktywnej. Wielką zaletą teorii przedstawionej przez filozofkę jest nie tylko jej aktualny i mocno zakorzeniony we współczesności charakter, ale również dostrzegalny rys polemiczny i chęć dyskutowania na temat tego, co dzieje się w przestrzeni, której jesteśmy częścią i którą naszymi decyzjami również współtworzymy. Butler nie ukrywa, że rozmawianie o zgromadzeniach wiąże się z definiowaniem reguł uczestnictwa obywateli w procesach związanych z tzw. wyjściem na ulicę. Butler akcentuje nadzieję i strach wpisane w gromadzenie się ludzi. Ta pierwsza rodzi się z marzeń o zmianach i z potrzeby renegocjowania obowiązujących zasad, ta druga wynika z anonimowości tłumu i nieprzewidywalności jego ruchów. Bardzo ważnym akcentem zaprezentowanej przez Butler analizy jest kwestia dawania sobie prawa do decydowania o tym, kto jest ludem, a kto nim nie jest. Choć podział ten ma w pewnym sensie charakter archetypiczny, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że kiedy dzieje się na naszych oczach, to owa powtarzalność zostaje odświeżona, naznaczona szczególnością i stać się może źródłem tożsamościowych doświadczeń. Butler kładzie nacisk na cielesność wpisaną w protestowanie na ulicy. Dosłowność ciała, do której odwołuje się filozofka, wpływać może na całkiem konkretną mobilizację czytelniczą, związaną z uświadomieniem sobie, że działać oznacza nie tylko popierać ideowo, ale i być w sensie dosłownym, materialnie, w danym miejscu. Gromadzenie się w ramach protestu i poparcia wiąże się, jak sugeruje Butler, nie tylko z chęcią posiadania realnego wpływu na kształt społeczeństwa, ale również, a może przede wszystkim, jest wyrazem wolności. Jeśli wyjście na ulicę nie wiąże się ze strachem, wówczas wolność triumfuje. Prekarność wpisana we współczesny status wielu jednostek przyczynia się do jednoczenia się grup wykluczonych i naznaczonych tymczasowością istnienia. Brak dostępu do pewnych przywilejów w tym wypadku nie tyle usuwa na margines, co raczej dzięki procesowi rodzenia się wspólnoty daje siłę, której się nie spodziewano. Butler jest przekonana, że nasze życie jest jednocześnie życiem innym. Można by więc powiedzieć, że relacyjność i wzajemne wpływanie na siebie jest wpisane w kondycję człowieka. Odmowa relacji jest zatem również rodzajem kontaktu. W bycie ludem, filozofka zwraca na to uwagę, wpisane jest również stawanie się. Ci, którzy tak się deklarują, nawet jeśli są wykluczeni, stają się, wytwarzają siebie, dzięki wyjściu na ulicę.


Judith Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń, przeł. Joanna Bednarek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zbieg okoliczności czy przeznaczenie? (J.W. Taschler, Powieść bez o)

„Powieść bez o” Judith W. Taschler to kolejna znakomita książka austriackiej autorki, jaką polski czytelnik ma możliwość poznać. Jest w niej wszystko to, co było zaletą w „Nauczycielce” – duża wrażliwość w rozgrywaniu emocji bohaterów, inteligentne zniuansowanie zależności między przeszłością a teraźniejszością, unikanie sentymentalizmu przy jednoczesnej dużej dramaturgii wydarzeń, komplikowanie losów opisywanych postaci w sposób wiarygodny i do ostatniej strony zaskakujący. Czytelnikowi wielokrotnie wydaje się, że już na pewno wie, jaki będzie dalszy rozwój wypadków, kiedy autorka po raz kolejny go zadziwia, odsłaniając swój talent, ale i akcentując dość oczywistą, choć niechętnie przyjmowaną prawdę: w życiu nic nie jest dane raz na zawsze, nigdy też nie wiadomo, co człowiekowi może się przydarzyć. Taschler z dużą pisarską sprawnością łączy losy poszczególnych bohaterów, sprawiając, że nie tylko podziwiamy ów zawikłany, a jednak niezwykle prosty w swoim tragizmie splot przeznaczenia i przypadku, ale również uświadamiamy sobie, że Wielka Historia bawi się ludźmi jak marionetkami nie tylko wówczas, gdy dochodzi do wojny, ale i wiele lat po niej. W pewnym bowiem sensie „Powieść bez o” to opowieść o konsekwencjach ekstremalnych przeżyć i dla tych, którzy są ich głównymi bohaterami, i dla tych, którzy pozornie odgrywają role drugoplanowe. Książka rozpoczyna się sceną niczym z „Wyboru Zofii” Williama Styrona i gdy czytelnik myśli, że dalej będzie dużo banalniej, dowiaduje się bowiem o trójkącie małżeńskim, kolejne strony odsłaniają przed nim skomplikowane losy bohaterów. To, co współczesne, przenika się z tym, co przynależy przyszłości. Minione zostaje przywołane za sprawą zapisków, które odtwarzają dramatyczne losy pewnego mężczyzny i jego ukochanej. Istotne stają się rzeczy-symbole, takie jak chociażby fortepian czy maszyna do pisania. Przeżycia łagrowe ponownie czytelnika zaskoczą. Choć Taschler snuje opowieść w taki sposób, że wydaje się, iż nadejdzie happy end, to jednak nieraz zadziwi odbiorcę ostatecznością tego, co spotyka bohaterów, niemożnością podtrzymywania dalej nadziei, wreszcie brutalnością tego, jak doświadczy ich los. Już to wraz z owymi tropami prowadzącymi do współczesności wystarczyłoby, aby docenić powieść. Austriacka pisarka idzie jednak dalej. Jeszcze na ostatnich stronach dowiemy się, że wszystko to, co wydawało nam się już wyjaśnione, tak naprawdę wygląda całkowicie inaczej, a ciężar zobowiązania pamięci jest równie nieznośny, jak marzenie o tym, by zapomnieć to, co tak brutalnie zmieniło bieg życia. Bardzo dobre.


Judith W. Taschler, Powieść bez o, przeł. Aldona Zaniewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

sobota, 8 lipca 2017

Nijakość (Z. Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem)

Zośka Papużanka, znana do tej pory z dwóch całkiem udanych powieści, tym razem proponuje czytelnikom zbiór opowiadań. To gest ryzykowny zarówno z perspektywy autorki, jak i wydawnictwa. W tym pierwszym przypadku zawsze pojawia się ryzyko, że krótsza forma obnaży niedociągnięcia, które w powieści zostały skutecznie ukryte, w tym drugim można z kolei mówić o niepewności rynkowej, opowiadania podobno słabo się sprzedają. Czy zatem Papużance udaje się ciekawie zadebiutować w roli autorki opowiadań? Niestety, nie. W trakcie lektury kolejnych tekstów pojawia się przypuszczenie, iż pisarka chciała sportretować coś, co na przykład świetnie udaje się Alice Munro, a mianowicie zwyczajność jako stan, w którym dzieje się mnóstwo rzeczy niezapomnianych i wartych uwagi. Problem w tym, że większość historii zamieszczonych w tomie dosyć dobrze się zapowiada, za to niemalże w każdym opowiadaniu szwankuje zakończenie. Papużanka ma problemy z kompozycją tekstów. W efekcie to, co ma w sobie potencjał, jest niszczone nieumiejętnością budowania napięcia w finale opowiadanej historii. Czasami pojawia się więc wrażenie sztucznego urwania, ucięcia kawałka tekstu, niezręczności w tworzeniu zakończenia niedopowiedzianego lub otwartego. „Świat dla ciebie zrobiłem” to książka nijaka, tak naprawdę zbędna. Odradzam.


Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

czwartek, 6 lipca 2017

Daleko, a jednak blisko (P. Chwała, Obłoki Fergany. Impresje z Kirgizji i Uzbekistanu)

Reporterska opowieść Przemysława Chwały to z jednej strony relacja z podróży, z drugiej historia zakorzenienia się w miejscu, które nie należy do autora na zawsze. Ta podwójna perspektywa okazuje się kluczowa. Dzięki niej autor pozostaje sobą, nie udaje, że porzuca swój świat, ale jednocześnie jest otwarty na przeżycia, które czekają go w trakcie wyprawy. Zachowuje więc, tak można by rzec, właściwe proporcje – jest kimś chętnie przyjmowanym przez rozmówców, choć jednocześnie nie próbuje się swoim nowym znajomym przypodobać, rezygnując z własnych zasad i zwyczajów. Szacunek dla innego zostaje więc zrównany z prawem do różnorodności dotyczącym nie tylko bohaterów, ale i reportera. Chwała nie ukrywa, że Kirgizja dla wielu Polaków, ale i dla ludzi Zachodu, brzmi bardzo egzotycznie. Stara się więc pokazać, że pewne doświadczenia są typowe dla byłych republik radzieckich. Zdarza się na przykład często, że okres komunizmu wspominany jest jako czas sytości, bezpieczeństwa i braku zmartwień. Rewolucja wiąże się z przekonaniem, że wszystko kiedyś zostanie stracone. Po jednym przewrocie nastąpi kolejny. Widać więc pewnego rodzaju brak przywiązania do stałości widoczny w mentalności opisywanych postaci. Chwała rekonstruuje miejscowe zwyczaje – te kirgiskie i uzbeckie, akcentując jednocześnie nieuchronność zmian zachodzących w ich celebrowaniu. Jest obecny w tekście, ale w sposób, który nie jest drażniący. Nie przesadza z opisywaniem siebie, a te historie, które przytacza, służą zobrazowaniu miejscowego klimatu i charakterystyki miejscowego społeczeństwa, nie zaś zaakcentowaniu egzotyki podróży. Ta zresztą jest w tym przypadku całkowicie pominięta. Uznanie czyjegoś świata za egzotyczny generuje podziały. Tego autor chce uniknąć. Chwała pokazuje, że ludzie mogą się porozumieć wszędzie, a szukanie podobieństw sprzyja akceptacji dla odmienności i pojawieniu się ciekawości.


