niedziela, 4 grudnia 2016

W cieniu milczenia (M. Sznajderman, Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna)

Książka Moniki Sznajderman, choć objętościowo skromna, dotyka wyjątkowo wielu istotnych kwestii. Ważnych nie tylko z perspektywy prywatnej, bo przecież jak czytamy w podtytule, mamy do czynienia z historią rodzinną, ale również z perspektywy historycznej, socjologicznej, antropologicznej i etycznej. „Fałszerze pieprzu” to zapis pracy postpamięci. Autorka jest dzieckiem ocalonego z Zagłady. Rekonstruując losy żydowskiej rodziny ojca oraz polskiej rodziny matki zderza nie tylko społeczności, które żyjąc obok siebie, często się nie dostrzegały, ale również pokazuje, jak dramatyczne i skomplikowane bywały losy tych, którzy doświadczyli II wojny światowej. Sznajderman nie ukrywa, że wobec pamięci ojca jest bezradna. Z jednej strony odczuwa wdzięczność, że mężczyzna przetrwał mimo wszystko i nie doznał powtórnej śmierci już po ocaleniu, z drugiej czuje ciężar wynikający z braku słów i konieczności życia w cieniu milczenia. Opowieść, do której zyskuje dostęp autorka, rodzi się tak naprawdę nie w zwierzeniach między ojcem a córką, ale w książkach, archiwach, zdjęciach. Odkrywanie losów obu gałęzi rodziny skutkuje zadawaniem pytań – o ciężar odpowiedzialności wynikającej z przetrwania, o miłość rodziców, w której widoczny jest ślad podstaw sensu istnienia po Zagładzie, o przedwojenny antysemityzm i przynależność do narodowców, o przyjaźń z pojedynczymi Żydami i niechęć do Żydów jako takich, o granice niepamięci i prawo do niepamiętania, o przestrzeń, w której ślady bywają utrwalane, ale dużo częściej pracowicie wymazywane, o „skażone krajobrazy”, o których pisał Martin Pollack, obecne w tym wypadku w historiach tych, którzy przejęli pożydowskie mienie, i tych, którzy po powrocie nie mieli co odzyskiwać. Wiele niełatwych pytań i tak mało odpowiedzi… Zastanawianie się nad wyborami przodków przeradza się w rozważanie nad etycznym uwikłaniem człowieka w dobro i zło, nad obojętnością i zaangażowaniem, nad możliwością kształtowania własnego losu i koniecznością poddania się przeznaczeniu. Lektura obowiązkowa.


Monika Sznajderman, Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna, wstęp: Martin Pollack, tłum. wstępu: Karolina Niedenthal, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 3 grudnia 2016

Powrót (J. Pilch, Indyk beltsville. Opowiadania zebrane)

Pomysł na zebranie opowiadań Pilcha w jednym tomie wydaje się strzałem w dziesiątkę. Jest okazją do przypomnienia tekstów dla tych, którzy już kiedyś je czytali. Pozwala na zgromadzenie krótkich form prozatorskich pisarza w jednym miejscu. Staje się też okazją do poznania opowiadań dla osób, które nie miały okazji ich czytać, a grupa ta, jak podejrzewam, rekrutuje się zapewne głównie z przedstawicieli młodszych pokoleń. „Indyk beltsville” to znakomity pretekst do przypomnienia Pilchowej frazy. Ci, którzy znają powieści autora oraz kojarzą podstawowe fakty z jego biografii bez problemu będą również w stanie wskazać tropy autobiograficzne oraz motywy, które obsesyjnie powracają w twórczości pisarza. W tomie zebrano opowiadania opublikowane wcześniej w następujących książkach: „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” z 1988 roku, „Bezpowrotnie utracona leworęczność” z 1998 roku i „Moje pierwsze samobójstwo” z 2006 roku. Dołączono również utwory rozproszone, opublikowane w zbiorze „Wakacyjna miłość” oraz w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” i „Wysokich Obcasach”. Warto zwrócić uwagę na tytuły tomów Pilcha. Świetnie charakteryzują one to, co czytelnik znajdzie w opowiadaniach: połączenie absurdu z realizmem, pewnego rodzaju melancholijność zderzona z bezpośredniością, przyjrzenie się minionemu ze świadomością nieuchronności teraźniejszego, wreszcie ironia wymieszana z czymś, co można by określić mianem szorstkiej czułości. Wyjątkowy talent do celnych, oryginalnych i zapadających w pamięć tytułów miał zresztą pisarz zawsze. Widać to nie tylko na przykładzie tytułów książek, ale i tytułów opowiadań zawartych w tomach. Przywołajmy kilka z nich: „Towarzysz bez wyrazu”, „Mój uśpiony strażnik”, „Rękopis znaleziony na korytarzu szpitalnym”, „Cud czasu ujemnego”, „Biuro pisania nekrologów i wspomnień pośmiertnych”, „Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych”, „Miłość ściętej głowy”, „Parkinson, mon amour”. Ciekawe jest również przyjrzenie się poszczególnym tomom opowiadań w kontekście ich cech charakterystycznych. Kolejne zbiory ukazywały się bowiem w odstępie mniej więcej dziesięciu lat. Niezależnie jednak od przyjętego trybu lektury przyjemność obcowania z bardzo dobrą literaturą jest w tym przypadku gwarantowana.


Jerzy Pilch, Indyk beltsville. Opowiadania zebrane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

piątek, 2 grudnia 2016

W cieniu przeciętności (Z. Parafianowicz, M. Potocki, Kryształowy fortepian)

Reporterska książka Parafianowicza i Potockiego to w pewnym sensie kontynuacja opowieści zaprezentowanej w „Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę”. W obu przypadkach autorzy interesują się współczesnymi przemianami politycznymi i społecznymi, kładą też nacisk na kluczowe z perspektywy najnowszej historii wydarzenia. Warto zwrócić uwagę na tytuły obu książek. W tej poświęconej głównie przegranej Janukowycza na plan pierwszy wysuwa się bezwzględność i buta władzy, w tej stawiającej w centrum Poroszenkę kontynuowanie tradycji niewyobrażalnego wprost bogactwa. Tradycja ta, na co zresztą zwracają uwagę reporterzy, jest w dużej mierze stałym elementem wpisanym w wizerunek medialny osób mających wysoką pozycję. Bez bogactwa posiadana władza jest niewiarygodna. To tylko jeden z elementów stanowiących wyznacznik różnic kulturowych, na które zwracają uwagę Parafianowicz i Potocki. Wskazanie owych cech specyficznych jest chyba najciekawszym elementem książki. Autorzy szczegółowo rekonstruują roszady wśród tych, którzy decydują o polityce państwa – ujawniają mało elegancki język sporów, pokazują ciągle obecną korupcję, kładą nacisk na brak pamięci historycznej, akcentują związek polityki z wielkim biznesem, wpisują losy kolejnych polityków w przyspieszanie przemian lub ich opóźnianie. W ocenie reporterów Poroszenko charakteryzuje się nudą i przeciętnością. Pojawia się więc pytanie, czy na taką osobowość są gotowi zwykli Ukraińcy. Reportaż Parafianowicza i Potockiego to na pewno lektura obowiązkowa dla tych, którzy interesują się Ukrainą. Szczegółowość relacji, wielość kontekstów i zróżnicowanie odniesień budzą podziw. Nieco rozczarowuje jednak styl opowieści – bliższy typowej prasowej relacji niż reportażowi literackiemu.


Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki, Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

środa, 30 listopada 2016

Triumf przemocy (N. Wachsmann, Historia nazistowskich obozów koncentracyjnych)

Praca historyczna Nikolausa Wachsmanna to lektura ważna, erudycyjna, wzbogacona licznymi świadectwami tych, którzy byli więźniami obozów opisywanych przez autora. Znakomite połączenie narracji typowo historycznej, rekonstruującej kolejne etapy powstawania i funkcjonowania obozów koncentracyjnych, z narracją charakterystyczną dla tych, którzy dzielą się swoją pamięcią indywidualną i stają się oskarżycielami systemu, zasługuje na podziw i uznanie. Wachsmann cały czas pozostaje tym, kto gromadzi fakty, kto przedstawia różne punkty widzenia, kto odsłania zaniechania tych, którzy mogli coś zrobić, i piętnuje wynaturzenie tych, w których obudziły się bestie. „Historię nazistowskich obozów koncentracyjnych” można bowiem czytać jako opowieść przemocy, która znajduje ujście wśród zwykłych ludzi. Badacz nie ma wątpliwości, że brutalność, okrucieństwo, sadyzm zazwyczaj nie były potwierdzeniem psychopatologicznej osobowości sprawców, lecz przejawem ich zwykłości, która uległa przedziwnej i zatrważającej hiperbolizacji. Mówiąc inaczej, wyraźnie widać tu sugestię, iż zło nie jest skandalem, ale normą, która w tym wypadku zatriumfowała. Wachsmann nie proponuje czytelnikowi archiwum świadectw, jednak za każdym razem, kiedy przywołuje czyjeś autentyczne przeżycia, jest to na tyle mocne i poruszające, że właściwie nie wymaga dodatkowego komentarza. Wątkiem, który zostaje w książce zaakcentowany jest inny status obozów koncentracyjnych przed rozpoczęciem wojny, inny podczas jej początkowego trwania i inny wówczas, gdy podjęto decyzję o tzw. ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej. Autor nie ukrywa, że każdy z tych etapów znaczony jest przez przemoc – jej kult, jej triumf, jej niekwestionowane zwycięstwo. Badacz przypomina, że wielu więźniów nie miało wątpliwości, iż obozy nie były miejscem dla bohaterstwa i humanizmu, pozwalały za to na gnębienie, niszczenie i deptanie człowieczeństwa. W książce natkniemy się na przywołanie specyfiki wielu obozów, próbę odczarowania obiegowych przekonań na temat niektórych z nich i opisanie tych mniej znanych (np. obozów podziemnych). Ważnym punktem odniesienia staje się hierarchiczność, którą odtwarzano w obozie w zastraszającym tempie, czyniąc z niej źródło wsparcia lub pogardy. Najniżej w hierarchii więźniów byli homoseksualiści i Świadkowie Jehowy, jeśli chodzi o narodowość wykluczające było przyporządkowanie do Związku Radzieckiego, pogardzano też kobietami, które zmuszono do pracy w obozowych burdelach, nienawidzono kapo, zwłaszcza tych, którzy nazbyt szybko uwierzyli w swoją rolę, nienawiścią darzono też członków Sonderkommando. Wachsmann pokazuje, że obozy wytworzyły specyficzne reguły życia społecznego i każdy musiał się w nich jakoś odnaleźć. Akcentuje również ważną rolę pamięci, zapomnienia i świadczenia. Dotyczy to nie tylko ofiar, różnie reagujących na wyzwolenie i szansę na dalsze życie, ale i ludzi współcześnie żyjących. Wielość obozów i fakt świadomej obojętności tych, którzy o nich wiedzieli, pozwala na mało optymistyczne wnioski. Wachsmann nie oskarża, lecz wyraźnie sugeruje konieczność czujności – wobec siebie i wobec innych. Lektura obowiązkowa.


