niedziela, 28 sierpnia 2016

Porwany i osamotniony (Agent Kasper, L. Carletti, Superdolary)

Zbeletryzowana opowieść o losach włoskiego agenta współpracującego za zgodą władz również z innymi wywiadami i będącego w centrum różnego rodzaju ważnych akcji, zwłaszcza dotyczących zwalczania handlu narkotykami, okazuje się wyjątkowo ciekawa. Nie tylko z tego powodu, że biografia agenta Kaspra przypomina materiał na znakomity film sensacyjny z wyraźnym społecznym zacięciem, ale i dlatego, że historia ta jest całkiem udanie pomyślana pod względem literackim. Ta druga cecha nie jest wcale taka oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę różnego rodzaju wspomnienia. Zazwyczaj fakt świadczenia unieważnia literackość, w tym wypadku i opowiadanie o swoich losach, i sposób, w jaki jest to czynione, wzajemnie się uzupełniają, dając ciekawy efekt. Agent Kasper, próbując wydostać się z Kambodży po wcześniejszym otrzymaniu ostrzeżenia, zostaje zatrzymany, porwany i umieszczony w obozie koncentracyjnym, w którym jest jedynym człowiekiem z Zachodu. Władze Włoch, które próbuje zainteresować sprawą matka mężczyzny, jego partnerka życiowa oraz wynajęta prawniczka, umywają ręce. Śledztwo kobiet okazuje się wyjątkowo żmudne i niepewne. Tak naprawdę nie wiedzą one do końca, co mogą zrobić, by pomóc bohaterowi, a co stanie się niedźwiedzią przysługą i tak naprawdę mu zaszkodzi. Na odpowiednie tropy prawniczkę naprowadza jej dawna klientka, kobieta, która przed laty postanowiła zdradzić swój przestępczy świat i opowiedzieć się po stronie prawa. To ona wydaje się najbardziej zorientowana w tym, co dotyczy porwanego, więzionego i torturowanego Włocha. Jak zwykle w takich wypadkach wychodzi na jaw, że agent Kasper nazbyt zbliżył się do prawdy, a pracował nad sprawą dotyczącą drukowania dolarów o wysokich nominałach poza granicami USA. Wielkie pieniądze nie tylko zaprowadziły go do obozu, ale i są podstawą procesu przetrwania. Aby każdy kolejny dzień więzienia przetrwać, trzeba za to płacić. Na szczęście Włoch dysponuje odpowiednimi kwotami. Niezależnie jednak od swoich znajomości, kontaktów i umiejętności skazany jest na samotność i cierpienie. Spędza w niewoli 373 dni. Pobyt w kambodżańskim więzieniu nazywa piekłem. Nie pozostawia wątpliwości, że tradycje, które znalazły tragiczne ujście podczas rewolucji Czerwonych Khmerów, są ciągle żywe. Przemoc, tortury i pogarda dla więźniów to codzienność w obozie, w którym przebywał bohater.


Agent Kasper, Luigi Carletti, Superdolary, przeł. Anna Osmólska-Mętrak, Natalia Mętrak-Ruda, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

sobota, 27 sierpnia 2016

Dorastanie (K.O. Knausgård, Moja walka 4)

Autobiograficzny cykl powieściowy Knausgårda zdaje się mieć tyle samo zwolenników co przeciwników. Ci pierwsi doceniają umiejętność obserwacji siebie, szczerość przekazu, momentami nawet ekshibicjonizm, drobiazgowość i celność zapisu kolejnych etapów biografii, ci drudzy obojętnie wzruszają ramionami, dziwiąc się, że kogoś może interesować czyjeś wyjątkowo rozwlekłe, bo zaplanowane na sześć opasłych tomów, przynudzanie. Nie ukrywam, że należę do tej pierwszej grupy. Knausgårdowi udaje się rzecz ciekawa. Choć koncentruje się na sobie, potrafi również wychwycić problemy typowe dla danego pokolenia lub całego społeczeństwa. Dzięki temu ta faktycznie egocentryczna opowieść zyskuje wymiar uniwersalny. W czwartym tomie jesteśmy świadkami intrygującego zderzenia niedojrzałości z pozorną dorosłością. Etap opisywany przez Norwega to czas tuż przed zdaniem matury i następnie objęcie pracy nauczyciela w szkole na Północy. To, w jaki sposób zachowuje się Knausgård w domu, każe traktować go jako dzieciaka. Jego życie przypomina wieczną zabawę, w trakcie której podstawowym problemem jest dostępność alkoholu i niedostępność dziewcząt. Kiedy młody chłopak wciela się w rolę nauczyciela, nagle musi stanąć po stronie dorosłych. Jest to nie tylko trudne ze względu na małą różnicę wieku między nim a podopiecznymi, ale i z tego powodu, że dyrektor szkoły traktuje go jak trochę starszego ucznia, któremu trzeba się uważnie przyglądać. Chęć bycia odpowiedzialnym walczy w Knausgårdzie z niechęcią do dojrzałości i wynikających z niej zobowiązań. Wątkami, które łączą obie przestrzenie, jest marzenie o byciu pisarzem, a co za tym idzie o staniu się kimś wielkim, oraz całkiem przyziemne pragnienie przespania się z jakąś dziewczyną. Warto w tym miejscu położyć nacisk na określenie „jakąś”, gdyż chłopakowi nie tyle zależy na związku, co na skonsumowaniu relacji, która mogłaby się zawiązać z kimkolwiek. Ponieważ cały czas walczy z przedwczesnym wytryskiem, finalna scena powieści tożsama z osiągnięciem faktycznej dojrzałości jest opisem aktu seksualnego, który dochodzi do skutku. Drobiazgowa wiwisekcja Norwega to także kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących kraju. Na uwagę zasługuje na pewno zaakcentowanie różnic między Południem a Północą. Praca nauczyciela, na którą decyduje się autor, staje się rodzajem misji i społecznego zobowiązania. Dzieci na Północy mają problem z edukacją, bo uczą ich często osoby niewykwalifikowane i szybko uciekające z miejsca, które jest dla nich rodzajem zesłania. W pamięci zostaje również specyficzny stosunek do zwierząt. Kiedy okazuje się, że matka pisarza zmienia miejsce zamieszkania i nie może wziąć ze sobą kota, a młody Knausgård również nie jest w stanie zabrać zwierzęcia, rozwiązaniem nie jest szukanie nowego właściciela, ale uśpienie.


Karl Ove Knausgård, Moja walka 4, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Śmierć i rechot (K. Theweleit, Śmiech morderców. Breivik i inni)

Książka Theweleita stanowi próbę uchwycenia zjawiska, które towarzyszy masowemu zabijaniu, aktom terrorystycznym czy ludobójstwu. Śmiech, na którym koncentruje się autor, staje się nierozłącznym elementem triumfującego zła. Autor w swoim charakterystycznym stylu przywołuje różne sytuacje, znane czytelnikowi dobrze z doniesień medialnych lub własnych poszukiwań lekturowych, aby pokazać powtarzający się schemat upodlenia człowieka przez człowieka. Anders Breivik, przywołany w tytule, pojawia się stosunkowo często. Theweleit nie odwołuje się jednak do czynu Norwega po to, by pokazać jego szczególność. Stara się bowiem udowodnić, że zachowanie hitlerowca cieszącego się z wymordowania Żydów, dżihadysty radującego się z możliwości zamordowania chrześcijan i Breivika, który uważał, że należy wyeliminować ludzi o lewicowych poglądach, należą tak naprawdę do tego samego schematu i są powtórzeniem zachowań opierających się na podobnych zasadach. Badacz używa określenia „wyżycie się”. Okazuje się ono adekwatne w kontekście traktowania mordowania jako dobrej zabawy, dającej radość i pozytywną energię zabójcy. Theweleit pokazuje, że opisywane przez niego zjawisko połączenia śmiechu z nadzwyczajną brutalnością i okrucieństwem nie jest wyjątkiem, ale regułą. Przywołuje np. ludobójstwo w Rwandzie i to, w jaki sposób Hutu zachowywali się w stosunku do Tutsi, przypadki akceptowania tortur i poniżania muzułmanów podejrzanych o terroryzm przez żołnierzy amerykańskiej armii, czy zachowania, jakie miały miejsce podczas wojny w byłej Jugosławii. Theweleit mocno akcentuje powiązanie zła i śmiechu z seksualnością. Podaje przykłady grupowych gwałtów, trudnych do wyobrażenia tortur zadawanych ciałom kobiet, przypadków kopulowania z martwymi ofiarami, wreszcie pogardy dla tego, kto niekoniecznie jest nawet wrogiem, na pewno jednak kimś, kto stoi po przeciwnej stronie barykady. Wynaturzony seks staje się jeszcze jednym elementem towarzyszącym śmiechowi związanemu z przyjemnością pojawiającą się wraz z zadawaniem cierpienia. Diagnoza postawiona przez autora nie ma w sobie nic krzepiącego. Zło powtarza się, odradza wyjątkowo szybko, może narodzić się nagle, a rechot towarzyszący pozornemu wynaturzeniu tak naprawdę jest jedną z odsłon mrocznych stron człowieczeństwa.


Klaus Theweleit, Śmiech morderców. Breivik i inni. Psychogram przyjemności zabijania, przeł. Piotr Stronciwilk, Wyd. PWN, Warszawa 2016.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zatrzymany w kadrze pozorny triumf zła (A. Hochschild, Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku)

Reportaż Hochschilda jest interesujący nie tylko ze względu na poruszany temat (trwałość apartheidu w Republice Południowej Afryki i kultywowanie butnej pamięci o podporządkowaniu miejscowej ludności przez białych), ale również z powodu czasu, który zostaje tutaj uchwycony. Książka ta powstała bowiem tuż przed tym, jak w opisywanym kraju doszło do wielkich zmian w przestrzeni społecznej i politycznej, ale owej pozytywnej rewolucji nikt się nie spodziewał, ewentualnie pojawiała się nadzieja, że dojdzie do niej dopiero za kilkadziesiąt lat. „Lustro o północy” zostaje więc wzbogacone o wyjaśniające powyższe kwestie, napisane później, posłowie oraz znakomity epilog, w którym autor poddaje się entuzjazmowi i nadziei, nie unikając dzielenia się także odczuwanym niepokojem. Ta czasowa dwuznaczność wynikająca z nagłości upadku apartheidu i jednoczesnej beznadziei, w jakiej znajdował się kraj i ludzie tuż przed tym, jak do owej jakościowej zmiany doszło, jest wyjątkowo poruszająca. Pokazuje, jak nieprzewidywalne bywają procesy społeczne i polityczne, jak ważna jest walka, choć wydaje się często mało sensowna, i jak łatwo można utracić to, co z wielkim trudem się uzyskało. Wolność jest procesem rozłożonym w czasie, pracą, sukcesem, który trzeba pielęgnować – takie wnioski można wysnuć po lekturze książki Hochschilda. Reportaż ten staje się jednocześnie interesującym zderzeniem opowieści o historycznym podboju afrykańskiej ziemi przez białych, brutalnych walkach migrujących białych z walecznymi Zulusami, cywilizacji, która pokonuje tradycję, ze współczesnym obliczem nienawiści rasowej, zbrodniami znaczącymi kontakty białych z czarnoskórymi, nierównościami społecznymi i przekonaniem o nienaruszalnej władzy. Autor pokazuje, jak bezcelowa mogła się wydawać walka o równość. Tortury, porwania, uliczne napady, nocne morderstwa, przetrzymywanie w więzieniach bez wyroku, wreszcie powszechna pogarda dla ludzkiego życia nie pozwalają na optymizm w kontekście przyszłości. Znacząca dla niespodziewanego finału wielu lat kultywowania nienawiści jest postać Nelsona Mandeli, jego umiejętność wybaczania i pokojowe podejście także do tych, którzy próbowali zniszczyć mu życie. Bardzo dobre.