Przemysław Chwała, Obłoki Fergany. Impresje z Kirgizji i Uzbekistanu, Wyd. Muza, Warszawa 2017.

środa, 5 lipca 2017

Przeszłość to dziś (A. Lipczak, Ludzie z Placu Słońca)

Debiutancki zbiór reportaży Aleksandry Lipczak to bardzo ciekawy portret Hiszpanii – tej współczesnej, ale jednak zdeterminowanej przeszłością i toczącej ciągłą walkę z tym, co wiąże się z nazwiskiem generała Franco. Postać dyktatora jest w tym wypadku kluczowym punktem odniesienia. Jego śmierć w połowie lat siedemdziesiątych to data oddzielająca dwa światy – rzeczywistość niewoli i rzeczywistość wolności. W obu wykonano wielką pracę na rzecz promocji idei. Wojna domowa niszczy w Hiszpanach poczucie bezpieczeństwa, siłę i swobodę. Wyzwolenie związane z upadkiem dyktatury musi na nowo nauczyć ludzi radości i prawa do samostanowienia. Lipczak pokazuje więc, jak polityka kształtuje i podporządkowuje sobie prywatność i intymność. Pamięć wojny domowej jest zresztą doświadczeniem tożsamościowym. Symboliczny cień generała Franco obecny w przestrzeni publicznej za sprawą prób nieoskarżania, przemilczania i niechęci do mówienia ciągle determinuje walkę między pamięcią i zapomnieniem. Lipczak umiejętnie łączy to, co należy do historii, lecz kształtowało całe pokolenia, z tym, co wpisane jest w teraźniejszość, lecz pozostaje powiązane z minionym. Szczególnie ważne w tym kontekście są reportaże tłumaczące ideologię promowaną przez dyktaturę Franco. Warto przywołać tekst zatytułowany Macho, poświęcony przywódczyni Sekcji Kobiecej narodowców i przedstawiający brutalność wprowadzanych przez nią zasad obyczajowych, oraz Za płytko – o poszukiwaniach po latach miejsc pochówku ludzi zamordowanych w okresie wojny domowej. Reporterka z dużą wrażliwością przygląda się również problemom, z którymi mierzymy się współcześnie. W Mieście widmie poznamy na przykład opowieść o wielkim osiedlu mieszkaniowym zbudowanym na terenach pustynnych i pozbawionym infrastruktury. W You will never walk alone natkniemy się z kolei na historię wspólnoty zbudowanej na gruzach prywatnych marzeń i nadziei. Eksmisje zarządzane z powodu braku spłaty kredytu rodzą bunt i inspirują do zamanifestowania konieczności współpracy między poszkodowanymi, ale i klientami oraz bankami. Książka Lipczak to dokumentowanie ciągłej konfrontacji tego, co prywatne, z tym, co polityczne. To jednocześnie przejmujący obraz rzeczywistości zranionej przez dyktaturę i ciągle podnoszącej się z tego, czego nie da się zapomnieć i czego nie wolno zapomnieć. To także historia udowadniająca, że o własną tożsamość i o prawo do jej wyrażania trzeba walczyć. Nie wolno wyrzec się wolności, sugeruje Lipczak, bo w razie rezygnacji wygrywają ci, którzy są gotowi organizować innym życie, niszcząc, a nie budując.


Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

wtorek, 4 lipca 2017

Idziemy na safari (S. Zweig, Nigdzie w Afryce)

Powieść Stefanie Zweig inspirowana jest przeżyciami jej własnej rodziny. Tuż przed wybuchem II wojny światowej w reakcji na eskalację nienawiści wobec Żydów autorka wyjechała razem z rodzicami do Afryki, skąd po wojnie wróciła do Niemiec. Bohaterowie książki mają podobne doświadczenia. Poznajemy ich najpierw z listów, które Walter pisze do Jettel. Mężczyzna wyemigrował z Niemiec do Afryki i namawia swoją żonę, aby razem z córką do niego dołączyła. Doświadcza wsparcia ze strony gminy żydowskiej, odkrywa czyhające na rodzinę niebezpieczeństwo, którego wcześniej tak wyraźnie nie dostrzegał, uczy się życia i pracy na farmie. Listy otwierające powieść to znakomity opis końca i początku świata, który wydawał się niezniszczalny. Walter wielokrotnie powtarza, że nigdy nie będzie już tym, kim był. Symboliczne w tym kontekście jest przekazanie togi prawniczej czarnoskóremu boyowi, który z czasem stanie się największym przyjacielem rodziny. Jettel nie rozumie tego, co się dzieje. Bagatelizuje więc komunikaty męża, rezygnuje z niektórych zakupów, które on uznaje za niezbędne, zaopatruje się za to w suknię wieczorową. Koczownicze warunki są dla niej szokiem. W przeciwieństwie do córki długo nie uznaje nowej rzeczywistości za swoją. Za to Regina, małomówna i nieśmiała dziewczynka, w Afryce odżywa. Jest zachwycona farmą, Owuorem, czarnoskórym służącym i przyjacielem, i psem, którego otrzymuje. Jesteśmy świadkami dojrzewania wszystkich członków rodziny. Walter musi zapomnieć o byciu prawnikiem i stać się przedsiębiorczym farmerem. Jettel musi nauczyć się ciągłej obecności męża, a rozrywki i udogodnienia, bez których nie wyobrażała sobie codzienności, są niedostępne. Regina odkrywa zaskakującą więź z przyrodą, otoczeniem, miejscowymi ludźmi i językiem, którego używają. Afryka staje się dla niej domem. Nie zmienią tego trudne przeżycia związane z przeprowadzkami czy doświadczeniem braku akceptacji w szkole. To córka staje się najbardziej dojrzałą i wtajemniczoną w afrykańskość osobą z rodziny. Walter pokocha Afrykę na chwilę, nie przestanie marzyć o powrocie do Niemiec. Jettel z kolei pokocha Afrykę z konieczności, bo nie chce się bać i chce być u siebie. Pozornie uporządkowany nowy świat nieraz się zachwieje za sprawą listów z dawnego świata. Nie będą to łatwe do zaakceptowania informacje. Przyniosą wiedzę o tym, że nic, co było, już nie powróci, oraz że niektórych ludzi nigdy już nie będzie można spotkać. Pobyt w Afryce okaże się etapem. Zaoferuje nadzieję, upewni w wierze, że są jeszcze dobrzy ludzie, pozwoli doświadczyć wielkiej przyjaźni, odkryje piękno życia opierające się ostateczności śmierci. Znakomite.


Stefanie Zweig, Nigdzie w Afryce, przeł. Tomasz Dziedziczak, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nieustraszeni (Radykalna nadzieja. Źródło odwagi i siły w niebezpiecznych czasach, red. C. De Robertis)

Książka pod redakcją Caroliny De Robertis powstała w reakcji na wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jest zbiorem wypowiedzi pisarzy, dziennikarzy i działaczy społecznych, utrzymanych w formie apelu o konieczność utrzymania takich wartości jak równość, prawo do samostanowienia, wolność, otwartość, tolerancja, zrozumienie przy jednoczesnej potrzebie walki z rasizmem, ksenofobią, homofobią i nienawiścią wobec Innych. Redaktorka tomu, również pisarka, nie ukrywa potrzeby wsłuchania się w przywołane głosy. Wyraża przekonanie, że odtworzenie wspólnoty tych, którzy są wierni wartościom obywatelskim, jest czymś niezbędnym. Tytułowa nadzieja powraca w wielu wypowiedziach. Staje się punktem odniesienia dla budowanego przekazu ideowego i jednocześnie okazuje się pocieszeniem w chwili trudnej – gdy ogarnia rozczarowanie, wściekłość, lęk lub niepokój. De Robertis używa określenia „esej epistolarny”, chcąc zaznaczyć specyficzne połączenie tego, co prywatne (np. bezpośredni zwrot do własnych dzieci lub przodków), z tym, co publiczne (przesłanie będące głosem w sprawie i stanowiące polityczne opowiedzenie się po jednej ze stron). To adresowanie tekstów do osób dla artystów ważnych i bliskich jest zresztą szczególnie ciekawe. Na uwagę zasługuje z jednej strony dostrzegalne zaakcentowanie faktu przynależności do przodków, którzy jako imigranci doświadczali dyskryminacji, z drugiej zauważalna troska o następne pokolenia i o to, co my, dzisiaj żyjący, zostawimy tym, którzy po nas przyjdą. W obu przypadkach mamy do czynienia z dużym poczuciem odpowiedzialności za słowo, czyny, ale i pamięć oraz reakcje. To, co polityczne, staje się w przywołanych głosach intymne. Artyści nie ukrywają bowiem zależności między wydarzeniami w przestrzeni publicznej a odczuwaniem spokoju w zaciszu domowym. Są też przekonani, że troska o państwo Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych zobowiązuje do kontynuowania tradycji i bycia zaangażowanym w to, jak kraj będzie wyglądał współcześnie i jakim wartościom zostanie podporządkowany.