Nikolaus Wachsmann, Historia nazistowskich obozów koncentracyjnych, przeł. Maciej Antosiewicz, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

wtorek, 29 listopada 2016

Tęsknota za wolnością (N. Willner, Lata rozłąki)

Szkoda, że wydawnictwo zdecydowało się na taką okładkę „Lat rozłąki”. Obawiam się, że spowoduje to efekt odwrotny od oczekiwanego. Potencjalnie zainteresowani czytelnicy nie sięgną po tę książkę, spodziewając się tzw. popularnej prozy kobiecej, a z kolei adresatki owej prozy kobiecej mogą być rozczarowane, gdyż nie otrzymają powieści obyczajowej, lecz biografię pewnej niemieckiej rodziny żyjącej w czasach zimnej wojny. Polską okładkę „Lat rozłąki” można pokazywać jako przykład kompletnie chybionego pomysłu na przyciągnięcie uwagi odbiorcy. Szkoda, powtórzę, bo mamy do czynienia z bardzo ciekawą historią. Nina Willner, której matka uciekła kiedyś z NRD, a ojciec był niemieckim ocalałym Żydem, który pracował dla armii amerykańskiej, jest nie tylko kimś, kto spisuje losy swojej rodziny, ale też daje żywe świadectwo zwycięstwa wolności nad pogardą, niewolą i zastraszeniem. Jako świadek okazuje się również zranionym dzieckiem, któremu Wielka Historia odebrała dziadków – ze strony ojca zamordowana została cała rodzina, ze strony matki dokonano symbolicznego zabójstwa poprzez rozdzielenie bliskich murem berlińskim. Jedna linia rodziny jest więc ofiarą faszystowskiego wyobrażenia o rządzeniu światem, druga staje się ofiarą komunistycznych mrzonek o stworzeniu rzeczywistości idealnej. Willner łączy opowieść o losach matki i jej bliskich z faktami historycznymi, pokazując w ten sposób, jak decyzje polityczne niszczą ludzi, czyniąc z nich marionetki. Na uwagę zasługuje wątek zaszczepienia wolności w Hannie, owej córce, która ucieka, przez ojca, który jest nauczycielem. Jednocześnie mamy do czynienia ze znakomitym portretem wspomnianego mężczyzny – najpierw człowieka niezłomnego, potem niszczonego przez system, wreszcie rozgoryczonego i zdradzonego przez tych, którzy chcieli go ukształtować bez jego woli. Równie interesujący jest portret matki Hanny, kobiety, która musiała się opiekować wieloma dziećmi i dla każdego z nich miała należną mu uwagę i miłość. Wątek kontrolowania prywatności i intymności przez system komunistyczny należy do szczególnie mocno wyeksponowanych. Chodzi nie tylko o donoszenie ludzi na znajomych, ale i na uczenie dzieci, by zdradzały swoich bliskich, chodzi o kontrolowanie korespondencji, przechwytywanie listów i paczek, zakaz przekraczania granicy. Po udanej ucieczce Hanna musi nauczyć się przyspieszonej dorosłości. Jest sama, długo nie będzie miała żadnych wieści od bliskich, przez wiele lat będą rozłączeni bez możliwości spotkania. Przekonanie o ogromnej wadze wolności dodaje jej sił. Wolność staje się dla niej tym, dzięki czemu można w ogóle żyć. Tej idei podporządkowuje swoją codzienność, jest zwykłą dziewczyną, potem kobietą, która próbuje przetrwać, ale przez to jej walka jest dużo bardziej poruszająca. Biograficzna opowieść Willner to udany portret człowieka zniewolonego, który marzy o wolności, zazwyczaj na wyobrażeniach poprzestaje, ale czasami decyduje się, by mimo ryzyka zacząć działać.


Nina Willner, Lata rozłąki, przeł. Magdalena Iwińska, Hanna Faryna-Paszkiewicz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Rzeczywistość to zbiór tematów na felieton (M. Meller, Sprzedawca arbuzów)

Felietony Marcina Mellera to przykład inteligencji, błyskotliwości i (auto)ironii. Autor doskonale radzi sobie z typowym, deklarowanym i w tej książce, dylematem felietonisty, czyli cotygodniowym pytaniem o temat swojego tekstu. We wstępie otrzymujemy informację: „Zaczynam rodzinno-intymnie, potem wkraczają klimaty okołopolityczne, następnie obyczajowe, a skoro faceta poznaje się po tym jak kończy, to ja kończę kulturą” (s. 8). Ów podział jest jednak tylko umowny. W tym tkwi siła prezentowanych – barwnych i pełnych celnych spostrzeżeń – opowieści. Meller, co ważne, nie pisze z pozycji obserwatora, woli raczej być uczestnikiem wydarzeń. Jeśli więc opisuje różnego rodzaju absurdy naszej rzeczywistości, robi to zawsze w swoim imieniu, jest zaangażowany, nie ucieka od dowcipnych i mocnych puent. Uwagę czytelnika na pewno zwróci pasja, która towarzyszy autorowi na co dzień. Pasję tę widać, gdy czytamy wzruszające felietony o dzieciach dziennikarza lub o nieżyjących rodzicach. Pasję tę odnajdujemy, gdy autora najzwyczajniej w świecie wkurza – to dobre słowo! – dwulicowość polityków, chowanie się za pseudoideami lub łatwość w selekcjonowaniu ludzi na lepszych lub gorszych z racji poglądów lub pochodzenia (świetny felieton o rzekomych resortowych dzieciach). Pasja ta wreszcie jest widoczna w zachwycaniu się literaturą i w odkrywaniu życiowych, tak to ujmijmy, korzyści wynikających z zaczytywania się w pewnych książkach (dla wszystkich, którzy kochali Niziurskiego, felieton o tym autorze powinien być obowiązkową lekturą). Całościowe spojrzenie na zawarte w tomie teksty sprowadza się do stwierdzenia, iż mamy do czynienia książką, która układa się w bardzo spójną deklarację funkcjonowania w rzeczywistości. Mamy więc odwagę bycia szczerym, mamy umiejętność uznania racji tego, kto stoi po drugiej stronie barykady, mamy chęć obnażenia paradoksów wynikających z traktowania wszystkiego nazbyt serio, mamy apetyt na życie, mamy zgodę na to, by także siebie potraktować jako pretekst do zabawnej opowieści. To wszystko plus niewątpliwe poczucie humoru – gwarantuję, że czytelnik nieraz wybuchnie śmiechem! – pozwalają sądzić, że felietonowa doraźność została w tym wypadku naznaczona uniwersalnością, a to dużo. Nawet bardzo dużo.


Marcin Meller, Sprzedawca arbuzów, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

niedziela, 27 listopada 2016

Miniony świat (S. Chutnik, Smutek cinkciarza)

Najnowsza powieść Sylwii Chutnik ukazuje się w znanej serii wydawnictwa Od Deski do Deski. Nazwa serii to kluczowa gra słów, a mianowicie „Na f/aktach”. Kluczowa, bo odwołuje się do istotnego zabiegu, będącego znakiem rozpoznawczym publikowanych w jej ramach utworów, a mianowicie korzystania z autentycznych materiałów sądowych, odwoływania się do doniesień prasowych i bazowania na przestępstwie, które naprawdę się wydarzyło, przy jednoczesnym deklarowaniu raczej inspiracji niż wierności zasadom non-fiction. Chutnik opowiada więc o morderstwie pewnego cinkciarza i o podejrzewaniu syna, iż jest sprawcą zbrodni, lecz przenosi akcję z Sopotu, gdzie faktycznie cała historia miała miejsce, do Warszawy. Z wielu powodów decyduje się na ten gest – znajomość topografii miasta i ówczesnego klimatu dzięki opowieściom rodziny oraz kolejna deklaracja wierności fascynacji stolicą to z pewnością te najbardziej oczywiste. Powieść Chutnik okazuje się raczej impresją „na temat” niż pełnokrwistą powieścią. O ile próbę oddania atmosfery towarzyszącej pracy cinkciarza i klimatu nocnego życia Warszawy można uznać za udaną, o tyle zdecydowanie się na narrację pierwszoosobową już nie. Ważnym punktem odniesienia dla biografii zamordowanego mężczyzny są dwie kobiety – jedna nieosiągalna, która nie przestaje być przedmiotem idealizacji mimo swojego osiedlowego upadku, druga dostępna i przymuszająca z racji małżeństwa do większego zakorzenienia w racjonalności. Interesująca jest również relacja między ojcem a synem. Wzrastający brak porozumienia i zapatrzenie chłopaka tylko w pieniądze skutkują najprawdopodobniej tragedią, której nikt się nie spodziewa. Szkoda, że Chutnik zdecydowała się na ów impresyjny charakter opowieści, bo w efekcie mamy również do czynienia z pewną powierzchownością opisu. Pogłębienie psychologiczne opisywanych postaci – pozornie nieskomplikowanych, ale w swojej zwyczajności bardzo interesujących – okazałoby się bardzo korzystne dla powieści. Zwłaszcza że autorce udaje się zaakcentować ów tytułowy smutek, pewną melancholijność wpisaną w schyłkowość PRL-u oraz bycie częścią półświatka, umiejącego się bawić, ale i rozpaczać z równie wielką siłą. Lekturze towarzyszy więc niedosyt. Widać bowiem nazbyt mocno potencjał, który nie został do końca wykorzystany.


Sylwia Chutnik, Smutek cinkciarza, Wyd. Od Deski do Deski, Warszawa 2016.

środa, 23 listopada 2016

Bernadetta Darska - Maski zła. (Nie)etyczność postaw i zachowań jako temat współczesnego reportażu polskiego

Właśnie ukazała się moja najnowsza książka poświęcona polskiemu reportażowi. Nosi tytuł „Maski zła. (Nie)etyczność postaw i zachowań jako temat współczesnego reportażu polskiego”. Przyglądam się w niej książkom Katarzyny Boni, Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego, Marcina Kąckiego, Justyny Kopińskiej, Jarosława Mikołajewskiego, Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Mirosława Wlekłego, Marcina Wójcika. Wydawcą publikacji jest Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji UWM.

