czwartek, 15 lutego 2018

Przeszłości nie da się nigdy pożegnać (S. Sem-Sandberg, Burza. Opowieść)

Sem-Sandberg zdążył przyzwyczaić swoich czytelników do zabiegu fabularyzowania tego, co ma swoje źródło w faktach i w autentycznych biografiach. Również w „Burzy” sięga do wydarzeń, które faktycznie zaistniały. W wywiadach akcentuje, że tytułowa wyspa inspirowana jest miejscem, gdzie mieszkali jego dziadkowie. Autor interesująco łączy odpryski Wielkiej Historii, które rezonują w opisywanej przestrzeni, z historią intymną. Próba zmierzenia się z własną przeszłością, na jaką decyduje się główny bohater, powracając na wyspę po śmierci swojego dawnego opiekuna, staje się pretekstem do zadania sobie pytań o trwałość istniejących więzi, rzeczywistość zagrożeń, grozę rodzącą się w codzienności. Jednocześnie „Burza” jest niebanalną, bo bardzo wyciszoną, poetycką niemal, opowieścią o małej społeczności, która potrafi napiętnować, zniszczyć i wykluczyć, wcześniej okazując owym biegunowo odmienne uczucia. Ważna okazuje się pamięć i odległość oraz wynikające z nich granice. Pamięć przeszłości to z jednej strony pamięć kolonii robotników organizowanej przez właściciela wyspy, sanatorium dla dzieci i przeprowadzanych przez niego eksperymentów, z drugiej polityka i nazistowskie związki oraz siła tego, co zostaje uwiecznione w wielu zeszytach. To, co zapisano, przechowywane jest poza majątkiem. Żółty Dom, w którym mieszkał bohater z niepokorną i zbuntowaną siostrą oraz opiekunem, zostaje więc powiązany z posiadłością właściciela nie tylko poprzez zależności pracownicze. Choć mamy do czynienia z przestrzenią odizolowaną, fakt ten nie znosi granic, które wytyczone są na wyspie. Przenikanie się różnych światów odbywa się więc zawsze z łamaniem obowiązujących zakazów i przekraczaniem tabu. Mierzenie się z tym, co należy do sfery walki zapomnienia z pamiętaniem odsłania bezradność bohatera. Oto lęki, obsesje i demony powracają, lecz wydają się jedynie słabym odblaskiem dawnej siły. Przemijanie unieważnia trwałość i zmusza do przewartościowania tego, co sprawiało wrażenie spraw fundamentalnych.


Steve Sem-Sandberg, Burza. Opowieść, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

środa, 14 lutego 2018

Skutki nienawiści (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce)

Książka Brykczyńskiego to publikacja historyczna poświęcona zamordowaniu prezydenta Gabriela Narutowicza oraz atmosferze towarzyszącej temu wstydliwemu dla przeszłości Polski wydarzeniu. Książka nie byłaby tak ciekawa, gdyby odnosiła się tylko do czasów minionych. W trakcie lektury wysuwa się natomiast na plan pierwszy jej uniwersalność. Autorowi udaje się bowiem pokazać nie tylko specyfikę tamtych czasów, ale i pewne reguły życia społecznego i politycznego, które sprzyjają narodzinom nienawiści i antysemityzmu. Kluczowa dla całej opowieści jest tytułowa metafora „gotowych na przemoc”. Brykczyński udowadnia odpowiedzialność polityczną endecji za uliczne zamieszki i antysemickie marsze. Mocno zostaje zaakcentowany negatywny udział w tych wydarzeniach studentów oraz łatwość uczynienia kogoś adresatem bezpodstawnej agresji z racji tylko i wyłącznie uznania, ze ów ktoś jest Żydem. Bardzo interesująco i mrocznie zarazem wybrzmiewa z jednej strony światowość Narutowicza, z drugiej zaściankowość protestów, napędzanych oskarżeniem o wybór przez mniejszości narodowe. Na uwagę zasługuje symboliczna wina tych, którzy umywali ręce, udając, że nic się nie dzieje, rozmywając wcześniej udzielone poparcie, wycofując się na pozycje, które pozwalały na niewyrażanie swoich poglądów. Brykczyński bardzo mocno akcentuje polityczne stanowisko Piłsudskiego, który odcinał się od antysemityzmu i długo blokował ewentualne ujawnianie się takich tendencji we własnym obozie. Bardzo ciekawie prezentuje się wątek zamachowca. Autor nie tylko przedstawia sylwetkę Eligiusza Niewiadomskiego, antysemicki charakter zabójstwa, ale i rekonstruuje postrzeganie w mediach i w społeczeństwie jego czynu. Wyraźnie widać przejście od przymusu potępienia do coraz chętniej wyrażanego poparcia i dążenia do uczynienia przestępcy bohaterem.


Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

wtorek, 13 lutego 2018

Miejsce, czas i pamięć (M. Płaza, Robinson w Bolechowie)

Maciej Płaza potwierdza swoją pisarską klasę. „Robinson w Bolechowie” to jedna z najciekawszych polskich powieści minionego roku. Płaza konsekwentnie pozostaje przy budowaniu emocji za pomocą opisu, a nie akcji. Niespiesznie dziejące się wydarzenia mają swój czas, rytm, a słowa je portretujące trzymają się szczegółu, unikając upraszczających uogólnień. Płazę zdaje się interesować miejsce wymykające się konkretowi. Prawdziwa historia, ta Wielka, przemyka gdzieś obok, a jeśli narusza przestrzeń-enklawę to tylko za sprawą rykoszetu. Autora interesuje kilka istotnych kwestii, powiązanych ze sobą w powolną, wysmakowaną, ale i pełną emocjonalnego napięcia, opowieść. Mamy więc do czynienia z książką o miejscu dzieciństwa i dorastania oraz o symbolicznym porzuceniu tego punktu odniesienia i późniejszych powrotach. Czytać tę powieść możemy z powodzeniem jako historię inicjacyjną – znaczącym przekroczeniem granic i wejściem w dorosłość będzie w tym wypadku sztuka, wiedza i widzenie. To także wariacja na temat starości, starzenia się własnego, przemijania, ostateczności, ale i odkrywania ograniczeń ciała będących niekiedy próbą cenzurowania ducha. Zasadne może być również potraktowanie książki jako prywatnego i intymnego śledztwa oraz głosu w dyskusji na temat tego, czy cudze tajemnice, jeśli nas dotyczą, automatycznie przestają przynależeć do tego, kto je przechowuje. Bardzo dobre.


Maciej Płaza, Robinson w Bolechowie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Rabusiem być to jest sztuka (M. Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki)

Marek Wałkuski nie próbuje pisać reportażu, nie stara się również na stworzenie eseju socjologicznego czy historycznego. W bezpretensjonalny, anegdotyczny sposób opowiada o pewnym fragmencie historii Stanów Zjednoczonych. Bawiąc, uczy, tak można by powiedzieć, ponieważ ów zbiór opowieści o mniej lub bardziej udanych napadach na banki nie tylko odsłania duże poczucie humoru autora, ale również jego umiejętność budowania dodatkowych kontekstów, dzięki którym to, co małe, staje się częścią Wielkiej Historii. Zważywszy na popularność opisywanego przez Wałkuskiego przestępstwa, relacja między napadającym na bank a przekazującym pieniądze kasjerem urasta do pewnej gry, toczonej na określonych zasadach, często umownej, nierzadko nieudanej z racji nieprzestrzegania reguł przez bandytę. Dane statystyczne, które przywołuje dziennikarz, pozwalają na uzyskanie informacji dotyczących schematu zachowań i charakteru tych, którzy decydują się na wzbogacenie się w taki sposób. Informacje dotyczące tego, w jaki sposób funkcjonowały i funkcjonują banki, umożliwia z kolei na dostrzeżenie schyłkowości ery napadów. Wałkuski akcentuje zresztą zupełnie inne kulturowe znaczenia pojawiające się w przypadku ataków hakerskich. Wątkiem zaakcentowanym w książce jest również traktowanie rabusiów jak idoli. To również specyfika czasów, które dzisiaj wydają się należeć do przeszłości. Książka znanego dziennikarza może więc być dobrą okazją do spojrzenia na najnowszą historię Ameryki z nietypowej perspektywy. Na pewno jednak będzie dobrą zabawą. Ta z racji niekonwencjonalnych w swojej głupocie zachowań rabiusiów jest gwarantowana.


