Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

wtorek, 19 czerwca 2018

Rzeczywistość w rytmie hip-hopu (D. Masłowska, Inni ludzie)

Trzeba poczuć rytm, by tę książkę czytać z przyjemnością. Trzeba dostrzec umowność takiego opowiadania świata, ale i zaskakujący realizm tego, co wydawać się może tylko kpiną czy ironią. Trzeba uwierzyć, że to, co da się postrzegać jako rodzaj językowej zabawy i dowód na kunsztowność (tak!, tak!) stylu, jest także siermiężne i pospolite. Masłowska dokonuje bardzo ciekawego zabiegu. Po raz kolejny udowadnia, że ma znakomity słuch językowy, ale i, co równie ważne, że obserwuje rzeczywistość i nie jest od rzeczywistości oderwana. Choć stawia na hip-hopowy sposób opowiadania, to jednak nie o eksperyment tutaj chodzi. Bunt wpisany w rytm hip-hopu w tym wypadku zostaje unieważniony. Bohaterom tej książki właściwie o nic nie chodzi. Są to ludzie nijacy nie tyle z powodu przeznaczenia, co raczej własnych wyborów. Nijakość, pospolitość, infantylność nie jest przedstawiana jako problem. To po prostu część rzeczywistości, ta część, której nie dostrzegamy często i w której istnienie nie wierzymy. Masłowska gra więc tą naszą niewiarą, zmuszając czytelnika do oczywistego, ale i oryginalnego tak naprawdę odkrycia, że taki świat istnieje. Jednocześnie mamy tu do czynienia nie tylko ze znakomitym projektem okładki i ciekawymi rysunkami w środku, ale również z bardzo świadomym operowaniem różnego rodzaju konwencjami – w tym powieści realistycznej, romansu i melodramatu zwłaszcza. Warto.


Dorota Masłowska, Inni ludzie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wędrówka (J. Maślanek, Góra Miłości)

Najnowsza powieść Jarosława Maślanka okazuje się projektem bardzo interesującym nie tylko w kontekście wcześniejszej twórczości autora. Pisarz decyduje się na intrygujące umieszczenie swoich bohaterów w świecie niejednoznacznym, jeśli chodzi o przyporządkowanie. Niebanalny, choć pozornie całkiem zwyczajny, jest czas akcji. Mamy bowiem dzień wolny, święto. Autobusy jeżdżą rzadziej, ludzi jest mniej na ulicach, centrum handlowe zamknięte, a wszystko jest bardzo podobne do tego co zwykle, a jednak też trochę inne, znajome, ale i obce. Maślankowi udaje się uchwycić zaistniały stan nieoczywistości. Jednak nie tylko na tym zasadza się ów koncept dziania się w rzeczywistości trudnej do zdefiniowania. Tak naprawdę w miarę rozwoju akcji wychodzi również na jaw to, że opisywane sytuacje „wydobyte” zostają z czegoś, co znajduje się pomiędzy życiem a śmiercią, prawdą a kłamstwem, przeszłością a teraźniejszością, czy nawet klątwą i jej odczarowywaniem. Główny bohater, który szuka zaginionej żony i próbując znaleźć jakiś jej ślad, dowiaduje się przede wszystkim tego, że tak naprawdę chyba nie tak dobrze ją znał, jak mu się wydawało. Maślanek na szczęście rezygnuje i z konwencji romansowej, i melodramatycznej. Nie idzie również w kierunku kryminału, nie próbuje też epatować czymś w rodzaju psychologicznego ekshibicjonizmu. W książce tej nie ma wielu postaci, a główny bohater jest wyraźnie potraktowany jako jeszcze jedna, przede wszystkim mocno naznaczona zwyczajnością, wersja mitycznego wędrowca. Zdecydowanie ów miejscami bardzo symboliczny, metaforyczny, przypowieściowy w swojej wymowie świat ma dużą siłę przekonywania.


Jarosław Maślanek, Góra Miłości, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

piątek, 15 czerwca 2018

Czekanie (T. González, Trudne światło)

Powieść Tomása Gonzáleza jest reklamowana w przedziwny sposób. Mamy do czynienia z prozą artystyczną, znakomicie rozgrywającą kwestie ostateczne, niebanalnie zderzającą miłość (małżonków pozostających kochankami, rodziców do dzieci i dzieci do rodziców, rodzeństwa, przyjaciół) ze śmiercią i chorobą. Nie ma tu miejsca na sentymentalizm, kicz, patetyczność. A jednak to wszystko, czego nie ma w utworze kolumbijskiego pisarza, znajduje się na okładce książki. Z niewiadomego powodu Gabriel Garcia Marquez zostaje porównany do Wagnera (sic!), a González do Boba Dylana. Trudno również znaleźć uzasadnienie dla pretensjonalnych zdań: „Nieszczęście jest jak wiatr. Zjawia się w sposób naturalny i nieprzewidywalny”. Jest jednak również blurb autorstwa Elfriede Jelinek, ten zaś potencjalnie zachęci tych, których odstraszyć mogą powyższe zabiegi reklamowe. Pozornie w powieści Gonzáleza nie dzieje się wiele, a jednak dużo w niej emocji, poczucia, że ma się do czynienia z czymś najważniejszym, przekonania, że milczenie w tym wypadku bywa krzykiem, a słowa niekoniecznie znaczą to, na co nas ukierunkowują. Historia opowiedziana przez kolumbijskiego autora to wielka pochwała miłości. Nie o romans jednak w tym wypadku chodzi, ale o okazywanie uczucia w chwili próby. Największym egzaminem dla miłości okazuje się śmierć. Jak zaakceptować czyjś wybór? Jak zgodzić się na rozstanie w imię miłości? Jak kochać, działając wbrew sobie i godząc się na czyjeś odejście? Jak być blisko, kiedy porozumienie oparte na podobieństwie doznań staje się niemożliwe? Jak towarzyszyć, pozwalając jednocześnie na samotność? I jak przeżyć razem i osobno czekanie na śmierć? Lektura obowiązkowa.


