Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

sobota, 23 maja 2020

Życie jako śmierć, śmierć jako życie


Powieść Michała Pawła Urbaniaka to debiut bardzo interesujący. I nie są to czcze słowa, które zwykło się mówić po to tylko, by dostrzec coś, co dopiero się zaczyna, dobrze się zapowiada, pozytywnie rokuje na przyszłość. W przypadku „Listy nieobecności” można bowiem z pełnym przekonaniem stwierdzić, iż autor porzuciwszy panujące w literaturze mody, postanowił znaleźć swój głos, swoją opowieść, swój styl i znakomicie mu się to udało. W trakcie lektury książki Michała Pawła Urbaniaka nie da się uciec od konstatacji, iż właśnie taka literatura – stawiająca sobie ambitne cele, mierząca się z wyzwaniami natury etycznej, zderzająca to, co uniwersalne, z tym, co indywidualne, daleka od łatwych pytań i banalnych odpowiedzi – powinna być poszukiwana przez wydawców. W zalewie przewidywalnych historyjek z nieskomplikowaną fabułą i szczęśliwym zakończeniem to, co proponuje autor jest tekstem szczególnym, wartym głębszego namysłu, skłaniającym do takich rozważań, od których literatura promowana na pierwszych stronach gazet często niestety ucieka.
W tym najbardziej podstawowym odczytaniu „Lista nieobecności” jest historią rodziny. Ten, wydawałoby się mocno wyeksploatowany temat, dla Michała Pawła Urbaniaka jest pretekstem do wydobycia całkiem świeżych i oryginalnych refleksji. Mamy bowiem do czynienia zawsze z podwojonym uczuciem, które mając w sobie jasność, jednocześnie zawiera i mrok. Miłość Zuzanny i Artura naznaczona jest jej paraliżującym strachem przed utratą małżonka i jego tęsknotą za utraconymi przed laty bliskimi. Zawsze więc, nawet gdy poddają się radości, pojawia się między nimi smutek, melancholia, nostalgia. Nie inaczej jest w związku Krzysztofa z Jacobem – to, co przynosi szczęście, jednocześnie ma w sobie zapowiedź końca. Ból, cierpienie, niemożność poddania się czystej radości okazują się więc konsekwencją zadawania pytań, pamiętania o śmierci, nieodwracania się od tego, co było, ale i od tego, co się dopiero może wydarzyć.
Śmierć to drugi bardzo ważny temat „Listy nieobecności”. Już zresztą tytuł nakierowuje nas na myślenie o tych, którzy odchodzą, znikają, nie wracają, a ich nieobecność właśnie, choć bywa ostateczna, tak naprawdę zamienia się w potwierdzenie obecności, jakiej nie da się do końca wymazać. Cień śmierci staje się więc pytaniem o życie, a życie z kolei bywa ciągłym mierzeniem się z własną śmiertelnością. Tę kwestię w bardzo intrygujący sposób, bez egzaltacji, choć z odpowiednim dawkowaniem emocji, autor rozgrywa właściwie w biografii każdego z bohaterów, umieszczając codzienność w bliskim sąsiedztwie fundamentalnych rozważań egzystencjalnych i pokazując, jak trudne bywa towarzyszenie osobie, dla której to właśnie śmierć jest podstawowym punktem odniesienia. Warto docenić fakt, iż Urbaniakowi udaje się o tych delikatnych sprawach mówić w sposób wyważony, daleki od pretensjonalności, wyczulony na niuanse słów i mowę ciała bohaterów, empatyczny. W efekcie to wszystko, co dzieje się często w wyobrażeniu, niedopowiedzeniu, milczeniu, odpowiednim zwróceniu ciała okazuje się polem walki, które obserwujemy z zaangażowaniem, ale i smutkiem jednocześnie. Autor opisuje bowiem ludzi rozpaczliwie poszukujących szczęścia, dla których odnalezienie wspomnianego szczęścia staje się pretekstem do odkrycia, że prawdziwego spełnienia tak naprawdę nie ma, a życiu nadaje sens świadomość istnienia śmierci. Bardzo ciekawym zabiegiem koncepcyjnym jest takie budowanie postaci, że nawet ci, którzy początkowo wydają się stać po tej jasnej stronie, kiedy obcują z tymi, dla których zarażenie śmiercią jest najważniejsze, również zaczynają poddawać się sile ciemności. I dla nich więc ostatecznie nie ma ratunku, wiedzą bowiem o odejściu z tego świata dużo więcej niż inni, a skrywanym sekretem wiedzy i świadomości nie można się z nikim podzielić. Miłość w tej historii nie ocala, raczej oddala od życia i zbliża do śmierci, na zawsze znaczy stygmatem szczególnego w swojej sile doświadczenia. To dlatego Krzysztof nigdy nie zapomni Jacoba, Artur i Janek nie mogą porzucić pamięci o swoich siostrach, a Zuzanna będzie cały czas wspominała zmarłego męża, by stać się w finale osobą wyczuloną na sygnały skażenia śmiercią. Warto docenić również to, że Urbaniak unika sensacyjności opisu. Umie opowiadać w sposób przekonujący bez wspomagania się egzaltowanymi rozwiązaniami akcji. To ważna cecha, zwłaszcza wtedy, gdy mówimy o opisie prób samobójczych, seksie gejowskim czy samookaleczeniach. Intensywność portretowanych emocji jest zawsze wiarygodna, nie słychać nadmiernie fałszywych tonów, a przejmujące niekiedy i pełne rozpaczy decyzje bohaterów maja swoje uzasadnienie, potencjalny czytelnik jest w stanie w nie uwierzyć.
Trzecim tematem, który porządkuje opowieść Michała Pawła Urbaniaka jest samotność. Autor zdaje się sugerować, że nawet będąc bardzo blisko z drugim człowiekiem, nie jesteśmy w stanie poznać go do końca. Dopiero rozstanie otwiera nas na tę wiedzę, której wcześniej nie mogliśmy być świadomi. Strata z jednej więc strony każe nieustannie pytać i mierzyć się z brakiem odpowiedzi, z drugiej łączy w sposób nierozerwalny. Silniejszą więź generuje więc śmierć, a nie życie, i to dlatego samotność okazuje się podstawowym budulcem tożsamościowym. Uświadomienie sobie, że nic nie jest na zawsze i że jedynie koniec jest czymś pewnym, sytuuje każdą z opisywanych relacji na wyższym poziomie i w dużo bardziej skomplikowanych uwikłaniach emocjonalnych i etycznych, niż początkowo mogłoby się wydawać. Samotność w życiu zostaje więc przerwana poprzez otwarcie się na śmierć. Nie trzeba jednak mówić, że jest to pozorne znalezienie recepty na opuszczenie i pozostanie bez najbliższych. Urbaniak bardzo ciekawie niuansuje te kwestie, nie ukrywając, że odpowiedzialność za żywych bywa spychana na dalszy plan z racji ciągłego rozpamiętywania umarłych.
„Lista nieobecności” to, jak już wspomniałam, debiut bardzo ciekawy, dobrze napisany, koncepcyjnie przemyślany, niespiesznie oprowadzający po świecie, dla którego trudno niekiedy znaleźć słowa, a jednak w tym wypadku się to udaje. Wzniosłe, wielkie, metafizyczne zostaje oswojone, a opisywanie życia zamienia się w portretowanie ciągłego zbliżania się do śmierci. W powieści tej nie ma pójścia na łatwiznę, jest za to mądra, dobrze napisana, dająca do myślenia historia, dla której życie i śmierć to jedno i to samo, problemem bywa tylko rozpoznanie i zaakceptowanie tej budzącej lęk zależności.