Marek Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki, wyd. Helion, Gliwice 2017. 

niedziela, 11 lutego 2018

Mieć ideę (W. Bereś, K. Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki)

„Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki” to publikacja, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy wierzą, że warto zmieniać świat na lepsze – doda im sił; dla wszystkich tych, którzy wątpią, że angażowanie się w cokolwiek ma sens – pozwoli im uwierzyć, że jest inaczej; dla wszystkich tych wreszcie, którzy cenią wielkie umysły i wielkie serca – upewnią się w przekonaniu, że tacy ludzie istnieją i że warto próbować ich naśladować. Choć powyższe stwierdzenie może brzmieć nieco patetycznie, nie ma w nim przesady. Autorom udaje się pokazać małżeństwo Wajdów w sposób bezpretensjonalny i wzruszający jednocześnie. To, co można by uznać za czyny wielkie, dzieje się po prostu – bo tak trzeba, bo do tego zobowiązuje przyzwoitość, bo inwestowanie w rozwój społeczeństwa i współtworzenie rzeczywistości, której się jest częścią, ma sens. Bereś i Burnetko proponują czytelnikom nie tylko opowieść biograficzną. To także pochwała szczegółu. Uważność i czułość, z jaką małżeństwo podchodzi do siebie, zostaje poszerzona o podobne traktowanie ludzi, miejsc i zdarzeń. Zostaje to szczególnie zaakcentowane dzięki przywoływaniu upodobania Andrzeja Wajdy do rysunku i malarstwa. Widać to w fascynacji reżysera i jego żony, Krystyny Zachwatowicz, sztuką Japonii. I nie chodzi w tym miejscu jedynie o stworzenie niezwykle ważnego dla kultury polskiej i europejskiej muzeum Manggha, ale również o filozofię życia. Da się to również dostrzec w praktyce prowadzenia codziennych zapisków piórem w notesach. Książkę tę można również czytać jako opowieść o przyjaźni i miłości ludzi renesansu. Wielość zainteresowań i inicjatyw, pasja w ich realizowaniu, wreszcie przekonanie, że warto coś robić dla dobra wspólnego, zachwyca i uświadamia, jak bardzo ludzi i miejsca mogą zmienić ci, którzy chcą coś pięknego wprowadzać w życie. Poszczególne odsłony różnych tytułowych „późnych obowiązków” poprzetykane są wspomnieniami autorów dotyczącymi zetknięcia się z bohaterami i ich dziełami. To ciekawy zabieg konstrukcyjny, znoszący ewentualny efekt pomnikowości, a budujący wielkość postaci nie poprzez gloryfikację, lecz dialog, bycie w ruchu, pozytywną energię, dynamikę czynu. Warto!


Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki, Wyd. Panaceum, Wrocław 2017.

sobota, 10 lutego 2018

Czy tylko przygoda? (D. Preston, Zaginione miasto Boga Małp)

To publikacja, która z pewnością przypadnie do gustu tym, którzy w nastoletnim wieku lubowali się w historiach o dzielnych poszukiwaczach skarbów oraz tajemniczych miejscach na ziemi, które czekają jeszcze na swoje odkrycie. Preston w swojej opowieści buduje nastrój świadomie bazujący na przyjemności podobnej to tej, jaką odczuwa się przy lekturze powieści przygodowych. Nie ma w tym nic złego, choć niewątpliwie można w wypadku tej książki mówić raczej o reportażu w stylu pop niż o reportażu literackim. Sensacyjny charakter narracji stanowi siłę napędową całej opowieści, a częste umieszczanie na planie pierwszym przeżyć Prestona zbliża tę publikację do literatury podróżniczo-wspomnieniowej. Niezależnie jednak od powyższych uwag warto zauważyć, iż autorowi udaje się w książce poruszyć wiele istotnych tematów. Dowiadujemy się więc na przykład o komercyjnym kontekście poszukiwań archeologicznych oraz o uzależnieniu prowadzonych badań od decyzji władz oraz zmian o charakterze społeczno-politycznym. Sugestywnie zostają przedstawione zagrożenia czyhające na człowieka w dżungli, także te działające jak bomba z opóźnionym zapłonem, czyli choroby wychodzące na jaw po kilku tygodniach lub miesiącach od powrotu. Bardzo ciekawa jest kwestia możliwości przyspieszenia pewnych ustaleń dzięki nowoczesnym technologiom. Fakt, iż tradycyjna ocena terenu pod kątem prawdopodobieństwa istnienia tam śladów dawnej cywilizacji mogłaby trwać nawet kilkadziesiąt lat, a dzisiaj sprowadza się do umiejętności posługiwania się odpowiednimi narzędziami i oceny danych, brzmi imponująco. Książka Prestona to także ciekawy fragment współczesnej historii Hondurasu. Warto zatrzymać się dłużej przy zasygnalizowanej w książce dyskusji dotyczącej podejścia do znalezisk – czy brać coś ze sobą, aby mieć dowód, czy może nie naruszać środowiska, które powinno być zbadane w całości. Interesujące jest także zasygnalizowanie konfliktu między naukowcami a pasjonatami oraz bezinteresowna zawiść towarzysząca komentowaniu odnalezionego starożytnego miasta przez przedstawicieli środowiska uniwersyteckiego. W tle natomiast cały czas jest obecne Wielkie Marzenie o niesamowitych odkryciach, które w tym akurat wypadku udało się zrealizować.


Douglas Preston, Zaginione miasto Boga Małp, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

piątek, 9 lutego 2018

Świat, którego już nie ma (A. Mencwel, Toast na progu)

Publikacja Andrzeja Mencwela to znakomite połączenie prozy (auto)biograficznej, perspektywy mitograficznej oraz eseju socjologiczno-kulturoznawczego. Temat, który podejmuje autor, potraktowany zostaje z czułością, świadomością większej wiedzy oferowanej przez upływ czasu, ujawnianą tęsknotą za rzeczywistością, której było się częścią, a która przeminęła, nostalgią związaną z poczuciem niemożności powrotu i stawaniem się historii niejako „już” i „teraz”, wreszcie z erudycją, pozwalającą widzieć więcej, głębiej, szerzej. Autor decyduje się na niezwykle ciekawy zabieg. Skupiając się na konkretnych postaciach, które znał, które pamięta i których nie chce zapomnieć, buduje opowieść nie tylko o życiu danej osoby, ale i o zjawiskach oraz praktykach organizujących wiejską społeczność na co dzień i od święta. W trakcie lektury widać gotowość do zmierzenia się z przeszłością miejsca i ludzi niegdyś dobrze znanych, a na plan pierwszy wysuwają się konsekwencje poziomu zakorzenienia w opisywany świat. Ten, kto nie ma wyjścia i za wszelką cenę musi chronić ojcowiznę, bywa człowiekiem skrywającym pewne tajemnice i składającym ofiarę z tego, co mogłoby mu dać szczęście w życiu prywatnym. Ten, kto na wsi bywa gościem, spędzając tam na przykład wakacje, widzi odwiedzaną przestrzeń zupełnie inaczej. Ten, kto całe swoje istnienie przebywa w jednym miejscu, stanowi żywe archiwum zmian zachodzących wśród ludzi, domostw, przystanków, zakładów i dróg. Opowieść Mencwela to również pretekst do zadania ważnego pytania o świadomość tego, co się wokół nas dzieje, umiejętność właściwej oceny i chęć otwarcia się na to, co inne. Autor nie próbuje w sztuczny sposób znosić granic między nieprzystawalnymi do siebie światami. Stara się raczej zasugerować, że opowiedzenie sobie o tym, co będąc nasze, a tym samym i intymne, może być podstawą do porozumienia z tymi, których sprawy uznajemy za cudze. W efekcie ocalająca moc pamięci zostanie zrealizowana między innymi właśnie dzięki komunikacji.


Andrzej Mencwel, Toast na progu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

czwartek, 8 lutego 2018

Jak nie powinno się pisać reportażu (A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości)

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze miały fantastyczny temat. Mają też umiejętności i są w stanie ze sobą świetnie współpracować. Udowodniły to w „Czarnym aniele”. Kuźniak natomiast niejednokrotnie pokazała, że jest znakomitą reporterką. Znamy ją przecież ze świetnych reportaży biograficznych. Naprawdę więc trudno zrozumieć, jak doszło do tego, że „Krótka historia o długiej miłości” to reportaż na tak niskim poziomie. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam książki z kręgu literatury faktu, która byłaby tak słaba. Po lekturze jestem bowiem przekonana, że zmarnowany został potencjał tkwiący w historii fascynujących przecież bohaterów, a reportaż ten należy czytać tylko wtedy, jeśli się chce zobaczyć, jak nie iść na łatwiznę i jak nie upraszczać historii. Obie autorki, warto to nadmienić, miały dla swojej książki bardzo dobry wzorzec. Mam na myśli reportaż Andrzeja Mularczyka „Kropka, kreska, kropka...” o związku, który narodził się w podobny sposób. Jego początkiem było odsiadywanie wyroku w sąsiednich celach i porozumiewanie się alfabetem Morse’a. O ile jednak Mularczyk oddaje dramatyzm sytuacji, niuansuje emocje i uczucia, o tyle Kuźniak i Karpacz-Oboładze decydują się na dość szybkie i jednowymiarowe ustalenie tego, co łączy bohaterów. Niezwykle irytujące jest to, że znaczną część „Krótkiej historii o długiej miłości” zajmują listy bohaterów. W efekcie mamy do czynienia przede wszystkim z rodzajem, tak to ujmijmy, antologii epistolarnej, a nie z reportażem. Reporterki nie są zainteresowane niczym poza tytułową historią miłosną. Nie dowiemy się więc, co powodowało Jerzym Śmiechowskim, kiedy z łatwością rezygnował ze swojego małżeństwa, co powodowało jego ojcem, kiedy z czułością witał Wiesławę Pajdak, wiedząc, że jego syn ma żonę, co myślała o całej sytuacji żona Jerzego, co czuła Wiesława, kiedy dostała obrączkę przerobioną z pierwszej obrączki przyszłego męża, jak sobie poradziła Wiesława z wiadomością o śmierci matki i jak wpłynęło na nią spotkanie ojca, powracającego po wielu latach z łagru, nie dowiemy się też, jak wyglądało życie bohaterów na wolności – to codzienne, zapewne z jakimiś problemami, bo takie są udziałem każdego. Autorki rezygnują z zadawania pytań, z szukania, z wielogłosowości. Pokazują historię jednowymiarową, z oczywistym przesłaniem, zupełnie niepotrzebnie uproszczoną, potraktowaną powierzchownie (sztuczne powiększanie objętości książki na niewiele się zda). Szkoda. Powtórzę więc: potencjał tkwiący w biografii bohaterów jest ogromny, za to reportaż o ich przeżyciach powstał wyjątkowo słaby.


Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości, Wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 7 lutego 2018

Tajemnice sprzed lat (P. Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm)

„Zabójcze układy” to publikacja podejmująca wyjątkowo interesujący wątek historii najnowszej, jednak z pewnością adresowana nie do każdego. Czytelnik może być nieco rozczarowany językiem używanym przez autora. Gasztold co prawda próbuje ów język uatrakcyjnić, wprowadzając fragmenty fabularyzowane, jednak zabiegi te trudno uznać za udane. Co więcej, książka wybrzmiałaby dużo lepiej, gdyby autor nie usiłował opisywać pogody, pór roku i ulic oraz gdyby nie wstawiał dialogów, literacko pozostawiających wiele do życzenia. Zabrakło mi również w tej publikacji szerszego kontekstu socjologicznego i kulturowego. Opowieść o nieznanym fragmencie historii PRL zyskałaby wówczas na sugestywności i stałaby się nieco mniej hermetyczna. „Zabójcze układy” okazują się więc książką ciekawą z racji poruszanego tematu i dość nużącą, jeśli weźmiemy pod uwagę sposób opisywania wydarzeń. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że autor nie odrobił lekcji z przedmiotu „jak współcześnie można pisać o historii”, na czym w efekcie traci jego opowieść. A można przecież opowiadać tak, że nawet laik z zapałem i niepewnością będzie pytał „co dalej”. Fakty opisane w książce warto poznać, bo dotyczą wydarzeń słabo znanych i zwykle trudnych do opisania wtedy, gdy się dzieją. Gasztold, rekonstruując związki służb PRL z przedstawicielami ówczesnych grup terrorystycznych, akcentuje bowiem względność postrzegania zagrożenia, dopatrywanie się korzyści w działaniach antykapitalistycznych oraz prokomunistycznych, wreszcie budowanie sieci powiązań, mających częściowo podtrzymywać złudzenie wpływu na to, co się dzieje na świecie.


Przemysław Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm, Wyd. PWN, Warszawa 2017.

wtorek, 6 lutego 2018

Wołanie o pomoc czy bycie w kontrze przeciwko wszystkiemu? (P. Hůlová, Macocha)

Znakomita! Tym słowem można by skwitować powieść czeskiej autorki. Trudno nie być pod wrażeniem arcyciekawego zaplanowania tej opowieści. Autorka każe swojej bohaterce mówić. Brawurowy monolog alkoholiczki i pisarki romansów w jednym zapada w pamięć. Kobieta zakrzykuje wewnętrzny niepokój, zagaduje bezsens codzienności, usprawiedliwia popełnione błędy, domaga się prawa do ich powtarzania, diagnozuje reguły współczesnego życia literackiego, pokazuje siebie upadłą, ale i podnoszącą się – niekoniecznie w sposób spektakularny, na pewno jednak na własnych zasadach. Bohaterka odgrywa kilka ról, które wzajemnie na siebie nachodzą – znanej autorki harlequinów, wyrodnej, a następnie kompulsywnie nadrabiającej potknięcia, matki, żony, kochanki, kobiety zdradzanej i zdradzającej, a przede wszystkim osoby nadużywającej alkoholu. Jej monolog miejscami przypomina słowotok, często staje się złośliwym i ironicznym komentarzem do rzeczywistości, odsłania życiową bezradność autorki, jest przejawem mobilizacji wszystkich sił i deklaracją przegranej. Bardzo ciekawym pomysłem, korespondującym i z tradycją miłosnych wyznań, i z przemówieniami przywódców, jest częste wykrzykiwanie i perorowanie bohaterki na balkonie. Warto docenić stylistyczne niuansowanie powieści. Bohaterka bywa wulgarna, dosadna, sentymentalna i intrygująca intelektualnie zarazem, a wszystko to pokazane zostaje właśnie za sprawą języka.

Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2017.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Wszystko zależy od odbiorcy (S. Barańczak, Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej)

Teksty Stanisława Barańczaka poświęcone kulturze masowej i popularnej to lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy cenią twórczość wybitnego poety i literaturoznawcy. Z zachwytem powrócą do tych utworów ci, którzy kiedyś je czytali, ale też chętnie po nie sięgną ci, którzy interesując się szeroko rozumianą rozrywką oraz kulturą, określaną mianem niskiej. Choć Barańczak odwołuje się do praktyk, które dzisiaj wydawać się mogą historyczne, to jednak poprzez celność spostrzeżeń, uniwersalność niektórych dostrzeżonych zachowań i powtarzalność wielu wspólnotowych działań rozpoznania te okazują się adekwatne także do dzisiejszych czasów. Warto w tym kontekście czytać chociażby rozważania dotyczące emocji związanych z piłką nożną czy refleksje dotyczące przenikania kultury artystycznej z popularną oraz przeniesienia punktu ciężkości na czytelniczy odbiór. Barańczak nie ukrywa, że kluczowe okazuje się to, co umiemy i możemy z tekstem zrobić. Dzieła pozostawiające czytelnika w umysłowej bierności z pewnością nie należą do interesujących, natomiast te, które intelektualnie go pobudzają, nawet jeśli są częścią kultury masowej, zasługują na poważniejszy namysł. Wielbicieli powieści kryminalnych z pewnością uraduje fakt umieszczenia w tomie tekstów poświęconych powieści milicyjnej i jej specyfice. Te kanoniczne już dzisiaj ustalenia zaskakują swoją świeżością, nie przestają zadziwiać błyskotliwością, uderzają erudycyjnością. Barańczak, pisząc o kulturze, nie traci z oczu jej perswazyjnego charakteru, ujawniającego się zarówno w języku, jak i w sposobie konstruowania bohaterów oraz relacji wiążących ich z otoczeniem. Teksty zamieszczone w tomie to także przykład felietonów i esejów, które właściwie się nie starzeją. Mają więc w sobie to nieuchwytne „coś”, co powoduje, że nie tracą na aktualności i pozostają reakcją na „dzisiaj” także wtedy, gdy nadchodzi „jutro”.


Stanisław Barańczak, Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej, wybór, opracowanie i posłowie: Adam Poprawa, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2017.

niedziela, 4 lutego 2018

Jaka będzie przyszłość? (J.-W. Müller, Co to jest populizm?; U. Guérot, Europejska wojna domowa)


Esej polityczno-socjologiczny Müllera stanowić może doskonałe wprowadzenie i uzupełnienie treści zaprezentowanych w gatunkowo podobnej publikacji Guérot. Na plan pierwszy w obu tekstach wysuwa się troska o teraźniejszość i świadomość współodpowiedzialności wszystkich za zmiany zachodzące w Europie. Zarówno Müller, jak i Guérot, nie mają wątpliwości, że czasy, w których funkcjonujemy, stanowią odbicie niepokojących tendencji z przeszłości, ale i są nową jakością, którą musimy próbować rozpoznać i zdefiniować. Dla polskiego czytelnika ważne zapewne okaże się to, że mówienie o zmianach w Europie odbywa się z uwzględnieniem naszego kraju jako miejsca, w którym dochodzi do wspomnianych, rodzących zaniepokojenie, przemian. I Müller, i Guérot nie tracą z oczu minionego, przypominającego pewne niezałatwione do dzisiaj sprawy, wpływające na kształt teraźniejszości. Wojna domowa, o której pisze niemiecka badaczka, nie jest tylko pojęciem, które sugestywnie ujmuje to, co dzieje się wokół nas. Okazuje się tym, na co mamy wpływ, co realnie zmienia nasze życie, co wreszcie burzy spokój w myśleniu o przyszłości. Na podtrzymywanie owego kulturowego konfliktu opierającego się na sporze idei, polaryzacji poglądów, gotowości wykluczania jednych przez drugich wpływa wzrost tendencji populistycznych, do których Guérot też się odwołuje, a Müller szczegółowo analizuje. W „Europejskiej wojnie domowej” przeczytamy: „[…] stają naprzeciwko siebie przegrani globalizacji i jej beneficjenci, ośrodki wielkomiejskie i regiony wiejskie, młodzi i starzy, biedni i bogaci, tożsamościowcy i kosmopolici. Narasta wręcz przedrewolucyjny nastrój, który nie ma już nic wspólnego z klasycznym politycznym schematem podziału na prawicę i lewicę, wpisuje się natomiast w paradygmat wojny domowej, a mianowicie: rządzeni przeciwko rządzącym czy »lud« przeciwko elicie. Innymi słowy, europejskie państwa narodowe jako ciała polityczne zaczynają się rozpadać” (s, 10). Mocno wyartykułowana przez badaczkę potrzeba znalezienie alternatywy dla państw narodowych oraz potrzeba działania wspólnotowego jako recepta na ratunek wspólnego rozwoju, dobra, spokoju korespondują z rozpoznaniami dotyczącymi populizmu, obecnymi w eseju Müllera. Ten ostatni nie ukrywa, że określenie „populistyczny” bywa używane tendencyjnie i że nie każde wypowiadanie się w imieniu ludu jest próbą przejęcia nad nim ideowej kontroli. Na uwagę zasługuje poczyniona przez historyka rekonstrukcja rozumienia pojęcia w różnych okresach, dzięki czemu wyeksponowany zostaje kontekst przemian z przeszłości, ale i wymiar kulturowy przywoływanego pojęcia. Autor przygląda się populizmowi, wskazując jego wiodące cechy: bycie przeciw elitom, bycie przeciw pluralizmowi, nadanie sobie moralnego prawa do definiowania tych, którzy stoją po właściwej stronie, wreszcie niedyskutowalne przekonanie o reprezentowaniu narodu. Mamy więc w tym przypadku silnie zaakcentowaną tę ideę, która w diagnozie Guérot należy do rzeczywistości przemijającej i we współczesności nie przynosi rozwiązań pozwalających na mówienie o inwestowaniu w przyszłość. Lektura obowiązkowa.