Radykalna nadzieja. Źródło odwagi i siły w niebezpiecznych czasach, red. Carolina De Robertis, przeł. Jan Kraśko, Paweł Lipszyc, Andrzej Szulc, Robert Waliś, Wyd. Albatros, Warszawa 2017. 

niedziela, 2 lipca 2017

Między snem a jawą (J. Sosnowski, Fafarułej czyli pastylki pomarańczy)

„Fafarułej czyli pastylki pomarańczy” to powieść nostalgiczna, w której ewentualny sentymentalizm jest eliminowany za pomocą ironii i metaliterackości. Pamięć miesza się tutaj z marzeniem sennym, a rzeczywiste z wyobrażonym. Główny bohater znajduje się w specyficznym półśnie, letargu, poddaje się obsesyjnemu myśleniu. To, co wydarzyło się naprawdę, pojawia się obok tego, co mogłoby się wydarzyć. Realne sąsiaduje z potencjalnym. Sosnowski na poły serio, na poły z przymrużeniem oka próbuje uchwycić moment, w którym odsuwamy się od dzieciństwa, a otwieramy się na dorosłość. Tak naprawdę jest to opowieść o stracie i braku. Kiedy jesteśmy dziećmi, marzymy o dorosłości. Kiedy z kolei jesteśmy dorośli, tęsknie wspominamy przeszłość i wyobrażamy sobie utraconą młodość i dzieciństwo. Stan pozwalający na metaforyczne przemieszczanie się w czasie umożliwia nie tylko spojrzenie na siebie z boku, ale i odkrycie, że na różnych etapach życia jesteśmy innymi ludźmi i nie zawsze umiemy się ze sobą samym utożsamić. To pomieszanie czasów i ról jest zresztą bardzo ciekawym pomysłem, zwłaszcza że bliżej temu zabiegowi do filozofii niż do fantastyki. W pewnym więc sensie można w przypadku tej powieści mówić o zabawie biografią bohatera, ale i o próbie wpływania na ostateczny kształt jego życiorysu. Każda z tych odsłon okazuje się równie ciekawa.


Jerzy Sosnowski, Fafarułej czyli pastylki pomarańczy, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017. 

sobota, 1 lipca 2017

W poszukiwaniu siebie (W. Mliczewska, Na początku jest koniec. Na szlakach duchowości Majów)

Opowieść Mliczewskiej to ciekawe zderzenie perspektywy opartej na poszukiwaniu samego siebie z perspektywą typowo poznawczą, oddającą jednak głos tym, którzy są obiektem zainteresowania. Autorka zresztą pozwala czytelnikowi poznać swój sposób myślenia. Ujawnia ewolucję, jaka się w niej dokonuje, i pokazuje konieczność przewartościowania tego, z czym przybyła do Ameryki Środkowej, a co okazało się nieadekwatne do sytuacji zastanej. Mliczewska, choć pozostaje obecna w tekście, to jednak nie eksponuje siebie nazbyt mocno. To bardzo ważna cecha tekstu, gdyż dzięki temu nie autorka jest najważniejsza, ale ludzie, których spotyka na swojej drodze. W pewnym sensie mamy do czynienia z prywatnym śledztwem. Próba zrozumienia duchowości Majów zderzona zostaje z różnymi uprzedzeniami i stereotypami, z którymi Majowie się kojarzą. Współczesna perspektywa redefiniuje to, co związane jest tradycją i dziedzictwem. Tożsamościowa przynależność nie zawsze jest powiązana z dumą, rodzi wiele problemów, wiąże się z uwikłaniem społeczno-politycznym, co w efekcie skutkuje niechęcią do ujawniania się i opowiadania o sobie. Mliczewskiej udaje się pokazać podróż jako proces – dochodzenia do wiedzy o sobie, ale i dochodzenia do wiedzy o Majach. By osiągnąć ten drugi cel, konieczny jest rozwój własny. Szybko bowiem się okazuje, że pewne założenie, które zdawały się idealne, kiedy autorka była daleko, na miejscu kompletnie się nie sprawdzają. Konieczne staje się zaakceptowanie zmiany – i tej, w którą samemu się jest wciągniętym, i tej, której się wyczekuje i traktuje się ją jako coś wartościowego i cennego. Książka jest kompozycyjnie przemyślana, zachowano właściwe proporcje między relacją związaną z przeżyciami autorki, a fragmentami portretującymi ludzi, których Mliczewska spotyka na swojej drodze. Warto również docenić pozytywny przekaz oraz przesłanie sprowadzające się do zaakceptowania inności wpisanej w poznawanie obcych kultur oraz imperatywu otwartości, umożliwiającego nawiązanie dobrych, bliskich relacji.


Weronika Mliczewska, Na początku jest koniec. Na szlakach duchowości Majów, Wyd. Muza, Warszawa 2017.

czwartek, 29 czerwca 2017

Przegrana przyszłość? (M. Sieniewicz, Plankton)

Najnowsza powieść Mariusza Sieniewicza, choć umiejscowiona w przyszłości, może być traktowana jako głos w sprawie i przykład powieści społecznie zaangażowanej. Fakt ten okazuje się interesujący w kontekście całej twórczości autora. „Plankton” należałoby bowiem przywoływać w sąsiedztwie krytycznego wobec bezduszności kapitalizmu „Czwartego nieba” i brawurowej „Rebelii”, w której starość buntuje się przeciwko bezwzględnemu prymatowi młodości. Choć najnowsza powieść utrzymana jest w podobnym tonie – mamy możliwość odnalezienia czytelnych nawiązań do współczesności i otrzymujemy jednocześnie wizję dotyczącą przyszłości, to jednak trudno byłoby obronić tezę, iż jest to utwór kompozycyjnie i fabularnie przekonujący. Autor, oczywiście, językowo i stylistycznie trzyma poziom, jednak w trakcie lektury nasuwa się przypuszczenie, iż zabrakło mu pomysłu na rozwój akcji oraz filozoficzne podbudowy stworzonego świata. Jeśli mielibyśmy, jak wspomniałam na początku, nie tracić z oczu całej jego twórczości, to „Plankton” zdecydowanie należy do słabszych powieści pisarza. Antyutopia stworzona przez Sieniewicza wydaje się raczej sztucznym projektem stworzonym na zasadzie ćwiczeniowego wymyślenia świata, który nadejdzie. Nie jest to rzeczywistość, która żyje, sugestywnie oddziałuje obowiązującymi zasadami, przeraża, budzi obawy i niepokój. Jest początek lat dziewięćdziesiątych XXI wieku, stolicą Polacji jest Olsztyn, rolę dzisiejszego Watykanu pełnią okolice Sztokholmu, Krakowa właściwie nie ma, a to, co z niego pozostało, jest pracowicie odgruzowywane, Kościół ma ogromną władzę, a gdzieś w tle jest cały czas obecny konflikt między islamem a katolicyzmem, ale i patriarchatem a feminizmem czy niezależnością a zniewoleniem. Bracia zakonni, którzy zaludniają karty powieści, nie są postaciami z krwi i kości. To z pewnością nie pomaga w uwiarygodnieniu opowieści. Znajdziemy jednak w książce kilka ciekawych wątków. Na pewno należałoby wspomnieć o miłości ojcowskiej oraz o prawie do wspominania i myślenia. Przymusowa amnezja i karanie tych, którzy zrobią coś nieprzewidywalnego, to ciekawy pomysł na zasugerowanie możliwych niedogodności fundowanych ludziom. Historia opowiedziana w „Planktonie” stanowi materiał na obszerne opowiadanie z dużym potencjałem, jednak na powieść to trochę za mało.