Adam Hochschild, Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku, przeł. Hanna Jankowska, Wyd. 2016.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Szachy i polityka (G. Kasparow, Nadchodzi zima)

Książka Kasparowa to interesujące połączenie zaangażowanej analizy polityczno-socjologicznej z manifestem, którego motywem przewodnim jest upominanie się o wierność wartościom demokratycznym. Autor nie ukrywa, że podstawowym grzechem Zachodu jest zaniechanie i brak reakcji. Mocno akcentuje fakt, że konsekwencją takich zachowań jest coraz większe rozrastanie się dyktatur i coraz większa władza dyktatorów. Kasparow w swojej analizie nie przestaje być szachistą. Wspomina swoje osiągnięcia i wie, że dzięki międzynarodowej sławie jego głos w obronie wolności wybrzmiewa dużo mocniej. Jednocześnie chętnie sięga do argumentacji uwzględniającej różne potencjalne rozwiązania oraz to, czy dane wydarzenia można było przewidzieć. Natkniemy się więc na odtworzenie chwil związanych z przejęciem władzy przez Jelcyna i późniejszym przekazaniem jej Putinowi. Kasparow pokazuje, że wtedy, kiedy cała sytuacja miała miejsce, trudno było stwierdzić, jak rozwiną się rządy w Rosji. Akcentuje paradoks błyskawicznego odwrotu od kierunku demokratycznego na rzecz zrekonstruowania starej i dobrze znanej retoryki i praktyki autorytarnej. Autor stara się umieścić swoją wypowiedź o Rosji w szerszym kontekście. Odwołuje się do reakcji Stanów Zjednoczonych, przywołuje wojnę w byłej Jugosławii, analizuje rozpad Związku Radzieckiego i to, co działo się w Czeczenii, przywołuje wydarzenia w teatrze na Dubrowce i w szkole w Biesłanie, przypomina niezwykle ważną rolę odgrywaną przez Annę Politkowską, ustosunkowuje się do biografii znanych oligarchów. Cały czas jest częścią tego świata, ale i obserwatorem z zewnątrz. Troszczy się o Rosję i jednocześnie stara się napiętnować to, co niszczy kraj od środka. Źródłem zagrożenia i niesłusznie bagatelizowanym złem jest w jego mniemaniu Putin. Kasparow próbuje potrząsnąć światem, uświadamiając, że początek katastrofy często bywa niepozorny lub wydaje się na tyle odległy, że sądzimy, iż nas nie dotyczy. Tak naprawdę jednak, zdaniem autora, jest o co się niepokoić i jest z czym walczyć.


Garri Kasparow, współpraca: Mig Greengard, Nadchodzi zima. Dlaczego trzeba powstrzymać Władimira Putina i wrogów wolnego świata, przeł. Michał Romanek, Wyd. Insignis, Kraków 2016.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Ślady przeszłości, zobowiązania pamięci (M. Wolny, Czarne liście)

Książka Mai Wolny jest potwierdzeniem modnej, czasami ciekawie realizowanej, dużo częściej przewidywalnej praktyki „opowiadania” o najnowszej, skomplikowanej historii za pomocą powieści obyczajowej. W tym akurat przypadku mamy do czynienia z przyzwoicie napisaną literaturą środka, która jednak nie wykorzystuje tego potencjału, jaki ewidentnie posiada. Wolny postanawia opowiedzieć o pogromie kieleckim, sięgając z jednej strony do współczesności i ciągle żywych tendencji antysemickich, z drugiej do historii, by zrekonstruować to wszystko, co wówczas się wydarzyło. W obu przypadkach nośnikiem pamięci, odpowiedzialności w stosunku do społeczeństwa, wreszcie symbolem tej dobrej, bo świadomej grupy ludzi, są kobiety. Współczesna bohaterka to Weronika Czerny, młoda i zbuntowana badaczka z miejscowej uczelni wyższej. Zajmuje się analizą stosunków polsko-żydowskich na wsiach podczas II wojny światowej. Już na początku swojej pracy naukowej trafia na rodzinny sekret, który przewartościowuje jej myślenie o własnej tożsamości i dziedziczeniu traumy. Wiedza stanie się pretekstem do zbudowania własnej biografii na nowo. Druga bohaterka, ta historyczna, to fotografka Julia Pirotte, która dostaje zadanie udokumentowania tego, co dzieje się w Kielcach, dla „Żołnierza Polskiego”. Bliskość wydarzeń, przed którymi kobieta nie tak dawno uciekła, staje się doświadczeniem wyjątkowym, bo ukazującym powtarzalność i łatwość odradzania się nienawiści. Pirotte, podobnie jak jej odpowiedniczka z przyszłości, również trafi na trop pewnej tajemnicy. Łącznikiem obu biografii kobiet stanie się pewien dziennik, wcześniej ignorowany, z czasem przeczytany z uwagą. Nietrudno się domyślić, że losy obu bohaterek symbolicznie się połączą. Trudno jednak uznać ów pomysł fabularny za wiarygodny, zbyt dużo w nim stylistyki typowej dla telenoweli. Mai Wolny nie udaje się również stworzyć przekonującego wątku kryminalnego wokół zniknięcia córki Weroniki. Autorce zdarza się popaść w sztuczność i melodramatyczność, kiedy opisuje rodzącą się fascynację miłosną lub kiedy ujawnia powód, dla którego dziecko zniknęło. Proza pisarki ma potencjał, jednak i w „Czarnych liściach”, i we wcześniejszych powieściach wadą okazuje się upodobanie do egzaltacji. Zważywszy iż tym razem Wolny sięga po wyjątkowo poważny temat, ów ton, którego nie potrafi się pozbyć, staje się dużym zgrzytem.


Maja Wolny, Czarne liście, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2016.

sobota, 20 sierpnia 2016

Taki zwyczajny morderca (W. Ciszak, M. Larek, Mężczyzna w białych butach)

„Mężczyzna w białych butach” to kolejny wspólny projekt literacko-faktograficzny Ciszaka i Larka. Podobnie jak w przypadku „Martwych ciał” mamy do czynienia z materią kryminalną i próbą opowiedzenia o nie tak odległych przestępstwach w sposób atrakcyjny, bo trzymający w napięciu. Zastosowano sugestywne chwyty reklamowe. Zaliczyć do nich można tytuł w stylu skandynawskich bestsellerów, slogan umieszczony na okładce: „Dalej niż kryminał, głębiej niż dokument” oraz blurb autorstwa Michała Fajbusiewicza, prowadzącego kultowy niegdyś „Magazyn kryminalny 997”. Zważywszy na przyjętą przez autorów stylistykę odwoływanie się do literatury popularnej wydaje się strategią wątpliwą. Owszem, Ciszak i Larek decydują się zbeletryzowanie treści, jednak trudno byłoby obronić tezę, iż czeka nas lektura fascynującego kryminału. To raczej porządnie przygotowana próba odtworzenia niepokoju towarzyszącego pod koniec XX wieku tym, którzy szukali przestępcy mordującego chłopców. Autorom książki udają się trzy rzeczy, dzięki którym można uznać te publikację za udaną. Po pierwsze, wiarygodnie oddają klimat panujący na blokowiskach, po drugie, równie przekonująco pokazują, że zło zazwyczaj ukrywa się za maską przeciętności i zwyczajności, po trzecie, interesująco portretują zabójcę, który jest przede wszystkim zagubiony, dopiero później przestraszony lub zdystansowany. Dla promocji tego, co faktycznie znajdziemy w książce, lepsze byłoby odwołanie się do literatury faktu. Ciszak i Larek proponują bowiem czytelnikom ciekawy reportaż kryminalny, za to powieść kryminalną całkiem przeciętną.


Waldemar Ciszak, Michał Larek, Mężczyzna w białych butach. Powieść inspirowana prawdziwą historią, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czarna owca (P. Buwalda, Bonita Avenue)

W przypadku powieści „Bonita Avenue” mamy do czynienia z historią sukcesu podszytego pewną tajemnicą, której ujawnienie może spowodować wielką katastrofę. Głównym punktem odniesienia jest Siem Sigerius – wybitny matematyk wykładający na uczelni i sprawujący kierownicze funkcje, niegdyś zdolny i odnoszący sukcesy judoka. Jego rodzina wydaje się idealna – sympatyczna i opiekuńcza żona, dwie córki, jedna z anarchistycznymi zapędami, druga stawiająca na wrodzoną klasę i elegancję. Pozornie nic nie zagraża sielance, którą Sigerius wokół siebie stworzył. Ta jednak nie jest dana na zawsze. Najpierw wychodzi na jaw przeszłość. Dzisiejsza idealna rodzina Siema została zbudowana na zdradzie, a wzajemne relacje między jej członkami są dużo bardziej skomplikowane, niż to wygląda na pierwszy rzut oka. Buwalda pokazuje, jak jedna rysa może zniszczyć cały obraz. Wystarczy, że zostaje zbagatelizowana, zignorowana, że próbuje się udawać, że jej nie ma. W rodzinie Sigeriusa są czarne owce. Jedna częściowo przybywa z zewnątrz, jest jednak na tyle uciążliwa, że determinuje codzienność bohaterów, zmuszając ich do mierzenia się z wyrzutami sumienia, odrazą i chęcią zaprzeczenia rzeczywistości. Czarne owce pojawiają się także wśród najbliższych Siema. Mężczyzna dowiaduje się o swojej córce rzeczy, których nie tylko się nie spodziewał, ale i nie mógł sobie nawet wyobrazić. Również Sigerius ma swoje mroczne sekrety i wcale nie jest tak doskonały, jak postrzegają go ci, którzy go podziwiają. Buwalda proponuje czytelnikom interesujące studium rozpadu rodziny. Więzi, które wydawały się trwałe, tak naprawdę oparte są na dosyć wątłych podstawach, natomiast te relacje, które sprawiały wrażenie martwych, w efekcie okazują się wyjątkowo mocne. Wiedza o prawdziwym obliczu poszczególnych osób nie prowadzi do oczyszczenia, lecz jest źródłem katastrofy...