Michał Paweł Urbaniak, Lista nieobecności, Wyd. Mova, Białystok 2020.


poniedziałek, 11 maja 2020

Trwałość nienawiści (P. Phillips, Korzenie we krwi. Czystki etniczne w Ameryce)


Znakomity reportaż! Powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy powątpiewają w tragiczne konsekwencje pielęgnowania nienawiści do Innych, oraz dla tych, którzy nie uświadamiają sobie, jak krótka tak naprawdę jest historia równości praw i zniesienia supremacji białych. Książka Phillipsa jest również ważna z kilku innych powodów. Mamy bowiem do czynienia z reportażem przemyślanym kompozycyjnie, skoncentrowanym na wielu aspektach problemu, wreszcie umiejętnie rozgrywającym wątek prywatny i proporcje między historią a współczesnością. W tym wypadku autor literatury faktu pozostaje bardzo dobrym pisarzem, dla którego ważne jest takie opowiedzenie historii, by nie tylko podzielić się udokumentowaniem wydarzeń, ale i sugestywnie oddać atmosferę opisywanych sytuacji, emocje towarzyszące bohaterom, wreszcie własne odczucia. Phillips opowiada o hrabstwie Forsyth w stanie Georgia w Stanach Zjednoczonych, które szczyci się tym, że jest wolne od czarnoskórych. Podstawami dla tego przerażającego w swojej wymowie mitu założycielskiego są lincze i polowania na ludzi z 1912 roku, a klamrą odsłaniającą trwałość przekonań sprzed lat zachowanie miejscowych w stosunku do biorących udział w Marszach Braterstwa w 1987 roku. Pokojowe pochody były brutalnie atakowane wykrzykiwanymi rasistowskimi hasłami oraz rzucanymi w stronę demonstrujących kamieniami i pobitymi butelkami. Phillips rekonstruuje mentalność tych, dla których najważniejszy jest świat czysty rasowo. Mamy więc szczegółowo pokazany proces upewniania się w nienawiści – rodzenia się plotki, wspierania się mężczyzn w poczuciu własności białych kobiet, wreszcie czerpanie sojuszniczej siły z polowania na czarnych i urządzania celebrowanych radośnie linczów. Autor książki nie ukrywa, że nienawiść będąca spoiwem dla tłumu protestującego przeciwko Marszom Braterstwa jest przerażająca. Ponieważ przypadkowo znalazł się właśnie w tej grupie, potrafi opowiedzieć, czym jest strach białego wśród białych, jeśli nie popiera się chęci wykluczania czarnych. Wie o tym również z relacji rodziców, którzy uczestniczyli w Marszu Braterstwa, a potem byli wyzywani od „białych czarnuchów” i musieli być chronieni. Retoryka pogardy, poczucie wyższości, przekonanie o prawie do uznawania siebie za nadludzi, zaś innych za nie-ludzi, zostają przez Phillipsa pokazane bardzo wiarygodnie i z zachowaniem uwagi dla procesów zachodzących w tych, którzy nie wstydzą się własnej nienawiści. Oprócz opisów linczów i radosnego męskiego triumfu, że udało się ochronić białe kobiety przed czarnymi, porażająco wybrzmiewają opisy współczesnych wydarzeń, zwłaszcza wizyta Oprah Winfrey, która ostatecznie reaguje milczeniem, nie znajdując słów dla otaczającej ją agresji, i podejmuje decyzję o natychmiastowym wyjeździe. Bardzo dobre.

Patrick Phillips, Korzenie we krwi. Czystki etniczne w Ameryce, przeł. Rafał Lisowski, Wyd. Sonia Draga, Katowice 2020.