Mariusz Sieniewicz, Plankton, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Wyprawa nie tylko w przeszłość (J. Irving, Uwolnić niedźwiedzie)

„Uwolnić niedźwiedzie” to debiut Irvinga. Czyta się go z zainteresowaniem z powodów czysto poznawczych, aby dowiedzieć się, jak zaczynał popularny autor powieści. Z pewnością więc znajomość innych utworów amerykańskiego pisarza może być wartym uwagi kontekstem dla rozpoznań związanych z początkiem. Jest to o tyle ciekawe, że pewne wątki w jego dalszej twórczości często się powtarzają, a Irving zdaje się obsesyjnie eksplorować groteskowość i absurdalność codzienności oraz nadzwyczajność wpisaną w to, co pozornie wyjątkowo przeciętne. W „Uwolnić niedźwiedzie” akcja prowadzona jest dwutorowo. Mamy więc rok 1967 i szalony plan uwolnienia zwierząt z ZOO w Schönbrunnie. Mamy również czas określany ironicznie prehistorią, a związany z okresem II wojny światowej oraz wcześniejszego anszlusu. Z dzisiejszej perspektywy czytamy o czasach odległych o kilkadziesiąt lat, warto jednak pamiętać, że powieść ukazała się w 1968 roku. Tak więc wtedy, gdy ją poznawano po raz pierwszy, nie miała historycznej perspektywy, jaka towarzyszy jej dzisiaj. Czytelnik znajdzie w tej powieści mnóstwo tak charakterystycznego dla Irvinga upodobania do szaleństwa, obsesji, akceptacji dla dziwności. Natkniemy się więc tutaj na kilka rozpoznawalnych bez trudu miejsc-symboli Wiednia, na specyfikę kultury kawiarnianej, ale i na mrok oraz niepokój związany z wyparciem pamięci o złu, z niereagowaniem, z brakiem umiejętności opowiedzenia się po właściwej stronie. „Uwolnić niedźwiedzie” to chyba jedna z najbardziej metaforycznych powieści Johna Irvinga, wpisująca to, co złe, w tradycję dziedziczenia i w konieczność kształtowania na nowych zasadach własnej tożsamości.


John Irving, Uwolnić niedźwiedzie, przeł. Ewa Życieńska, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

sobota, 24 czerwca 2017

Okrucieństwo, samotność i miłość (H. Krall, Fantom bólu. Reportaże wszystkie)

Wydanie w jednym tomie znacznej części twórczości Hanny Krall to pomysł znakomity. Publikację tę można bowiem potraktować jako próbę ułatwienia czytelnikom lektury pierwszej i ponownej poprzez pewnego rodzaju ciągłość narracji i wzajemne wynikanie z siebie. Podtytuł książki może wprowadzać w błąd. W sensie dosłownym sugeruje bowiem, iż mamy do czynienia z zebraniem w jednym miejscu wszystkich tekstów Krall. Tak jednak nie jest. Określenie „reportaże wszystkie” trzeba traktować jako metaforę. W tomie znajdują się te książki, które dotyczą Zagłady, a dominująca tematyka zdaje się uzasadniać ową totalność wpisaną w podtytułowy epitet – jest w bowiem w Holocauście faktycznie wszystko, wszystko, co dobre, i wszystko, co złe. Z kolei „Fantom bólu” można pojmować jako wpisane w biografię większości bohaterów cierpienie związane z pamięcią i tożsamościowym stygmatem przetrwania wojny, bycia świadkiem lub uczestnikiem pewnych wydarzeń, pamiętania tego, co przeżyli inni. Każda z opowiedzianych historii boli na swój sposób – intymnie, nakierowując na los konkretnego człowieka, ale i uniwersalnie, przekazując straszliwe w swojej wymowie przesłanie o nieprzewidywalności losu każdego człowieka. Przeczytać możemy: „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Sublokatorkę”, „Okna”, „Hipnozę”, „Taniec na cudzym weselu”, „Dowody na istnienie”, „Tam już nie ma żadnej rzeki”, „To ty jesteś Daniel”, „Wyjątkowo długą linię”, „Król kier znów na wylocie”, „Różowe strusie pióra” i „Białą Marię”.
Tom poprzedzony jest wstępem Mariusza Szczygła. Reporter w felietonowym stylu oprowadza po świecie Hanny Krall, czyni to jednak w specyficzny sposób. Zbyt dużo w tym tekście samego autora. I przywołana na początku wymiana SMS-ów, i końcowa scena na cmentarzu w Paryżu, zdają się sugerować, jakby najważniejsze rzeczy wypowiadała reporterka w rozmowach ze Szczygłem. Nie twierdzę, że ów prywatny akcent należałoby całkowicie wymazać, jednak proporcjonalnie w tekście jest go zdecydowanie za dużo. Szkoda, że na końcu nie znalazła się informacja o przedrukach, które znajdziemy we wstępie. Fragment o śmierci E.L. Doctorowa, znajdujący się na początku, można było wcześniej przeczytać w „Wysokich Obcasach”, a końcowe dwie strony o zapaleniu znicza na grobie wnuczki Dreyfusa opublikowane były w „Dużym Formacie”. To nie jedyny zarzut edytorski, który można mieć do tomu. Wstęp Szczygła to zdecydowanie za mało w przypadku projektu o tak dużej randze. Skoro mamy do czynienia z dziełami zebranymi, niezbędny wydaje się tekst, który opowiada o twórczości Krall w sposób bardziej profesjonalny, zapewniając czytelnikowi wiedzę o biografii autorki, krytycznoliterackiej recepcji jej twórczości, miejscu zajmowanym w literaturze, tropach interpretacyjnych obecnych w książkach, szczególnej roli wśród tych, którzy podejmują podobną tematykę. Tekst Szczygła mógłby być wówczas uzupełnieniem takiego historycznoliterackiego wprowadzenia. Negatywne zdziwienie może również budzić fakt braku informacji o dacie pierwodruku książek składających się na tom. Taka beztroska jest co najmniej zaskakująca.
Na szczęście lektura, jak już wspomniałam, wynagradza powyższe potknięcia edytorskie. Czytanie kolejnych reportaży, w których pojawia się problematyka Holocaustu, pozwala na zwrócenie uwagi na powracające w tekstach postaci i sytuacje. Spostrzeżenie to może stać się pretekstem do refleksji na temat życia obecnego w przeszłości, ciągle trwającego procesu dopowiadania, uzupełniania, uszczegółowiania, ale i odkrywania oraz nachodzenia na siebie losów ludzkich. Warto zwrócić uwagę na rolę przedmiotów, które pojawiają się w poszczególnych reportażach. Są wśród nich na przykład fotel-toaleta, gwarantujący jako taką wygodę, ale i będący więzieniem, łyżeczki i świeczniki, które po śmierci trzeba przekazać potomnym, wiadro wody, które zamiast ułatwić gaszenie pragnienia, staje się powodem śmierci, sweter z rozpoznawalnym ściegiem, który staje się sygnałem z dawnego życia, stół z białym obrusem, który pokazuje nieprzystawalność więzienia i normalnego świata, walizka, w której zamiast ubrań przenosi się śpiące dziecko, szafa, do której chowają się ci, którzy nie mają prawa istnieć, soczyste, czerwone pomidory spożywane na cmentarzu i zielona sukienka tej, która warzywa dostarczała, a następnie została znaleziona martwa na ulicy. Za każdą z rzeczy kryje się dramatyczna historia. Nie wszystkie przedmioty przemówią i nie każdy los zostanie dzięki temu rozszyfrowany. Na uwagę zasługują również postaci Wielkiego Scenarzysty oraz Sublokatorki. Pytanie o istnienie Boga, ale i pytanie o istnienie człowieczeństwa, nieustannie powracają w tle. W różnych odsłonach przywoływana jest również metafora rzeczywistości za szafą/w szafie oraz zamkniętych drzwi, za którymi jest szansa ocalenia. W konsekwencji mamy do czynienia z potworną samotnością tych, którym nie dano szansy na przeżycie, ale i tych, których ratowano, ale wymuszano na nich zachowania etycznie dwuznaczne. Wątkami, które dominują, stają się więc samotność, okrucieństwo, ale i… miłość. Ta ostatnia, paradoksalnie, pozwala przechytrzyć śmierć, ale bywa też egzaminem, który nie każdy zdaje, wyzwala zachowania, w których przekraczanie siebie okazuje się taką samą zwyczajnością jak wyparcie się tego, co ważne, i odwrócenie się od bliskich. Bardzo ciekawym motywem jest kwestia odzyskiwania, budowania na nowo, renegocjowania własnej tożsamości związana z odkryciem, że jest się Żydem/Żydówką. Krall pokazuje zagubienie nie tylko dorosłych dzieci, ale i matek, tych biologicznych, jeśli przeżyły lub wtedy, gdy oddawały swoje córki lub synów, i tych, które uratowały, bo gotowe były wychować. Lektura obowiązkowa.