Peter Buwalda, Bonita Avenue, przeł. Maja Porczyńska-Szarapa, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

wtorek, 16 sierpnia 2016

(Nie)pamięć (M. Braun, Mona. Opowieść o życiu malarki)

Książka Moniki Braun to intrygujące połączenie biografii intymnej, spotkania autorki ze światem, którego już nie ma, fascynującej refleksji o zmaganiach z pamięcią i zapominaniem, wreszcie artystycznego świadectwa i minialbumu malarstwa. Ta wielość form powoduje, że publikację tę czyta się z prawdziwym zainteresowaniem. Warto docenić wrażliwość autorki, umiejętne, bo dyskretne odwoływanie się do przyjaźni z opisywaną artystką, wreszcie konsekwencję w zadawaniu pytań i próbowaniu dotarcia do śladów, których nie tylko nie ma w materialnym wymiarze, ale i czasami zniknęły z pamięci. Książkę Braun możemy więc czytać jako opowieść o skomplikowaniu żydowskiego i polskiego losu. Autorka mocno akcentuje bolesny fakt zniknięcia po II wojny światowej nie tylko społeczności żydowskiej, ale i ciągle żywe tendencje antysemickie oraz niełatwe zmagania z przeszłością tych, którzy ocaleli. Zagłada staje się doświadczeniem znaczącym i definiującym także dla tych, którzy jak rodzice tytułowej Mony o niej nie rozmawiają. Holocaust jest także przymusem wyrzeczenia się przeszłości. Nic po niej nie pozostaje, co Braun znakomicie ujmuje w dramacie tych, którzy przeżyli. Czas miniony jest także czasem tożsamości, która musi ulec przedefiniowaniu. Mona Jankielewicz staje się Mirą Jankielewicz, następnie Mirą Żelechower i za sprawą małżeństwa Mirą Żelechower-Aleksiun. Kolejne wcielenia oddzielają dramat zabicia ojca przez Niemców, doświadczenie repatriacji, akceptację ojczyma i stawanie się artystką. Na uwagę zasługuje wątek relacji między matką a córką. Ta pierwsza zachowa po czasie sprzed wojny tylko jedną trwałą pamiątkę – obraz namalowany przez siebie i przedstawiający widok z okna. Przez wiele lat będzie marzyć o malowaniu i pozostanie przekonana, że doświadczeniem artystycznym nie da się dzielić i nie można go przeżyć za kogoś. Z kolei Mona stanie się znaną malarką, świadomie przeżywającą w swojej sztuce to, co kształtuje jej osobowość, a więc m.in. chrześcijaństwo i judaizm. Braun pozostaje wrażliwa na przedmioty. Pyta o to, co pozostało, szuka, metaforycznie dotyka, nie przestaje drążyć, bo wie, że szalik, jaki został po ojcu Mony, zniszczone i zużyte farby, jakie zabiera ze sobą jej matka, kilka zdjęć to dowody istnienia i materialne ślady pamięci. Otwierają na to, co było i zmuszają do zmierzenia się z echem wydarzeń sprzed lat na nowo. Milczenie wcale nie oznacza przecież zapomnienia. Bywa inną formą krzyku. Monika Braun pisze językiem poetyckim, miejscami bardzo malarskim, znakomicie komponującym się z szeregiem wątpliwości dotyczących własnej biografii, o jakich wspomina bohaterka jej książki. Znakomitym uzupełnieniem fascynującej historii Mony stają się reprodukcje jej prac. Artystka chętnie korzysta z intensywnych barw, dokumentuje ważne momenty własnego życia, nadając im ton uniwersalny, wpisuje człowieka w grupę ludzi tworzących rodzaj łańcucha nurzającego się w chaosie, zabawie, chwili zapomnienia. Szczególnie interesujący wydaje się cykl „Wszystko się łączy”. Co ciekawe, kolejne obrazy artystki korespondują z tym, co opisuje Braun. Człowiek i jego przeżycia, pokazany często jako drobina na tle pustej przestrzeni znaczonej intensywnym kolorem, staje się wyznacznikiem nadziei, ale i częścią czegoś większego, co czasami go przerasta i czemu trzeba się poddać. Książkę Braun można również czytać jako świadectwo życia artystycznego Wrocławia oraz powojennych relacji w społeczności żydowskiej. Religijne poszukiwania Mony opisane zostają z delikatnością i całym swoim skomplikowaniem. Szybko bowiem okazuje się, że spotkanie z Bogiem bywa również mierzeniem się z pamięcią – tą cudzą, tą dziedziczoną i tą dotychczas nieoswojoną.


Monika Braun, Mona. Opowieść o życiu malarki, Wyd. Via Nova, Wrocław 2016.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Codzienność w cieniu dyktatury (A. Tompa, Dom Kata)

Powieść Tompy można czytać równolegle z książką Johanny Bodor „Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem”. W obu przypadkach mamy do czynienia z portretem losów mniejszości węgierskiej w Rumunii w okresie dyktatury Ceauşescu oraz ze znakomitym odtworzeniem atmosfery osaczenia. Ta ostatnia jest szczególnie poruszająca, bo i Tompa, i Bodor pokazują codzienność, w której trzeba było nauczyć się żyć w ciągłym zagrożeniu. Niebezpieczeństwo staje się więc w pewnym sensie czymś oswojonym – co próbuje się ośmieszyć, unieważnić, zdyskredytować po to tylko, by móc doświadczyć normalności. Powieść Tompy jest bardzo interesująca pod względem językowym. Autorka nie tylko stosuje wtręty w oryginale, chcąc pokazać rozdwojenie towarzyszące konieczności mówienia i myślenia po rumuńsku i po węgiersku, ale też niebanalnie zapisuje to, co chce opowiedzieć czytelnikowi. Poszczególne rozdziały są tak naprawdę jednym zdaniem. Ów specyficzny strumień świadomości ciągnie się po kilkanaście stron i stanowi próbę oddania sposobu myślenia, w którym jest i obserwacja, i komentarz wewnętrzny, i monologi, i dialogi prowadzone z innymi ludźmi. Ów pozorny słowotok jest konceptem formalnym bardzo przemyślanym. Znakomicie oddaje rozedrganie towarzyszące ciągłemu odczuwaniu niepokoju, lęk związany z tajemnicami, które rodzą się czasami między najbliższymi, wreszcie konieczność zagadania tego wszystkiego, co może się zdarzyć, a co trzeba zaklinać na wszystkie sposoby po to tylko, by ocalić siebie choćby przez jeszcze jeden dzień. Niewypowiedziana walka o wolność toczy się na poziomie języka. Lekceważące komentarze dotyczące używania języka węgierskiego, likwidowanie klas lub kierunków z językiem węgierskim, wreszcie nagłe znikanie nauczycielek uczących tego języka – to wszystko stanowi dowód, że słowa nigdy nie są niewinne. Życie w strachu nie jest w tym wypadku sensacją. To raczej rodzaj przyzwyczajenia, że o pewnych rzeczach się nie mówi, ale też że czasami trzeba zacząć krzyczeć, by uniknąć czegoś gorszego – nie każdy może wiedzieć o tunelu umożliwiającym ucieczkę, nie każdy może słuchać o więziennych torturach, ale jak najwięcej osób powinno się dowiedzieć o nachodzeniu pracowników i wytworzeniu atmosfery niepewności w miejscu pracy. Do wolności trzeba się przygotować, kiedy więc w końcu i ona przychodzi, ci, którzy żyli w niewoli, czują się niepewnie. Raptem okazuje się, że są bardzo zmęczeni życiem w dyktaturze i zagubieni w nowym wolnym świecie.


Andrea Tompa, Dom Kata, przeł. Anna Butrym, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

sobota, 13 sierpnia 2016

Żmudne powtarzanie zła (M. Omilianowicz, Bestia. Studium zła)

Książka Omilianowicz ukazuje się w cenionej serii „Na f/aktach”. Mamy więc do czynienia z częściowo sfabularyzowanym dokumentem portretującym seryjnego mordercę Leszka Pękalskiego, nazywanego „wampirem z Bytowa”. Reportaż i jego bohater okazują się interesujący z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, mamy do czynienia z wartym uwagi zabiegiem formalnym. Autorka opisuje kolejne zbrodnie, odtwarzając zaskoczenie ofiar, bezwzględność mordercy i, co szczególnie ważne, banalność sytuacji. Tak zrekonstruowane zło wyjątkowo porusza. Oto okazuje się bowiem, że przestępca niczego nie planował, poddawał się tylko sprzyjającym okolicznościom i miał szczęście. To ostatnie towarzyszy mu dość długo, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż miał na swoim koncie blisko siedemdziesiąt ofiar. Po drugie, książka ta znakomicie oddaje atmosferę świata, które nie spodziewa się zła z zewnątrz. Kobiety zostawiają więc dzieci w wózkach pod sklepem, nie boją się pomagać mężczyznom, którzy są w potrzebie, nie czują się nadmiernie zalęknione wracając po zmierzchu z pracy lub przemieszczając się gdzieś w ciągu dnia. W normalność bezpardonowo wkracza brutalność, okrucieństwo, ostateczność. Po trzecie, Omilianowicz udaje się pokazać, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa przypadek. Jeśli chodzi o biografię Pękalskiego, staje się on regułą jego postępowania. Można pokusić się o stwierdzenie, że pierwsza ofiara Pękalskiego była przypadkowa, a kolejne również przypadkowo stanęły na jego drodze. Po czwarte, książka ta stanowi również interesujące studium psychiki człowieka odrzuconego przez społeczeństwo, który znajduje sobie zastępcze źródło przyjemności. Nie potrafi budować normalnych relacji z ludźmi, bo sam nigdy ich nie doświadczył. Jako zwyczajność traktuje więc mordowanie kobiet i zaspokajanie się ich ciałami. Nie chce reakcji, nie szuka intymności, chce tylko, obojętnie z kim, zaspokoić swój popęd seksualny. Ofiary są dla niego odpowiednikiem przedmiotów. Warto przypomnieć, że bohater, zanim zaczął zabijać, chciał kupić sztuczną lalkę, z którą zamierzał uprawiać seks. Do zakupu nie doszło, zaczął więc realizować swoje marzenia w rzeczywistości. Po piąte wreszcie, „Bestia” jest ważnym głosem w dyskusji na temat tego, w jaki sposób należy chronić społeczeństwo przed przestępcami, którzy są odporni na proces resocjalizacji. Omilianowicz nie nadużywa środków obrazowania. Pozostaje ascetyczna w swoim opisie, jest świadoma, że opisywane zbrodnie nie wymagają dodatkowych ozdobników, są bowiem same w sobie wyjątkowo przerażające.