Tomás González, Trudne światło, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wyd. Znak, Kraków 2018.

czwartek, 14 czerwca 2018

Codzienność i zwyczajność (M. Zahradniková, Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem)

To, w jaki sposób książka jest reklamowa, okazuje się dużo ciekawsze od tego, co się na nią składa. Wywiad-rzeka z popularnym w Czechach polskim księdzem, Zbigniewem Czendlikiem, ma w sobie potencjał. Bohater książki przypomina trochę księdza Tischenra. Jest osobą bardzo medialną, która znakomicie odnajduje się w popkulturze. Jednocześnie potrafi mówić o wierze i Bogu w taki sposób, by właściwie żaden temat nie był dla niego czymś gorszącym. To z pewnością zaleta. I właśnie te fragmenty, które dotyczą codzienności z Bogiem, są stosunkowo ciekawe. Wypowiedziom Czendlika daleko jednak do błyskotliwości księdza Tischnera. Kapłan jest, oczywiście, osobą bardzo otwartą, jednak w swoich diagnozach współczesnych relacji, zwłaszcza tych damsko-męskich, bywa nieco archaiczny. Publikacja ma tradycyjny układ i rozpoczyna się od dzieciństwa Czendlika. Umieszczenie w początkowych partiach książki fragmentów typowo biograficznych to niezbyt dobry pomysł. Życiorys bohatera książki nie jest jakoś szczególnie ciekawy, zwłaszcza że rekonstruowany jest w sposób dość tendencyjny. Po lekturze właściwie trudno stwierdzić, co kieruje Czechami, którzy zachwycają się Czendlikiem w mediach. Bez rewelacji.


Markéta Zahradniková, Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

środa, 13 czerwca 2018

Niechęć do wysłuchania cudzej historii (V. Hjorth, Spadek)

Vigdis Hjorth sięga po temat dosyć często się pojawiający w literaturze. Co prawda na okładce ów problem, wokół którego narastają przez lata emocje i za sprawą którego coraz większy mur dzieli członków rodziny, zostaje przemilczany, to jednak domyślenie się, o co chodzi, jest łatwe. Na uwagę zasługuje nieoczywistość tytułowego spadku. Na plan pierwszy wysuwa się testament, jaki stanie się powodem sporu między dorosłymi dziećmi a rodzicami oraz między rodzeństwem. Podjęcie decyzji dotyczącej dziedziczenia majątku to rodzaj otwartej właśnie puszki Pandory. Prowadzi do uruchomienia wspomnień, nawiązania nowych sojuszy, przypomnienia sobie powodów odrzucenia i odtrącenia, odczucia na nowo okrucieństwa, odkrycia, że jest się ciągle zranionym dzieckiem. Głowna bohaterka jest nie tylko ignorowaną w swoim jestestwie córką i siostrą, okazuje się również zranionym i zmuszonym do ucieczki dzieckiem. Owa ignorancja sprowadza się przede wszystkim do odmowy. Bohaterce odmawia się prawa do wyrażania uczuć, do opowiedzenia własnej wersji historii, do zdania relacji z tego, co ją ukształtowało i zniszczyło jednocześnie. I właśnie ten wątek zostaje przez Hjorth znakomicie rozegrany. Nie tylko na poziomie odczuwalnego wręcz namacalnie napięcia, ale i poprzez odniesienia kulturowe. Fakt, iż pisarka każe swojej bohaterce odnosić się do wstrząsającego filmu „Festen” nie jest w tym wypadku bez znaczenia. Próba odbudowania, tak to ujmijmy, siebie, odbywa się więc poprzez odzyskiwanie języka oraz walkę o język. Bardzo dobre.


Vigdis Hjorth, Spadek, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 10 czerwca 2018

Siła pamięci (Irena: 2/3 Sprawiedliwi, 3/3 Warszawa, scenariusz: J.-D. Morvan, S. Tréfouël, rysunek: D. Evrard, kolor: Walter)


Kolejne dwie odsłony komiksu „Irena” okazują się równie ciekawe jak część pierwsza. Mamy tu do czynienia z intrygującym połączeniem komiksu biograficznego i historycznego z konwencją przystosowania opowieści trudnej i niejednokrotnie skomplikowanej emocjonalnie do potrzeb młodego czytelnika. Co ciekawe, choć postaci w czytelny sposób zostają poddane uwiarygodnieniu wizualnemu na potrzeby dziecka, to jednak te tematy, które dotyczą hitlerowskiego zagrożenia, przemocy, heroizmu Ireny Sendlerowej i jej pomocników nie ulegają infantylizacji. To bardzo ważne, gdyż dzięki temu portretowanego świata nie pozbawiono prawdopodobieństwa i realności. Kiedy Irena przebywa w więzieniu, wiemy, że jest torturowana, kiedy odbiera dzieci z getta, wiemy, że naraża własne życie, kiedy „widzi” obok siebie zmarłego ojca, domyślamy się, że tęskni i że czasami czuje się samotną małą dziewczynką, kiedy podaję rękę potrzebującym, dostrzegamy, jak ważna była dla niej wierność wyznawanym wartościom. Szczególnie ważne we wszystkich trzech tomach cyklu jest operowanie barwami. W pierwszej części znakomicie rozegrano kolorami ciemność rzeczywistości getta i jasność świata poza jego murami. Tutaj w podobny sposób sportretowane zostają realia więzienne i wspomnienia z dzieciństwa. Słoneczne, pełne jasnych, wyrazistych kolorów są też sceny, kiedy Sendlerowa spotyka dorosłą kobietę, którą uratowała, gdy ta była dzieckiem. Córka ocalonej w entuzjastyczny sposób wita wybawczynię matki. Znakomicie zostaje tutaj pokazana ożywcza i krzepiąca siła pamięci oraz przetrwania. Mocno wybrzmiewają też te rysunki, na których widać Irenę wśród ruin Warszawy, a dawne tereny getta zaludniają duchy tych, którym Sendlerowa okazała pomoc. Znowu kolory, wyważona symbolika, odwołanie do rozpoznawalnych obrazów dają efekt – nie waham się użyć tego słowa – porażający. Bez tanich wzruszeń, ale wzruszająco, bez egzaltacji, ale emocjonalnie, bez epatowania okrucieństwem, ale z odpowiednim zaakcentowaniem grozy tamtych czasów. Warto.


Irena: 2/3 Sprawiedliwi, scenariusz: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël, rysunek: David Evrard, kolor: Walter, przeł. Małgorzata Fangrat, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2017; Irena: 3/3 Warszawa, scenariusz: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël, rysunek: David Evrard, kolor: Walter, przeł. Małgorzata Fangrat, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2018.

sobota, 9 czerwca 2018

Władza jako wyzwolenie i zagrożenie (N. Alderman, Siła)