Jan-Werner Müller, Co to jest populizm?, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017; Ulrike Guérot, Europejska wojna domowa, przeł. Bartosz Nowacki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

sobota, 3 lutego 2018

Koniec i początek (E. Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz)

Reporterska książka Åsbrink to próba połączenia historii prywatnej z tą, która rozgrywa się w przestrzeni publicznej. Pomysł autorki na uchwycenie chwili tuż po wojnie, kiedy jej konsekwencje są wyjątkowo mocno odczuwalne w sensie społecznym, politycznym i materialnym, nie jest, oczywiście, niczym oryginalnym. Zwłaszcza że przejściowość momentu końca i początku oraz niemożność uchwycenia tego, co staje się „już”, stanowi wyjątkowo wdzięczny temat do przeróżnych dywagacji. Jeśli zderzymy książkę Åsbrink z innymi, które dotyczą tego okresu, jak chociażby reportaż „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej czy publikacje historyczne, „Wielką trwogę” Marcina Zaremby lub „Dziki kontynent” Keitha Lowego, propozycja ta wydaje się wybrzmiewać mniej sugestywnie. Szwedzka autorka zdaje się stawiać na zderzenie odnotowywanych niemalże podręcznikowo faktów ze świadomością, że za nimi idzie zawsze dramat zwykłych ludzi, którzy wbrew realizowanym próbom wprowadzania nowego porządku długo jeszcze pozostaną w chaosie. Książka, podobnie jak przywołany wcześniej reportaż Grzebałkowskiej, podzielona jest na rozdziały, którym odpowiadają kolejne miesiące tytułowego roku. Pośrodku publikacji znajduje się wyodrębniona część poświęcona historii prywatnej. Spomiędzy wielu krótkich impresji odnotowujących to, co polityczne, przynależne Wielkiej Historii, relacjonujące tryb oficjalny nowej rzeczywistości, wyłania się opowieść dotycząca jednostki. Wokół niej pojawia się szereg wątpliwości, pytań, niejasności. Subtelność wprowadzenia do książki owej prywatnej historii odsłania ważność życiorysu każdego i jednocześnie jego nieistotność. Szkoda trochę, że proporcje zostały rozłożone właśnie w ten sposób. Większe wyeksponowanie owej jednostkowej opowieści byłoby w moim mniemaniu dużo ciekawsze niż postawienie na rejestr tego, co w 1947 roku działo się w różnych miejscach na świecie.


Elizabeth Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz, przeł. Natalia Kołaczek, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017.

środa, 31 stycznia 2018

Miejsce, ludzie czy atmosfera? (M. Czyńska, Dom polski. Meblościanka z pikasami)

Małgorzata Czyńska proponuje tom rozmów tylko pozornie dotyczących jednego tematu, a więc tytułowego domu polskiego. Tak naprawdę bowiem i ów dom polski może być rozumiany bardzo różnie, i meble, i przestrzeń pojmowana zarówno jako to, co najbliżej, jak i to, co dalej, ale ciągle wokół nas. Bohaterowie wywiadów autorki książki to ludzie reprezentujący różne pokolenia. Są wśród nich i projektanci wnętrz, i projektanci mebli, porcelany lub szkła, i badacze obyczajów, i artyści. Wszystkich łączy świadomość tego, jak ważne jest miejsce, w którym przebywamy na co dzień, i jak istotne jest to, w jaki sposób planujemy obecność przedmiotów oraz jak postrzegamy rolę rzeczy wokół nas. Książkę tę można więc czytać jako opowieść o kompromisie świadomości pewnych trendów z własnymi upodobaniami, który w wielu przypadkach właśnie w mieszkaniach się realizuje. Publikacja ta to również bardzo interesująca refleksja na temat przemian zachodzących w postrzeganiu funkcjonalności i przydatności przedmiotów, w zaliczeniu do dóbr luksusowych, wreszcie w otwartości na zmianę i wymianę mebli oraz rzeczy współtworzących naszą przestrzeń. W pewnym sensie zbiór wywiadów Czyńskiej to również rodzaj historii dotyczącej tego, jak polityka kształtuje gusta, pragnienia i hierarchie, oraz jak powszechna dostępność dóbr nie zawsze wpływa na zwiększenie świadomości tego, że modne nie zawsze znaczy ładne, pasujące, wygodne i przyjazne. Innym fascynującym tematem jest zderzenie idei przedmiotu użytkowego z koncepcją przedmiotu będącego dziełem sztuki. Pytanie o to, czy rzeczy zaprojektowane dla produkcji przemysłowej, mogą łączyć piękno z przydatnością, pojawia się często. Ważnym elementem powracającym w wypowiedziach wielu wypowiadających się w książce osób jest również kwestia ducha miejsca i tego, że za ów niepowtarzalny klimat odpowiadają ludzie. To dzięki nim dana przestrzeń może wydać się atrakcyjna lub wręcz przeciwnie – odpychająca.


Małgorzata Czyńska, Dom polski. Meblościanka z pikasami, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

wtorek, 30 stycznia 2018

Ciężar nostalgii (G. Taraghi, Sen zimowy)

Ta kameralna opowieść ma w sobie dużo wdzięku i smutku zarazem. Choć mamy do czynienia z portretem codzienności bohaterów, to jednak na plan pierwszy wysuwają się emocje, uczucia i refleksje o charakterze bardzo uniwersalnym. Fakt, iż powieść została opublikowana po raz pierwszy w 1973 roku, a jej akcja rozgrywa się w Iranie, ma, oczywiście, znaczenie. Miejsca, nazwy, przedmioty – to wszystko jest źródłem rekonstrukcji rzeczywistości znajdującej się w stanie między snem a jawą oraz między przeszłością a teraźniejszością. Motywem dominującym w zaprezentowanej historii jest przyjaźń. Jesteśmy świadkami dramatycznego, choć jednocześnie rozgrywanego w dużej mierze przez zaniechanie, wątku związanego z pytaniem o prawdopodobną zmianę relacji związaną z upływem czasu, rozstaniem czy pojawieniem się w życiu bliskiej osoby partnerki. Przemijanie generuje wątpliwości związane z prawdziwością i trwałością łączących bohaterów więzi. Gdzieś w tle pojawia się mocno zarysowane oraz znakomicie zniuansowane poczucie tożsamościowego rozdwojenia, wynikające z pamiętania siebie z przeszłości oraz niemożności rozpoznania siebie do końca w teraźniejszości. Zachowanie tego, co było, okazuje się niemożliwe. Zaakceptowanie w pełni tego, co jest nowe, również rodzi wiele wątpliwości. W efekcie bohaterowie są skazani na nieustanny głód związany ze stratą i z niewystarczającą dostępnością tego, co oferuje „tu i teraz”. Nostalgiczna perspektywa nie neguje bardzo intensywnie uświadamianej materialności przemijania. Bardzo dobre.


Goli Taraghi, Sen zimowy, przeł. Dorota Słapa, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zapiski krajobrazowe (A. Robiński, Hajstry)

„Hajstry” Robińskiego to przykład zjawiska, które można by określić eseizacją reportażu. Autor z dużym wyczuciem i świadomością gatunku korzysta z tego, co najlepsze w prozie, reportażu i eseju. Słowo w tej książce zawsze znaczy, nie wypełnia pustki, z którą nie wiadomo co zrobić, nadaje znaczenia i nazywa to, co widoczne, choć nie zawsze łatwe do opisania. Robiński proponuje czytelnikom tekst, który można by określić mianem reportażu geograficznego lub krajoznawczego. Nie tylko odświeża pojęcia, które dzisiaj brzmią nieco archaicznie, ale i proponuje taki sposób czytania miejsc i otoczenia, który łączy refleksję kulturoznawczą z wiedzą historyczną i przyrodniczą. Miejsca, które są odnotowane na mapie Polski, jednak nie uchodzą za oczywiste. Stają się pretekstem do refleksji na temat więzi człowieka z krajobrazem, chodzenia jako budowania zależności miedzy przestrzenią a przebywającym w niej człowiekiem, umiejętności czytania otoczenia poprzez widzenie i dostrzeganie śladów, słuchanie dźwięków, dotykanie. To także fascynująca opowieść o znakowaniu tego, co jest wokół nas i potencjale tkwiącym w zdolności wydobycia przekazu dla innych nie zawsze zauważalnego. Warto również przyjrzeć się książce Robińskiego jako opowieści o potrzebie nazywania miejsc oraz o powrocie do idei przemieszczania się po tych okolicach, które są blisko i które pozwalają na stworzenie porozumienia odartego z łatwej fascynacji egzotyką.