Magda Omilianowicz, Bestia. Studium zła, Wyd. Od Deski do Deski, Warszawa 2016.

piątek, 12 sierpnia 2016

Dwa splątane pnie (S. Andruchowycz, Felix Austria)

Powieść Andruchowycz to malowniczy portret świata, którego już nie ma i który jednocześnie w swoich emocjach i uczuciach potencjalnie ciągle może być żywy. Pisarka z dużym talentem narracyjnym, barwnie, sugestywnie opisuje specyficzny trójkąt. Specyficzny, bo tak naprawdę trudno powiedzieć, czy zbudowany na przymusie tworzenia więzi, czy na konieczności nieprzerywania wieloletniej zależności, czy może bazujący na niedojrzałości wszystkich uczestników tej intrygującej relacji. To, co najsilniejsze i co przypomina miłość i nienawiść w jednym, związane jest z relacją wiążącą Adelę, córkę doktora, i Stefanię, jej służącą. Obie kobiety wychowywały się razem od dzieciństwa i od maleńkości towarzyszą im konkurowanie o względy osoby trzeciej, konieczność potwierdzenia własnej wartości, poczucie, że tylko razem można przetrwać to, co oferuje codzienność. Przyjaźń, a może nawet miłość, zamienia się w toksyczną zależność. Stefania wie, że nigdy nie będzie miała tego, co ma Adela. Podziwia swoją panią i chce zawsze przy niej być. Z kolei Adela zazdrości swojej służącej tego, co ta umie, a czego stojąca wyżej w hierarchii społecznej kobieta nigdy się nie nauczy. Stefa trochę matkuje Adeli, a Adela zachowuje się często jak rozkapryszone dziecko. Kobiety są jak siostry. Jest jeszcze trzecia osoba. Mąż Adeli kontestuje zastany stan rzeczy, szybko jednak się okazuje, że jego wola nie ma większego znaczenia. Mężczyzna musi się pogodzić, że w każdej chwili życia w jego małżeństwie jest ktoś jeszcze, kto nie potrafi się oderwać od jego żony. W miarę poszerzania kręgu osób znajdujących się w bliskim sąsiedztwie bohaterów, relacje dodatkowo się komplikują. Najwięcej krzywdy dla wspomnianej powyżej trójki zrobi miłość – przeczuwana, podejrzewana, dostrzegana, a także zazdrość, której skutki okażą się trudne do opanowania. I Adela, i Stefa, choć były nierozłączne i mogły na siebie zawsze liczyć, tak naprawdę zaczynają odkrywać, że ich więź opiera się na nierówności, wykorzystaniu sytuacji z przeszłości, niespełnionych nadziejach i przekonaniu, że traumatyczne doświadczenie z niemowlęctwa łączy na całe życie. Problem jednak tkwi w tym, że nie da się tak łatwo rozdzielić ludzi, którzy nie umieją funkcjonować bez siebie. Krok ku świadomości może wówczas stać się krokiem ku katastrofie. Bardzo dobre.


Sofija Andruchowycz, Felix Austria, przeł. Katarzyna Kotyńska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Nostalgia antropologa (P.G. Michalik, Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku)

Książka Michalika to próba sportretowania kilku istotnych dla definiowania meksykańskiej kultury i społeczności scen. Jest w nich i malowniczość, i pewna egzotyka, i fascynujące połączenie perspektywy towarzyszącej bytowaniu między wzajemnie się wykluczającymi punktami odniesienia, porządkowanymi – w najprostszym sensie – według racjonalności i niesamowitości. Motywem, który powraca w książce, jest współczesny status antropologa. Michalik z jednej strony dzieli się własnymi refleksjami związanymi z zakorzenianiem się na chwilę lub na dłuższy czas w miejscu prowadzonych badań, z drugiej pokazuje, jak cywilizacja wyeksploatowała i podważyła sens podstawowych relacji opartych na prowadzeniu badań terenowych. Autor pozostaje wierny tej tradycyjnej formie naukowej, jednocześnie dostrzega konieczność zwiększonej czujności wynikającej ze wzrostu świadomości miejscowych co do własnego statusu. Dużym atutem tej publikacji są zdjęcia – pozornie bezpretensjonalne, uwieczniające codzienność, dużo jednak ukazujące, jeśli chodzi o panującą w Meksyku atmosferę. Michalik koncentruje się na konsekwentnym pokazywaniu dwóch światów i tego, co jest pomiędzy nimi. Natkniemy się więc na bardzo ciekawy tekst poświęcony różnym formom kultu Świętej Śmierci. Fotografie obrazujące ową postać – kościotrupa w odpowiednim stroju – wypadają wyjątkowo sugestywnie. Jeśli weźmiemy pod uwagę trwałość i powszechność tego kultu, moc oddziaływania wzajemnych relacji między życiem a śmiercią stanie się bardziej zrozumiała. Towarzyszy ona zresztą całej narcokulturze, o której również Michalik pisze, odsłaniając obecność przemocy w społeczeństwie i pewnego rodzaju akceptację takiego stanu rzeczy. Antropologa interesują też stare wierzenia – jak np. te, które opierają się na przekonaniu, że każdy ma swojego „naguala”. To odpowiednik człowieka wśród zwierząt lub roślin. Trzeba umieć go zidentyfikować i należy się o niego troszczyć. W książce zasygnalizowana zostaje sytuacja rdzennej ludności. Indianie są na takim etapie, który uniemożliwia tożsamościowe zdefiniowanie. Są gdzieś pomiędzy tradycją, a tym, co przychodzi wraz ze współczesnością i co sankcjonuje niszczenie przeszłości. Michalikowi udaje się pokazać tę dwuznaczność jako stan, którym naznaczona jest codzienność rdzennych mieszkańców kraju. Mało mamy reporterskich świadectw o tym rejonie kraju. Michalik ów brak częściowo wypełnia. Nie zaspokaja, oczywiście, całkowicie apetytów, raczej pokazuje, że na kolejne pozycje książkowe o tym rejonie świata zdecydowanie warto czekać.


Piotr Grzegorz Michalik, Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2016.

środa, 10 sierpnia 2016

Wielkość i upadek (S.S. Montefiore, Romanowowie 1613-1918)

Znakomicie napisana, fascynująca i świetnie sportretowana historia dynastii Romanowów! Wszelkie komplementy w kontekście tego akurat dzieła wydają się zasadne i prawdziwe. Montefiore nie tylko wykonał ogrom pracy badawczej, ale przede wszystkim wykazał się prawdziwym talentem literackim. Opisywane przez niego postaci nie są jedynie przywoływanymi dla zobrazowania faktów historycznych nazwiskami, ale bohaterami z krwi i kości, którzy kochają, nienawidzą, zdradzają, kłamią, są pyszni i maja wiele słabości. Autor dla zrekonstruowania losów Romanowów sięgnął nie tylko do publikacji naukowych, ale też do wielu, dotychczas niewykorzystanych materiałów źródłowych, oraz osobistych relacji takich jak pamiętniki, listy, telegramy. Montefiore pokazuje, że polityka i prywatne życie władców idą w parze. Dzięki takiej, nowatorskiej perspektywie odtwarza emocje i niepokoje towarzyszące jego bohaterom. Dowiadujemy się o samotności niektórych, o przeznaczeniu związanym z koniecznością objęcia władzy i dramacie wyrzeczenia się miłości. Odkrywamy pałacowe knowania, kłamstwa i półoficjalny rytm towarzyszący cały czas rodzinie cara. Dostrzegamy dramat żon, które godzą się na towarzystwo kochanek i tolerują romanse męża. Jesteśmy również świadkami wielkich miłości małżeńskich, a także zaistnienia odważnej erotycznie korespondencji kochanków. Autorowi udaje się oddać niepokój związany z wielką polityką, wojnami, grożącymi carowi zamachami. Znakomicie zostaje odtworzony koniec dynastii Romanowów. Mam tu na myśli nie tylko brutalne rozstrzelanie i zakłucie bagnetami całej rodziny, łącznie z dziećmi, ale i atmosferę towarzyszącą wzrostowi wpływów Rasputina i poczuciu, że koniec jest coraz bliżej. Publikacja Montefiore to również okazja do przeczytania historii Romanowów jako dowodu na to, jak zagubieni bywają mężczyźni sprawujący władzę, i jak silne są czasami kobiety, które im towarzyszą. Relacje między carami a ich żonami, kochankami i platonicznymi miłościami są w tym kontekście szczególnie ciekawe. Nie o skandale w tym wypadku chodzi, raczej o „ludzką twarz” władców i tezę potwierdzającą zależność między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Interesujące są także momenty, kiedy dochodzi do zmiany osoby rządzącej. Zazwyczaj nagłe odejścia poprzedników skutkują podświadomym lękiem i niepewnością tych, którzy są następcami. W obu przypadkach władcom towarzyszy stały cień zagrożenia, bo zawsze znajdą się ci, dla których car będzie przeszkodą w drodze do osiągnięcia ich celów. Zderzają się więc nieustannie życie i śmierć oraz różne modele sprawowania rządów. Bardzo dobre.


Simon Sebag Montefiore, Romanowowie 1613-1918, przeł. Tomasz Fiedorek, Władysław Jeżewski, Wyd. Magnum, Warszawa 2016. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

Duch Lasu (M. Wolitzer, Wyjątkowi)

„Wyjątkowi” to kolejna ukazująca się ostatnio na naszym rynku powieść, w której sportretowane zostają typowo amerykańskie realia oraz przyjaźń kilku osób na przestrzeni wielu lat. Powieść można z powodzeniem czytać równolegle do „Małego życia” Hanyi Yanagihary, choć wersja Wolitzer obrazuje zdecydowanie mniej toksyczne relacje i przeżycia. Tytułowi „Wyjątkowi” to grupa przyjaciół, którzy poznają się na artystycznym obozie letnim noszącym nazwę Duch Lasu. Towarzyszy im młodzieńcza wiara w przyszłość, niepewność w kontaktach z płcią przeciwną i przekonanie, że zawsze będą razem. Nie liczą się dzielące ich różnice społeczne ani też różne szanse na realizację swoich marzeń. Wierząc w swój talent, w chwili radości i nieskrępowanej wolności ogłaszają się „wyjątkowymi”. Wolitzer opowiada o losach swoich bohaterów, pokazując, jak dorastają, zdobywają pozycję i robią karierę, godzą się z tym, że ich pragnienia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością i dokonują ostatecznie bardziej racjonalnych wyborów, dzielą ze sobą tajemnice i mają pewne sekrety. Historia portretowanej przyjaźni byłaby nudna i zbyt sielankowa, gdyby nie pewien moment zwrotny, który każe przyjaciołom podzielić się na dwa dość specyficzne obozy – w jednym będzie samotna dziewczyna, w drugiej wszyscy pozostali powątpiewający w jej słowa. To wydarzenie wpłynie na całe dalsze życie bohaterów – będzie źródłem dyskomfortu właściwie na każdym poziomie codzienności. Podważy podstawy miłości i przyjaźni, stanie się powodem powątpiewania w szczerość feministycznych poglądów, okaże się mrocznym cieniem oddzielającym niewinny czas dorastania od skażonej fałszem i przemilczeniem dorosłości. Ważnym punktem odniesienia dla bohaterów stanie się ów wspomniany obóz, na którym się poznali. Świadomość, iż to właśnie tam pojawiły się zalążki późniejszych przyjaźni, fascynacji, miłości, zapowiedzi wielkich sukcesów artystycznych i czekających na niektórych porażek, bywa krzepiąca, ale i przygnębiająca. Okazuje się bowiem, że „wyjątkowi” tak naprawdę są całkiem „zwyczajni”.