„W omawianej propozycji książkowej odnajdziemy te same cechy, które wyróżniają wcześniejsze pisarstwo Autorki wielu ważnych książek i znanej blogerki: znakomitą orientację w tematyce współczesnego reportażu, trafne rozpoznania krytycznoliterackie, uważność wobec literackich tendencji i świetne pióro. Znawczyni reportażu świadomie wypada tu niekiedy z roli obiektywnej badaczki literatury faktu, nie próbuje być zawsze wyważona, nieraz bywa nazbyt surowa. To cena, jaką płaci za postawę bezkompromisowości wobec zła”.
dr hab. Beata Nowacka

„[…] reporterzy doskonale wiedzą, że najważniejszy w ich pracy bywa człowiek – ten, który powierza im swoją historię i który chciałby, żeby dzięki temu nadeszły jakieś zmiany. Są również przekonani, takie wnioski da się wysnuć z tekstów, że nie zabawa i przyjemność oferowane przez media są najważniejsze. Ufają swojej intuicji, ale i ufają czytelnikom. Widzą w nich ludzi wrażliwych, chętnych do reagowania na zło, próbujących w miarę możliwości dostrzegać fałszywy obraz sztucznego dobra, które udaje i kamufluje triumfujący w danym miejscu mrok. W pewnym więc sensie i reporterzy, i ich czytelnicy budują wspólnotę ludzi nieobojętnych lub potrzebujących obudzenia, by takimi się stać. „Zabieranie głosu w sprawie” za pomocą reportażu stanowi próbę odświeżenia dziennikarstwa zaangażowanego, piętnującego zło, ujawniającego je tam, gdzie skutecznie ukrywa się pod pozorem idealnie funkcjonującego porządku, a także inicjującego reakcje odpowiednich służb”.
(fragment książki)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Nieśmiertelność (A. Konar, Mischling czyli kundel)

Powieść Konar to historia bliźniaczek będących ofiarami eksperymentów doktora Mengele. Perła i Stusia są dziećmi. Dziewczynki trzymają się razem. Bycie bliźniaczkami determinuje ich istnienie. Najpierw daje radość, pozwala na uzupełnianie cech osobowości, oferuje przyjemność i zabawę, z czasem – z nadejściem wojny – coraz bardziej wrzuca w mrok i cierpienie. Role, które wydawały się dla dziewczynek oczywiste, w obozie koncentracyjnym muszą ulec przewartościowaniu – czasami trzeba udać, że jest się tą drugą, czasami trzeba mieć więcej siły, choć jest się tą słabszą, czasami trzeba pokazać wiarę w lepsze jutro, choć nadziei tak naprawdę nie ma żadnej. Konar próbuje opowiedzieć o losie swoich bohaterek inspirując się autentycznymi biografiami ofiar doktora Mengele. Stara się oddać dziecięcy sposób postrzegania świata, początkowe niezrozumienie tego wszystkiego, co dziewczynki otacza, i stopniowe pojmowanie okrucieństwa. Ważnym wątkiem, który zostaje wyeksponowany w powieści, jest wiara w nieśmiertelność i szczególność własnego losu, jaką Mengele wpajał tym, na których eksperymentował. Motyw ten pojawia się w innej powieści, poruszającej podobną tematykę, a mianowicie „Ślicznotka doktora Josefa” Zyty Rudzkiej. Konar udaje się pokazać specyficzne przywiązanie rodzące się między bliźniaczkami a oprawcą. Nienawiść towarzyszy w tym wypadku odczuciom przypominającym wdzięczność za poświęcaną uwagę i możliwość przetrwania mimo wszystko. To, co stanowi najważniejsze pytanie w książce, sprowadza się do zastanowienia się nad tym, czy bohaterkom udało się zachować łączącą ich więź. Zło jednoczy, ale i wyjątkowo okrutnie dzieli. Przetrwanie po wojnie w innym zupełnie świecie okazuje się wyzwaniem, bo być może niemożliwe będzie życie razem i trzeba będzie istnieć oddzielnie. Bliźniacza więź narażona jest więc na zniszczenie nie tyle przez eksperymenty medyczne, co raczej przez toksyczną siłę pamięci.


Affinity Konar, Mischling czyli kundel, przeł. Agnieszka Barbara Ciepłowska, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

niedziela, 20 listopada 2016

Poeta w cieniu śmierci (S. Bereś, Gajcy)

Dla lektury biografii Gajcego ważny jest kontekst wcześniejszej publikacji Stanisława Beresia, poświęconej poecie, a mianowicie „Uwięziony w śmierci. O twórczości Tadeusza Gajcego” z 1992. Choć metafora bliskiego sąsiedztwa śmierci pozostaje podobna i sytuuje biografię jednego z Kolumbów w bliskim sąsiedztwie ostateczności i jej nieuchronności, książka, którą otrzymujemy dzisiaj różni się nie tylko objętością. Obszerna opowieść o życiu, pisaniu i życiopisaniu Gajcego znakomicie się wpisuje w polemiczny dialog ze współczesnymi tendencjami pomnikowego traktowania tych wielkich, odsłaniając skomplikowanie często jednoznacznie odczytywanej postaci. Gdzieś w tle wybrzmiewa więc mocno konieczność upominania się o różnorodność, nieoczywistość i niuansowanie tych, których skłonni jesteśmy klasyfikować jako reprezentantów jakiejś grupy. Bereś w znakomicie poprowadzonej argumentacji pokazuje uwikłanie Tadeusza Gajcego w prawicowe środowisko „Sztuki i Narodu”, akcentując nie tylko rodzaj fatum ciążącego nad naczelnymi pisma, ale też nieco odmienną od wcześniejszej politykę redakcyjną prowadzoną przez poetę. Badacz w interesujący sposób rekonstruuje ważne momenty w krótkiej biografii swojego bohatera, pokazując jego zaangażowanie i czasami zagubienie. Z jednej więc strony mamy poetę, który bardzo wcześnie jest przekonany o swojej uprzywilejowanej roli z racji tworzenia, z drugiej rozpamiętującego swój tragiczny błąd w trakcie jednej z akcji buntownika i niedoświadczonego żołnierza. Bardzo interesujące są fragmenty, w których Stanisław Bereś szczegółowo rekonstruuje spór między Czesławem Miłoszem a poetami warszawskimi, ze strony noblisty trwający również wiele lat po śmierci adwersarzy, opierający się na opozycji: przetrwać czy walczyć, chronić życie dla dobra wspólnego czy je narażać w bezpośrednim starciu z okupantem. Przypomnienie tego sporu jest ciekawe, bo pozwala na postawienie i obronę tezy o formacyjnym charakterze doświadczeń wojennych. Spór ten wybrzmiewa też arcyciekawym echem w kontekście poglądów Kolumbów i tego, co porządkowało twórczość Gajcego. Poeta w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów wcale nie był zwolennikiem ruszania do walki i toczenia bezpośrednich starć. Drobiazgowa i błyskotliwa analiza twórczości Gajcego, także tej mniej znanej, jest zresztą wielkim atutem tej książki. Warto również zwrócić uwagę na fragmenty dotyczące przetrwania i ocalenia rękopisów, a także przyspieszonego dojrzewania twórców osiągających swoją artystyczną pełnię właśnie w okresie II wojny światowej. Biografię tę czyta się nie tylko jako fascynująco opowiedzianą historię życia młodego mężczyzny, który miał ideały, pisał poezję, chciał mieć wpływ na otaczający go świat, ale również jako świadectwo losów podporządkowanych śmierci. I nie chodzi tu o śmierć Gajcego pojmowaną dosłownie, raczej o śmierć wpisaną w wojnę jako taką.


Stanisław Bereś, Gajcy. W pierścieniu śmierci, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 19 listopada 2016

Cienie przeszłości (K. Puzyńska, Dom czwarty)

Najnowsza odsłona popularnej serii kryminalnej, w której prym wiodą policjanci z Lipowa, okazuje się równie interesująca jak poprzednie części. Fakt ten trzeba mocno zaakcentować, bo zważywszy na szybkość, z jaką powstają kolejne powieści oraz ich objętość, trzymanie dobrej formy może zaskakiwać. Większość pisarzy przy takiej intensywności pracy zaczyna raczej produkować książki, niż je pisać, długo więc dałoby się wymieniać tych, którzy w podobnym boju polegli. Na szczęście Puzyńska do tej grupy nie należy. Co więcej, zdecydowanie można uznać, że kolejne powieści umacniają jej pozycję na polskim kryminalnym rynku i zapewniają jej czołowe miejsce wśród tych, którym nieobcy jest świat literackiej zbrodni i walki dobra ze złem. „Dom czwarty” nie zawiedzie więc wiernych czytelników autorki, prawdopodobne jest natomiast, że ich zaskoczy. Puzyńska po raz kolejny odmalowuje intrygujący portret małej, zamkniętej społeczności, w której mroczne tajemnice są wszystkim znane, nie mówi się jednak o nich głośno, zwłaszcza wtedy, gdy pytają obcy. Zderzenie swojskości z obcością zostaje zresztą w tej powieści opowiedziane na różne sposoby. Mamy bowiem tajemnice z okresu II wojny światowej, a więc tygiel nienawiści, niechęci i królujących uprzedzeń polsko-niemiecko-żydowskich; mamy łatwość stygmatyzowania tych, którzy dopuścili się jakiegoś grzechu przy jednoczesnej niechęci do dostrzegania własnych win; mamy fanatyczne niemalże przywiązanie do zasad i pseudopatriotyzmu, niosące ból i cierpienie najbliższym; mamy miłość, nienawiść, zazdrość umiejscowione w cieniu Wielkiej Historii, z którą – jak się okaże – przegrywa się nawet po latach. Puzyńska z dużą wprawą i wrażliwością opisuje ludzkie dramaty, każąc swoim bohaterom mierzyć się i z dobrem, i ze złem. Wśród portretowanych postaci właściwie nikt nie jest jednoznacznie dobry. Każdy ukrywa jakiś sekret – czasami jest to słabość i żal, że wcześniej nie zawalczyło się o własne życie, czasami przekonanie, że kiedyś uruchomiło się lawinę, która ciągle trwa i zabiera ofiarę za ofiarą; czasami wreszcie przekonanie o własnej nieomylności uprawniające do niszczenia, które udawać ma budowanie. Daniel Podgórski oraz Emilia Strzałkowska i Weronika Nowakowska ruszają śladami Klementyny Kopp, która wyjechała do rodzinnej wsi po czterdziestu latach nieobecności i nie daje znaku życia. Poszukiwania uruchamiają wszystko to, co dotychczas było ukryte i trwało w dziwnym przyczajeniu. Dawne zadry zaczynają boleć jak świeże rany, w efekcie czego bohaterowie raczej poddają się sile, która odsłania kolejne tajemnice, niż aktywnie nad ową siłą panują. Dużym atutem tej odsłony serii jest pokazanie następnego etapu relacji między Danielem a kobietami, które w różny sposób były i są mu bliskie. Konieczność współpracy wymusza nowe reguły gry także w przestrzeni prywatnej, a wiedza o tym, że trudne chwile odsłaniają złą twarz osoby bliskiej może irytować, ale i motywować do działania. Interesujące.