Naomi Alderman nie bez powodu zyskała poparcie Margaret Atwood. Jej powieść można potraktować jako głos wchodzący w dialog z „Opowieścią Podręcznej”. „Siła” jest bowiem wariacją na temat tego, co z uzyskaną niespodziewanie totalną władzą robią kobiety. Fakt, iż ostatecznie także w wersji kobiecej dochodzi do sojuszu polityczno-religijnego, wspierającego dyktaturę, okazuje się bardzo ważny. Pozwala bowiem traktować antyutopijną opowieść Alderman jako historię zagrożeń związanych z przekonaniem, że do nas należy nieograniczona władza. To, co na początku jest zaskoczeniem, dobrą zabawą, słuszną zemstą, realizacją marzeń o lepszym świecie, zamienia się stopniowo we własną karykaturę. Widzą to nie tylko ci, którzy w tym wypadku stają się ofiarami, a więc mężczyźni, fakt ten dostrzegają również kobiety – te, które zapoczątkowały rewolucję. Nie do nich jednak już należy siła, nad którą jeszcze nie tak dawno panowały. Te, które przychodzą po nich są jeszcze bardziej radykalne i dużo mniej przewidywalne. Alderman decyduje się opowiedzieć czytelnikom bardzo odważną wersję wydarzeń – z jednej bowiem strony pozwala poczuć ducha zwycięskiej kobiecej walki, z drugiej zrozumieć strach, jaki ogarnia tych, którzy widzą, że nowy wspaniały świat stopniowo zamienia się w dziejącą się właśnie Apokalipsę. „Siła” ma więc w swojej feministycznej wymowie wydźwięk głęboko humanistyczny. Jest powieścią stanowiącą ostrzeżenie przed upojeniem się władzą, przed pogardą dla Innych, przed czynieniem z drugiego człowieka zabawki. Trochę zbędne wydaje się tylko wkomponowanie całej historii w konwencję powieści, która jest przez kogoś czytana, nad którą się dyskutuje i która ma się ukazać pod pewnym, związanym z konkretną płcią, pseudonimem. Niezależnie jednak od tego „Siłę” warto i trzeba poznać. Bardzo dobre.


Naomi Alderman, Siła, przeł. Małgorzata Glasenapp, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 8 czerwca 2018

Różnorodność (E. Wanat, Deutsche nasz. Reportaże berlińskie)

Nie tylko Berlin jako miasto, które za pomocą przestrzeni „mówi” i „dokumentuje” swoje przemiany jest bohaterem tej książki. Nie tylko berlińczycy, a przynajmniej nie ci, dla których Berlin jest miejscem zamieszkania z pokolenia na pokolenie. Nie tylko ludzie, ale i polityka oraz społeczne i obyczajowe aspekty definiowania wspólnoty. Ewa Wanat nie traci z oczu historii, ale i nie przecenia jej znaczenia. To bardzo ważna perspektywa, gdyż dzięki niej otrzymujemy zróżnicowany i nieoczywisty portret społeczeństwa, składającego się i z tych, którzy pamiętają, i z tych, którzy rozpamiętują, i z tych, którzy stawiają na zapomnienie, bo muszą wszystko zacząć od nowa. Odpowiedzialność za to, co się wydarzyło podczas II wojny światowej, budowa i następnie zburzenie muru berlińskiego, wreszcie polityka przyjmowania imigrantów i otwierania się na różnorodność, odmienność, nieprzewidywalność, zostają zaprezentowane dzięki historiom konkretnych ludzi, dla których zazwyczaj niewiele doświadczeń ma coś wspólnego z czarno-białymi rozstrzygnięciami. Opowieść Ewy Wanat toczy się dwutorowo – z jednej strony mamy portrety tych, którzy opowiadają o swoich przeżyciach, a ich wielogłos układa się w narrację pozbawioną uprzedzeń, a przynajmniej w większości przypadków niechętnie do uprzedzeń nastawioną, z drugiej poznajemy część biografii autorki, która na podstawie własnej przeszłości porównuje Niemcy sprzed lat z Niemcami współczesnymi. Nie chodzi tutaj o gloryfikowanie Berlina. W tym pozytywnym ostatecznie obrazie miasta nie ma miejsca ma łatwe odczytania, na reklamową wizytówkę, czy na ukierunkowane na jedną wersję świadectwo. Wręcz przeciwnie, Wanat nie ukrywa, że Niemcy musieli i muszą mierzyć się z wieloma problemami, a jednak zarówno w kontekście nazistowskiej przeszłości, jak i dramatycznego podziału związanego z powstaniem muru berlińskiego, wykonana została jednostkowa i wspólnotowa praca, dzięki której te wyzwania, które w Polsce bywają w histeryczny i cyniczny sposób demonizowane, w Berlinie okazują się częścią dialogu, próby zrozumienia i poznania, wreszcie otwartości, dzięki której dochodzi się często do wiedzy. Ewa Wanat stawia na spotkanie z człowiekiem, wychodząc z założenia, że tylko w ten sposób można zbliżyć się do prawdy. Widzi w tym korzyści nie tylko dla reprezentantów grup z różnych powodów dyskryminowanych, ale przede wszystkim dla siebie – łatwiej jest przecież odczuwać ciekawość w stosunku do Innego, niż się go bać lub nienawidzić. Ten pozytywny przekaz książki wybrzmiewa bardzo mocno.

Ewa Wanat, Deutsche nasz. Reportaże berlińskie, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 31 maja 2018

To, co niewidoczne (R. Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry)

Tekst pełen pasji i zaangażowania, jednocześnie bardzo logiczny i precyzyjnie prezentujący ideowe przesłanie autorki – tak można by skwitować książkę Reni Eddo-Lodge. Publikacja ta jest nie tylko ciekawa z racji mówienia tego, co tożsame jest z pójściem pod prąd, zwraca również uwagę za sprawą intrygującego autobiograficznego uwikłania autorki w tekst oraz wyraźnego zbliżenia do takich form jak manifest czy esej krytyczny. Punktem wyjścia dla rozważań autorki jest blogowy wpis, który okazał się niezwykle popularny. Wskazanie istnienia rasizmu strukturalnego oraz napiętnowanie łatwości ignorowania tego faktu przez białych skutkuje gestem odmowy. Eddo-Lodge oznajmia, że nie będzie rozmawiać z białymi o kolorze skóry, ale tak naprawdę, i nie ukrywa tego w książce, wkracza na drogę wyjątkowo intensywnej dyskusji. Wielkim atutem książki jest połączenie racjonalnej i umotywowanej faktami argumentacji z osobistymi wspomnieniami autorki. Kiedy więc Eddo-Lodge rekonstruuje udział Wielkiej Brytanii w procederze niewolnictwa oraz pokazuje współczesne przejawy skrywanego rasizmu, to jednocześnie akcentuje, że do pewnego momentu sama nie miała pojęcia o niechlubnej historii własnego kraju oraz że jako dziecko wierzyła, iż kiedyś będzie biała, bo tylko biali są dobrzy. Bardzo inspirujące są te fragmenty wywodu autorki, w których pokazano rasizm w wymiarze klasowym oraz w kontekście feminizmu. Rozdziały te mogłyby z powodzeniem stać się pretekstem do wielu burzliwych polemik, dyskusji, sporów.