Meg Wolitzer, Wyjątkowi, przeł. Wiesław Marcysiak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Jej zasada (R. Cilek, Ja, Olga Hepnarová)

Reportaż Cilka to poruszające studium wyobcowania ze społeczeństwa, narastającej nienawiści do ludzi i zemsty, która zdaniem osoby jej dokonującej, ma racjonalne uzasadnienie. Autor znakomicie buduje napięcie, nie próbuje nadmiernie wzbogacać opisów, stawia na oszczędność przy jednoczesnej, tak ją nazwijmy, nieco szorstkiej poetyckości. Od początku wiemy, że opowiadana historia nie będzie miała dobrego zakończenia. Cilek nie próbuje demonizować Hepnarovej. Rekonstruuje jej dzieciństwo, okres dorastania i ewidentny brak umiejętności dostosowywania się do społeczeństwa. Bardzo ważne dla wiarygodnego opisania tego, co się wydarzyło, okazuje się częste cytowanie głównej zainteresowanej – ofiary nienawiści innych i morderczyni niewinnych ludzi. Szczególnie interesujące jest zderzenie pozornej racjonalności wypowiedzi Hepnarovej, logiki argumentacji, świetnej pamięci, obsesyjnego interpretowania każdego zachowania drugiego człowieka na własną niekorzyść z szaleństwem tego, na co młoda kobieta się zdecydowała, uznając swój czyn za rodzaj zemsty należnej ludziom jako takim. Bohaterka książki widzi siebie jako ofiarę szczególną, tymczasem w tracie lektury wyraźnie widać, iż wiele nieprzyjemnych rzeczy, które jej się przydarzyły, miały charakter albo samospełniającej się przepowiedni, albo stanowiły jedynie negatywną interpretacją czegoś, co nie było wcale znęcaniem się nad bohaterką. Olga Hepnarová jest dziewczyną, a potem kobietą skrajnie wyobcowaną, egocentryczną i socjopatyczną. Jest odpychająca nie tylko dla tych, którzy ją ignorują lub są dla niej niemili, ale i dla tych, którzy ją akceptują. Cilek nie próbuje racjonalnie wyjaśniać zachowania swojej bohaterki ani czynu, na który się decyduje. Hepnarová wsiada bowiem do ciężarówki i świadomie wjeżdża w ludzi stojących na przystanku. Wiele osób rani, kilka zabija. Kiedy zostaje zatrzymana, deklaruje: „Umyślnie wjechałam na chodnik, to moja zemsta na społeczeństwie za to, jak traktowało mnie przez całe moje życie” (s. 10). Cilek prezentuje bohaterkę czytelnikom, zmuszając ich do zastanowienia się nad granicami normalności i szaleństwa oraz zemsty i wybaczenia.


Roman Cilek, Ja, Olga Hepnarová, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław2016.

sobota, 6 sierpnia 2016

Zapiski wietnamskie (A. Meller, Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie)

Książka Mellera to interesujący przewodnik po Wietnamie. Nie w sensie dosłownym, oczywiście. Publikacja ta może posłużyć jako pretekst do uświadomienia sobie bogactwa kulturowego kraju i poszukiwania dodatkowych informacji. Autor nie proponuje czytelnikom reportażu literackiego. To raczej zapiski z podróży lub, precyzyjnie rzecz ujmując, czasu przebywania w Wietnamie na stałe. Nie ma tu wiodących bohaterów, nie ma tu również uporządkowanej rekonstrukcji najnowszych dziejów państwa czy pokazania wpływu, jaki dane wydarzenia z przeszłości, mają na teraźniejszość. Meller unika narracyjnego rozmachu i komplikowania lub problematyzowania opowieści. Stawia raczej na doraźność, chwilowość, aktualność. Widać to również na przykładzie zdjęć zamieszczonych w książce. To typowe fotki z podróży z podpisami zawierającymi informacje dla tych, którzy egzotykę Wietnamu traktują nadzwyczaj dosłownie. W tekście dostrzegalna jest obecność autora i jego żony. Meller dzieli się swoimi wrażeniami, opisuje różne perypetie, chętnie sięga po anegdoty. Co ważne, nie występuje z pozycji znawcy, stawia raczej na perspektywę kogoś, kto na bieżąco poznaje lepiej przestrzeń, która stała się elementem jego codzienności. Fakt ten warto docenić. Jest w książce kilka wątków, które zasługują na poważniejsze potraktowanie, jest też kilka, które są typowo turystycznymi spostrzeżeniami, niewiele wnoszącymi do portretu kraju i ludzi w nim mieszkających. Komu zatem należałoby książkę Mellera polecić? Na pewno nie wielbicielom reportaż. Dużą przyjemność mogą za to mieć z lektury ci, którzy lubią zgrabną mieszankę refleksji odautorskich z charakterystycznymi dla narracji podróżniczej opisami.


Andrzej Meller, Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie, Wyd. Znak, Kraków 2016.

piątek, 5 sierpnia 2016

Normalność zbrodni (G. Schwarz, Żony SS-manów. Kobiety w elitarnych kręgach III Rzeszy)

Książka Schwarz to nie tylko interesujący efekt badań nad rolą pełnioną w nazistowskim państwie przez kobiety, ale także fascynująca opowieść o łatwości przystosowywania się do powtarzalności zbrodni oraz tendencji do nazywania normalnością tego, co tak naprawdę jest wynaturzeniem. Badaczka pokazuje, w jaki sposób państwo wykorzystywało kobiety do wzmocnienia swojego wizerunku. Specjalną ustawą objęta była kwestia zawierania związku małżeńskiego i późniejszej realizacji obowiązków męża i żony. Schwarz odsłania systemowe podejście do prywatności i intymności. Każda sfera życia, także ta erotyczna, poddana była kontroli i konkretnym regułom. Dopiero dostosowanie się do obowiązującego prawa dawało odpowiednie profity i pozwalało być częścią uprzywilejowanej grupy. Autorka przedstawia życie towarzyszek najważniejszych mężczyzn, wprowadzających w czyn idee Hitlera. Udowadnia, że deklarowana często przez kobiety niewiedza tak naprawdę była obojętnością reagowania na los ofiar. Schwarz odsłania przerażającą prawidłowość. Kiedy kobiety dowiadywały się, na czym polega praca mężczyzn w obozach koncentracyjnych, przechodziły nad tym do porządku dziennego, nieszczególnie rozważając kwestie związane z własnym moralnym współudziałem w zbrodni. Szczególnie interesująca i poruszająca jednocześnie jest retoryka partnerek nazistów, polegająca na udawaniu, że nic szczególnego tak naprawdę się nie dzieje, a służenie państwu jest najważniejszym zobowiązaniem życiowym. Niemiecka badaczka akcentuje, że przyjrzenie się roli kobiet w budowaniu nazistowskiego sukcesu jest zadaniem wymagającym dalszych prac. Problem ten dotychczas chętnie odsuwano na bok, koncentrując się przede wszystkim na osobach funkcyjnych (np. strażniczki obozowe). Równie dużą odpowiedzialność, zdaniem Schwarz, ponoszą jednak te kobiety, którym pozornie tylko przydarzyła się miłość do zbrodniarzy. Tak naprawdę jednak uczucie to naznaczone było koniecznością poddania się nienawiści, a proces ten wymaga dokładnego opisania.


Gudrun Schwarz, Żony SS-manów. Kobiety w elitarnych kręgach II Rzeszy, przeł. Bartosz Nowacki, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

środa, 3 sierpnia 2016

Kariera (M. Glenny, Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio)

Reportaż Glenny’ego to z jednej strony intrygująca opowieść o dochodzeniu do władzy najwyższej i o sprawowaniu rządów będących na bakier z prawem, z drugiej natomiast to historia biedy i ostateczności wpisanej w niepewność znaczącą każdy kolejny dzień. Brazylia staje się miejscem rodzenia się dość specyficznej legendy, która towarzyszy Nemowi, głównemu bohaterowi książki. Oto okazuje się, że ten, kto ma swoich własnych żołnierzy, kto kontroluje liczne nielegalne procedery, kto jest nie do namierzenia, choć panuje nad wszystkim, nie jest tylko czarnym charakterem. Jego rządom towarzyszy pewien kodeks moralny, który jeśli jest przestrzegany, gwarantuje bezpieczeństwo. Glenny ani nie gloryfikuje swojego bohatera, ani go nie wybiela, ani nie próbuje jednoznacznie oceniać obu stron konfliktu. Skorumpowanie legalnych władz i służb stojących na straży prawa jest w kontekście tego regionu świata czymś oczywistym, wielka bieda i wielkie bogactwo, kultura maczyzmu, przyzwyczajenie do rządów przestępców i dostosowywanie się do ich oczekiwań – to wszystko buduje napięcie, ale i świetnie odzwierciedla panujące w opisywanej rzeczywistości stosunki. Glenny pokazuje, jak względna bywa sprawiedliwość i jak odmiennie bywa to pojęcie definiowane. Sprawiedliwe może być to, co prawo łamie, to, co wykorzystuje luki w nim istniejące, i to, co jest zgodne z prawem. Wszystko zależy od tego, kto może i chce dane rozpoznania etyczne definiować. Podobna względność dotyczy normalności i bezpieczeństwa. Reporter znakomicie rekonstruuje momenty, które świadczą o nieoczywistości jego bohatera – wejście w świat przestępczy, ustalanie własnych reguł, zabawne sceny konfliktów z kobietami i kobiet, które kłócą się o mężczyznę, retorykę wspieraną siłą i bronią, wreszcie nie tak łatwe próby dogadania się z policją.