Hanna Krall, Fantom bólu. Reportaże wszystkie, wstęp: Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

środa, 21 czerwca 2017

Między wysoką kulturą a barbarzyństwem (J. Marozzi, Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi)

Kolejna odsłona arcyciekawej serii poświęconej miastom koncentruje się na Bagdadzie. Marozzi proponuje czytelnikom narrację typowo historyczną. Oprowadza po dziejach miasta, akcentując powtarzające się wydarzenia i pokazując, jak wiele działo się w Bagdadzie na styku nierównej walki wielkiej kultury z wielkim barbarzyństwem. W trakcie lektury łatwo zauważyć sugestywność opisu i umiejętność łączenia faktów z obrazowym przedstawianiem konkretnych wydarzeń, sytuacji, scenek rodzajowych czy anegdot. Marozzi znakomicie oddaje klimat dawnych lat, kiedy na przykład opisuje Bagdad jako miejsce niezwykle ważne, jeśli chodzi o kulturę. Opowiada o ówczesnej poezji, stosunku do literatury i innych sztuk, o łączeniu niskiego z wysokim na przykładzie tzw. twórczości skatologicznej. Dowiadujemy się wiele o ówczesnych obyczajach i o swobodzie zderzania tego, co piękne i wzniosłe, z tym, co okrutne i brutalne. Widać to chociażby w traktowaniu poetów czy w sposobie funkcjonowania haremu. Wysoka kultura miesza się więc z barbarzyństwem na poziomie codzienności, ale jednocześnie jest podstawą konfliktu burzącego miasto i dającego potem fundament do odbudowy. Przerażająco wybrzmiewają opisy najazdów wrogów, kończące się rzezią mieszkańców, torturami, bezczeszczeniem zwłok i oddawaniem ludzi w niewolę. Przerażenie wynika nie tylko ze wspomnianej sugestywności przywołanych historycznych scen, ale i z powtarzalności okrucieństwa. Jeśli bowiem czytamy fragmenty dotyczące tego, jak wyglądała władza Saddama Husajna, szybko dostrzegamy analogie do tego, co miało miejsce w przeszłości, a trwałość upodobania do znęcania się nad ludźmi i do pokazowego upodlenia żywych i martwych wydaje się symptomatyczna. Choć każde miasto prezentowane w ramach serii ma skomplikowaną biografię, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że opowieść o Bagdadzie jest wyjątkowo przygnębiająca. W tym wypadku każdy okres pozornego spokoju i rozwoju stanowi tak naprawdę zapowiedź zbliżającego się cierpienia i kataklizmu.


Justin Marozzi, Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi, przeł. Hanna Jankowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

sobota, 17 czerwca 2017

Ciało moje i obce (A. Janyska, Kura i zaklinacz deszczu)

Powieść Anny Janyskiej zasługuje na uwagę z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, interesująca jest koncepcja poprowadzenia historii dwugłosowo. Mamy więc kobietę, która doświadczywszy wielu upokorzeń, próbuje rozpocząć nowe życie. Mamy również mężczyznę, którego historia założycielska – odwołanie się do straty – jest ideowo podobna. W przypadku obojga bohaterów toczy się gra o odzyskanie własnej tożsamości, zbudowanie jej od nowa na innych zasadach, odnalezienie takiej swojej twarzy, którą uzna się za własną. Po drugie, bardzo ciekawe są symbole, jakie Janyska wprowadza do swojej powieści. Na szczególną uwagę zasługuje biała kura, ptak, który dla ciotecznej prababki bohaterki jest jak dziecko. Życie kury, jej późniejsza śmierć – jakby za karę, że odeszła kobieta, która nią się opiekowała, i ponowne życie – w wyobraźni, we wspomnieniach, w pamięci – okazują się niezwykle istotne dla trwania Luby. Choć dziewczynka była bita przez prababkę, tak naprawdę to więź właśnie z tą kobietą wspomina jako najtrwalszą. Po trzecie, autorce udaje się pokazać niełatwe relacje między kobietami w sposób momentami brutalny, bez sentymentalizmu, czule, ale i szorstko jednocześnie. Bohaterkę wszyscy zawodzą. Największym zagrożeniem jest dla niej przeszłość. Kiedy więc Luba myśli o tych, których straciła, staje się słaba. Kiedy próbuje walczyć o swoje dzieci, ma w sobie coś w rodzaju siły. Nawet wtedy, jeśli wie, że świat córki i świat syna mogą nigdy się nie spotkać, decyduje się przeć do przodu. Autorka opowiada tak, by w finale obie, wspomniane wcześniej, historie połączyć. Spełnieniem, odpoczynkiem, odczuwalnym poczuciem sensu może się stać chwila, w której dawne emocje ulegną wyciszeniu, a ci, którzy trwali wcześniej w lęku i rozpaczy z powodu przeszłości, niespodziewanie uwierzą w przyszłość. Choć Janyska wprowadza do powieści takie tematy jak przemoc w rodzinie czy handel żywym towarem, pisze prozę, a nie publicystykę. Opowiedziana przez nią historia zakorzeniona jest w zwyczajności, nieuchronności losu, przekonaniu, że łatwo można stracić wszystko i że trzeba potem wszystko budować od nowa. Jednocześnie mimo tego ukonkretnienia jest w tej prozie dużo poetyckości, interesującej symboliki, świadomego grania wyobraźnią. Intrygujące.

Anna Janyska, Kura i zaklinacz deszczu, Wyd. Muza, Warszawa 2017.

piątek, 16 czerwca 2017

Siła przetrwania (A. Berry, G. DeJesus, współpraca: M. Jordan, K. Sullivan, Nadzieja. 10 lat w ciemności)

Rzadko kiedy tzw. historie prawdziwe, spisywane przez ofiary, okazują się ciekawym tekstem literackim. Zdarza się niejednokrotnie, że niewiele może także zdziałać w tym przypadku ktoś, kto współpracuje z autorami. Straszne przeżycia nie zawsze bowiem przekładają się na umiejętność opowiadania o nich. Na szczęście wspomnienia Amandy Berry i Giny DeJesus, zrelacjonowane przy pomocy znanych dziennikarzy Mary Jordan i Kevina Sullivan, są w kontekście tego typu literatury wartym uwagi wyjątkiem. Książka jest koncepcyjnie przemyślana, a choć zostają oddane emocje porwanych nastoletnich dziewcząt, to jednak nie ma tutaj naiwności ani infantylności. Autorom udaje się pokazać brutalny i przyspieszony kurs dojrzewania, jaki przechodzą ofiary. Nastolatki zostają wyrwane ze swojego środowiska nagle, nie spodziewają się niebezpieczeństwa, a szokiem jest dla nich nie tylko fakt porwania, ale i wielokrotne gwałty, których doświadczają ze strony porywacza. Niezwykle mocno i przerażająco wybrzmiewają fragmenty pamiętnika Amandy, która wielokrotnie informuje, że jest gwałcona kilka razy dziennie. Dramatycznie wybrzmiewa kwestia typowo topograficzna. Analizując zamieszczoną na początku mapkę, szybko dostrzegamy, że opisywane wydarzenia miały miejsce niedaleko od siebie, a porywacz przetrzymywał trzy dziewczyny, potem młode kobiety, właściwie na oczach mieszkańców. Nikt, oczywiście, się tego nie spodziewał, ale fakt, iż wiele razy blisko była policja, blisko byli rodzice porwanych i blisko znajdowali się znajomi, poraża. Wspomnienia Amandy Berry i Giny DeJesus to także świadectwo niesamowitej siły charakteru. U żadnej z trzech dziewcząt – przetrzymywana była też Michelle, która nie zdecydowała się być współautorką książki – nie pojawił się syndrom sztokholmski, wszystkie odczuwały nienawiść do porywacza. Jednocześnie były poddawane manipulacji ze strony mężczyzny, gwałcono je także w obecności pozostałych porwanych, musiały znosić upokorzenia. Niezależnie od tego, jak tragiczny był los dziewcząt, żadna nie spodziewała się, że trzymanie w odosobnieniu potrwa tak długo. Amanda była przetrzymywana przez dziesięć lat, Gina rok krócej. Ich wspomnienia to z jednej strony opowieść o złu, które może się przydarzyć każdemu i które nie pyta o pozwolenie, by zatriumfować w czyimś życiu, z drugiej to historia ogromnej siły charakteru, nadziei i tęsknoty za wolnością, dzięki której porywaczowi, sięgającemu po ciała dziewcząt, nie udaje się pokonać ich psychiki.