Reni Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, przeł. Anna Sak, posłowie: Monika Bobako, Wyd. Karakter, Kraków 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 30 maja 2018

Uczenie się siebie (S. Kubryńska, Mama)

Powieść Sylwii Kubryńskiej to ciekawy przykład literatury środka. Autorka koncentruje się na tytułowej roli matki i próbuje pokazać nieprzewidywalność tego wszystkiego, co wiąże się z macierzyństwem. Nie jest to, oczywiście, temat nowy, jednak pisarce udaje się zachować świeżość opisu, lekkość przekazu przy jednoczesnej powadze tematu. Widać konsekwentną dbałość o unikanie przesłodzonej wizji oraz chęć zaznaczenia tego, co w wielu przekazach medialnych jest przemilczane, a mianowicie konieczności uczenia się bycia z dzieckiem i uczucia do dziecka. Kubryńska stawia na ewolucję bohaterki. Najpierw więc poznajemy nieco naiwną studentkę, potem obserwujemy emocje dziewczyny, która nie może uwierzyć, że będzie w ciąży, wreszcie przyglądamy się temu, jak niechciane dziecko zamienia się w dziecko ukochane. Jak już wspomniałam, autorka opisuje macierzyństwo jako proces, w którym jest miejsce na zaskoczenie, niechęć, zmęczenie, wiele sprzecznych uczuć oraz – co chyba szczególnie istotne – walkę o własną podmiotowość. W efekcie szczególnie interesujące okazują się fragmenty, w których dochodzi do zderzenia roli troskliwej matki z rolą atrakcyjnej i gotowej na spotkanie mężczyzny kobiety. „Mama” to opowieść o przełamywaniu samotności – najpierw, kiedy trzeba zaakceptować wpadkę, potem, gdy pojawia się konieczność zawsze za szybkiego w tym wypadku zaakceptowania faktu, że dziecko jest już na świecie, później, gdy przychodzi odkrycie, że bycie matką wiąże się z tym, iż jest się wyjątkowo chętnie ocenianym przez innych. Kubryńska pokazuje, w jaki sposób dyscyplinowana bywa przez otoczenie matka sama wychowująca dziecko oraz jak kluczowym sprawdzianem dla dalszej znajomości z mężczyzną bywa informacja o macierzyństwie. Warto.

Sylwia Kubryńska, Mama, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 24 maja 2018

Codzienność (Ch. Hesselholdt, Vivian)

Vivian Maier to postać niezwykle interesująca. Wybitna fotografka, o której świat usłyszał przypadkiem. Autorka 150 tysięcy zdjęć, dokumentująca codzienność i to wszystko, co było wokół niej. Artystka, która postawiła na anonimowość i która okazała się niezwykle wrażliwą rejestratorką tego, co się dzieje na ulicy. Dzisiaj bohaterka m.in. znanego filmu „Szukając Vivian Maier” oraz powieści Christiany Hesselholdt. Czy duńskiej pisarce udaje się uchwycić to, co definiowałoby tajemniczą fotografkę? Pisarka stawia na niedopowiedzenie, przypuszczenie i hipotetyczne stwierdzenia. Rozpisuje swoją opowieść na głosy, zbliżając swoją prozę częściowo do dramatu, częściowo do rozmowy tych, którzy mogliby wzajemnie się uzupełniać, a jednak poprzestają na monologowaniu. Hesselholdt udaje się pokazać introwertyzm Vivian Maier oraz nieustannie odsłaniające się w jej zachowaniu zderzanie niezależności z potrzebą opieki oraz dominacji z podporządkowaniem. Szczególnie interesujące są te fragmenty, w których autorka próbuje oddać naturalność i obsesyjność fotografowania jako aktywność najbardziej definiującą bohaterkę książki. W efekcie Maier staje się czymś w rodzaju egzotycznego ptaka, który zachwyca, fascynuje, ale trudno go zrozumieć. Ten pośredni stan widać w wypowiedziach zatrudniającego ją małżeństwa czy jej młodej podopiecznej. Intrygujące.


Christina Hesselholdt, Vivian, przeł. Justyna Haber-Biały, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

środa, 23 maja 2018

Matka i córka (S. Oksanen, Norma)

Po znakomitym „Oczyszczeniu” i doskonałym „Gdy zniknęły gołębie” pojawia się w Polsce trzecia książka autorki. Po lekturze przywołanych tytułów mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z pisarką, która nie schodzi poniżej pewnego poziomu. A jednak, co z ogromną przykrością stwierdzam, tak nie jest. O ile we wcześniejszych powieściach mieliśmy do czynienia z finezyjnym, koncepcyjnie skomplikowanym, ale zawsze świetnie finalizowanym zapętleniem emocjonalnym, historycznym i personalnym, o tyle w „Normie” podobnego zwielokrotnienia sensów i zróżnicowania możliwych odczytań nie odnajdziemy. Owszem, można proponować pewne interpretacje na temat relacji matki i córki oraz metafory wpisanej we włosy, które w tej powieści odgrywają kluczową rolę, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Oksanen tym razem nazbyt dużo rzeczy mówi wprost. „Norma” odbiega również poziomem literackim od „Oczyszczenia” i „Gdy zniknęły gołębie”. W przypadku tej powieści można raczej mówić o literaturze popularnej, pretendującej do poziomu literatury środka, jednak nie zawsze skutecznie. Fińska pisarka być może chciała spróbować poeksperymentować z powieścią kryminalną. I punkt wyjścia, i późniejsze prywatne śledztwo córki, tytułowej Normy, wskazywałoby na to. Jeśli jednak faktycznie tak jest, to próba ta Oksanen się nie udała. Lektura niekonieczna.


Sofi Oksanen, Norma, przeł. Katarzyna Aniszewska, Wyd. Znak, Kraków 2018.

wtorek, 22 maja 2018

Bezradność (Å. Seierstad, Dwie siostry)