Adam Robiński, Krajobraz bocznych dróg, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

niedziela, 28 stycznia 2018

Miasto i człowiek (P. Wilk, Pojutrze. O miastach przyszłości)

„Pojutrze” to publikacja niejednoznaczna gatunkowo. Natkniemy się tutaj na elementy notatek z podróży, impresje literackie, fragmenty bliskie esejowi, ale i zapiski typowo reporterskie. To wymieszanie zdecydowanie należy uznać za coś pozytywnego – w sensie koncepcji, bo z realizacją bywa różnie. Autorkę interesuje zależność między miastem, człowiekiem a przyszłością. W trakcie lektury natkniemy się na wybrzmiewające mocno w tle pytania o anonimowość wpisaną w życie w wielkim mieście, o coraz większą rolę nowych technologii w organizacji życia miejskiego, o obecność zieleni i dominację betonu, o humanistyczny kontekst projektów realizowanych w miastach i nazbyt często widoczne odhumanizowanie, o możliwość uczynienia ludzi częścią danej koncepcji urbanistycznej. W pewnym więc sensie myślenie o przyszłości miasta jako miejsca (nie)przyjaznego człowiekowi zamienia się w myślenie o idei i zabieranie głosu w dyskusji na temat tego, w jaki sposób architektura i przestrzeń wpływają na samopoczucie i możliwości człowieka. Kolejne rozdziały dotyczą konkretnych miast i są pretekstem do refleksji z pogranicza prozy i reportażu. Autorka opatruje je krótkimi przywołaniami idei propagowanych przez znanych architektów czy osób myślących o zrealizowaniu swojej wizji przestrzeni. Książka, niestety, jest bardzo nierówna. Najlepsze fragmenty, jednocześnie najbardziej reporterskie, dotyczą Bombaju, Limy i Kopenhagi. Pierwsze szkice tomu wydają się za bardzo przegadane, nieco pretensjonalne w tonie, barokowo przerysowane, jeśli chodzi o sposób obrazowania. Mam również wątpliwości, czy ostatni rozdział książki faktycznie jest potrzebny. Nieco rozmywa czytelne przecież i wieloznaczne zarazem przesłanie, sprowadzając tekst do poziomu oczywistości.


Paulina Wilk, Pojutrze. O miastach przyszłości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

sobota, 27 stycznia 2018

Powrót do przeszłości (Z. Miłoszewski, Jak zawsze)

Coraz częściej mówienie o literaturze wiąże się również z koniecznością odnoszenia się do akcji promocyjnych, zaplanowanych jako działania mające wspierać sukces książki. Nie inaczej jest w tym przypadku. Zmiana nazwy jednej z warszawskich kawiarni na tę, która jest tytułem powieści Miłoszewskiego, rozłożona w czasie możliwość spotykania w tym miejscu autora, postawienie na stylistykę z nie tak odległej przeszłości, wreszcie artystyczna w swoim zamyśle okładka książki – to wszystko miało wzmocnić reklamową sugestię, iż mamy w tym wypadku do czynienia z literackim zwrotem autora w kierunku literatury artystycznej. Korzystającej obficie z możliwości oferowanych przez literaturę środka, ale jednak artystycznej. Potwierdzeniem tego może być również gatunkowe (okładkowe) zakwalifikowanie powieści, a mianowicie „komedia ironiczno-romantyczna”. Czy zabieg okazał się udany? Główni bohaterowie powieści to małżeństwo w dość zaawansowanym wieku. Parę poznajemy w chwili, gdy przygotowują się do swojej rocznicy. Święto, które obchodzą, to dzień, kiedy pierwszy raz poszli do łóżka. Grażyna ma siedemdziesiąt osiem lat, Ludwik osiemdziesiąt trzy. Opis ich przygotowań do kolejnej namiętnej nocy jest, oczywiście, dość zabawny, jednak zbudowanie komizmu sytuacyjnego w tym wypadku nie jest czymś trudnym. Opiera się na oczywistych paradoksach, jak chociażby kupowanie seksownej bielizny czy spożywanie viagry. Niespodziewanie dochodzi do pewnej zmiany, która całkowicie przewartościowuje życie bohaterów. Oto okazuje się, że przenieśli się w czasie. Są znowu młodzi, atrakcyjni, ale dużo dojrzalsi jednocześnie, bo zdobyta przez lata wiedza i doświadczenie nie znikają. W kraju jest nieco inna sytuacja polityczna. Ważnym punktem odniesienia jest Francja. Miłoszewski decyduje się więc na swobodną wariację na temat powojennej Polski, przede wszystkim jednak skupia się na losach bohaterów. Nie zdradzę w tym momencie wiele, jeśli powiem, że Grażyna i Ludwik są zagubieni, ale jednocześnie zafascynowani faktem zmierzenia się na nowo ze swoimi wyborami i możliwością powtórzenia wszystkiego lub też pójścia inną drogą. Miłoszewskiemu udało się napisać całkiem przyzwoitą powieść popularną. Z literaturą artystyczną publikacja ta nie ma nic wspólnego, co więcej, gdyby przyjrzeć się całej twórczości autora, nie jest to także jego najlepsza książka. To, co ma być dowcipne w opowiedzianej historii, nazbyt często wiąże się z oczywistymi skojarzeniami, w którymś więc momencie przestaje bawić. Razi też sposób opisu. Autor zdecydował się na naprzemienne oddawanie głosu Grażynie i Ludwikowi. Język postaci jest jednak mało zróżnicowany, co w efekcie szybko zaczyna razić i odsłania zbędność tego pomysłu. Pozostaje więc stwierdzić, że o ile powieści kryminalne pisarza są bardzo udane, o tyle przygoda z obyczajową wersją literatury wypada tylko przeciętnie.


Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

piątek, 26 stycznia 2018

Kolejne warstwy uczuć i świadomości (L. Wolff, Poliglotyczni kochankowie)

Powieść Liny Wolff to intrygujące połączenie historii związanych z emocjonalnym uwikłaniem bohaterów z głosem na temat twórczości i tego, czy dotyczą jej jakiekolwiek ograniczenia. Na uwagę zasługuje stopniowe odsłanianie kolejnych warstw opowieści poprzez pojawianie się nowych osób, za sprawą których dochodzi nie tylko do zwrotów akcji, ale przede wszystkim do przewartościowania wizerunku tych, których pozornie już dobrze znamy. Maszynopis pewnej powieści zostaje w tym wypadku potraktowany pretekstowo. Dzięki niemu dowiadujemy się o relacji między pisarzem a krytykiem oraz o więzi łączącej kogoś, kto ufa twórcy prywatnie, a zostaje przez niego wykorzystany jako temat i materiał do opisania. Służy on także pokazaniu względności tego, co uznajemy za wartościowe. Dla jednej osoby bezcenny, dla drugiej namacalny dowód zdrady, dla jeszcze innej coś, co można zniszczyć – wielość odczuć związanych z maszynopisem buduje intrygujący portret wzajemnych zależności oraz emocjonalno-twórczego uwikłania. Stosunek do książki, która dopiero będzie wydana, pozwala również na wkładanie i zrywanie masek – tych związanych z rolami pełnionymi w przestrzeni publicznej, ale i tych, które wydają się sprawdzone w prywatności. Manuskrypt okazuje się więc czymś żywym, czymś, co napędza zwroty akcji, co wpływa na gwałtowne zmiany i wywołuje nieprzewidywalne niekiedy reakcje. Jest stymulatorem tego, co dzieje się w tej historii i spoiwem więzi, które bez tego akurat punktu odniesienia prawdopodobnie nigdy by nie zaistniały.