Katarzyna Puzyńska, Dom czwarty, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

piątek, 18 listopada 2016

Piękno, zło i brzydota (E. Kurniawan, Piękno to bolesna rana)

Powieść Kurniawana to przykład literatury indonezyjskiej, słabo znanej w naszym kręgu kulturowym. Stosunkowo młody autor – rocznik ’75 – udowadnia, że warto czytać jego prozę, bo proponując czytelnikom matrylinearną sagę, tak naprawdę snuje ponadczasową, uniwersalną opowieść o życiu i śmierci, miłości i nienawiści, wierzeniach w duchy i mocnym stąpaniu po ziemi. Nie bez powodu w jednej z recenzji zacytowanych na czwartej na stronie okładki natkniemy się na odwołanie do realizmu magicznego. Kurniawan ze swadą, epickim rozmachem, wrażliwością i pewną, akceptowalną w tym wypadku, mieszaniną patosu, ludowości i celebracji łączy świat realny ze światem wymykającym się racjonalnemu wytłumaczeniu, uznając współistnienie obu tych rzeczywistości i pozwalając, by bohaterowie swobodnie porozumiewali się i z żywymi, i z duchami. Powieść rozpoczyna się jak baśń, w której to, co brzydkie, straszne i złe, nie będzie ukrywane przed słuchaczami. Mamy więc powstanie z martwych po upływie dwudziestu jeden lat, mamy narodziny przeraźliwie brzydkiego dziecka, mamy akceptację losu i próby kształtowania własnej biografii wtedy, gdy to jest możliwe. Sprawy najważniejsze rozgrywają się tutaj na styku namiętnej miłości i nienawiści oraz przeżywanego z zapałem szczęścia i niedostrzeganego, choć dziejącego się w bliskim sąsiedztwie, triumfu okrucieństwa. Radość z powodu seksu będzie więc przeplatać się z informacjami odwołującymi się do wydarzeń historycznych. Natkniemy się więc na sceny gwałtów w burdelach zorganizowanych dla japońskich żołnierzy, na opisy masakr, których ofiarą byli komuniści, a także na obrazy przedstawiające śmiertelne ofiary niekontrolowanych uczuć. Założycielką rodu, którego losy poznajemy jest Dewi Ayu. To kobieta niezwykle atrakcyjna, ale też podziwiana i pożądana prostytutka. Przez jej łóżko przechodzą kolejni mężczyźni, a ona rodzi kolejne córki – trzy dorównujące jej urodą, czwartą wyjątkowo szpetną. Piękno, jak się okaże, nie chroni przed cierpieniem, a brzydota nie odsuwa całkowicie od możliwości radowania się obecnością drugiego człowieka. Piękno i brzydota stają się też fundamentalną metaforą porządkującą świat – to życie bywa utożsamiane właśnie z pięknem, a śmierć z brzydotą. Rzeczywistość, co znakomicie pokazuje Kurniawan, jest dużo bardziej skomplikowana.


Eka Kurniawan, Piękno to bolesna rana, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

czwartek, 17 listopada 2016

Po raz pierwszy (J. Norris, Mary McGrory. Pierwsza królowa dziennikarstwa)

Biograficzna opowieść o Mary McGrory powinna być lekturą obowiązkową studentów dziennikarstwa. Zainteresują się nią jednak nie tylko przyszli adepci zawodu, ale i ci, których pasjonuje historia mediów, droga kobiet do równouprawnienia, najnowsze losy Stanów Zjednoczonych, wreszcie kulisy kolejnych kampanii prezydenckich. John Norris koncentruje się na początkach kariery dziennikarki, akcentując moment zwrotny. Życie recenzentki książek zmienia się wraz z decyzją redaktora naczelnego „Washington Evening Star” o powierzeniu McGrory zadania relacjonowania przesłuchań McCarthy’ego. McGrory, jak się okazuje, podeszła do sprawy z właściwą sobie niezależnością. Zamiast pisać typowo informacyjne artykuły, postawiła na felietonowy styl, w którym aż roiło się od celnych spostrzeżeń dotyczących mowy ciała, interpretujących zależność między zachowaniem a deklaracjami, wreszcie odtwarzających panujące wśród zgromadzonych emocje. Taki sposób pisania stał się zresztą cechą charakterystyczną dziennikarki. Połączenie wiedzy i informacji z błyskotliwością, poczuciem humoru, czasami złośliwością dawało świeży i, co dużo ważniejsze, niezwykle skuteczny efekt. Czytelnicy chcieli, by rzeczywistość objaśniała im McGrory. Nie zmieniło się to przez następnych kilkadziesiąt lat. Ale książka Norrisa to nie tylko arcyciekawa biografia wybitnej publicystki politycznej i kobiety, której tekstów bali się najważniejsi politycy Stanów Zjednoczonych. Publikacja ta jest również bardzo interesującym zapisem trybu pracy dziennikarzy (np. wielotygodniowe towarzyszenie kandydatom na prezydenta w ich kampanii), zapisem zmian zachodzących w mediach (wcześniejsze dyskusje dotyczące czystości gatunków zostają zastąpione debatami na temat rentowności gazet), odnotowaniem otwierania się typowo męskiego środowiska, opartego często na tradycji bractwa, na obecność kobiet, przypomnieniem istotności nagród doceniających pracę dziennikarzy (np. nagroda Pulitzera, którą McGrory otrzymała za pisanie o aferze Watergate, a wcześniej kilka razy była do niej nominowana), a także zaakcentowaniem ważności idei w pisaniu o polityce i w działaniu politycznym (związki McGrory z klanem Kennedych). Życiorys McGrory to jednocześnie biografia niezwykłych i zmieniających świat lat w historii mediów i historii Stanów Zjednoczonych. Dziennikarka miała ogromny wpływ na to, jak myśleli i co myśleli Amerykanie – ci zwykli obywatele i ci mający władzę. Jednocześnie, takie wrażenie towarzyszy lekturze, do końca pozostała sobą – przedstawicielką mediów znającą dobrze kolejnych prezydentów kraju i aktywną wolontariuszką zajmującą się dziećmi potrzebującymi pomocy, osobą, która nie traci z oczy małych, będąc blisko największych.


John Norris, Mary McGrory. Pierwsza królowa dziennikarstwa, przeł. Maria Białek, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2016.

środa, 16 listopada 2016

Rozmowa i spotkanie (J. Cortázar, O literaturze. Wykłady w Berkeley, 1980)

Carles Álvarez Garriga w przedmowie przybliża ten fragment biografii Cortázara, którego dotyczy prowadzenie wykładów w Berkeley. Sytuuje głoszone przez pisarza refleksje na temat literatury w kontekście wykładów innych wielkich twórców, jak na przykład Nabokov, Calvino czy Borges. Istotnym punktem odniesienia dla tekstów, które poznajemy, są trzy elementy: niechęć do tego typu publicznych wystąpień, gotowość rozmowy i słuchania tych, którzy są adresatami opowieści, oraz przekonanie o specyfice prozy latynoamerykańskiej. Kolejne wykłady są spisanymi nagraniami, tak więc czytelnik natknie się na przykład na przypisy informujące o niemożności zrozumienia jakiegoś studenckiego pytania. Fakt ten w żaden sposób nie zaburza rytmu wypowiedzi autora, stanowi natomiast warte uwagi przypomnienie, iż mamy do czynienia z tekstem żywym, dziejącym się, powstającym w interakcji z drugim człowiekiem. Na uwagę zasługuje projekt graficzny książki nawiązujący do gry w klasy, a tym samym korespondujący z kultowym dziełem Cortázara pod takim samym tytułem. Zresztą „Gra w klasy” i twórczość pisarza są w dużej mierze bohaterami jego wykładów. Służą sportretowaniu istotnych tez i okazują się ciągle rozwijającym się, dzięki gwałtownym reakcjom czytelników, dziełem. Pisarz dużo miejsca poświęca również opowiadaniu jako gatunkowi. Interesuje go też zderzenie, które następuje poprzez zbliżenie realizmu i fantastyki. Akcentuje swoją otwartość na nieprawdopodobne, co jego zdaniem pozwala na mocniejsze operowanie tym, co realne. Jest przekonany, że pisarz nie powinien pisać do określonej grupy osób. Zdefiniowanie grupy odbiorców prowadzi do autocenzury, a tym samym niszczy potencjalny artyzm możliwy do osiągnięcia. Uważa, że krytycy są uprawnieni do dokonywania wiwisekcji na dziele. To podstawowe zadanie krytyki w stosunku do literatury, którą nazywa żywą. Jest przekonany, że w status biograficzny i twórczy pisarza latynoamerykańskiego wpisane jest bycie pisarzem wygnanym. Wygnanie traktuje i jako metaforę, i jako stan dosłowny będący często udziałem jego kolegów po piórze. Literatura, zdaniem Cortázara, nie jest od udzielania odpowiedzi, ale od zadawania pytań. Ciekawe są również refleksje pisarza dotyczące muzyczności oraz humoru. Autor nie ukrywa, że właśnie za humorem mogą się kryć rzeczy bardzo poważne, rzadko jednak umiemy je tak po prostu dostrzec. Książka ta powinna zainteresować nie tylko wielbicieli twórczości argentyńskiego prozaika, ale również tych, którym nieobce jest krytyczny ogląd sztuki i rzeczywistości. Cortázar bowiem bardziej inspiruje do zadawania pytań, niż stawia na kategoryczne sądy. Uważnie słucha swoich studentów, wchodzi w dialog, myśli i zastanawia się w trakcie wykładów, nie przychodzi z gotową formułą do wygłoszenia. I właśnie ta pewnego rodzaju nieprzewidywalność jest w zamieszczonych w tomie tekstach najciekawsza.


Julio Cortázar, O literaturze. Wykłady w Berkeley, 1980, wydanie oryginalne przygotował: Carles Álvarez Garriga, przeł. Iwona Krupecka, Wyd. W podwórku, Gdańsk 2016.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Władza stwarzania (W. Engelking, Lekcje anatomii doktora D.)