Misha Glenny, Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio, przeł. Rafał Lisowski, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Dom (J. Cabré, Cień eunucha)

Powieść Cabré zasługuje na uwagę chociażby ze względów kompozycyjnych. Tłumaczka książki w bardzo interesującym wprowadzeniu objaśnia czytelnikom szczegóły zamysłu autora i opisuje, w jaki sposób forma powieści łączy się z muzyką. Że tak właśnie jest, zauważamy od razu, gdy zerkniemy do spisu treści, jednak fachowe oprowadzenie Sawickiej po koncepcji jest wstępem potrzebnym, którego nie wolno pominąć. „Cień eunucha” to powieść intrygująca także z innego powodu. Autor postanawia umieścić swojego głównego bohatera w specyficznej i niełatwej ze względów emocjonalnych sytuacji. Miquel razem z młodszą kobietą, Júlią, udaje się na kolację. Mają wspominać jego przyjaciela, który niedawno zmarł, bo towarzyszka mężczyzny, która jest dziennikarką, chce napisać o nim artykuł. Szybko okazuje się, że to nie będzie łatwy wieczór. Miejsce, w którym znajduje się modna restauracja, jest Miquelowi dobrze znane. Kiedyś mieścił się tutaj jego dom rodzinny. Nic więc dziwnego, że szybko pojawiają się duchy przeszłości – ludzie, których już nie ma, przedmioty, które dawno zniknęły, obrazy, które przestały wisieć na swoim miejscu, emocje, które wydawały się martwe, a jednak ciągle żyją, wreszcie tajemnica. Spowiedź, opowieść, gawęda, jaką snuje mężczyzna, zamienia się w próbę zmierzenia się z własną biografią oraz ograniczeniami pamięci. Niemożność ocenienia w teraźniejszości wagi wszystkich chwil skutkuje ułomnością wspomnień. Gdzieś w tle mamy konsekwencje, jakie zwykli ludzie ponosili w wyniku wojny domowej w Hiszpanii, trudne decyzje związane z majątkiem, wielką miłość i wielką nienawiść oraz obyczajowe tabu, które w nie swoim czasie nie mogło zostać złamane. Cabré proponuje tym razem historię trochę nostalgiczną, trochę melancholijną, a jednak równie poruszającą, jak te, które mieliśmy okazję w jego wykonaniu poznać wcześniej.


Jaume Cabré, Cień eunucha, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2016.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Obsesje (J. Franco, Dzika bestia)

Znakomita powieść Franco stanowi intrygujące studium szaleństwa, zderzania nieprzystających do siebie światów, wreszcie nieuniknionej katastrofy, która czyha na rodzinę, choć ta jeszcze nie wie, że stanie się jej ofiarą. Franco interesuje to, co rodzi się z wymieszania rzeczywistości, które nie mogą funkcjonować jako jedność. Mamy więc tutaj chociażby zetknięcie niemieckości (w domyśle europejskości) Dity i kolumbijskości Don Diego. Mamy małżeństwo, które pozostaje związkiem dwojga ludzi z woli wyemancypowanej kobiety, nie zaś sakramentem lub przypieczętowaną urzędowo umową. Mamy szalony pomysł wybudowania zamku, który ma być ostoją bezpieczeństwa, a staje się źródłem szaleństwa. Mamy córkę Dity i Don Diego, Izoldę, która od momentu bycia świadkiem pewnego traumatycznego wydarzenia, coraz bardziej ucieka od świata realnego w świat, którego częścią jest przyroda i jej sekrety. Wielkim tematem tej powieści obok szaleństwa jest miłość. Uczucie również zostaje opisane jako rodzaj obsesji. Ma ją Don Diego, który pozostaje w zachwycie nad Ditą. Ma ją Dita, która otwiera się na namiętność w sposób bezpruderyjny. Ma ją Małpa, który w specyficznej spowiedzi zwierza się porwanemu Don Diego z niemożności otrząśnięcia się z fascynacji jego córką. Franco umiejętnie zderza baśniowość świata małej, później dorastającej Izoldy z realizmem tego, co staje się doświadczeniem jej ojca. Trzecim tematem, który organizuje fabułę powieści, jest motyw bezmyślnego i tylko pozornie przemyślanego zła. Porwany przez Małpę i jego kompanów Don Diego tak naprawdę nie staje się częścią misternie przygotowanego planu, lecz stopniowo zaczyna pochłaniać go chaos. Bardzo dobre.


Jorge Franco, Dzika bestia, przeł. Andrzej Flisek, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Archeolożka i złodziejka (M. Guzowska, Chciwość)

Najnowsza powieść Marty Guzowskiej rozpoczyna jej nową kryminalną serię z archeolożką-złodziejką w roli głównej. Simona, tak ma na imię bohaterka, uchodzi za ekspertkę w swoim zawodzie, ale jednocześnie w zupełnie innym środowisku, dużo mniej jawnym, podziwiana jest jako osoba, która potrafi ukraść rzeczy pozornie zabezpieczone przed wszelkimi zakusami podejrzanych pasjonatów. Takim skarbem, który ma zdobyć archeolożka, jest diadem Heleny Trojańskiej. Czy w Muzeum Puszkina faktycznie znajduje się jego oryginał? Czy da się rozpoznać świetną podróbkę? Czy słynny Heinrich Schliemann odkrył coś więcej, niż to, co ujawnił? Czy warto odpowiadać na pytania, których wcześniejsi odkrywcy sobie nie zadawali? Simona, co nie będzie żadnym zaskoczeniem, wpadnie na trop tajemnicy i znajdzie się w centrum niebezpiecznych wydarzeń. Dyskusyjne jest jednak, czy faktycznie, jak tego chciałby wydawca, w przypadku „Chciwości” mamy do czynienia z „trzymającym w napięciu thrillerem archeologicznym”. Pomysł na to, by postacią powracającą w kolejnych częściach serii była złodziejka, której kibicujemy, jest niewątpliwie ciekawy. Guzowska próbuje tym samym stworzyć postać antybohaterki. Simona ma w sobie potencjał, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę dwie wykonywane przez nią profesje. W trakcie lektury trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pisarka wymyślając tę postać, pozwoliła pracować swojej wyobraźni dość asekuracyjnie. Simonie dużo brakuje do tego, by uznać ją za współczesnego odpowiednika Arsena Lupina w spódnicy. Oprócz wielu sytuacji odsłaniających jej funkcjonowanie w sferze obyczajowej oraz kilku sugerujących wiedzę, właściwie nie wiadomo, dlaczego ci, co są na bakier z prawem, tak bardzo ją cenią. Guzowskiej, choć zmusza swoją bohaterkę do trzymania w dłoniach owego mitycznego diademu, nie udaje się przekonująco pokazać złodziejskiego mistrzostwa bohaterki. Pod tym, kluczowym jednak, względem postać ta jest charakterologicznie niedopracowana. Powieść nie zachwyca również pod względem językowym. Podejrzewam, że historia opowiadana przez Guzowską znacznie by zyskała, gdyby autorka zrezygnowała z narracji pierwszoosobowej. Sposób portretowania rzeczywistości, świadomie zapewne uproszczony, ma w sobie coś sztucznego i nieporadnego. Nie lepiej jest, niestety, z dialogami. Momentami, gdy Simona próbuje być złośliwa, coś w nich iskrzy, ale zazwyczaj pozostawiają dużo do życzenia. „Chciwość” można zatem uznać za powieść z niewykorzystanym potencjałem. Zważywszy jednak na wspomnianą bohaterkę, być może kolejna część serii będzie lepsza.


Marta Guzowska, Chciwość, Wyd. Burda, Warszawa 2016.

sobota, 16 lipca 2016

Po wojnie (Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu)

„Dziennik księdza Franza Pawlara” to ciekawe i warte uwagi świadectwo czasów. Literacko nie jest może szczególnie udane, za to faktograficznie już tak. Pawlarowi udaje się oddać atmosferę tego momentu, kiedy bliskie jest wejście Rosjan, a niemiecka władza zaczyna się chwiać. Kapłana nie interesuje jednak polityka. Skupia się na obserwowaniu ludzi, odnotowuje ich zachowania, martwi się tym, że w sytuacji granicznej jego wierni zapominają o jakichkolwiek hamulcach moralnych. Z troską i zaangażowaniem opowiada o świecie, który się zmienia i, choć niegdyś bliski, teraz zaczyna być obcy. Ksiądz Pawlar zauważa nie tylko panujący wśród ludzi strach przed Rosjanami, ale również łatwość, z jaką przychodzi im rezygnacja z zasad obowiązujących na co dzień i dotychczas przestrzeganych. Na szczególną uwagę zasługuje to, co dzieje się z pałacem w Pławniowicach. Autor wspomnień staje się w pewnym sensie strażnikiem posiadłości. Kiedy hrabia opuszcza majątek, daj mu klucze do wszystkich pomieszczeń. Pozornie nie chodzi o wyjazd na zawsze, kapłan wie jednak, że tego typu gesty nie są przypadkowe. Pawlar próbuje pilnować pałacu, szybko jednak się okazuje, że utrzymanie ładu i porządku to tylko złudzenie. Ksiądz jest świadkiem plądrowania komnat, rozkradania mebli i cennych rzeczy. Szczególnie uderzające jest to, że wśród osób, które w stanie przypominającym szał, włamują się do majątku, są również dzieci. Im też udziela się ta specyficzna swoboda moralna i zawieszenie wcześniej cenionych wartości. Symptomatyczne jest, że kapłan próbuje przemawiać do rozsądku szabrujących mieszkańców, ale nikt go nie słucha. Mocno wybrzmiewa jeszcze jedna scena związana z okradaniem pałacu, a mianowicie włamanie się do spiżarni, w której przechowywano wina. Pawlar porównuje dziejące się tam sceny do dantejskich. Opowieść księdza, choć jest świadectwem jednostki, tak naprawdę znakomicie pokazuje, co miało miejsce w czasie, kiedy wojna się kończyła, a normalność jeszcze nie nastała. Samotność kapłana w świecie, w którym zasady przestały obowiązywać, okazuje się wyjątkowo przejmująca. Pawlar pokazuje także, jak ważne było używanie odpowiedniego języka. W opisywanym przez niego okresie można było zginąć, kiedy zostało się uznanym za Niemca, tak więc mówienie po polsku w przypadku Ślązaków okazywało się bardzo istotne. We wspomnieniach księdza nie ma wielkich wydarzeń, jest za to codzienność, która odsłania wielkość i małość zwykłych ludzi.


Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu, przekład i komentarz: Leszek Jodliński, Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej, Kotórz Mały 2015.

czwartek, 14 lipca 2016

Bez możliwości wyboru (R. Rothmann, Umrzeć na wiosnę)

Rothmann proponuje czytelnikowi powieść, w której pod względem rozwoju akcji niewiele się dzieje, a o kluczowych kwestiach dowiadujemy się z informacji od wydawnictwa umieszczonej na czwartej stronie okładki. „Umrzeć na wiosnę” ma bowiem, tak można by powiedzieć, pełnić inną rolę. Nie chodzi o towarzyszenie bohaterom w ich wojennych przeżyciach, ale o zderzenie się z sytuacją bez wyjścia. Etyczne uwikłanie w zbrodnię naznacza na całe życie. Jedno wydarzenie, tak sugeruje Rothmann, powoduje, że człowiek zmienia się na zawsze. Trudno nie zgodzić się z tą tezą, zwłaszcza że ów dramatyczny moment braku wyboru wiąże się z udziałem w II wojnie światowej i koniecznością bycia częścią plutonu egzekucyjnego, którego zadaniem jest rozstrzelanie przyjaciela głównego bohatera, uznanego za dezertera. Rothmann znakomicie, bo bez wielkich słów i wielkich zdarzeń, pokazuje bezsens wojny. Wspomniani dwaj przyjaciele to nastolatkowie u progu dorosłości. Kształcą się na dojarzy, przeżywają pierwsze fascynacje miłosne i erotyczne. Ich codzienność, choć w cieniu wojny, wydaje się całkiem beztroska. Zmienia się to pewnego dnia, kiedy nieszczęśliwym zrządzeniem losu zostają właściwie zmuszeni do wstąpienia do Waffen SS. Nie chcą walczyć, nie interesuje ich zwycięstwo ani zabijanie, nie ekscytują się trwającą wojną. Tym gorzej dla nich. Z sielankowej skądinąd rzeczywistości zostają wrzuceni w świat brutalności, sadyzmu, upodobania do śmierci i do upokarzania drugiego człowieka. Ma to potrwać tylko pewien czas, mają potem wrócić do swoich dziewcząt i do zawodu, ale wszystko, jak to z przypadkami bywa, rozegra się zupełnie inaczej. Przyjaciele staną naprzeciwko siebie w rolach, których nie przewidzieli. Jeden będzie w grupie odbierającej życie, drugi samotnie czekać będzie na śmierć. Powieść Rothmanna to ostrzeżenie przed wojną, tekst głęboko pacyfistyczny, udowadniający, że z działań wojennych nie da się wyjść bez szwanku, a moralny kac, w mniejszym lub większym wymiarze, towarzyszy każdemu, choć trochę wrażliwemu, człowiekowi. Warto pamiętać, że pisarz nie poprzestaje na sportretowaniu owych dwóch nieszczęśliwych, młodych mężczyzn. Gdyby tak było, moglibyśmy przypuszczać, że próbuje wybielić niechlubny fragment niemieckiej historii. Obok osób wcielonych do Waffen SS pod przymusem są też i ci, którzy z przyjemnością decydują o czyimś życiu i śmierci, z perfidną radością podpisują wyroki i nie mają problemów z tym, że dane sytuacje nie zawsze są, jak chcieliby, etycznie jednoznaczne.


Ralf Rothmann, Umrzeć na wiosnę, przeł. Aldona Zaniewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

środa, 13 lipca 2016

Próba odnalezienia siebie (M. Kijańska, Jutro właśnie nadeszło)

Kobieta na życiowym zakręcie, kobieta zawiedziona i porzucona, kobieta poszukująca i wątpiąca, kobieta wściekła z wielu powodów i bez powodu – wszystkie te określenia pasują do głównej bohaterki, choć nie wyczerpują jej charakterystyki. Datą graniczną dla Natalii są dwa wydarzenia – śmierć matki-alkoholiczki w wypadku samochodowym i własne czterdzieste urodziny. Informacja o odejściu matki pozwala na uruchomienie pewnego rodzaju wiwisekcji, tak nazwijmy ów proces, rodzinnej. Natalia bezlitośnie rozprawia się z podwójnym obliczem ojca, który raz był dla niej kimś, kto nie zawodzi, a innym razem kimś, kto zrobi wszystko, by ją publicznie ośmieszyć. Mierzy się z upadkiem matki – podporządkowanej ojcu, żyjącej w złudzeniu, że jest kimś lepszym, lecz szybko dostosowującej się do wiejskich norm i obyczajów, ostatecznie rezygnującej ze swoich zasad. Dokonuje analizy swoich związków i ich konsekwencji – romansów przypadkowych, rozgrywanych z pewnego rodzaju premedytacją, dziejących się równocześnie, niechcianych ciąż i aborcji, ale też narodzin córki. Bohaterka ewidentnie ma problemy z zdefiniowaniem własnej tożsamości. Nie wie tak naprawdę, czy bardziej chciałaby być kimś niezależnym, czy może odpowiadałyby jej rola kogoś, kto jest podziwiany i kochany za to tylko, że jest. Natalia nie próbuje siebie wybielać. Poznajemy kobietę, która dość swobodnie poczyna sobie z mężczyznami. Nie było dla niej problemem przed laty romansowanie w tym samym czasie z kilkoma partnerami, nie ma wyrzutów sumienia w związku z tym, że uprawia seks z żonatym ojcem koleżanki własnej córki. Dziecko jest początkowo dla niej tylko ciężarem. Nie potrafi poradzić sobie z nagłą samotnością, kiedy opuszcza ją mąż. Dowiadujemy się o jej erotycznych wtajemniczeniach z młodości. Dość powiedzieć, że miały one niekonwencjonalny charakter. Kijańska pisze spowiedź kobiety zirytowanej faktem śmierci matki. Choć relacje między kobietami trudno nazwać bliskimi, jej odejście nadaje ton ostateczności temu, co je łączyło. Odtąd Natalia nie może być już dzieckiem. Fakt ten wyjątkowo ją przeraża. Graniczna czterdziestka łączy się więc z dosłownym przecięciem pępowiny. Bohaterka, czy tego chce, czy nie, musi dorosnąć. Kijańska proponuje powieść o dojrzewaniu do dorosłości w wieku, kiedy dorosłym już się jest; o niemożności znalezienia najważniejszej, bo prowadzącej do zrozumienia siebie, drogi; o niszczeniu wszystkiego, trochę na oślep i chaotycznie, po to tylko, by nie pokazać, że tak naprawdę wzywa się pomocy. To interesujący przykład literatury środka, z pomysłem, ideą. Może tylko trochę przydługi, autorce zdecydowanie przydałaby się większa dyscyplina słowna.


Marta Kijańska, Jutro właśnie nadeszło, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

wtorek, 12 lipca 2016

Koniec świata jest już (K. Boni, Ganbare! Warsztaty umierania)

Katarzyna Boni przygląda się Japończykom, którzy podnoszą się po trzech doświadczonych końcach świata. Są to tsunami, trzęsienie ziemi i awaria w elektrowni atomowej Fukushima, które wydarzyły się w 2011 roku. Reporterka proponuje reportaż mocny w swojej wymowie, katastroficzny, by nie powiedzieć apokaliptyczny, a jednocześnie poetycki i paradoksalnie krzepiący. Choć skutki kataklizmów są odczuwane do dzisiaj, Japończycy próbują żyć dalej i mimo wszystko. Nie zapominają o śmierci, jest ona częścią ich biografii, ale zmuszeni są akceptować tymczasowość i ostateczność. Czytelnikowi z pewnością zapadną w pamięć obrazy osób poszukujących bliskich po tsunami, ludzi opuszczających swoje domy i zwierzęta, bo tam, gdzie żyli, jest zbyt duże skażenie promieniotwórcze, czy mieszkańców osiedli kontenerów, które miały istnieć krótko, a stają się coraz bardziej długotrwałym rozwiązaniem. Boni portretuje świat, który doświadczył własnego końca, a jednocześnie, mając świadomość hipotetycznego kolejnego zagrożenia, musi odbudować swoje podstawy i uwierzyć w przyszłość. Ci, którzy stracili wszystko, starają się odnaleźć w rzeczywistości, która okazuje się obca. Nie ma w niej żadnych znajomych punktów odniesienia. Cała topografia została unieważniona. Również mapa znaczona emocjami jest nieaktualna, bo bliscy albo umarli, albo nie zostali odnalezieni, co właściwie równa się temu samemu. Reporterka przysłuchuje się głosom tych, którzy wiedzą, że czeka ich samotne budowanie codzienności. Największe zainteresowanie innych jest zawsze tuż po katastrofie, a od niej minęło przecież trochę czasu. Trzeba więc próbować żyć w cieniu istniejącego nadal zagrożenia, bo to, co się wydarzyło, może się powtórzyć. Ostrzeżeniem są zniszczone miasta, drogi, zmyte z powierzchni ziemi domy, opuszczone wsie pełne głodnych zwierząt w strefie największego napromieniowania. Boni pokazuje, że rzeczywistość po Apokalipsie istnieje, tyle że trzeba w niej dalej funkcjonować.


Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Rodzina jako źródło cierpień (M. Okrent, Welon Weroniki)

„Welon Weroniki” to powieść, która znakomicie oddaje różnicę między popularną literaturą kobiecą a pisaniem o kobietach, tyle że z wyższej półki. Mickey Okrent nie rezygnuje z opisywania emocji, uczuć, namiętności, nie proponuje jednak na szczęście czytelnikowi banalnej historyjki. Już to można uznać za duży atut tej prozy. Drugą niewątpliwą zaletą jest umiejętność portretowania rozedrgania bohaterek oraz niejednoznacznego definiowania bagażu niesionego przez całe życie, a otrzymanego w wyniku takich a nie innych uwikłań rodzinnych. Autorka równoważy trzy ważne wątki. Pierwszy to po prostu miłość. Ta może się współcześnie wydarzyć w całkiem innych przestrzeniach niż dawniej, bo jej narodziny w interesującym nas przypadku mają miejsce w świecie wirtualnym. Joan i Justyna korespondują w sieci, opowiadają o swoich rodzinach, o problemach, stopniowo zaczynają odkrywać, że zaczynają do siebie czuć coś więcej. Sytuacja miłosnego zauroczenia mogłaby być banalna, ale Okrent udaje się wybrnąć z pułapek, w które wpada wiele innych autorek. Różnice kulturowe (konieczność podróżowania między Stanami Zjednoczonymi a Polską), zobowiązania rodzinne jednej z kobiet, niskie poczucie wartości obu bohaterek, chęć walki o szczęście i wolność – to wszystko powoduje, że mamy do czynienia z frapującym opisem miłości lesbijskiej, ale i przyjaźni. Powiedziałabym nawet, że w swoim niuansowaniu Okrent bliska jest kultowej książce z tej problematyki, a mianowicie „Bo to jest w miłości najstraszniejsze” Nicole Müller. Drugi ważny wątek to dojrzewanie. Bohaterki muszą dorosnąć do tego, by uświadomić sobie, że zasługują na szczęście i są jego warte. Ta pozornie tylko oczywista perspektywa zostaje w tym wypadku pokazana jako niełatwy proces porządkowania swojego życia i relacji z ludźmi, którzy w nim istnieją. Trzeci istotny wątek wiąże się z rodziną. To właśnie familia w obu przypadkach jest źródłem cierpień bohaterek. Powtarzają się brak sojuszu między matką a córką, skomplikowane pozycje zajmowane przez mężczyzn: ojców, dziadków, przyjaciół rodziny, a także dojmujące poczucie nieistotności przejawiające się jako konsekwencja braku poparcia ze strony najbliższych w sytuacjach dla kobiet, wówczas dziewczynek, ważnych. Okrent udaje się pokazać proces zniszczenia psychiki, do którego dochodzi w rodzinie. Słabość, z jaką w dorosłym życiu zmagają się bohaterki, ma źródło w tym, co przydarzyło im się w dzieciństwie. Intrygujące.