Lina Wolff, Poliglotyczni kochankowie, przeł. Dominika Górecka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

wtorek, 16 stycznia 2018

Przetrwać mimo wszystko (E. St Aubyn, Patrick Melrose, tom 1 i 2)

Pięcioksiąg sygnowany imieniem i nazwiskiem głównego bohatera to powieści wielowymiarowe, psychologicznie niejednoznaczne, ze znakomitymi portretami pojawiających się osób, obnażające to, co skrywane jest pod podszewką form, tradycji i przywilejów społeczno-ekonomicznych. Czytanie któregokolwiek z tomów oddzielnie jest odebraniem sobie tej przyjemności, jaka wynika z poznawania postaci, która dojrzewa, zmienia się, jednocześnie pozostając ciągle dzieckiem sprzed lat. W tym wypadku ów inspirowany przeżyciami pisarza cykl należy poznawać chronologicznie. Tak jest napisany – obserwujemy dorastanie głównego bohatera, przypatrujemy się jego zmaganiom z traumami dzieciństwa, odkrywamy fałsz, obłudę i wulgarność wpisane w codzienność ludzi uznawanych za przedstawicieli elit. Właściwie z lekturą każdej kolejnej części odsłania się przed nami nowe oblicze Patricka Melrose’a oraz ludzi, którzy są blisko niego. Na szczęście powieści St Aubyna nie są tylko krytyką tych, którzy z racji majątku, uważają się za lepszych od innych. Portret klasy wyższej jest oczywiście niezwykle intrygujący – otrzymujemy kolejne obrazy ludzi znudzonych wszystkim i wszystkimi, gotowych na eksperymentowanie ze swoimi ciałami i umysłami, toczących nieustanną grę pozorów, zapominających o szczerości i zakłamanych. Najciekawszy wydaje się jednak dualizm opisywanych postaci. Każda z nich, także Patrick, to osoby, które mają w sobie coś mrocznego, złego, okrutnego, ale skrywają również rany, upokorzenia, traumy. Autorowi udaje się więc sportretować bohaterów tak, że nikt do końca nie budzi tylko współczucia lub tylko odrazy. Fakt ten należy uznać za wielki atut prezentowanej opowieści. Dzięki owej dwuznaczności etycznej, wpisanej w biografie bohaterów, na sugestywności zyskuje portret całej społeczności. Wybrańcy odsłaniają swoją plebejską twarz, lata tradycji i pielęgnowanych zasad ewoluują w wulgarność, a inwestowanie we własny rozwój okazuje się ukrywaniem nałogów i niekiedy zbrodniczych upodobań. Patrick to postać złamana i niszczona wielokrotnie. Zimny chów w dzieciństwie, związany z zadawaniem cierpienia i ze strony brutalnego, wykazującego wypaczone skłonności ojca, i ze strony obojętnej, zastraszonej przez męża matki, skutkuje tożsamościowym zagubieniem w dorosłym życiu. Niekontrolowane zaspokajanie potrzeb ciała i ducha zamienia się w kolejne związki oparte tylko na seksie oraz kolejne przyjmowanie mających przynieść ukojenie narkotyków. Najważniejszymi wydarzeniami w życiu Patricka jest śmierć ojca i śmierć matki. St Aubyn, choć każe swojemu bohaterowi przeżyć wiele, nie popada w patos. Sceny, kiedy niemalże nieprzytomny od używek Patrick, usiłuje odebrać zwłoki ojca, a następnie przemieszcza się z jego prochami, mają w sobie coś zabawnego i wyzwalającego jednocześnie. Akcenty humorystyczne pojawiają się również w opisie stypy zorganizowanej po śmierci matki. Autor wyraźnie daje do zrozumienia, że śmierć tych, którzy Patricka zniszczyli, niczego nie załatwia, ale jest ważnym krokiem do przodu. Umożliwia bowiem zmierzenie się ze swoimi ograniczeniami na własnych zasadach.


Edward St Aubyn, Patrick Melrose, tom 1: Nic takiego, Złe wieści, Jakaś nadzieja, wstęp: Zadie Smith, przeł. Łukasz Witczak; tom 2: Mleko matki, W końcu, przeł. Łukasz Witczak, Wyd W.A.B., Warszawa 2017.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Terror sprawdzania się (P. Sajewicz, Republika świecidełek)

Paweł Sajewicz w swojej debiutanckiej powieści wyraźnie ma ambicję, aby sportretować współczesność i właściwie rozłożyć akcenty dotyczące wagi poszczególnych poruszanych problemów. Czy zamysł ten zostaje zrealizowany? I tak, i nie. Autor proponuje czytelnikom tak naprawdę tradycyjną formalnie i koncepcyjnie powieść, w której to, co prywatne, miesza się w tym, co publiczne, a także – mówiąc inaczej – to, co prywatne, staje się publiczne. Książkę otwiera historia młodego działacza lewicowego ze stopniem naukowym doktora, który ujawnia się jako podpalacza samochodów w Warszawie. Powody jego działania są dość niejasne i właściwie wszyscy zaangażowani w sprawę do końca nie są pewni, czy chodzi o przedziwny coming out, czy może o dziwny zamysł autokreacyjny. Na plan pierwszy wysuwają się jednak trzy inne postaci, między którymi toczy się dramat uczuć, także tych wypalonych i wypalających się, dramat racji, ale i dramat teraźniejszości, która nie zawsze umie sprostać przeszłości. Marek jest pisarzem. Funkcjonuje w nietypowym związku. Jest mężem Soni, która choruje i od wielu lat ma problemy ze zrozumieniem komunikatów płynących z rzeczywistości. Małżeństwo od zawsze funkcjonowało w dość specyficznych kontekstach, bowiem związek ten jest właściwie trzymany w ukryciu. Mało kto wie, że znany pisarz to mąż córki wielkiego bogacza. Marek ma i kochankę. Jest nią Agnieszka, dawna przyjaciółka Soni z czasów studiów, obecnie także i opiekunka byłej współlokatorki. Paradoks tego świetnie działającego trójkąta sprowadza się również do faktu, iż zdradzający Sonię Marek i Agnieszka niezwykle dobrze na nią działają. To przy nich chora się ożywia i stosunkowo sensownie funkcjonuje. Tak naprawdę właśnie ten wątek miłosno-przyjacielsko-etyczny wydaje się najciekawszy. Może również stanowić intrygująca metaforę dotyczącą stosunków społecznych i tego, na co się zgadzamy, aby tylko mieć spokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość, zapewniony byt. Historię tę dodatkowo wzmacniają konteksty rodzinne bohaterów oraz trwających od czasów studiów znajomości. Próba czasu dotyczy bowiem nie tylko wspomnianego trójkąta, ale i ewentualnych więzi i zobowiązań łączących dawnych znajomych z przeszłości. Młodość kontra dorosłość, naiwność kontra cynizm, wreszcie idealizm kontra brutalność działań – to wszystko Sajewicz próbuje zasygnalizować w „Republice świecidełek”. Wątek terrorystyczny skłonna więc byłabym interpretować bardziej w wymiarze metaforycznym – jako rodzaj nieprzewidzianej i katastrofalnej w skutkach rewolty pojawiającej się w biografiach bohaterów. Momenty, w których ów wspomniany terroryzm lub jego zalążki pojawiają się w sposób dosłowny, wydają się, paradoksalnie, najmniej istotne i najsłabsze.


Paweł Sajewicz, Republika świecidełek, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2017.

niedziela, 14 stycznia 2018

Nie ma miejsc idealnych (N. Witoszek, Najlepszy kraj na świecie. Pamflet)

Na uwagę zasługuje już sam tytuł. Wpisane w zaproponowaną opozycję napięcie znakomicie sygnalizuje to, na co natkniemy się w trakcie lektury, a więc intelektualny namysł, krytyczny ogląd, błyskotliwość skojarzeń, swobodę argumentowania wynikającą ze znajomości opisywanej kultury, wreszcie ironię, a nawet momentami złośliwość. Tytuł w sposób bezpośredni ukierunkowuje na panegiryczny charakter tekstu, jednak podtytuł jednoznacznie sugeruje ironię oraz analizę odsłaniającą ciemne strony tego, co pozornie jest jedną wielką jasnością. Warto też docenić fakt, iż przywołany zostaje gatunek tak naprawdę ciągle żywy, choć poprzez nazwę dużo rzadziej przywoływany niż kiedyś. Pisząc pamflet i deklarując takie właśnie gatunkowe przyporządkowanie Nina Witoszek nie ukrywa zaangażowanego charakteru tekstu, co zresztą czytelnik bez trudu dostrzeże. Kolejne rozdziały odsłaniają publicystyczny talent autorki połączony z wiedzą dotyczącą opisywanego kraju i społeczeństwa. Autorka nie przyjmuje pozycji obserwatorki. Wyraźnie bowiem widać, że czuje się częścią Norwegii. Fakt ten pozwala jej na widzenie więcej, na uważne obserwowanie, na zadawanie pytań. Demaskatorski charakter utworu wybrzmiewa więc z tego powodu wyjątkowo ciekawie. Badaczka sięga do historii, przygląda się zarówno tradycji, jak i temu, co generowane jest współcześnie i wydaje się trwałe. Piętnuje różnego rodzaju uwikłania historyczne, religijne i intelektualne. Wydobywa tzw. drugie dno problemów, które w mediach często przedstawiane są w jednoznaczny sposób. Nie ucieka od pytań dotyczących różnic kulturowych i potencjalnych nieporozumień z nich wynikających. Decyduje się na odsłonięcie dodatkowych kontekstów tego, co pozornie jest niedyskutowalne.