Amanda Berry, Gina DeJesus, współpraca: Mary Jordan, Kevin Sullivan, Nadzieja. 10 lat w ciemności. Wspomnienia porwanych dziewczyn z Cleveland, przeł. [brak informacji o autorze przekładu], Wyd. Agora, Warszawa 2017. 

czwartek, 15 czerwca 2017

Gdy jest pomysł, ale szwankuje realizacja (S. Zientek, Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty)

Sylwia Zientek to pisarka, której aktywność w świecie literatury wydaje się bardzo interesująca. Niestety, nie z powodu tego, co autorka pisze i publikuje, bo na uwagę zasługują zastosowane strategie promocyjne służące zasugerowaniu czytelnikom, iż mamy do czynienia z prozą artystyczną. Ten promocyjny zwrot dostrzegalny jest wraz ze zmianą wydawnictwa. Jego pierwszym symptomem była powieść „Kolonia Marusia”, w której autorka wykorzystując wątki autobiograficzne próbowała zmierzyć się z tematem ludobójstwa na Wołyniu. Choć podjęty problem miał sankcjonować ów wspomniany artystyczny zwrot, czytelnik otrzymał książkę, która swoim poziomem językowym i fabularnym stanowi typowy przykład popliteratury. Nie inaczej jest teraz, kiedy autorka zdecydowała się napisać kilkutomową sagę, portretującą losy rodziny warszawskich hotelarzy na przestrzeni około czterystu lat. „Klątwa lutnisty” to pierwsza odsłona cyklu i, niestety, niezbyt udana. Pomysł, by historię rodziny opisać w kontekście miejsca, które dla niej jest ważne i o które toczone są boje, jest ciekawy. Zientek nie udaje się jednak owego potencjału wykorzystać. Nie jej jednej, dodajmy. W polskiej literaturze popularnej podobny pomysł, jeśli chodzi o miejsce, miał Janusz L. Wiśniewski w powieści „Grand”. Podstawowym problemem pierwszej części sagi jest jej objętość. Ktoś powinien zwrócić autorce uwagę w trakcie redakcji, że mnóstwo tu dłużyzn, a koloryt epoki można oddać w inny sposób niż opisując drobiazgowo stroje bohaterów albo miejsca, w które się udają. Dodatkową wadą jest bardzo słaby literacko język. Czyta się tę książkę miejscami tak, jakby autorka otrzymała do napisania wypracowanie szkolne, które jest dla niej dużym wyzwaniem. Mamy więc tekst, który powstawał z mozołem, brzmi nieporadnie, zawiera wiele sztucznych zwrotów i brakuje mu pewnej stylistycznej płynności. Charakterystyki bohaterów wypadają pretensjonalnie. Książka nie broni się również przedstawionym portretem miasta. Autorka odrobiła lekcję z historii, jest jednak raczej odtwórczą uczennicą, niż kimś kreatywnym, kto faktycznie ożywia Warszawę z przeszłości. Opowiadanie losów bohaterów dziejących się w trzech różnych czasach również nie przekonuje. Razi zwłaszcza przewidywalność losów i mimo dużej objętości powieści szkicowe potraktowanie biografii poszczególnych postaci. Najgorzej wypadają fragmenty dotyczące współczesności – w tym wypadku mamy do czynienia już nie tylko z przeciętną literaturą popularną, ale z bardzo słabą literaturą popularną.


Sylwia Zientek, Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

środa, 14 czerwca 2017

Razem i osobno (J. Diaz, Matka i córka)

Problematyka powieści Diaz w pewnym sensie zostaje zasygnalizowana w tytule. Autorkę interesują relacje między matką i córką, jednak więź tę pojmuje w sposób zróżnicowany. Skupia się nie tylko na więzach krwi, ale i na wchodzeniu w role za sprawą konieczności losu, ostateczności, przemiany i ewolucji uczuć. Rzeczywistość, jaką poznajmy, jest światem kobiet. To emocje przedstawicielek różnych pokoleń nadają ton opowieści, ale i komplikują opisywane sytuacje. Choć Diaz pozornie opisuje codzienność, nie unika akcentowania faktu, iż sprawy najważniejsze dzieją się często w ciszy, bywają niezauważone lub przemilczane, stają się dla niektórych wyrzutem sumienia. Mężczyźni są w tej historii, oczywiście, także obecni. Tak naprawdę jednak siłą napędzającą trwanie bohaterek i ich tożsamościowe uwikłanie stają się więzi z kobietami. Jak już wspominałam, mamy do czynienia z dosłownym opisem macierzyństwa. Gloria, która rodzi dwie córki, początkowo odsuwa od siebie szwagierkę, nie chcąc, by siostra męża stała się dla dzieci kimś bliższym od ich matki. Dolores rozumie te wątpliwości, kiedy trzeba wycofuje się, ale jednocześnie jest ciągle na wyciągnięcie ręki, zawsze można na nią liczyć. Kobieta matkuje i żonie brata, i jej dzieciom, z czasem stanie się również opiekunką małej Blanki, półsieroty, której ojciec będzie marzył o związku z kobietą, nieumiejącą uwierzyć w to, że zmiana trybu życia w jej przypadku jest możliwa. Relacja między Glorią a Dolores należy zresztą do najciekawszych w tej powieści. Autorka znakomicie niuansuje to, co łączy i dzieli obie kobiety, opisując nietypową więź trwającą przez wiele lat. Interesująco rozrysowana jest również rola Natalii, córki Glorii, która funkcjonuje w związku z żonatym mężczyzną. Jej rola w rodzinie Mateo jest dość specyficzna. Wszyscy o istnieniu Natalii wiedzą i akceptują pewną stałość z nią związaną. Żona kochanka dopiero, gdy ten będzie umierał, zdecyduje się upomnieć o swoje. Dzieci partnera Natalii tak naprawdę nie sprzyjają matce. Córka Glorii wchodzi więc w skomplikowaną relację rodzinną, w której musi się odnaleźć. Młoda pisarka pokazuje swoją klasę. Umie opisać niełatwe emocje, nadać codzienności rys czegoś szczególnego, odsłonić siłę tkwiącą w milczeniu. Lektura warta uwagi.


Jenn Diaz, Matka i córka, przeł. Andrzej Flisek, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Plan i wspólnota (K. Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa)

Reportaż Kamila Bałuka warto czytać równolegle z książką Karoliny Domagalskiej „Nie przeproszę, że urodziłam”. Nietracenie z oczu tej publikacji, która ukazała się wcześniej, z kilku powodów może być istotne. Po pierwsze, w obu przypadkach mamy do czynienia z książkowymi debiutami reporterskimi. Po drugie, i Bałuka, i Domagalską interesuje kwestia sztucznego zapłodnienia. Po trzecie, oboje opisują dawców spermy, jak i kobiety, które korzystają z ich pomocy, oraz dzieci, które się potem rodzą. O ile jednak Domagalska zachowuje równowagę w pokazywaniu racji i dylematów wszystkich stron, o tyle Bałuk koncentruje się przede wszystkim na osobach, które urodziły się w wyniku inseminacji. Nie znaczy to, oczywiście, że głosy innych, kluczowych dla zaistnienia tej sytuacji aktorów, są pomijane, wręcz przeciwnie – dość dokładnie poznajemy historię lekarza, który podobno chciał pomagać, a wcielał się tak naprawdę w rolę demiurga, w trakcie lektury nieobca staje się nam również biografia i motywacja dawcy. Najważniejszy jest jednak fakt odkrycia dużej grupy dzieci spłodzonych ze spermy tego samego dawcy, medialny skandal wokół sprawy, a także budowanie specyficznej wspólnoty między tymi, którzy – jak się okazuje – są ze sobą spokrewnieni. Domagalska stawia na pokazanie rozwiązań związanych z in vitro i funkcjonowaniem banków spermy. Interesują ją konkretne historie, ale jednocześnie stara się w możliwie pełny sposób sportretować zjawisko. Bałukowi towarzyszy inna perspektywa. Debiutujący reporter koncentruje się na tytułowych dzieciach Louisa. Interesuje go sytuacja nietypowa, szczególna i, nie bójmy się tego słowa, skandaliczna. Choć sam temat nadużyć związanych z problemem, jest niezwykle ciekawy, a książka portretująca rzeczywistość holenderską okazuje się świeża, tematycznie intrygująca, etycznie skomplikowana, to jednak Bałukowi nie udaje się ustrzec błędów typowych dla debiutu. Miejscami reportaż jest przegadany. Widać to zwłaszcza we fragmentach opisujących przypadłość, na którą cierpi dawca, oraz następnie w miejscach, gdy zostaje pokazane jego nietypowe zachowanie. Tak naprawdę mamy tu do czynienia z zupełnie niepotrzebnym powtórzeniem. Pewne dłużyzny pojawiają się również w opisie całej sprawy. W trakcie lektury ma się czasami wrażenie, że autor zbyt wiele wątków chciał poruszyć, co w efekcie skutkuje wspomnianym przegadaniem, i zbyt wiele osób pragnął sportretować, co z kolei wpływa na rozmycie charakterologiczne postaci. Książka zdecydowanie zyskałaby, gdyby była krótsza, bardziej skondensowana. Nie zmienia to jednak faktu, że debiut Bałuka zasługuje na uwagę, a jego dalszej reporterskiej drodze warto się przyglądać.


Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017. 

niedziela, 11 czerwca 2017

Amputacja języka i pamięci (D. Levy, Gorące mleko)

W scenerii pozornie beztroskiej, bo wydawałoby się, że idealnie wakacyjnej, Levy buduje opowieść o pełnym napięcia, niedopowiedzeń i skrywanych sekretów związku matki i córki. Obie kobiety funkcjonują w przedziwnej symbiozie, są właściwie nierozłączne. Można mówić nawet o przejmowaniu pewnych zachowań jednej od drugiej i o dostosowywaniu rytmu ciała córki do prowadzonej pod rękę lub wożonej w wózku chorej matki. To choroba starszej kobiety determinuje codzienność. Czy jednak faktycznie można mówić o chorobie? Czy dziwna przypadłość związana z kłopotami z poruszaniem się ma swoje źródło w ciele, czy może w duszy zranionej i opuszczonej kobiety? Nierozłączne matka i córka są przywiązane do siebie, ale i na siebie skazane. (Nie)obecność innych ludzi w ich życiu prowokuje do podjęcia pewnych prób przerwania owej toksycznej więzi. I córka, i matka muszą się usamodzielnić. Czy ciało starszej kobiety naprawdę niedomaga, czy może dusza bohaterki buntuje się przeciwko temu, co wydarzyło się i co dzieje się w jej prywatności? Czy córka naprawdę nie pamięta przeszłości i nie jest w stanie posługiwać się językiem ojca? Czy może wypiera słowa, które kojarzą się jej ze zdradą i odtrąceniem? Levy nie stawia na łatwe rozwiązania, jednocześnie – co tez jest warte zaakcentowania – nie próbuje nadmiernie komplikować skomplikowanej relacji łączącej bohaterki. Stawia raczej na niedopowiedzenie, umiejętność stopniowego mierzenia się z wyzwaniami i konieczność uniezależnienia, która nie zawsze polega na całkowitym odcięciu się. Równie często bywa tylko, a może aż, próbą renegocjowania tego, co więzi, ale i uwalnia.


Deborah Levy, Gorące mleko, przeł. Tomasz Bieroń, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

sobota, 10 czerwca 2017

Bez odpowiedzi (A. Bojke, Wywiad, którego nie było. Władimir Putin)

Książka Arlety Bojke to efekt deklarowanego, choć pozornego, niespełnienia zawodowego – tak można by przewrotnie powiedzieć. Nie chodzi, oczywiście, o brak sukcesu w pracy w telewizji, ale o deklarowane rozczarowanie z tego powodu, że autorce nie udało się przeprowadzić wywiadu z Władimirem Putinem. To dlatego w tytule znajduje się informacja sugerująca pewną hipotetyczność zaplanowanej w książce sytuacji, z tej też przyczyny to właśnie nazwisko prezydenta Rosji zostaje zaakcentowane jako kluczowy punkt odniesienia. Putin jest zresztą pewnego rodzaju demiurgiem, ciągle obecną w opowieści siłą sprawczą i decyzyjną, kimś, kto wie, choć nie zawsze swoją wiedzę ujawnia. Bojke zaplanowała swoją książkę, opierając się na wspomnianym niespełnieniu. Tytuły rozdziałów to pytania, które chciałaby zadać prezydentowi. Teksty to portrety współczesności. Na plan pierwszy wysuwa się kwestia tego, co działo się na Ukrainie, przejęcie Krymu, a także działania mające miejsce w Syrii. Bojke nie tylko pokazuje, jak wygląda praca korespondentki telewizyjnej (kwestia współpracy w grupie, ciężar używanego sprzętu, zagrożenie wynikające z konieczności włączania oświetlenia, różne, czasami agresywne, reakcje ludzi stojących wokół, wreszcie konieczność ciągłego przekonywania, że ma się prawo do nagrywania), ale również, a może przede wszystkim, stara się odsłaniać różne postawy, zachowania, poglądy. Przykładem może być to, w jaki sposób zostają opowiedziane wydarzenia mające miejsce na Krymie. Bojke oddaje głos zarówno tym, którzy potępiają agresję, jak i tym, którzy reagują entuzjastycznie, trwając w złudzeniu, że zrekonstruowanie realiów bliskich rzeczywistości Związku Radzieckiego przyniesie ratunek w kontekście codzienności. Autorka zaznacza specyficzną sytuację mediów w Rosji. Pokazuje trudności, na jakie natyka się polska ekipa, nie unika przywoływania niełatwej pracy rosyjskich dziennikarzy, zwłaszcza tych, którzy próbują nie ugiąć się przed dyskursem dominującym, akcentuje uprzywilejowanie niektórych dziennikarzy zagranicznych i dość specyficzną sytuację polskich dziennikarzy. Literacko książka ta pozostawia wiele do życzenia, faktograficznie okazuje się głosem relacjonującym ten świat, na temat którego nigdy dość opowieści.


Arleta Bojke, Wywiad, którego nie było. Władimir Putin, Wyd. PWN, Warszawa 2017. 

wtorek, 6 czerwca 2017

Pytania bez odpowiedzi (B. Schlink, Kobieta na schodach)

W „Kobiecie na schodach” czytelnik znajdzie wszystko to, do czego w swojej prozie zdążył przyzwyczaić Schlink. Mamy więc nieoczywistą relację kobiety i trzech mężczyzn. Choć Irene pozornie należy w jakiś sposób do każdego z nich, tak naprawdę wymyka się jednoznacznemu zaklasyfikowaniu. Okazuje się, że i ona, i oni toczą swoją grę. Ostatecznie to Irene będzie rozdawała karty i to do niej należeć będzie wiedza, z którą tylko częściowo podzieli się z mężczyznami. Mamy symbolikę obrazu oraz dosłowność przedstawienia. Mamy także zderzenie przeszłości z teraźniejszością. To, co wydawało się tylko niewygodnym wspomnieniem, nagle ożywa i zaczyna być równie intensywne jak przed laty. Kobieta i mężczyźni spotykają się po długim okresie niewidzenia. Pretekstem do tego nietypowego zjazdu staje się pewien obraz – ten sam, który kiedyś ich poróżnił, a który teraz, przynajmniej na chwilę, ich jednoczy. Mamy również wiele niedopowiedzeń. Nie dowiemy się, co działo się z Irene, kiedy zniknęła na wiele lat. Nie otrzymamy odpowiedzi, kim była wcześniej, zanim spotkał ją narrator. Nie usłyszymy, czy prawdą jest dość nietypowy epizod kontestowania systemu w jej biografii. Schlink pisze refleksyjną opowieść o rozstaniu, do którego można i trzeba się przygotować. „Kobieta na schodach” jest również historią postulowania możliwości zwrotu w każdej biografii – to, czy chcemy zmienić swoje życie, zależy tylko od nas. Jest wreszcie zapisem nieuchronności, ale i oczywistości przemijania, które przeraża, ale i oswaja z niewątpliwą ulotnością tego wszystkiego, co wydaje się trwałe.


Bernhard Schlink, Kobieta na schodach, przeł. Ryszard Wojnakowski, Wyd. Rebis, Poznań 2017. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Zobowiązania pamięci i winy zapomnienia (M. Muskała, Między „Placem Bohaterów” a „Rechnitz”. Austriackie rozliczenia)

Monika Muskała tylko pozornie opowiada o niepokornej odsłonie austriackiego teatru. Tak naprawdę w niezwykle ciekawy i kompetentny sposób rekonstruuje kulturowe uwikłania mierzenia się Austrii z pamięcią i zapomnieniem nazizmu. Nie bez powodu książka nosi właśnie taki tytuł. „Plac Bohaterów” to oczywiście sztuka Thomasa Bernharda, a „Rechnitz” to tekst Elfride Jelinek (zamieszczony zresztą w tej publikacji). Jednak nie tylko o teatr w tym wypadku chodzi i nie tylko o społeczne reakcje na tych, którzy „kalają swoje gniazdo”. Oba tytuły bezpośrednio przywołują dwa ważne dla historii Austrii miejsca – to na Heldenplatz Hitler był witany entuzjastycznie przez Austriaków, to w Rechnitz doszło do masakry dwustu Żydów, których zamordowano w ramach uatrakcyjnienia odbywającego się tam przyjęcia wydanego przez baronostwo Batthyàny. Kluczowym odniesieniem dla obu tytułów i obu miejsc jest więc kwestia mierzenia się z wiedzą i odpowiedzialnością, poniesienie konsekwencji, przyznanie się do winy, przerwanie impasu milczenia, rozpoczęcia procesu odpominania przeszłości. Na podstawie analiz twórczości pisarzy podchodzących krytycznie do tego, w jaki sposób Austria poradziła sobie i radzi z przeszłością, oraz sposobów komentowania ich tekstów, autorka pokazuje, jak aktualny jest problem winy, kary, zadośćuczynienia i świadomości. Jednocześnie odsłania trwałość pewnych niepokojących praktyk, wpisując ich istnienie i odradzania się w doświadczenie historyczne oraz działania związane z zaprzeczaniem. Wypowiedzi artystów nie pozostawiają złudzeń – Austria ma nie tylko problem z przeszłością, ale i z teraźniejszością. Muskała pokazuje, jak między prowokacją, bezpośrednim oskarżeniem i pytaniami, na które dawno trzeba było odpowiedzieć, rodzi się trwały cień niezałatwionego do końca problemu. Fakt, iż kultura staje się w tym kontekście obiektem agresji politycznej i społecznej daje do myślenia. Artyści tacy jak na przykład Thomas Bernhard, Gerhard Roth, Werner Schwab czy Elfriede Jelinek udowadniają, że mieszczański spokój jest pozorny. Kryje się za nim mnóstwo negatywnych emocji, nienawiść, agresja i tłumione resentymenty. Sztuka, która porusza polityków, krytyków i odbiorców tak bardzo, że decydują się wytoczyć przeciwko niej wojnę, niepokoi, ale i staje się gwarantem uczciwości. Daje nadzieję, bo jest ktoś, kto upomina się o pamięć nawet wówczas, gdy dla wszystkich wydaje się ona niewygodna. Muskała znakomicie rekonstruuje owo uwikłanie, w którym tkwi zadowolone z zapomnienia społeczeństwo, występujące przeciwko artystom opowiadającym się po stronie pamięci. Teatr w opowieści Muskały to nie tylko fascynująca historia zaangażowania społecznego, gotowości ryzyka i prowokacji, za którą stoją liczne sensy, to także dowód na to, że sztuka jest i była czymś żywym, koniecznym do obudzenia sumień, niezbędnym do potrząśnięcia obojętnymi na etykę politykami.