Åsne Seierstad po raz kolejny pokazuje swoją pisarską klasę. „Dwie siostry” to bardzo dobrze napisany, świetnie udokumentowany, dramaturgicznie bez zarzutu i kompozycyjnie przemyślany reportaż. Bohaterkami książki są dwie somalijskie nastolatki, wychowane w Norwegii, dobrze odnajdujące się w kulturze zachodniej, które w tajemnicy przed rodziną wyjeżdżają do Syrii, aby dołączyć do bojowników ISIS. Reporterka rekonstruuje proces przemiany, choć jednocześnie nie daje łatwych odpowiedzi. Obie dziewczyny zachowywały się jak typowe nastolatki. Starsza doskonale sobie radziła w szkole, marzyła o tym, aby być pierwszą osobą w rodzinie, która pójdzie na studia. Młodsza miała trochę problemów z nawiązywaniem kontaktów z rówieśnikami, jednak i w jej przypadku nic nie wskazywało na to, że stanie się osobą o radykalnych poglądach. To, że Seierstad pokazuje, iż fundamentalizm uwodzi także tych, którzy potencjalnie powinni być na jego zakusy odporni, jest wielkim atutem książki. Tak naprawdę bowiem okazuje się, że nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Nie ma też gotowych reguł postępowania, bo obie siostry nie rezygnują ze swoich celów nawet wówczas, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo ich ojca oraz gdy rodzą się im dzieci. Reporterka odsłania więc bolesny paradoks oddalania się, obcości między najbliższymi oraz niemożności zrozumienia tego, co właściwie jest nie do pojęcia. „Dwie siostry” to nie tylko reportaż o ucieczce dziewcząt, ale i historia cierpienia i rozpadu rodziny. Rodziny opuszczonej, zdradzonej, podejrzewanej o współudział, pozbawionej ważnego punktu odniesienia. Autorka dużo miejsca poświęca rodzicom oraz bratu uciekinierek. Ojciec wyrusza na pomoc, ale pomocy od niego nikt nie chce, matka domaga się od męża reakcji i czuje, że zawiodła, brat odcina się od religii, widząc w niej formę zniewolenia i ograniczenia – w efekcie wszyscy członkowie rodziny zmieniają się w wyniku ucieczki córek i sióstr. Na uwagę zasługuje sposób opowiadania przyjęty przez Seierstad. Przypomina on powieść, pojawiają się obszerne fragmenty rozmów prowadzonych za pomocą mediów społecznościowych. Zresztą dokumentowanie reportażu to oddzielny temat. Autorka w tekście na końcu książki wyjaśnia, w jaki sposób docierała do swoich bohaterów, jak odtworzyła dialogi, na czym się opierała, jak sobie poradziła z niemożnością rozmowy z tytułowymi siostrami, jakie jest jej zdanie a propos różnego rodzaju uwikłań natury etycznej. Opis ten powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich adeptów reportażu, widać w nim bowiem, jak ważne jest sprawdzanie informacji i żmudna, rozłożona w czasie praca. Lektura obowiązkowa.


Åsne Seierstad, Dwie siostry, przeł. Iwona Zimnicka, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 21 maja 2018

Kilka wersji życia (P. Auster, 4 3 2 1)

„4 3 2 1” Paula Austera nie bez powodu określana jest jako powieść monumentalna. O zasadności używania tego epitetu świadczyć może nie tylko objętość książki – blisko osiemset pięćdziesiąt stron formatu B5, ale i kompozycyjny zamysł towarzyszący pisarzowi. Próba rozpisania losów Archibalda Isaaca Fergusona na cztery równoważne historie okazuje się bowiem i intrygującą grą z biografią bohatera, i nieoczywistym potraktowaniem jego losów w kontekście wielkich wydarzeń XX wieku. Tak naprawdę „4 3 2 1” można z powodzeniem czytać jako powieść o Ameryce i tym co ją ukształtowało. Auster w pewnym więc sensie pisze różne wersje opowieści o amerykańskim spełnionym śnie. Natkniemy się więc tutaj m.in. na historię imigrantów, dla których Stany Zjednoczone mają być nowym wspaniałym światem, na ciekawie zobrazowany motyw emancypacji kobiet, na niechlubny epizod polowania na komunistów, na rewoltę studencką i protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, na rasizm i zabójstwo Martina Luthera Kinga. Zresztą amerykańskość powieści nie ulega wątpliwości. Ten styl i sposób opowiadania jest rozpoznawalny właściwie już po kilku stronach lektury. „4 3 2 1” Austera to również pasjonująca powieść o dojrzewaniu, o uczeniu się siebie i innych, o odkrywaniu własnych ograniczeń. Pisarz szczegółowo opisuje codzienność, nie unika skupiania się na rozterkach swojego bohatera, koncentruje się na jego odczuciach i dylematach. Drobiazgowo opisane zostają także inne postaci i ich sposób widzenia świata, dzięki czemu można o tej książce mówić także jako o pochwale zwyczajności. Pytanie o to, skąd się wywodzimy, co nas ukształtowało i jakie wydarzenia i osoby są dla nas stałym punktem odniesienia, pozostaje tą kwestią, która nieustannie, w różnych konfiguracjach, powraca. Motywem, który okazuje się bardzo ważny, jest pisanie. Auster nie tylko bierze pod uwagę rozterki związane z powstawaniem pierwszej powieści, ale również przygląda się dziennikarskiemu portretowaniu rzeczywistości. W każdym z tych przypadków słowo jako to, co powołuje do życia, wymyśla, sprzyja zapamiętaniu, ale i niszczy, zakłamuje, zostaje pomyślane jako coś niemalże żywego. Bardzo dobre.


Paul Auster, 4 3 2 1, przeł. Maria Makuch, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Historia a intymność i prywatność (P. Adamczyk, Ferma blond)

W literaturze popularnej można odnotować istnienie nurtu chętnie sięgającego do okresu II wojny światowej i traktującego wydarzenia tego okresu jako scenerii dla historii miłosnej. Rzadko kiedy powieści reprezentujące ów nurt zasługują na uwagę, zwykle bowiem korzystają z inspiracji historycznych bardzo schematycznie. Na szczęście Piotr Adamczyk nie popełnia takich błędów. „Ferma blond” to interesująca powieść z kręgu literatury środka, dla której punktem odniesienia jest historia ośrodków Lebensbornu. Autor nie po raz pierwszy próbuje w popularny sposób pokazać dramat wynikający z wpływu Wielkiej Historii na życie zwyczajnego człowieka, a w tym wypadku czyni to w sposób bardzo udany. Pisarz nie ukrywa, że korzystał ze źródeł historycznych i literatury faktu, bibliografię umieszcza zresztą na końcu książki. Obok bohaterów fikcyjnych pojawiają się tutaj postaci historyczne – te, dzięki którym można pokazać rodzenie się faszyzmu, niszczenie dzieł sztuki, dyscyplinowanie twórców i intelektualistów oraz funkcjonowanie ośrodków Lebensbornu. Adamczyk akcentuje swoje szczególnie zainteresowanie tematem, przypominając, że tak naprawdę problematyka ta ciągle domaga się dopowiedzenia, uzupełnienia i ujawnienia. W „Fermie blond” stara się więc z jednej strony zrekonstruować proces stopniowego pochłaniania człowieka przez fanatyzm i faszyzm, z drugiej odsłonić naiwność tych, którzy sądzili, że zdołają ochronić prywatność przed zakusami państwa hitlerowskiego. Korzysta ze sprawdzonego motywu kompozycyjnego, a mianowicie odnalezionych z przeszłości zapisków. To dzięki nim udaje się zrekonstruować losy pewnej naiwnej dziewczyny, która niespodziewanie znajduje się blisko ważnych dla Trzeciej Rzeszy wydarzeń i otrzymuje przyspieszoną lekcję dorastania. Historia owej młodej kobiety będzie pretekstem do znalezienia ważnych odpowiedzi na pytania istotne z punktu widzenia współczesności. Wspominałam już o tym, że napisanie dobrej powieści środka na taki temat przy jednoczesnym uniknięciu zagrożeń wynikających z koniecznego uproszczenia i chęci nadania rozrywkowego charakteru nie jest łatwe. Potwierdzeniem może być na przykład także nawiązująca historii Lebensbornu powieść Nicolasa d'Estienne’a d'Orvesa „Sieroty zła” – wyjątkowo nieudana i tendencyjna. Adamczykowi udaje się uniknąć i powtórzenia, na które był narażony z racji wybrania takiego tematu, i sensacyjności, tak częstej przy podobnej problematyce, i melodramatyczności, o którą także łatwo w tego typu historiach. Warto.