Wojciech Engelking należy do najmłodszego pokolenia pisarzy, a mianowicie do roczników dziewięćdziesiątych. Informacja tę warto odnotować, bo debiut autora przyjęty został bardzo życzliwie, a jego druga książka to dość opasłe, bo sześciusetstronicowe dzieło. Objętość „Lekcji anatomii doktora D.” byłaby nie tak istotna, gdyby nie fakt, że mamy w tym przypadku do czynienia z przegadaniem i wyraźną przesadą. Autor porwał się na bardzo ambitny temat. Chciał pokazać, tak chyba można rzec, współczesne wcielenie Doriana Graya, portretując bohatera, któremu wszystko wolno w imię sztuki, gdyż – jak sądzi – jest niekwestionowanym mistrzem. Jakie czasy, taka sztuka, chciałoby się powiedzieć, bo młody Jakub Dejman, niedoszły lekarz, który co prawda studiował, ale nie zdał niezbędnych dla uprawiania zawodu egzaminów, uważa, że jest prawdziwym demiurgiem. Rzecz dzieje się współcześnie. Bohater wykonuje operacje plastyczne i samowolnie dokonuje takich zabiegów, które jego zdaniem stworzą lepszą jakość. Uważa, że może wszystko i wszystko mu się należy. Równolegle poznajemy losy innego adepta medycyny, tyle że w okresie tuż przed wybuchem II wojny światowej i podczas jej trwania. Jacob Deymann jest przedstawicielem arystokracji, ma upośledzoną fizycznie i umysłowo siostrę, włącza się w działania specyficznie pojmującego moralność bractwa i ostatecznie zaczyna współpracować z doktorem Mengele. Ma odegrać ważną rolę w jego badaniach nad bliźniakami. W obu przypadkach ofiarami ostatecznego upodlenia i uprzedmiotowienia są kobiety. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Engelking ważny i ciekawy filozoficznie oraz etycznie temat próbuje rozegrać dość schematycznie. Dwuznaczna relacja mistrz-uczeń, w której ten pierwszy być może tylko bawi się tym drugim oraz sprawdzanie własnej wrażliwości poprzez podporządkowanie sobie kobiet, zwłaszcza w sferze seksualnej, to zbyt mało, by mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu w warstwie poznawczej lub estetycznej. Momentami autor próbuje również eksperymentować z językiem, usiłując nieudolnie zasugerować perspektywę patrzenia na siebie z zewnątrz przez bohatera. Ów zabieg wybrzmiewa jednak dość nieporadnie. Szkoda, że podczas pracy nad książką autor nie powściągnął swojej chęci snucia opowieści bez ograniczeń. Gdyby w tej kwestii był bardziej oszczędny i gdyby bardziej przemyślał swój estetyczno-etyczny projekt, być może efekt byłby ciekawszy. W takiej formie czytelnik ma do czynienia tylko z książką przeciętną. Może i był tutaj pomysł, tyle że jego potencjału zdecydowanie nie wykorzystano.


Wojciech Engelking, Lekcje anatomii doktora D., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

niedziela, 13 listopada 2016

Oczyszczenie czy konsumpcjonizm? (Z. Sardar, Mekka. Święte miasto)

Opowieść Sardara o świętym dla islamu mieście okazuje się i deklaracją entuzjastycznej radości, i ujawnioną potrzebą renegocjowania współczesnego wizerunku miejsca-symbolu, i pochwałą, i oskarżeniem zarazem. Ta wieloznaczna perspektywa świadczy przede wszystkim o ważności problemu, ale i jest dowodem na to, że wielowiekowe tradycje można zmienić bardzo szybko, jeśli tylko triumf odniesienie brutalność i buta wpisane w bezkrytyczne pojmowanie nowoczesności. O ile więc w początkowych osobistych partiach książki autor intrygująco łączy własne marzenie o byciu w miejscu świętym z rzeczywistą szczególnością miasta stanowiącego cel pielgrzymek setek tysięcy muzułmanów, o tyle w rozdziałach końcowych nie ukrywa swojego przerażenia, będącego konsekwencją tego, jak Saudyjczycy widzą rolę Mekki. Bezmyślne niszczenie liczących kilka wieków budynków, swoboda w traktowaniu tych punktów, które z racji religii powinny być chronione, podporządkowanie miasta samochodom, wreszcie brak udogodnień gwarantujących bezpieczeństwo pielgrzymom przy jednoczesnym dążeniu do przyjmowania ich w jak największej ilości skutkują postępującym zniszczeniem miasta. Mekka, zdaniem Sardara i innych badaczy, którzy się nią zajmowali, oparta była na tym, co można by określić naturalną tkanką. Miejsce pielgrzymek stanowiło nie tylko centralny punkt, ale i symbol. To ów symbol organizował rzeczywistość, a nie nauka lub kultura, których tutaj brakowało. Współcześnie Al.-Kaba odzierana jest z symboliki, która stanowi jej fundament, i wprowadzana bywa w przestrzeń jednoznaczności. Sardar nie ukrywa, że wiara i religia nie mogą poddać się sile owego przymusu bezpośredniości. Mekka więc musi się bronić przed dominacją konsumpcjonizmu i komercjalizacji. Wielką zaletą opowieści autora jest nie tylko zrekonstruowanie historii miasta, ale też umiejętność krytycznej oceny wtedy, gdy wymaga tego sytuacja. Sardar pisze na przykład o niezwykle istotnej roli kobiet w początkach islamu i ubolewa nad tym, że ich współczesny status jest zupełnie inny. Nie ukrywa wielkiego upodobania mieszkańców Mekki do niewolnictwa i pokazuje, jak łatwo usprawiedliwiano posiadanie innych ludzi, mimo że religia wcale nie uzasadniała takiego postępowania. Bardzo interesujące są fragmenty dotyczące rodzenia się islamu oraz losów pierwszych muzułmanów. Łatwo dostrzec podobieństwo do pierwszych chrześcijan. Interesujący jest opór stawiany idei monoteistycznej oraz teza o wsparciu członków klanu, dzięki której Prorok nie zostaje zabity. Sardar nie ukrywa również, że zakaz wstępu do Mekki dla innowierców to przede wszystkim przejaw nieuzasadnionego poczucia wyższości na pewnym etapie historii miasta. Autor kładzie nacisk na konieczność przewartościowania tego, co nazywane jest pielgrzymowaniem. Kiedyś wyprawa do Mekki stawała się życiową podróżą trwającą czasami miesiące lub lata, dzisiaj staje się jeszcze jedną wycieczką turystyczną.


Ziauddin Sardar, Mekka. Święte miasto, przeł. Damian Jasiński, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 12 listopada 2016

Starość to złudzenie (J. Dąbrowska, Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami)

Justyna Dąbrowska, rozmawiając ze swoimi bohaterami, stawia na mądrość. Jest uważną słuchaczką, nie boi się trudnych pytań, szanuje swoich rozmówców. Bohaterowie wywiadów mają kolejną możliwość opowiedzenia o tym, co ważne, choć zwyczajne, mogą jednocześnie pokazać, jak ważne jest prawe, uczciwe i zgodne z własnym sumieniem życie. Tom Dąbrowskiej okazuje się bowiem pochwałą wolności, otwartości, szacunku dla inności i różnorodności, wreszcie wewnętrznej radości wynikającej z faktu istnienia oraz, tak to ujmijmy, dobrze przeżytego życia. Autorka właściwie już na okładce sygnalizuje dwie ważne kwestie. Stwierdzenie „Nie ma się czego bać” to odwołanie do pytań o starość, schyłkowość, przemijanie i świadomość odchodzenia. Określenie „Mistrz” to wyraźna deklaracja podziwu i uznania dla dokonań i postaw życiowych rozmówców. Bohaterowie książki reprezentują różne środowiska. Każda z osób, których refleksje poznajemy, to osobowości. Ks. Adam Boniecki wykazuje się ogromną pogodą ducha i dystansem do siebie. Halina Birenbaum, jako dziecko ocalona z Holocaustu, mówi o nierównowadze między energią umysłu a słabością starego ciała, a także o potrzebie nieustannego dawania świadectwa. Jacek Bocheński opowiada o swoim blogu i o konieczności przyzwyczajenia się do masowości śmierci. Prof. Jan Strelau mówi o pięknej miłości w sytuacji trudów wynikających z ograniczeń ciała i umysłu, a także o spełnianiu się jako sensie życia. Daniel Passent wyznaje, że czuje się spełniony, oraz opowiada o zdradzie i ocaleniu jako elemencie własnej biografii. Zofia Wielowieyska mówi o konieczności oferowania dziecku wolności, bo właśnie taki dar najdobitniej kształtuje tożsamość. Dr Anastazja Nakov nie uważa, by konieczne było korzystanie z książek w procesie wychowywania dzieci, wystarczy dojrzałość, ona podpowie właściwie odpowiedzi. Prof. Krzysztof Pomian traktuje temat śmierci jako normalny, szanuje też zróżnicowanie potrzeb, deklarując, iż dla każdego co innego jest warte starania. Prof. Jacek Hołówka wspomina, że męczy go wszechobecne nienasycenie i mówi o odsłonach umiarkowania w swoim życiu. Alicja Gawlikowska-Świerczyńska opowiada o radości życia, która jest możliwa nawet wówczas, gdy ma się za sobą tragiczne doświadczenia. Prof. Wiesław Łukaszewski dystansuje się do współczesnej pogoni za grantami w nauce i upomina się o idee. Krystyna Zachwatowicz akcentuje wagę uważności w sprawach mniej i bardziej ważnych. Andrzej Mularczyk kładzie nacisk na „terror upływającego czasu”. Julia Hartwig mówi o potrzebie wewnętrznego spokoju. Anna Trzeciakowska nie ukrywa, że starość wiąże się z potrzebą podsumowania, akcentuje też oczyszczającą moc śmiechu. Mądrzy i starszy ludzie, którzy nie przestają być młodzi i uważni wobec swojego i cudzego istnienia – tacy są bohaterowie Dąbrowskiej.