Monika Muskała, Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2017. 

niedziela, 4 czerwca 2017

Nie do odratowania (W. Aksionow, Wojna i więzienie. Saga moskiewska, tom 2)

Druga część „Sagi moskiewskiej” jest dużo mroczniejsza od pierwszej. O ile w przypadku „Pokolenia zimy” obserwowaliśmy doskonały świat, który stopniowo niszczony był przez partię, system i swobodne dysponowanie ludzkim losem, o tyle w „Wojnie i więzieniu” piękno jest jedynie niewyraźnym wspomnieniem przeszłości. Choć dawne spokojne czasy wspominane są z czułością, raczej nikt z doświadczonych przez Historię przedstawicieli rodziny Gradowów nie ma złudzeń, że dawną rzeczywistość można odbudować. Nawet więc jeśli bohaterowie próbują ocalić siebie i pamięć, tak naprawdę przegrywają w nierównej potyczce ze złem, które nie liczy się z najbardziej delikatnymi uczuciami. Szczególnie dramatyczna jest historia Nikity i Weroniki. Złamani kilkuletnim więzieniem w łagrze wracają do normalności zmienieni – nigdy już nie poczują tego, co kiedyś, nigdy nie będą ze sobą tak blisko, nigdy nie odkryją w sobie tej namiętności, czułości i pewności, jaka przepełniała ich wówczas, gdy nic nie zapowiadało katastrofy. Równie bolesne są losy kobiety czekającej przez wiele lat na Kiryła. Aksionow nie ukrywa, że perfidia obmyślonych przez Stalina kar polegała nie tylko na nieadekwatnej do przewinienia długości wyroku, ale przede wszystkim na nieprzewidywalności i skutecznym wymazywaniu jakiegokolwiek śladu po uwięzionych. Niewiedza, odmowa przyjmowania paczek, skuteczne przekonywanie, że z łagru nie ma wyjścia, niszczyły nadzieję oraz zmuszały ludzi do wyrzekania się samych siebie w imię pragnienia przetrwania. „Wojna i więzienie” to opowieść, w której tak naprawdę brakuje jasnych stron. Aksionow pokazuje bowiem, jak skomplikowane bywa ocalenie życia i jak odmienne od oczekiwanych bywają powroty. Tytułowe doświadczenia wojny i więzienia niszczą ludzi, skutecznie ich zmieniając i zmuszając do zadawania trudnych pytań o własne człowieczeństwo.


Wasilij Aksionow, Wojna i więzienie. Saga moskiewska, tom 2, przeł. Maria Putrament, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

sobota, 3 czerwca 2017

Świat idealny? (L. Groff, Arkadia)

Powieść Groff koncepcyjnie wydaje się całkiem ciekawa. W trakcie lektury trudno jednak się oprzeć wrażeniu, że jeśli chodzi o realizację jest trochę gorzej, zwłaszcza w tej części, która odnosi się do opuszczenia tytułowej Arkadii i opowiada o mierzeniu się ze zwyczajnym światem. Pisarka próbuje pokazać dwie rzeczywistości, które wzajemnie się przecinają, choć jednocześnie pogodzenie ich wydaje się niemożliwe. Mamy więc świat idealny, komunę, w której wszystko jest wspólne, ludzie nastawieni są na naturę i niechętnie podchodzą do cywilizacji. Odizolowanie ma być receptą na wszystkie lęki, zagrożenia, emocjonalne wyzwania. Tak naprawdę jednak staje się życiem sztucznym, opartym na narzuconych zasadach, dającym przywileje tylko niektórym, a nie wszystkim. Rozbicie wspólnoty rodzi konieczność odnalezienia się w rzeczywistości, od której wcześniej próbowano trzymać się z daleka. W efekcie żaden z opisanych światów nie zostaje do końca oswojony. Lutek wspomina komunę jako czas sielankowego dzieciństwa. Dorosłe życie pozornie upływa mu bez nietypowych potknięć, ma jednak gdzieś w sobie tęsknotę za tym, co kiedyś było jego, lecz zostało mu odebrane. Dojrzewanie okazuje się stopniowym odkrywaniem tego, że nic nie jest dane raz na zawsze oraz że każdy stan ostatecznie podlega renegocjowaniu. Szkoda, że Groff nie zdecydowała się na bardziej tradycyjny opis portretowanej rzeczywistości i relacji bohaterów. Autorka trochę nieudolnie próbuje eksperymentować z językiem, stawiając na zdania krótkie, rwane, mające prawdopodobnie oddawać rytm emocjonalnego myślenia. Opowiedziana przez nią historia ma potencjał, zwłaszcza że nie jest wcale tak abstrakcyjna, jak mogłoby się wydawać. Ludzie tęskniący za światem idealnym i próbujący ów świat stworzyć istnieją, całkiem realne jest również ich zagubienie wtedy, gdy okazuje się, że idealna wspólnota niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, do której ostatecznie zwykle trzeba wrócić, godząc się z jej regułami.


Lauren Groff, Arkadia, przeł. Wiesław Marcysiak, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

czwartek, 1 czerwca 2017

Zniszczenie (J. Mikołajewski, Terremoto)

W „Terremoto”, podobnie jak we wcześniejszym „Wielkim przypływie”, Mikołajewski pozostaje poetą będąc reporterem i jest reporterem nie przestając być poetą. Ta zależność wydaje się kluczowa dla sposobu opisywania świata przez autora. Choć mało tutaj słów, ich siła rażenia jest wyjątkowo mocna. Choć natkniemy się na niezwykle poetyckie opisy, będą one jednocześnie wyjątkowo naturalistyczne, brutalne nawet. Mikołajewski świadomie oscyluje między poetyckim niedopowiedzeniem a reporterską dosłownością dokumentowania. Opisywanie spełnionej Apokalipsy okazuje się bowiem nie tylko wyzwaniem literackim i dziennikarskim, ale przede wszystkim etycznym. Świat, który runął, rzeczywistość, która przestała istnieć, czas, który w przypadku katastrofy nie zna litości i zabiera wszystko w ciągu chwili – oddanie atmosfery obecnej w miejscu dotkniętym trzęsieniem ziemi wiąże się z koniecznością bardzo precyzyjnego używania słów, postulatem ich jednoczesnego nienadużywania, a jednocześnie delikatnością, współodczuwaniem i wsłuchiwaniem się w tych, którzy są ofiarami i chcą o tym mówić. Mikołajewski nie próbuje wchodzić w rolę kogoś, kto próbuje wyjaśniać nieodwracalność dziejących się zjawisk lub akcentować możliwość odbudowania świata na nowo, jest tak samo bezradny jak ci, którzy będąc ofiarami, szukają odpowiedzi. Towarzyszy swojemu przewodnikowi, Luce Cariemu, który narażając wielokrotnie życie, by ratować innych, cały czas świadczy na rzecz przetrwania, celowości istnienia oraz konieczności bycia człowiekiem w sytuacji ekstremalnej. Mamy tu bowiem do czynienia nie tylko z dosłownym trzęsieniem ziemi oraz próbą mierzenia się Włochów z katastrofą. Natkniemy się w książce na co najmniej dwa inne kataklizmy – jeden wiąże się ze ściągnięciem wraku pełnego martwych uchodźców, drugi z coraz większą świadomością tego, że człowieczeństwo wśród ludzi nie jest wcale czymś oczywistym. W pierwszym przypadku zetkniemy się z porażającym opisem wydobywania szczątków ciał po to, by oddać zmarłym ostatnią posługę. W drugim pozostaniemy z pytaniami bez odpowiedzi i z przekonaniem, że przynajmniej część tych kwestii bezpośrednio dotyczy nas samych. Lektura obowiązkowa.


Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.