Piotr Adamczyk, Ferma blond, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

sobota, 19 maja 2018

Pomyłka (W. Chmielarz, Żmijowisko)

„Żmijowisko” to chyba najsłabsza książka Wojciecha Chmielarza. Autor zdecydował się na sięgnięcie po zgrany w kryminałach motyw. Tłem dla toczących się wydarzeń są wynajmowane na wakacje domki w bliskim sąsiedztwie jeziora i lasu, do których przyjeżdża grupa przyjaciół znających się jeszcze z czasów studenckich. Obecnie są starsi, mają rodziny, pokonują trudności związane z wychowywaniem dzieci. Po latach tak naprawdę więcej ich dzieli, niż łączy. Kiedy znika nastoletnia córka jednej z par, pojawiają się problemy. Skrywane dotychczas emocje zaczynają rządzić, a odpowiedź na pytanie, co stało się z dziewczyną, cały czas pozostaje tajemnicą. Tak wyeksploatowany literacko motyw wymaga pomysłowości i oryginalności. Widać, że pisarz próbuje coś z tym zrobić, wprowadzając wątek rasizmu, tabloidowości mediów czy demoniczności jednej z młodych bohaterek, jednak niewiele z owych zabiegów wynika. W efekcie trudno mówić w przypadku tej książki o napięciu towarzyszącym zwykle lekturze thrillera. Mamy raczej do czynienia z powieścią obyczajową, bardzo przeciętną, by nie powiedzieć – słabą. Nie warto.


Wojciech Chmielarz, Żmijowisko, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

piątek, 18 maja 2018

Moment (W. Pieniążek, To, co zostaje)

Książka Wojciecha Pieniążka to debiut, chciałoby się powiedzieć, w starym stylu. Dobrym stylu, dodajmy. Autor proponuje czytelnikowi prozę niespieszną, skupioną, pozbawioną koncepcyjnych błyskotek, unikającą eksperymentów, stawiającą na (auto)refleksję tego, kto do czytelnika mówi. „To, co zostaje” składa się z dwóch minipowieści, może nawet nowel, w których nieuchronność tego, co się zdarzyło i zdarzy stanowi motyw wiodący. Pieniążka interesuje moment, chwila, błysk, ta sytuacja, w której niespodziewanie odkrywamy rodzaj ujawnionej prawdy i doznajemy olśnienia. W obu opowiedzianych historiach wyeksponowane zostaje przemijanie, odchodzenie, konieczność mierzenia się z tym, czego nie da się zmienić, wreszcie świadomość, która wcale nie ratuje, że pewne wydarzenia można było przewidzieć i trzeba było się na nie zgodzić. „Pompes funèbres” to tekst mniej ciekawy od „Porucznika Golicyna”. W delikatnym stylizowaniu na czasy nieco dawniejsze Pieniążek sprawdza się lepiej od umocowania we współczesności. Trudno jednak „Temu, co zostaje” odmówić pewnego uroku, zawierającego się przede wszystkim w owej powolności, ukierunkowującej odbiorcę na namysł o sprawach ważnych i mniej ważnych, jednak zwykle kluczowych dla tego, co nazwalibyśmy pamięcią chwili.


Wojciech Pieniążek, To, co zostaje, Wyd. JanKa, Pruszków 2018.

niedziela, 13 maja 2018

Samotność (M. Tsitas, Bóg mi świadkiem)

Tsitas idzie na łatwiznę i nie inwestuje w sympatię czytelnika. Proponuje bowiem opowieść o bohaterze, który nie budzi pozytywnych emocji lub, tak to ujmijmy, wywołuje co najmniej mieszane reakcje. Taki zabieg zwykle jest ryzykowny, bo odbiorcy wolą postaci, z którymi w jakiś sposób mogą się utożsamić. Antypatyczny Chrisowalandis raczej takiej szansy nie daje. Tsitas opowiada jednak o nim w taki sposób, że powieść tę czyta się nie tylko z dużym zainteresowaniem, ale i zaangażowaniem. Gdzieś w tle towarzyszy bowiem pytanie: czy historia ta faktycznie jest tylko o nieudaczniku, któremu się wydaje, że jest doskonały, czy może o kimś, kto tak naprawdę ma w sobie nieco pokory i jest w stanie dostrzec w innych coś pozytywnego. Autorowi udaje się więc wciągnąć czytelnika w grę, polegającą na nieustannym zderzaniu rzeczywistości z naiwnymi nieco oczekiwaniami. Bo ostatecznie Chrisowalandis wcale nie próbuje się zmienić, chętnie krytykuje wszystkich dookoła, łatwo ocenia swoich współpracowników, z pogardą wypowiada się o kobietach, będąc przekonanym o nadzwyczajności swojej wątłej męskości. Jest samotny, ale czy nie dzieje się tak trochę na własne życzenie? I czy bohater potrafi wyjść z impasu, w którym funkcjonuje, nie chcąc widzieć nic więcej poza czubkiem własnego nosa? Tsitas nie daje łatwych odpowiedzi. Zderza czytelnika z samotnością bohatera, odsłaniając niejednoznaczność sytuacji, w której mężczyzna się znajduje. Dzięki temu odkrywamy różne oblicza wykluczenia i dostrzegamy nieoczywistość wpisaną w (auto)kreację. Intrygujące.