Justyna Dąbrowska, Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

piątek, 11 listopada 2016

Terror i tożsamość (F. Dikötter, Tragedia wyzwolenia. Historia rewolucji chińskiej 1945-1957)

Zarówno „Wielki głód” Franka Diköttera, jak i „Tragedia wyzwolenia” tego samego autora, powinny być lekturami obowiązkowymi dla wszystkich tych, którzy skłonni są pozytywnie oceniać to, co działo się w Chinach, i z zadziwiającą wyższością akcentują dramaty, jakie były udziałem Europy. Nie chodzi, oczywiście, o licytowanie się, kto miał gorzej, ale raczej o świadomość tego, jak mało jako społeczeństwa europejskie wiemy o powojennej historii Chin. Powyżej wspomniane tytuły znakomicie pokazują dramat wprowadzania i funkcjonowania komunizmu w Chinach, bazują na najnowszych ustaleniach i możliwym współcześnie dostępie do wielu archiwów, wreszcie odsłaniają smutną prawidłowość i naszych, i wcześniejszych czasów: skoncentrowanie na Zachodzie eliminuje z pola naszej uwagi inne kraje i innych ludzi. Zatytułowanie książki historycznej „Tragedia wyzwolenia” nie jest przesadą ani wyrazem egzaltacji. Poznawanie kolejnych faktów i niewyobrażalnego wprost okrucieństwa fundowanego przez jednych obywateli innym wymaga trzymania wrażliwości w ryzach, udowadnia bowiem, że zło zaraża, niszczy i właściwie nie ma ograniczeń. Wymyślność tortur, perfidia w obmyślaniu planowanego upodlenia, wreszcie wyraźna przyjemność odczuwana z powodu własnej brutalności to zjawiska, które konsekwentnie powracają w opisach Diköttera. Badacz nie tylko bowiem rekonstruuje zmiany zachodzące w państwie, pokazując dojście komunistów do władzy, ale również skupia się na losach konkretnych ludzi. Obok więc przejmującego obrazu niszczonego od podstaw i konsekwentnie społeczeństwa natkniemy się tutaj na wiele historii zwykłych Chińczyków, którzy stali się ofiarami wprowadzanych reform. Dikötter udowadnia, że zło bywa często podstawą spektaklu – tak jest w przypadku sztucznie wygenerowanej nienawiści biednych do bogatych na wsi, tak jest w sytuacji lżenia, bicia i zabijania wskazanych jako winnych i ustawianych wcześniej na scenie, tak jest w obliczu przymusu samokrytyki i konieczności wypierania się bliskich, tak jest i wtedy, gdy intelektualiści zmuszeni zostają do wypierania się idei i głoszenia prawd odgórnie ustalonych, tak jest również w trakcie częstych pokazowych egzekucji na wsiach i w miastach. W trakcie lektury natkniemy się również na opis upadku Szanghaju. Świetność miasta zostaje zniszczona błyskawicznie poprzez tępienie rzekomo zagrażających państwu kapitalistów i cudzoziemców, likwidację prywatnej własności, zakaz uprawiania sztuki będącej synonimem imperialistycznej zgnilizny (miejsce, w którym wcześniej królował jazz, staje się przestrzenią niemalże nigdy niemilknących szczekaczek emitujących propagandowe pieśni). Przytaczane przez badacza fakty porażają, nawet ci, którzy dobrze znają historię różnego rodzaju reżimów, nie zostaną w tym wypadku obojętni. Zaskakujące pozostaje jedno, a mianowicie to, jak mało wiemy o niszczeniu tak wielu ludzi: nie tak dawno, wcale nie tak daleko. Lektura książek Diköttera może więc stać się również pretekstem do refleksji na temat nauki historii i powszechności wiedzy oraz niewiedzy na temat wybranych wydarzeń dziejących się w XX wieku.


Frank Dikötter, Tragedia wyzwolenia. Historia rewolucji chińskiej 1945-1957, przeł. Barbara Gadomska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 10 listopada 2016

Życie i pisanie (Ch. Bukowski, O pisaniu)

Czytanie listów Bukowskiego, w których zostaje poruszona kwestia tworzenia, pisania, trwałości i istotności tego, co powstaje, to prawdziwa gratka nie tylko dla wielbicieli prozy autora „Zapisków starego świntucha”. W trakcie lektury trudno nie wspominać innych zbiorów korespondencji, wydanych również przez Noir Sur Blanc, jak na przykład listy wymieniane między Henrym Millerem i Lawrence’em Durrellem lub między Henrym Millerem a Blaise’em Cendrarsem. Autor „Zwrotnika Raka” zostaje zresztą przywołany i przez Bukowskiego. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż tego typu rozważania, jakie pojawiają się w listach wielkich pisarzy, mają dzisiaj wymiar historyczny (ze względu na formę), ale i ponadczasowy. Współcześnie twórcy komunikują różne ważne dla nich sprawy głównie w mediach społecznościowych, te zaś wymuszają skrótowość. Jednocześnie problemy z honorariami, konieczność wygospodarowania czasu na pisanie i jednoczesnego zarobkowania w innym zawodzie, zazdrość i zawiść w stosunku do kolegów po fachu, ale i niepewność dotycząca tego, co samemu się tworzy, pozostają dylematami powracającymi w każdym pokoleniu. Listy Bukowskiego wybrane pod kątem refleksji o pisaniu można więc czytać z takim właśnie zacięciem, szukając aktualnych aspektów w tym, co pozornie odeszło do lamusa. Pisarz akcentuje na przykład specyficzny sposób działania niszowych czasopism literackich, ale jednocześnie docenia istotną rolę pasji, będącej źródłem wszelkich działań tego typu. Zwraca uwagę na to, że Wielka Historia kształtuje również reguły gry rządzące sztuką. Jego zdaniem po II wojnie światowej wszystko się zmieniło, a wartości wcześniej jasne i oczywiste uległy rozmyciu. Mówi wprost, że wcześniej wszystko smakowało inaczej. Bukowski chętnie przywołuje różnego rodzaju sytuacje związane z drukiem tekstów – swoją tendencję do wysyłania jedynych posiadanych kopii utworów, brak szacunku dla autorów ze strony tych, którzy teksty przyjmują, wreszcie radość z powodu przyjętego do druku tekstu w miejscu, które się ceni i uważa za ważne. Postuluje brak ograniczeń i wolność jako podstaw tego, co zwie się tworzeniem. Mówi o bólu jako odczuciu, które napędza pisanie. Jest przekonany, że najbardziej liczy się to, co dopiero powstanie. Nie ukrywa, że prawdziwe bycie pisarzem sprowadza się nie do pogoni za sławą, ale do przekonania, że pisanie pozwala odsunąć od siebie szaleństwo. Inspirujące.


Charles Bukowski, O pisaniu, opracowanie: Abel Debritto, przeł. Marek Fedyszak, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2016.

sobota, 5 listopada 2016

Media w służbie celebrytów (W. Godzic, Okrakiem na barykadzie. Dziennikarze i celebryci)

Najnowsza książka Wiesława Godzica pozostaje w kręgu zainteresowań autora, znanych czytelnikowi z wcześniejszych jego publikacji. Mam tu na myśli zwłaszcza „Znanych z tego, że są znani”, polską lekturę obowiązkową z zakresu fenomenu celebryctwa, a także „Kubę i innych”, gdzie znajdziemy szczegółową analizę postaci Kuby Wojewódzkiego jako fenomenu polskich mediów, osoby świadomie wchodzącej w odgrywaną rolę, ale i rolę tę kontestującej. W „Okrakiem na barykadzie” medioznawca nadal analizuje zjawisko postępującego triumfu celebrytów w przestrzeni publicznej, skupia się jednak na jego szczególnym kontekście. Próbuje pokazać, w jaki sposób dziennikarze stają się celebrytami, jak odcinają się od tego określenia, choć jednocześnie wchodzą w rolę obiektów zainteresowania tabloidów i portali plotkarskich chętnie i bez zbędnego krygowania się, jak są postrzegani i czego się od nich oczekuje. Najpierw natkniemy się na bardzo ciekawe rozważania teoretyczne, z których wynika, że współczesne media zmieniły się na tyle mocno, że odwoływanie się do tradycyjnego etosu dziennikarskiego staje się niemalże archaiczne. To ciekawa sugestia, zwłaszcza że na przykład środowisko reporterów zdaje się być w kontrze do tego typu pesymistycznych wniosków. Pozwala to, zupełnie na marginesie prowadzonego przez badacza wywodu, zastanowić się nad regułami rządzącymi dyskursem dominującym oraz nieprzystawalnością funkcjonowania różnych grup pracujących w mediach. Szczególnie ważne wydają się rozważania Godzica na temat tego, co dzieje się współcześnie z gatunkami telewizyjnymi. Nie chodzi w tym wypadku o bicie na alarm z powodu braku ich czystości, ale raczej o smutną konstatację na temat ich nieważności w określaniu i definiowaniu nowych trendów i wzorców. Krótkie analizy, których bohaterami są konkretni dziennikarze, pokazują z jednej strony dotyczący wszystkich schemat, z drugiej zróżnicowanie tych, którzy stają się bohaterami newsów plotkarskich. W tle obecne jest, co nie dziwi, przywołanie królującej współcześnie stylistyki hejtu. Godzic nie ukrywa, że intrygującym zjawiskiem jest względność postrzegania i wątpliwe umiejętności rozpoznawania faktów wśród widzów. Świadczą o tym królujące obecnie seriale i programy paradokumentalne, w których szczególnie interesująca jest złudna i całkowicie pozorna rola eksperta. Książka Wiesława Godzica to ważny głos na temat tego, jak zmieniają się media na naszych oczach. Próba opisania tego, co zwykle jest ignorowane i pomijane, skutkuje interesującymi wnioskami na temat zmian zachodzących w społeczeństwie oraz postępującej nieistotności tego, co wcześniej budowało – przynajmniej teoretycznie – sens dziennikarstwa.


Wiesław Godzic, Okrakiem na barykadzie. Dziennikarze i celebryci, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

piątek, 4 listopada 2016

Miasto (nie)spełnionych snów (Ch. King, Odessa)

Opowieść Kinga o Odessie to świetne połączenie pasjonującej narracji historycznej, analizy antropologicznej i socjologicznej uważności. W trakcie lektury książki trudno oprzeć się wrażeniu, że metaforycznie ożywa nie tylko miasto, ale i przywołani ludzie, a mit zrekonstruowany przez autora staje się i częścią biografii odesyjczyków, i uniwersalnym doświadczeniem. Nie chodzi, oczywiście, tylko o obrazy, które trwale zapisały się w światowej kulturze za sprawą scen z filmu „Pancernik Potiomkin” (słynne schody), raczej o nostalgię, pragnienie związane z pewnym ideałem wspólnoty, wreszcie rozczarowanie związane ze zniszczeniem celebrowanych wcześniej wartości. King już na początku swojej opowieści akcentuje amerykańskość Odessy, a zarazem jej europejskość. Dowiemy się wiele nie tylko o zwykłych mieszkańcach tego czarnomorskiego miasta (Rosjanie, Turcy, Grecy, Włosi, Francuzi, Żydzi i inni), ale też o realnych wpływach tych, którzy przybyli tutaj, by zmienić świat. Przeczytamy na przykład o zainteresowaniu carycy Katarzyny i wpływach generała Potiomkina, o wizyjności księcia Richelieu, o Aleksandrze Puszkinie i Izaaku Bablu, ale i o Władimirze Żabotyńskim (twórcy syjonizmu rewizjonistycznego). Kingowi uda się pokazać bardzo współczesne pod względem efektu działania tych, którzy stawiali na rozwój miasta i poszanowanie równości oraz wielokulturowość. Liczna społeczność żydowska będzie najpierw synonimem nowoczesności i oświecenia, z czasem stanie się wrogiem, którego należy za wszelką cenę wyeliminować. Pojawią się więc i niechlubne karty odeskiej historii, takie jak pogromy i wyjątkowo chętne donoszenie na sąsiadów w trakcie rumuńskiej okupacji w okresie II wojny światowej. Interesujący jest także wątek komunistycznych prób podporządkowania sobie miasta. King sugeruje, że pewien gen charakterystyczny dla Odessy, zmusza do traktowania jej mieszkańców w sposób szczególny. Miasto portowe, w którym mieszały się różne wpływy, pozostaje miejscem niepokornym. Nadal istnieją ślady dawnej świetności, nadal pamięć prowadzi walkę z zapomnieniem, nadal jest nadzieja powrotu do tego, co w trudnych momentach historii pozwalało Odessie przetrwać i podnieść się po upadku.