Mickey Okrent, Welon Weroniki, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

sobota, 9 lipca 2016

Bez przyszłości (M. Magini, Jakby nie było nikogo)

Powieść Maginiego koncentruje się na zachowaniu człowieka w sytuacji granicznej. W trakcie wojny w byłej Jugosławii dochodzi do wydarzeń, które naznaczają życie bohaterów na zawsze. Okazuje się bowiem, że są sytuacje, których z perspektywy człowieka żyjącego w czasach pokoju nie da się zrozumieć, oraz że bywają zachowania, od których nie da się odciąć, choć tak naprawdę nie chciałoby się pewnych rzeczy robić. Kwestia możliwości wyboru ulega zawieszeniu. Choć funkcjonujemy w złudzeniu, że zawsze możemy sami podjąć decyzję, wojna, co pokazuje Magini, generuje takie momenty, w których nic od nas nie zależy. Przestajemy być sobą, robimy to, czego się brzydzimy, poddajemy się sile grupy, nie mamy szansy na odmowę. W takim impasie jest jeden z bohaterów, Dražen Erdemović, który próbuje zachować człowieczeństwo w czasie bratobójczej wojny. Niestety, bezskutecznie, choć i my jako czytelnicy chcemy wierzyć, że mu się uda. Sytuacja graniczna i jego w końcu pokonuje, kiedy zostaje zmuszony do rozstrzeliwania niewinnych cywilów, których bezpodstawnie nazywa się wrogami. Drugi bohater, Dirk, żołnierz ONZ, trwa w porażeniu własną bezradnością. Widzi dziejącą się katastrofę, przygląda się ludziom wywożonym autobusami i nie może nic zrobić, by uratować swojego przyjaciela. Uświadamia sobie, że jest tylko trybikiem w maszynie i na nic tak naprawdę nie ma wpływu. Mordercy mogą mu się śmiać prosto w twarz, a on nawet nie ma prawa zareagować. Trzeci bohater, Romeo Gonzales, jest sędzią, który po wojnie wydaje wyroki i, choć podejmuje kluczowe dla czyjego życia decyzje, tak naprawdę również doświadcza bezradności. Prawdziwi zbrodniarze nie odczuwają wyrzutów sumienia, bagatelizują swoją rolę w ludobójstwie, wypierają się tego, co robili. Skazanie młodego mężczyzny, który składa obciążające go zeznania i nie umie sobie poradzić z poczuciem winy, jest tak naprawdę tylko pozorowaniem sprawiedliwości. Bo bohater, który uczestniczył w egzekucjach, również jest ofiarą wojny. Powieść Maginiego, choć składa się z trzech biografii różnych osób, pokazuje podobieństwo doświadczeń tych, którzy znaleźli się w trybach wojny. Wszyscy przegrali, nie umieją zapomnieć i nie potrafią żyć normalnie bez mrocznego cienia Srebrenicy. Warto zaznaczyć, że historia Erdemovicia jest autentyczna, a straszliwe opisy tego, co człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi nie są fantazją autora, ale również należą do faktów. Dzięki tej perspektywie historia trzech bohaterów urasta nie tylko do rangi przypowieści, ale i okrutnego tak naprawdę przesłania, że pamięć chętniej sprzyja zwycięzcom, pokonani muszą walczyć z zapomnieniem.


Marco Magini, Jakby nie było nikogo, przeł. Agata Pryciak, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

czwartek, 7 lipca 2016

Obcy u siebie? (U. Sinha, Miejsce na ziemi)

Powieść „Miejsce na ziemi” to znakomite połączenie niełatwej historii rodzinnej z historią polityczną, kulturową i społeczną Indii w kontekście obecności w tym kraju białych. Brytyjskie panowanie okazuje się dużo bardziej skomplikowane niż chcieliby ci, którzy mają władzę i do których należy skolonizowany świat. Relacje między miejscowymi a przybyszami naznaczone są hierarchicznością wykorzystywaną nie tylko w kontakatch oficjalnych, ale i intymnych. Jednocześnie nie ma w tej powieści tendencji do prezentowania rzeczywistości w sposób czarno-biały. Umi Sinha przywołuje wydarzenia, w trakcie których barbarzyńcami okazywali się i ci, którzy wystąpili przeciwko białym, zdradzając ich w brutalny sposób, i Brytyjczycy, którzy w ramach zemsty, nie szczędzili równie makabrycznych gestów, unieważniając istnienie miejscowych, którym zamarzyła się wolność. Autorka proponuje czytelnikom sagę rodzinną. Poznajemy losy kilku pokoleń, a emocje i uczucia łączą Brytyjczyków i Hindusów. W tym znaczeniu udaje im się stworzyć wspólny świat. Konieczność zmierzenia się ze świadomością, że tak naprawdę Indie są miejscem obcym dla świetnie się tam czujących białych, było dla wielu Brytyjczyków dramatycznym przeżyciem. Pisarce udaje się to niełatwe uwikłanie wiarygodnie pokazać. Oto ci, którzy myśleli, że są u siebie, zajmowali uprzywilejowane pozycje, właściwie nie znali kraju, który reprezentowali, dowiadywali się, że miejsce, które traktowane przez nich jako dom jest tak naprawdę polem walki, przestrzenią podboju i państwem niszczonym przez podległość. Nic więc dziwnego, że w powieści na plan pierwszy wysuwają się kwestie tożsamościowe. Sojusze zawierane między Brytyjczykami a Hindusami okazują się trwałe, ale i podszyte zdradą. W chwili próby konieczne jest wyrzeczenie się związków z tymi, którzy z racji urodzenia przynależą do wrogiej grupy. Umi Sinha pokazuje dramat zawiedzionych miłości i przyjaźni. Ważnym punktem odniesienia jest rodzinna tajemnica związana z pewnym wzorem wyszytym na obrusie, zniknięciem matki Lili i niechęcią angielskiej ciotki do wspominania Indii. Losy bohaterów odsłaniają konsekwencje wynikające z funkcjonowania w pozycji kolonizatora oraz nieprzygotowanie do wielkiej katastrofy, która ostatecznie nadchodzi. Pytanie o to, czy możliwe jest zniesienie uprzedzeń, których fundamenty zbudowano w przeszłości, pozostaje bez odpowiedzi. Prywatne nie zawsze bowiem ma możliwość konkurowania z tym, co publiczne. Bardzo dobre.


Umi Sinha, Miejsce na ziemi, przeł. Robert Waliś, Wyd. Marginesy, Warszawa 2016.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Dzisiaj jest ważne (J. Borowczyk, M. Larek, Punkty zapalne. Dwanaście rozmów o Polsce i świecie)

Zbiór rozmów przeprowadzonych przez Borowczyka i Larka rozpoczyna się znaczącym i kluczowym w kontekście motywu przewodniego pytaniem „Czy świat się zapalił?”. Autorzy nie ukrywają swojego zaniepokojenia tym, co dzieje się współcześnie, a ponieważ chcą znaleźć odpowiedź na nurtujące ich pytania i pragną zbliżyć się do wyjaśnień, postanawiają porozmawiać z tymi, którzy z różnych powodów są ekspertami od tytułowych punktów zapalnych na świecie. Borowczyk i Larek decydują się na gest znany chociażby z „Hotelu Europa” Remigiusza Grzeli lub z „Rozmów” Jerzego Illga, a mianowicie poprzedzają każdy z wywiadów krótką refleksją na temat miejsca, sposobu mówienia i zachowania bohatera, wreszcie tego, jak sami czuli się rozpoczynając rozmowę. Takie wprowadzenie ożywia i ciekawie uzupełnia kontekst, w tym jednak wypadku nie zawsze wychodzi na dobre. Wstępy autorów ujawniają pośpiech i systemowość związaną z przygotowaniem książki. Czasami Borowczyk i Larek idą z jednego spotkania na drugie, przeprowadzają wywiady jednego dnia, co niekoniecznie dobrze wpływa na efekt. Być może, gdyby nie ów ujawniony pośpiech, niektóre z rozmów byłyby bardziej pogłębione. No ale nie ma co gdybać, bo na szczęście mamy do czynienia z książką ciekawą i kompozycyjnie interesująco zaplanowaną. Autorzy, chcąc dowiedzieć się, czym są tytułowe punkty zapalne, wybrali zróżnicowaną grupę rozmówców. Mamy więc fotoreporterów wojennych (Piotr Andrews i Krzysztof Miller), mamy byłego szpiega, a obecnie autora poczytnych kryminałów (Vincent Severski), mamy reporterów (Paweł Smoleński, Wojciech Tochman, Wojciech Jagielski, Miłada Jędrysik), mamy aktywistkę (Patrycja Sasnal), komentatora politycznego (Andrzej Jonas), mamy wreszcie dyplomatów i polityków (Aleksander Smolar, Adam Daniel Rotfeld, Ludwik Dorn). Polifoniczność i różnorodność wynikająca z takiego a nie innego doboru bohaterów nie jest jedynym atutem książki. Warto zauważyć, że choć na plan pierwszy wysuwa się próba diagnozy współczesności, tak naprawdę mamy tu do czynienia z opowieścią o regułach rządzących życiem społecznym i politycznym, o etycznym uwikłaniu tych, którzy mają wpływ na kształtowaniu losów państwa, a więc i losów ludzi, o zmianach zachodzących w dziennikarstwie, w polityce i o naruszaniu zasad współżycia społecznego, z którymi mamy do czynienia właściwie na każdym poziomie, o idei wspólnoty i o zagrożeniu wynikającym z nazbyt konfrontacyjnego funkcjonowania w przestrzeni publicznej, o igraniu ze śmiercią wtedy, gdy chcemy tę śmierć pokazać z bliska, by ostrzec, poinformować, ujawnić. Choć bohaterowie rozmów w różny sposób próbują komentować rzeczywistość, tak naprawdę w ich opowieści dominuje potrzeba komunikacji, porozumiewania się, dążenia do zgody i gotowości działania dla dobra ludzi. Można by więc powiedzieć, że rozmówcy Borowczyka i Larka pokazują nie tylko, że świat wrze, ale też, że człowiek musi współpracować z drugim człowiekiem po to, by ów świat faktycznie się nie zapalił. Do zastanowienia.


Jerzy Borowczyk, Michał Larek, Punkty zapalne. Dwanaście rozmów o Polsce i świecie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2016.