Makis Tsitas, Bóg mi świadkiem, przeł. przeł. Michał Bzinkowski, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2018.

piątek, 11 maja 2018

Rozterki codzienności (K. Sandberg, Być rodziną)

„Być rodziną” to druga część sagi o Maj – to ona jest główną bohaterką, ale i sagi o kobiecości, a raczej o możliwości renegocjowania jej kształtu. Choć pozornie mamy do czynienia z opowieścią bardzo tradycyjną, to jednak tkwi w niej bardzo nowoczesne przesłanie. Sandberg pisze bowiem o tym, jak role żony i matki stwarzają kobietę, ale i ją niszczą. Autorka koncentruje się na codzienności – tej żmudnej, powtarzalnej, niedostrzeganej i niedocenianej. Emocje Maj pozostają często niewypowiedziane, a jednak myśli, które ją zajmują, dotyczą spraw kluczowych związanych z definiowaniem swojego miejsca w społeczeństwie, opisywaniem sprzecznych uczuć do męża, godzeniem się z nie zawsze idealnym podejściem do dziecka, a potem dzieci. Można by więc powiedzieć, że „Być rodziną” to historia codziennego przeżywania i akceptowania na nowo tego, co Jolanta Brach-Czaina, nazywa krzątactwem i metafizyką ścierek. Gdzieś w tle cały czas jest obecny również inny postulat feministyczny, a mianowicie potrzeba posiadania własnego pokoju, o którym pisała Virginia Woolf. Maj co prawda nie jest artystką, jednak jej codzienność naznaczona jest kluczowym problemem, z którym nie umie sobie poradzić. Czasami chciałaby być sama – bez męża i jego zmagań z nałogiem, bez marudzących i domagających się uwagi dzieci, bez znajomych, którzy oceniają i porównują. Własny pokój w tym kontekście były wołaniem o podmiotowość, o czas i miejsce, w którym Maj mogłaby odsunąć role matki i żony, zastanawiając się nad tym, kim tak naprawdę jest. Druga część sagi jest równie dobra jak pierwsza, opatrzona tytułem „Urodzić dziecko”. Jest w niej dużo więcej mroku w porównaniu z odsłoną pierwszą. Widać więc, że Sandberg konsekwentnie bardzo mocno unika fałszywej, lukrowanej wizji zwyczajności. „Być rodziną” jest kontynuacją odsłaniającą gorzki smak rodzinnego życia, gorzki, ale arcyciekawy.


Kristina Sandberg, Być rodziną, przeł. Elżbieta Frątczak, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 10 maja 2018

Władza nazywania (A. Haska, Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie)

Agnieszka Haska pisze znakomicie. Czyta się tę książkę bardzo dobrze, daleko jej do hermetycznej narracji niektórych diagnoz socjologiczno-kulturoznawczych. Lekkość stylu nie unieważnia istoty opowieści, a są to, chciałoby się powiedzieć, sprawy fundamentalne. Autorkę interesuje bowiem proces wykluczania ze społeczeństwa niektórych grup i osób poprzez zakwalifikowanie ich do zdrajców. Ten, kto nazywa i kto definiuje zasady stygmatyzowania, zwykle ma władzę. Mamy więc do czynienia z opowieścią o hierarchiczności społeczeństwa, której podstawy mają źródło w ideologii, światopoglądzie, umiejętności przekonania innych do słuszności swoich poglądów. Agnieszka Haska rekonstruuje więc w pewnym sensie wojnę idei, której konsekwencje wiążą się z całkiem realnym wpływem na cudze życiorysy. Na plan pierwszy w rozważaniach autorki wysuwa się okres okupacji i działania Państwa Podziemnego. Niezwykle interesujące są fragmenty dotyczące kobiecej prasy tego okresu, która to za pomocą przyjętej perspektywy walki z hitlerowskim najeźdźcą definiowała reguły postępowania kobiet w sposób, który znakomicie oddaje schemat dyscyplinowania opierający się na kontroli seksualności. Agnieszka Haska, wykazując się dużą znajomością historii, umie opowiadać w pasjonujący sposób i potrafi pokazać zależności między tym, co było, a tym, co się dzieje współcześnie. W efekcie otrzymujemy publikację arcyciekawą, dzięki której odkrywamy, że słownictwo na co dzień używane nigdy nie było niewinne, a dzisiejsze reguły funkcjonowania życia społecznego skazują nas na powielanie schematów sprzed lat. Walka o język za pomocą języka dzieje się na naszych oczach, my też w niej uczestniczymy, choć nie zawsze mamy szansę zająć w tym sporze pozycję uprzywilejowaną. Haska udowadnia, że za sprawą używanych słów zmienić się może świat wokół nas. Nie jest więc czymś nieważnym to, kto nazywa innych zdrajcami i kto wierzy, że zdrada się dokonała. Lektura obowiązkowa.


Agnieszka Haska, Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

wtorek, 8 maja 2018

(Nie)powtarzalność (M. Caparrós, Księżyc od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży)

Autor decyduje się na ciekawą w sensie koncepcyjnym narrację patchworkową. Z jednej strony dystansuje się od gatunku reportażu, stwierdzając, że to tylko dziennik. Z drugiej kładzie nacisk na ograniczenia formalne narzucone mu przez zleceniodawcę – ma napisać cykl reportaży dla ONZ, obrazujących przeżycia migrantów. Powinien być niewidoczny w tekście, ale w książce jego obecność jest mocno zaakcentowana i zapowiada wplecione w opowieść reportaże biograficzne. Autor, wspominając o tym, że pisze na zamówienie, sugeruje pewnego rodzaju dwuznaczność sytuacji. Ma się dostosować do oczekiwań zleceniodawcy, a te choć nie sprowadzają się do wpływu merytorycznego, to jednak formalnie wiążą się z pewnymi ograniczeniami tak charakterystycznego dla Caparrósa stylu. Reporter, usuwając się w cień w portretach swoich bohaterów, nie ukrywa swoich uczuć, emocji, poetyckich spostrzeżeń i oskarżycielskich tez w pozostałych partiach tekstu. Reportaże na temat tych, którzy opuścili swój świat, by rozpocząć nowe życie w innej rzeczywistości, wyróżnione zostały kursywą. Choć każda z historii jest szczególna i dotyczy konkretnego człowieka, to jednak ma w sobie pewną powtarzalność. Wielkie dramaty i wielkie cierpienie mają to do siebie, że często są anonimowe i dotyczą wielu ludzi. Caparrós kładzie nacisk na ów paradoks obojętności – nie może przedstawić dwóch historii z tego samego rejonu, a przecież obie zasługują na uwagę i reakcję. Autor nie unika również prowokacyjnych spostrzeżeń. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy sugeruje, że spojrzenie kolonizatora zdobywcy i posiadacza daje złudzenie władzy i przyjemności, z których nie trzeba się tłumaczyć. Zmusza więc czytelnika do zmierzenia się ze stereotypami, uprzedzeniami i historyczną winą. Warto.