Charles King, Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 3 listopada 2016

Względność winy i kary? (P. Marti, Sprawa Reinefartha. Kat Powstania Warszawskiego czy szacowny obywatel)

Książka szwajcarskiego badacza to efekt jego pracy naukowej. Jak sam pisze w „Słowie Wstępnym”: „Niniejsza publikacja jest nieco zmienioną wersją mojej rozprawy doktorskiej »Der Fall Reinefarth – Nationalsozialismus und Vernichungskrieg im Diskurs und Öffentlichkeit der Bundesrepublik Deutchland” (Sprawa Reinefartha – narodowy socjalizm i wojna na wyniszczenie jako temat dyskursu prawniczego i publicznego w Republice Federalnej Niemiec), przyjętej na początku 2013 roku przez Wydział Filozoficzno-Historyczny Uniwersytetu Berneńskiego” (s. 7). Informacja ta jest bardzo istotna, gdyż uzasadnia sposób rekonstruowania wydarzeń oraz akademicki styl narracji. Mamy tu, powtórzmy, do czynienia z pracą naukową, która koncentruje się przede wszystkim na prawnym kontekście tytułowej sprawy Reinefartha. Wymusza to używanie określonego języka, zwłaszcza że ci, którzy reprezentując sprawiedliwość, nie chcieli pozwolić na jej triumf, chętnie korzystali ze swoich umiejętności sofistycznych i oratorskich. Marti nie tylko opisuje procedurę ujawnienia, zatajania i ostatecznego uznania niechlubnej roli Heinza Reinefartha jako kata Powstania Warszawskiego, ale również pokazuje, jaka atmosfera panowała w Niemczech tuż po wojnie. Publikację tę można więc z powodzeniem uznać za ważny głos w sprawie mierzenia się z winami własnego narodu, a także głos na temat społecznej gotowości do przyjęcia wiedzy o umowności i fałszywości wielu odsłon procesu denazyfikacyjnego. Symboliczna w tym kontekście jest tablica, jaką ufundowano w Westerlandzie, kurorcie, którego prezydentem był Reinefarth w okresie powojennym. Odsłonięto ją w 2014 roku, a jej treść wyraźnie akcentuje uwikłanie niemieckiego społeczeństwa w niechęć do przyjmowania wiedzy na temat nazistowskiej przeszłości tych, których uznawano za prawych i godnych szacunku obywateli. Książkę tę można również potraktować jako przestrogę przed uciekaniem od prawdy i ostrzeżenie przed tuszowaniem zbrodni w imię rzekomych wyższych celów. Zło, co pokazuje Marti, powinno być przynajmniej napiętnowane, bo kara nie zawsze jest możliwa.


Philipp Marti, Sprawa Reinefartha. Kat Powstania Warszawskiego czy szacowny obywatel, przeł. Barbara Ostrowska, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

środa, 2 listopada 2016

Ucieczka (P. Roth, Wzburzenie)

We „Wzburzeniu” powracają tematy, które znaleźć możemy także w innych utworach Rotha, a mianowicie traumy dojrzewania, żydowskość kontra amerykańskość, samotność bohatera, wreszcie gotowość toczenia nierównej, bo od początku skazanej na porażkę, walki z otoczeniem. Przypadek jest w tym wypadku podstawowym punktem odniesienia, generującym decyzje i zachowania bohaterów. Wszystko to, co spotyka Marcusa, wydaje się absurdalne, a jednak ma swoje źródło w specyficznym porządku, skonstruowanym na fundamencie chaosu i nieprzewidywalności. Główny bohater jest bardzo mocno związany z ojcem. Pomaga mu w prowadzeniu sklepu mięsnego i w pracy rzeźnika. Sceny opisujące sojusz bez słów, rodzący się wśród krwi i poszatkowanego mięsa, należą do najbardziej zapadających w pamięć. Niestety, przywiązanie ojca do syna staje się toksyczne. Mężczyzna zaczyna obsesyjnie martwić się o Marcusa, posądzając go o różne niecne czyny, gdy ten cały czas się uczy. Ponieważ bohater zaczyna dusić się od owej nadopiekuńczości, postanawia wyjechać z miasta i zmienić college. Szybko odkrywa, że ucieczka przed niszczącą troską ojca, skutkuje znalezieniem się w bardzo konserwatywnym środowisku. Brakuje mu przewodników i mistrzów wśród nauczycieli. Marcus ma swoją strategię przetrwania – uczyć się, mieć wyniki, nie wiązać się z żadnym bractwem i nie wchodzić w nazbyt bliskie relacje, które mogłyby go zbędnie dekoncentrować. Zamierzenia zamierzeniami, a życie życiem. Choć bohater faktycznie jest prymusem, to i tak doświadczy kłopotów. Przypadkowo wplącze się w dziwny związek miłosno-erotyczny, przypadkowo zwróci na siebie uwagę przełożonych, przypadkowo zdecyduje się na odważne przemówienie kontestujące religijność, na której fundamencie budowana jest tożsamość szkoły. Przypadkowo wreszcie znajdzie się w centrum wydarzeń, które całkowicie zmienią jego życie i nadadzą mu zupełnie inny bieg. Roth znakomicie łączy przypowieść o poszukiwaniu siebie z manifestem na rzecz wierności własnym ideałom. Finał, co prawda, nie jest optymistyczny, ale w ostatecznym rozliczeniu tytułowe wzburzenie okazuje się dużo ważniejsze od pasywności i braku reakcji.


Philip Roth, Wzburzenie, przeł. Jolanta Kozak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

wtorek, 1 listopada 2016

Kiedy historia zatacza koło (P. Meyer, Syn)

„Syn” to powieść warta polecenia pod każdym względem. Mamy bowiem do czynienia i z dobrze opowiedzianą historią, i z powieścią dobrze napisaną, i z ładnym, nieprzeładowanym znaczeniami, wydaniem książki. Odwołanie do archetypicznych niemalże wizji walk białych z czerwonoskórymi może stanowić wabik dla tych, którzy wychowywali się na literaturze młodzieżowej spod znaku Karola Maya. Archetypicznych, bo choć nie jest to doświadczenie europejskie ani tym bardziej polskie, to jednak masowość dorastania w cieniu takich akurat historii jest bezdyskusyjna. Nie o przygodę jednak w tym wypadku chodzi, raczej o pokazanie powtarzalności losu, dorastania do spraw wcześniej niewyobrażalnych, toczenia ciągłej walki o przetrwanie, wreszcie o ostateczność tego, co w końcu nadejdzie i zniszczy całe dotychczasowe wyobrażenie rzeczywistości. Nie bez powodu w którymś momencie pojawia się stwierdzenie, że nie można obiecać za innych ludzi. Zbyt mało należymy do siebie i zbyt mało od nas zależy, za dużo natomiast jest efektem woli i mocy tych, którzy zechcą nas włączyć w orbitę swoich zainteresowań. Meyer nie unika mocnych, rozbudowanych opisów. Znajdziemy więc tutaj sceny brutalnych napadów, gwałtów, zwyczajów i polowań. Wyjątkowo mocno zapada w pamięć opis zdobycia pierwszego skalpu przez Eliego, białego chłopca porwanego i usynowionego przez Komanczów. Pisarz unika jednoznacznej wizji świata. Zła dopuszczają się wszyscy, a krew wrogów pieczętuje każde, zwykle tymczasowe, zwycięstwo. Względność wygranej to jedno z ważniejszych przesłań tej powieści. Nawet największy mord, wymazujący przeciwnika z powierzchni ziemi, może symbolicznie wrócić i odmienić los zwycięzcy. Słowo „syn” zaakcentowane w tytule da się interpretować co najmniej na trzy sposoby. Synami są bohaterowie, których biografie poznajemy. Synem jest Eli – synem, który widział śmierć swoich najbliższych, stracił rodzinę i zyskał nową wśród tych, których wcześniej uznawał za oprawców. Bycie synem stanie więc wielkim wyzwaniem tożsamościowym – czy biały może być Indianinem i czy Indianin może żyć wśród białych? Synem jest również Peter – życie mija mu w cieniu ojca i jego autorytarnych decyzji, kiedy spróbuje się wyzwolić spod jego wpływu, być może, uświadomi to sobie, będzie już za późno. Synem jest również Jeanne Ann. Chociaż jest kobietą, od dzieciństwa zachowuje się po męsku. Kiedy będzie już dorosła, zmierzy się z obcością będącą konsekwencją nieakceptowania i kontestowania zachowań przypisanych do danej płci. Dzieci dziedziczą grzechy ojców, ojcowie odkrywają, że nawet najbardziej intensywne przeżycia przegrywają w zderzeniu z zapomnieniem i pamięcią tego, co nieuchronnie przybywa z przyszłości. Zabijanie jest okazją do pokazania własnej siły, ale pieczętuje równie często cierpienie oprawców, którzy nim ruszyli, by mordować, sami musieli pożegnać brutalnie potraktowanych bliskich. Saga rodu McCulloughów to nie tylko trzymająca w napięciu opowieść o prawości idącej w parze ze zbrodnią i podróż przez ponad sto lat, ale również barwny i nieoczywisty portret świata, w którym Indianie walcząc z białymi niosą śmierć, ale i pochwałę wolności. Lektura obowiązkowa.