Nina Witoszek, Najlepszy kraj na świecie. Pamflet, przeł. Mariusz Kalinowski, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

sobota, 13 stycznia 2018

Pożegnanie jako intensywne przeżywanie (V. Redel, Przed wszystkim)

Redel tylko pozornie sięga po literacko wyeksploatowany motyw dziewczęcej, później kobiecej przyjaźni narażonej na mierzenie się z różnymi przeciwnościami oraz zdawanie kolejnych życiowych egzaminów. W przypadku powieści amerykańskiej autorki bohaterki czeka próba najważniejsza i najtrudniejsza, a mianowicie towarzyszenie jednej z nich w umieraniu. Redel z dużą wrażliwością i umiejętnością dawkowania emocjonalnego napięcia portretuje relacje między kobietami. Stawiając na fragmentaryczną narrację, stara się oddać rytm myśli i wspomnień zarówno tej, która odchodzi i zdaje sobie z tego sprawę, jak i tych, którzy są przy niej i choć wydają się równie świadomi, to jednak próbują zaklinać rzeczywistość. Autora unika taniego sentymentalizmu, daleka jest również od egzaltacji i epatowania rozpaczą. Stopniowe wycofywanie się z życia Anny, bo to jej dotyczy choroba, staje się pretekstem do nowego jakościowo etapu przyjaźni tych, które określają się jako Stare Znajome. Pojawia się motyw rywalizowania o względy przyjaciółek z czasów młodości z przyjaciółkami, które pojawiły się w dorosłym życiu kobiety. Zbliżający się koniec okazuje się pretekstem do wspomnień, ale i przemyślenia na nowo więzi łączącej Annę z każdą ze Starych Znajomych. Choć kobiety tworzą grupę, to jednak relacje między poszczególnymi jej członkiniami są różne. Bliskość śmierci motywuje do zmierzenia się z wiedzą trudną, z własnymi słabościami, z wpadkami, które po latach ciągle się pamięta, i z uczuciami, które czasami wracają, choć wydają się należeć do przeszłości. Ostateczność wpływa na renegocjowanie ważności spraw oraz powoduje nowe spojrzenie na to, co nie budziło wcześniej wątpliwości. To powieść smutna, ale i zadziwiająco ożywcza za sprawą tego, co łączy opisywane kobiety i co mimo bliskości śmierci ma w sobie ogrom witalności.


Victoria Redel, Przed wszystkim, przeł. Jan Hensel, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

piątek, 12 stycznia 2018

Ocalić siebie (M. James, Księga nocnych kobiet)

W „Księdze nocnych kobiet” James pokazuje swoją pisarską klasę. Nie tylko proponuje powieść przemyślaną formalnie i stylistycznie, ale również mocną ideowo. Na uwagę zasługuje język opowieści oraz pozycja i płeć narratora. Natkniemy się na ciekawy sposób obrazowania. Narrator posługuje się miejscami językiem nieporadnym, niepoprawnym, przesyconym wulgaryzmami, świadomie archaicznym i wywodzącym się z nizin społecznych. Buduje więc sojusz ze swoimi bohaterami. Dopiero jednak na końcu książki dowiemy się, kto do nas mówi i w jaki sposób owa osoba jest skoligacona z postaciami, o których opowiada. Na plan pierwszy w „Księdze nocnych kobiet” wysuwa się postać Lilit. Poznajemy jej losy od dzieciństwa i towarzyszymy jej w trudnej drodze bycia niewolnicą niepokorną. Lilit jest dziewczynką, potem kobietą, przekonaną o swojej szczególności, gotową walczyć o swoją niezależność, umiejącą postawić się agresorom. Choć z racji zajmowanej pozycji społecznej i faktu odmawiania jej przez białych człowieczeństwa skazana jest na klęskę, tak naprawdę odnosi wiele małych zwycięstw. James z jednej strony rekonstruuje trudny czas przygotowywania się do rewolty, z drugiej codzienny trud buntowania się w sprawach niewielkich i pozornie mało znaczących. Pokazuje zderzenie dwóch światów – tego oficjalnie uznanego za cywilizowany, firmowanego przez białych i tak naprawdę barbarzyńskiego, oraz tego, który należy do niewolników, ciężko pracujących czarnoskórych, którzy upodleni i niszczeni świadczą swoim życiem, że humanizm miewa bardzo mroczną twarz. James niuansuje również świat czarnych – odsłaniając różnice klasowe za sprawą przypisania do pracy na plantacji lub służby w majątku, obnażając różnice płciowe przez opis brutalnych, dyscyplinujących w swoim zamierzeniu, gwałtów na kobietach oraz włączania mężczyzn w struktury związane z władzą na tymi, którzy mają taki sam kolor skóry, eksponując fałszywość potencjalnych przywilejów, bo nawet ten niewolnik, który wydaje się wybrańcem, tak naprawdę ciągle dla białych nie jest człowiekiem. Znakomite!


Marlon James, Księga nocnych kobiet, przeł. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

czwartek, 11 stycznia 2018

Wiedza jako zobowiązanie (S. Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny)

Zawarte w tytule książki pytanie, prowokacyjne w swojej wymowie, dotyczy nie tylko autora oraz członków jego rodziny. Ma bowiem również wymiar uniwersalny. Odpowiedzialność za wiedzę o przeszłości oraz konieczność przepracowania tego, co trudne, minione, ale jednocześnie nadal żywe, spoczywa na katach, ofiarach i świadkach. To jednak zobowiązanie, które potencjalnie dotyczy każdego, bo wiedzieć znaczy pamiętać. Pamiętać znaczy natomiast oprzeć się sile zapomnienia. Sacha Batthyany, choć proponuje opowieść autobiograficzną, dzieli się jednocześnie efektami swojego dziennikarskiego śledztwa oraz zastanawia się, jak to możliwe, że do dzisiaj mroczna wiedza o tym, co wydarzyło się pod koniec II wojny światowej, jest w jego rodzinie przechowywana, ale i pieczołowicie ukrywana. Milczenie pośrednio sprzyja sprawcom – zdaje się sugerować autor. Książkę tę można czytać jako ciekawe uzupełnienie znakomitego opracowania Moniki Muskały „Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia”. Wspomniane w tytule publikacji Rechnitz to miejsce kluczowe dla opowieści Batthyanego. Właśnie tam hrabina Margit Thyssen-Batthyany, ciotka autora, zorganizowała wielkie przyjęcie dla nazistów, którego zwieńczeniem i atrakcją było zabicie blisko dwustu Żydów. Trudno mówić o ukaraniu sprawców, do dzisiaj nie odnaleziono miejsca pochówku ofiar, a cała historia naznaczona jest mrocznym w swojej wymowie milczeniem. Autor nie tyle pyta, jak to było możliwe, interesuje go przede wszystkim źródło rodzinnego przyzwolenia dla niemówienia o sprawie oraz łatwość relatywizowania wydarzeń sprzed lat. Opowieść Batthyanego to kolejna odsłona archiwum „skażonych krajobrazy”. Określenie Martina Pollacka wydaje się w tym kontekście jak najbardziej uzasadnione. Ci, którzy widzieli i wiedzieli, odmawiają stanięcia po stronie prawdy – z różnych powodów, czasami jest to pycha, czasami strach, czasami obojętność. Ci, którzy o tym słyszeli, wolą nie wspominać przeszłości i próbują dyscyplinować szukającego odpowiedzi i stawiającego pytania dziennikarza. To, co minione, jest nadal aktualne. Przypomina, że są historie niedokończone, takie, które skazane przez katów na śmierć i zapomnienie, będą przypominane i muszą być przypominane. Lektura obowiązkowa.


Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny, przeł. Emilia Bielicka, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2017.

środa, 10 stycznia 2018

Kategoryczność (M. Kącki, Poznań. Miasto grzechu)

Bardzo cenię reporterską działalność Marcina Kąckiego, nie ukrywam więc, że spodziewałam się po „Poznaniu. Mieście grzechu” tekstu interesującego i zasługującego na przemyślenie. Autor dał się przecież poznać jako przedstawiciel tego nurtu, który można by określić mianem zaangażowanego społecznie. Niestety, najnowsza książka Kąckiego to jego najsłabsza publikacja. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z reportażem z tezą – autor nie tyle pokazuje czytelnikowi rzeczywistość, z której coś się wyłania, ale selekcjonuje informacje w taki sposób, aby udowodnić to, co wcześniej założył. Owszem, można obronić stwierdzenie, iż jest to opowieść o grzechu – pojmowanym nie tyle religijnie, co przede wszystkim metaforycznie jako odwrócenie się nie od Boga, ale od człowieka. Z pewnością jednak nie jest to reportaż o Poznaniu, a jeśli już, bo przecież tekst faktycznie dotyczy tego, co dzieje się w stolicy Wielkopolski, to reportaż wyjątkowo tendencyjny. Pomysł na tytuł książki jest mocno wątpliwy, zwłaszcza że wcześniejsza publikacja Kąckiego również w tytule miała nazwę miasta. O ile jednak w przypadku „Białegostoku” obraz miejsca był zniuansowany, autorowi udało się pokazać pewne skomplikowanie społeczno-historyczne, a jednocześnie zasugerować potencjalną uniwersalność poruszanych problemów, o tyle „Poznań” wypada w tym porównaniu blado – sportretowany przewidywalnie, potraktowany instrumentalnie, opisany jednoznacznie z unieważnieniem jakichkolwiek wątpliwości. Kącki właściwie niczym nie zaskakuje. Czytelnik, który choć trochę śledzi doniesienia medialne, może się spodziewać, że pojawi się tutaj temat dyrygenta Wojciecha Kroloppa, arcybiskupa Juliusza Paetza, pisarki Małgorzaty Musierowicz czy prof. Tomasza Węcławskiego (dzisiaj prof. Tomasza Polaka). Najciekawsze fragmenty książki dotyczą biografii Marii Wicherkiewicz, Wojciecha Bąka i Marii Rudowicz (publikującej jako Maria Rataj). Ostatecznie jednak jest to lektura niekonieczna. Szkoda.


Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu, Wyd. Czarne Wołowiec 2017.

wtorek, 9 stycznia 2018

Pewność (Helmuth James i Freya von Moltke, Listy na pożegnanie)

Listy małżeństwa von Moltke to korespondencja szczególna. Przyczyna najbardziej oczywista to czas, w którym Helmuth James i Freya piszą do siebie. On znajduje się w więzieniu, zagraża mu wyrok śmierci, ostatecznie zostanie w ten sposób ukarany, ona robi wszystko, by nie tracić z nim kontaktu, dbać o sens teraźniejszości w trudnych czasach, wreszcie ocalić to wszystko, co pozwoli w razie braku najbliższej osoby żyć dalej i widzieć w tym nie tylko konieczność, ale i potrzebę. „Listy na pożegnanie” nie są więc tylko wyznaniem wielkiej miłości i przyjaźni. To przede wszystkim świadectwo ideowego zaangażowania pewnej grupy intelektualistów. Historia małżeństwa von Moltke jest bowiem opowieścią o przeciwstawieniu się nazizmowi, przekonaniu, że nadejdzie lepsze jutro i że trzeba wiedzieć, na jakich zasadach skonstruować ów świat przyszłości. To także wyznanie wiary i zadeklarowane poczucie, że prawość, odpowiedzialność i uczciwość to wartości kluczowe. Ostatnie chwile Helmutha Jamesa okazują się niezwykle interesującym fragmentem historii oporu tych Niemców, którzy należeli do elit. Funkcjonowanie tzw. Kręgu z Krzyżowej to w sensie biograficznym istotny, bo formacyjny i tożsamościowy, epizod życia małżeństwa von Moltke. Epizod, który wpływa na przerwanie życia Helmutha Jamesa oraz na dalsze propagowanie wyznawanych idei przez Freyę. Korespondencja małżonków z jednej strony stanowi próbę intensywnego doświadczenia tego, co zwiastuje koniec, z drugiej jest intrygująca pod względem intelektualnym – stanowi zapis filozofii codzienności, religijnego namysłu nad zobowiązaniami wobec społeczeństwa, ujawnionej troski o państwo i ludzi egzystujących w tej samej wspólnocie.


Helmuth James i Freya von Moltke, Listy na pożegnanie. Wrzesień 1944 – styczeń 1945, red. Helmuth Caspar von Moltke, Ulrike von Moltke, Agnieszka von Zanthier, przeł. Grażyna Prawda, wstęp: Abp Alfons Nossol, Wyd. Znak, Kraków 2017.

niedziela, 7 stycznia 2018

Zło chętnie zapominane (P. Smoleński, Syrop z piołunu. Wygnani w Akcji Wisła)

Reportaż Pawła Smoleńskiego to publikacja bardzo ważna. Należałoby ją polecać wszystkim tym, którym z łatwością przychodzi ocenianie historii oraz czarno-białe klasyfikowanie ludzkich zachowań. Autor nie tylko bowiem pokazuje, jak skomplikowane i obustronnie pełne win są relacje polsko-ukraińskie, ale również rekonstruuje proces przemilczania, politycznego dyscyplinowania wspomnień oraz historycznych przekłamań. Oddaje głos świadkom wydarzeń sprzed lat i odsłania dramat – ten, który wydarzył się kiedyś, ten, który jest ciągle żywy w pamięci, ten, który skazany został na zapomnienie. Smoleński na przykładzie biografii zwykłych ludzi, dla których Wielka Historia była często czymś mało zrozumiałym, przedstawia konsekwencje przesiedleń, brutalnego traktowania Ukraińców lub tych, których za Ukraińców uznano, wreszcie ciągle za mało znane, straszliwe w swojej wymowie, funkcjonowanie obozu koncentracyjnego w Jaworznie. W reportażu Smoleńskiego ważne są świadectwa jednostek – opowiedzenie o tym, co przekazali starsi członkowie rodziny, wspomnienia z młodości, które po kilkudziesięciu latach są równie wyraźne jak kiedyś, odmowa mówienia uzasadniana ciągle żywym lękiem, bolesny szloch tych, którzy wracając do przeżyć z przeszłości, nie umieją o doznanym okrucieństwie opowiadać. Dowiadujemy się o winach Polaków, jednak przekaz tej książki ma wymiar uniwersalny – to człowiek czyni zło, to człowiek nienawidzi człowieka, to człowiek zabija, gwałci, torturuje, stosuje wymyślne razy po to tylko, by zadać więcej cierpienia. Historia pogromów, biografia generała Świerczewskiego, bezradność zwykłego człowieka wobec polityki i instytucjonalnej siły, wreszcie łatwość sterowania nastrojami społecznymi – to wszystko czytelnik znajdzie w omawianej książce. Szczególnie istotny jest wątek pamięci. Smoleński sygnalizuje nie tylko łatwość zapominania, kładzie również nacisk na nieuzasadnione bagatelizowanie cudzego cierpienia, wymazywanie z pamięci polskich win, wreszcie sugerowanie – także przez naukowców – że istnienie miejsc, w których dochodziło do barbarzyńskiego traktowania więźniów, to tak naprawdę coś mało ważnego. Lektura obowiązkowa.


Paweł Smoleński, Syrop z piołunu. Wygnani w Akcji Wisła, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

sobota, 6 stycznia 2018

Temat to nie wszystko (A. Björk, M. Beijmo, Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym)

Reportaż szwedzkich dziennikarzy to książka, która służyć może jako lekcja poglądowa dotycząca tego, jak nie należy pisać i czego należy unikać. Pozornie mamy do czynienia z publikacją bardzo ciekawą. Zachęca okładka, bo wydawca postawił na oszczędność środków i symbolikę. Zachęca temat – oto wychodzi na jaw, że uchodźcom tonącym na jednej z łodzi na Morzu Śródziemnym nie udzielono pomocy, choć zaangażowanie się w ratowanie ludzi było możliwe. Ci, którzy nie zareagowali, dopuścili się nie tylko rzeczy nieludzkiej w swojej wymowie, ale i złamali prawo. Zachęca więc również dramatyczna wymowa dziennikarskiego śledztwa oraz potencjalne uniwersalne przesłanie tego, co się wydarzyło. Niestety, szybko okazuje się, że dobry temat, ważny problem i oburzenie dziennikarzy nie wystarczą. „Łódź 370” to jedna z najsłabszych książek o sytuacji uchodźców, które ukazały się na naszym rynku. Autorzy zdają się zapominać, że to nie oni w reportażu są najważniejsi. Całkowicie zbędne i literacko wyjątkowo słabe są opisy emocji dziennikarzy – momentami naiwne, by nie powiedzieć infantylne, bardzo chaotyczne, odsłaniające irytującą manierę przypadkowości działania i nieuporządkowania w reakcjach. Również koncepcja całej książki w sensie formalnym jest mocno wątpliwa. Dominuje tu postawienie na pretensjonalność, emocjonalność, brak umiejętności myślenia długofalowego oraz zapis, który przypomina notatki licealistki, a nie opis wydarzeń przygotowany przez dziennikarzy. Reportaż – pomyłka.


Annah Björk, Mattias Beijmo, Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

piątek, 5 stycznia 2018

Szantaż emocjonalny (R. Rient, Duchy Jeremiego)

Powieść Roberta Rienta rozczarowuje. Widać, że autor chciał napisać utwór ambitny, jednak zdecydowanie mu się to nie udało. „Duchy Jeremiego” to powieść z gatunku tych, które można by określić literaturą popholokaustową. Autor wykorzystuje tematy trudne, rodzinne i historyczne traumy, po to, by wywołać oczywistą reakcję czytelnika. Powieść z założenia ma wzruszać i eliminować ewentualny odbiór krytyczny. Mamy bowiem do czynienia z narracją dwunastoletniego chłopca, który zmierzyć się musi z ostatecznością i informacjami wcześniej przed nim ukrywanymi. Pozorowana naiwność młodego narratora literacko jest mało przekonująca. Jeremi zetknie się ze śmiercią i to w zwielokrotnionym wydaniu – dowie się o zesłaniu dziadka na Syberię, obserwować będzie zmaganie się staruszka z utratą pamięci; przyjmie informację o Zagładzie jako części biografii babki oraz o obozach koncentracyjnych, o których opowie mu przyjaciółka rodziny, pani Maria; obserwować będzie ciotkę, lesbijkę, która właśnie rozstała się z partnerką. Największym zaskoczeniem dla chłopca okaże się jednak informacja, że jest Żydem, a największym cierpieniem choroba nowotworowa matki i jej odejście. Nagromadzenie tych wszystkich faktów nazbyt blisko siebie wywołuje efekt przesady i karykaturalności. To, co miało wzruszać i poruszać, irytuje. Rient nie potrafi dawkować napięcia, przekonująco opisać egzystencjalnego niepokoju, ma również trudności z posługiwaniem się dziecięcą optyką. Nie umie niuansować opisywanych traum. Powieść wtórna, wybrzmiewająca fałszywymi tonami, instrumentalnie grająca tematyką Zagłady i choroby – tak można by skwitować tę książkę. Jeśli miała to być proza artystyczna, to ów zamysł się nie udał. „Duchy Jeremiego” to zaledwie przeciętna powieść popularna, która z racji problematyki stara się być czymś więcej. Odradzam.


Robert Rient, Duchy Jeremiego, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017.