Philipp Meyer, Syn, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

poniedziałek, 31 października 2016

Normalność a egzotyka (J. Steinbeck, Dziennik z podróży do Rosji, zdjęcia: R. Capa)

Zapiski Steinbecka pełne są celnych spostrzeżeń, dowcipnych komentarzy, anegdot, a jednocześnie ciągłego zadziwienia rzeczywistością, którą portretuje. Dla pisarza podróż do Związku Radzieckiego jest nie tylko czymś egzotycznym, ale i fascynującym. Słynny fotograf Robert Capa doświadcza owej przygody w nieco inny sposób. Jego tworzenie ma, paradoksalnie, charakter bardziej rzemieślniczy – musi martwić się o klisze, o wywołanie zdjęć, o przetrwanie fotografii. Przejmuje się tym, czy dostanie zgodę na wywiezienie zrobionych zdjęć do Ameryki, irytuje się, gdy wielu miejsc nie może sfotografować. Ciągła kontrola ukrywana pod maską gościnności rodzi zabawne sytuacje. Nic więc dziwnego, że czytelnik natknie się w trakcie lektury na wiele anegdot doskonale definiujących specyfikę państwa komunistycznego. W opisach powojennej rzeczywistości dominuje witalność zwykłych ludzi, ich zaangażowanie w pracę, wreszcie dość specyficzny krajobraz, gdzie ruiny mieszają się z przestrzeniami, w których dawno odbudowano to, co zostało zburzone. Przybysze zderzają się z zupełnie odmienną od amerykańskiej organizacją pobytu. Muszą przyzwyczaić się do wychwalających komunizm i krytykujących zachodni imperializm tłumaczy, a także zaakceptować urzędniczą powolność i konieczność tłumaczenia się z uzyskanego pozwolenia na robienie zdjęć. „Dziennik z podróży do Rosji” to opowieść, która przeciwstawia się stereotypom. Steinbeck bardzo wiarygodnie i z dużą swadą odsłania uprzedzenia, które porządkują postrzeganie i Rosjan przez Amerykanów, i Amerykanów przez Rosjan. Puenta kończąca zapiski to pochwała normalności – dobrzy i źli ludzie są wszędzie, nie ma więc znaczenia, w jakim jest się kraju, bo nie narodowość świadczy o człowieku. Steinbeck i Capa okazują się uważnymi i życzliwymi obserwatorami. Zapamiętują kobietę, która popadłszy w szaleństwo, krąży wśród miejskich ruin. Stalingrad okazuje się miejscem pełnym podskórnego, ciągle trwającego dramatu. Mężczyźni chwalą gościnność i bogato zastawione stoły, które czekają na nich zarówno podczas odwiedzin Gruzji, jak i Ukrainy. Chętnie zaznajamiają się ze zwykłymi ludźmi, dostrzegając w nich nie egzotykę, ale otwartość, życzliwość, szczerość, składające się na to, co można by określić mianem swojskości.


John Steinbeck, Dziennik z podróży do Rosji, przeł. Magdalena Rychlik, zdjęcia: Robert Capa, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

niedziela, 30 października 2016

Wykorzenieni (A. Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy)

Reportaż Anety Prymaki-Oniszk to rzecz szczególna, której nie można w swoich poszukiwaniach czytelniczych pominąć. Mamy bowiem do czynienia nie tylko z bardzo dobrym tekstem, znakomitą rekonstrukcją rzeczywistości mało znanej, zachowaną równowagą między świadectwem bohaterów, własną obecnością w tekście i informacjami historycznymi, ale również z dużą wrażliwością dotyczącą pamięci, zapomnienia, niepamięci i wzajemnych potyczek między nimi. Choć autorka nie ukrywa, że przyszło jej mierzyć się z materią trudną – cząstkowo zaledwie opisaną, niechętnie wspominaną, wymazywaną z życiorysów, to jednak widać bardzo wyraźnie, że dzięki determinacji, pracowitości i umiejętności docierania do odpowiednich ludzi zrekonstruowane przez nią wydarzenia dalekie są od powierzchownego i przypadkowego opisu. Prymaka-Oniszk nie nadużywa jednocześnie tego, co można by określić mianem „gdybania”. Stara się dotrzeć do świadectw, próbuje odwoływać się do konkretnych przykładów, a jeśli dzieli się własną refleksją na temat tego, jak porażające bywały doświadczenia jej bohaterów, to zawsze dyskretnie, bez nadmiaru słów, z emocjonalnym wyczuciem. Postawę tę warto docenić, gdyż dramat opisywanych ludzi mógłby prowokować nieco egzaltowane reakcje i u reporterki. Tak się, na szczęście, nie dzieje. Ci, którzy w 1915 roku, opuszczają swoje wsie i ze strachu przed Niemcami ruszają w głąb Rosji, w żaden sposób nie są przygotowani do tego, co ich spotka. Miejscowości leżące w Królestwie Polskim i na zachodnich ziemiach Imperium Rosyjskiego pustoszeją. Uczestnicy tych wydarzeń nie byli zgodni, czy bardziej wygnało ich przerażenie na wieść o rzekomym barbarzyństwie Niemców, czy może sugestywne argumenty Rosjan, którzy zdecydowani byli stosować taktykę spalonej ziemi po to, by wrogowi nie dostało się nic cennego. Ich doświadczenie określane jest jako bieżeństwo. Autorka odtwarza straszliwą podróż wystraszonych i nagle wykorzenionych chłopów, konieczność otwarcia się na nieznane, przymus żegnania na zawsze bliskich, którzy umierali lub chorowali, wreszcie konieczność niewyobrażalnie trudnych decyzji związanych np. z zostawieniem dziecka pod opieką obcych po to, by inne dzieci miały szansę przeżyć. Prymaka-Oniszk opisuje nie tylko ów niespodziewany exodus, ale również tymczasowe koczowiska, czy późniejsze próby trwalszego osiedlenia. Niezwykle poruszające są również historie związane z powrotem bieżeńców do swoich opuszczonych domostw. Doświadczane przez nich rozczarowanie wiąże się nie tylko, że zniszczeniem gospodarstw, biedą, głodem, ale i zupełnie innymi nawykami i zwyczajami, które niegdyś były ich, a po latach na wygnaniu okazują się obce. Szczególnie interesujące jest zwrócenie uwagi na specyfikę pamięci i zapomnienia. Codzienność opowiadana przez kobiety bywa często unieważniania przez narrację męską, skoncentrowaną na doświadczeniu wojny. Autorka akcentuje również przewartościowanie ról płciowych, do jakich dochodzi w wyniku przymusowej podróży na Wschód. Kobiety muszą często myśleć o tym, co wcześniej było domeną mężów i ojców, zaś mężczyźni – zwłaszcza gdy żony umierają – muszą nauczyć się opieki nad dziećmi. Bardzo dobre.


Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 29 października 2016

Wobec projektów (W. Graham, Miasta wyśnione)

Książka Grahama to ciekawe połączenie leksykonu, przewodnika i publikacji popularyzującej wiedzę o współczesnej architekturze. Już w podtytule znajdziemy bardzo precyzyjnie sformułowaną informację dotyczącą zawartości. „Miasta wyśnione” są podzielone na siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innemu elementowi budującemu fundamenty naszego myślenia o współczesnych miastach. Są to: zamki, monumenty, bloki, domostwa, koralowce, galerie handlowe i habitaty. Swoją opowieść Graham wzbogaca licznymi przykładami (także fotograficznymi), pokazuje ciągłość niektórych wizji, ale i ich pionierskość oraz rewolucyjność, stara się zaakcentować wady i zalety danego myślenia o przestrzeni. W efekcie mamy do czynienia z historią nowoczesności oraz z próbą zwrócenia uwagi na historyczność tkwiącą w niektórych pomysłach traktowanych jedynie w kontekście nowatorstwa. Po każdym rozdziale czytelnik znajdzie podstawowe wiadomości w pigułce o zaakcentowanych w tytule wizjach urbanistycznych. Natknie się więc na krótkie wypunktowanie cech definiujących oraz przywołanie konkretnych przykładów danego sposobu budowania w różnych częściach świata. Opowieść zaproponowana przez Grahama to coś więcej niż tylko rodzaj uporządkowania wiedzy na temat tego, co nas otacza, i tego, czego wad i zalet nie zawsze jesteśmy świadomi. To także wybrzmiewająca w tle dyskusja dotycząca piękna i użyteczności, wizyjności a praktyczności, a także myślenia o społeczeństwie i stawiania w centrum jednostki.


Wade Graham, Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat, przeł. Anna Sak, Wyd. Karakter, Kraków 2016.

piątek, 28 października 2016

Na końcu jest śmierć (S.A. Nowak, Galicyanie)

Monumentalna (dziewięćset drobno zadrukowanych stron!), językowo przemyślana i ciekawa stylistycznie, z rozmachem historycznym i uważnością dla losów jednostki, uniwersalna i niepowtarzalna jednocześnie – tak można określić powieść Nowaka. Autor zaryzykował. Świadomie archaiczny język, upodobanie do szczegółu, odtworzenie przeszłości, wreszcie objętość książki, mogły spotkać się z różnym odbiorem czytelniczym. Z pewnością nie jest to książka dla każdego, ale uważny, cierpliwy, otwarty na podejmowaną przez pisarza tematykę czytelnik będzie zadowolony. Warto zresztą sięgnąć po tę powieść ze względu na co najmniej kilka bardzo udanych scen, motywów i opisów. Do takich należy chociażby konflikt między chłopskim dzieckiem a synem dziedziców. Okazuje się, że ten, kto z racji urodzenia powinien być mniej rozgarnięty, jest dużo bardziej inteligentny i piękniej się prezentuje od swojego pańskiego rówieśnika. Bawiący się razem chłopcy, rozdzielani przez matkę tego lepiej sytuowanego, z czasem wejdą w konflikt na śmierć i życie – o miłość, o rządy dusz, o idee, o prawdę i kłamstwo. Spotkają się ponownie w nietypowych okolicznościach. Doświadczą wspólnie więzienia i zesłania, a zwyczaje panujące wśród tych, którzy zostaną wywiezieni na Sybir zadziwią nawet najbardziej zaprawionych w boju o przetrwanie. W pamięci zostają pojedyncze sceny składające się na los mieszkańców wsi. Do takich obrazów z pewnością należy rabowanie dworu przez miejscowych chłopów i pogarda dla tego wszystkiego, co miało być trwałe i symbolizować kulturę. Opisy powstania chłopskiego to zresztą bardzo sugestywne fragmenty powieści, odsłaniające przygnębiający schemat zniszczenia i mordu wpisanego w rewolucję. Bardzo poetycki, choć jednocześnie mroczny i przygnębiający jest obraz panującej epidemii oraz straszliwy zwyczaj zakopania w ziemi czystej, nietkniętej przez nikogo dziewczyny. Przebłaganiem nieuchronności śmierci, zapijanej alkoholem i zadeptywanej szaleńczą zabawą, ma być barbarzyńskie złożenie ofiary z niewinnej młodej kobiety. Warta uwagi jest również historia opowiedziana w końcowych partiach powieści – o mężczyźnie, który odtwarzał słowa, by za ich pomocą zapewniać ukochaną o pamięci i miłości. Niestety, owe świadczące o przywiązaniu listy, pełne przypadkowo spisanych słów i liter, staną się dowodem rzekomej zdrady i postawią bohatera przed tym, co ostateczne.


Stanisław Aleksander Nowak, Galicyanie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.