Martín Caparrós, Księżyc od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 6 maja 2018

Zwyczajność dziwności (O. Tokarczuk, Opowiadania bizarne)

„Opowiadania bizarne” to przykład deklaratywnego zwrotu w kierunku sojuszu dziwności i zwyczajności, który przecież w twórczości Olgi Tokarczuk był obecny właściwie od początku. Wystarczy wspomnieć chociażby „E.E.”, „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom nocny” czy „Ostatnie historie”. Otwarcie się na to, co niespodziewane, przyjęcie z całym dobrodziejstwem inwentarza tego, co ma miejsce, wreszcie akceptacja dla zaskakującego i niezrozumiałego to motywy chętnie przez autorkę eksplorowane. Oczywiście, w różnym stopniu intensywności, jednak „Opowiadania bizarne” jestem skłonna traktować jako przejaw twórczej konsekwencji i artystycznego projektu, który pod pozorem czegoś nie zawsze serio, tak naprawdę stawia pytania ważne i fundamentalne. Dziwność, absurdalność, fascynująca obcość niezrozumiałego – temu wszystkiemu towarzyszy kluczowa kwestia związana ze świadomością ograniczeń towarzyszących definiowaniu tożsamości, czyli pytanie o to, ile tak naprawdę wiemy o sobie, o innych i o świecie, który nas otacza. W opowiadaniach zamieszczonych w tomie dziwność pojawia się czasami jako coś, co jest częścią naszego postrzegania („Pasażer”, „Szwy”), innym razem jako fragment świata, który choć bliski, pozostał obcy i dopiero po swoim końcu zaczyna przemawiać („Przetwory”), bywa również doświadczeniem zanurzenia się w rzeczywistość, która wydaje się czymś między snem a jawą („Zielone dzieci”), staje się tajemnicą przedziwnego połączenia troski i bezduszności oraz czułości i obojętności („Wizyta”, „Kalendarz ludzkich świąt”), okazuje się doświadczeniem ogromnej samotności w tłumie, który człowieka odartego z rozpoznawczej sygnatury informującej o pełnionej roli społecznej chętnie odcina od wspólnoty („Prawdziwa historia”), zamienia się w ożywczą moc zadawania pytań, formułowania ich na nowo, ale i rozczarowujące odkrycie, że odpowiedzi nie zawsze są możliwe („Serce”, „Góra Wszystkich Świętych”), zmusza wreszcie do rozważania kwestii ostatecznych i rodzi złudzenie możliwości wyobrażenia sobie alternatywnych wersji odejścia („Transfugium”). Bardzo dobre.


Olga Tokarczuk, Opowiadania bizarne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

sobota, 5 maja 2018

Przeszłość powraca (K. Puzyńska, Nora)

„Nora” to dziewiąta część serii o policjantach z Lipowa. Katarzyna Puzyńska trzyma poziom. Warto ten fakt docenić, bo w przypadku wielu autorów kryminałów w miarę publikowania kolejnych odsłon cyklu można odnotować tendencję spadkową. Oczywiście, jeśli wiarygodność opowiadanych historii traktować będziemy literalnie, łatwo unieważnić i te powieści, bo przecież trudno uwierzyć w tak dużą ilość zbrodni na tak małym obszarze. Byłaby to jednak złośliwość. Powieści kryminalne dziejące się prowincji z założenia wymagają pewnej umowności, jeśli chodzi o prawdopodobieństwo. Puzyńska jest tego świadoma. W bardzo udany sposób wykorzystuje konwencję i rozgrywa ją w taki sposób, by wymyślić rzeczywistość rozpoznawalną, charakterystyczną, a jednocześnie trzymającą w napięciu. Równolegle poznajemy prywatne losy bohaterów oraz efekty śledztwa. To ostatnie jest dość skomplikowane: kilka trupów pozornie niemających ze sobą nic wspólnego oraz tajemnica z przeszłości. Autorka ciekawie uzasadnia ewolucję postaw postaci, które odgrywają pierwszoplanowe role. W efekcie ci, którzy wydawali się dość dobrze znani, potrafią zaskoczyć. Przemiana bohaterów bywa intrygująca – ci, którzy budzili sympatię, okazują się antypatyczni, ci zaś, którzy popełniali błędy, potrafią zadziwić swoimi wyborami. W niedużej miejscowości wielkie emocje zderzają się z mniejszymi i większymi problemami, a próba zachowania pozorów i triumfująca hipokryzja stają się przeciwnikami prawdy, która w końcu wychodzi na jaw.

Katarzyna Puzyńska, Nora, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 4 maja 2018

Żyć z cierpieniem (S. Barbezat, Frida Kahlo prywatnie)

Biograficzna opowieść Barbezat nie wnosi wielu nowych szczegółów do biografii Fridy Kahlo. Ci zatem, którzy znają losy malarki i potraktują tę książkę jako potencjalne źródło informacji, mogą być rozczarowani. Jeśli jednak zaakceptujemy fakt pojawiania się kolejnych publikacji o partnerce Diega Rivery, uznawszy za oczywiste zainteresowanie okazywane tak barwnemu życiorysowi, to lektura ta z pewnością nie będzie czasem straconym. Barbezat porządkuje kolejne wydarzenia w biografii Fridy Kahlo, akcentuje przemiany społeczne, które miały wpływ na losy artystów, dobrze wydobywa skomplikowanie związku Kahlo i Rivery, wreszcie nie traci z oczu cierpienia ciała oraz aktywności twórczej. Wielkim atutem książki jest jej albumowy charakter. Większy format, kredowy papier, reprodukcje prac artystki oraz zdjęcie dokumentujące jej życie dobrze komponują się z opowieścią i są sensownie zaplanowane. Szkoda tylko, że autorka nie rozwinęła bardziej ostatniego rozdziału, w którym pojawia się teza o traktowaniu Fridy Kahlo jako inspiracji. Poszerzenie tej refleksji byłoby dobrym kontekstem dla zaakcentowanej trwałości tego, co udało się artystce stworzyć.

Suzanne Barbezat, Frida Kahlo prywatnie, przeł. Anna Basara, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

czwartek, 3 maja 2018

Doświadczenie graniczne (S. Lebiediew, Granica zapomnienia)

Siergiej Lebiediew to kolejny pisarz młodego pokolenia – rocznik 1981, który udowadnia, że rosyjska współczesna proza ma się doskonale. „Granica zapomnienia” to znakomite nawiązanie do tradycji tej literatury, która poruszała temat niszczenia człowieka w sowieckich łagrach, ale jednocześnie bardzo udana próba pokazania ciągłości dziedziczenia i konieczności mierzenia się z przeszłością. Relacja wysuwająca się na plan pierwszy to więź łącząca chłopca, potem mężczyznę, z przybranym dziadkiem. Bohater i narrator w jednym próbuje nie tylko zrozumieć siebie, ale i odkryć tajemnicę, jaka – jest o tym przekonany – kryje się w biografii tego, który okazał mu wiele troski, ale i próbował go sobie podporządkować. Drugi Dziadek, bo tak nazywany jest staruszek, okazuje się osobą, dzięki której możemy doświadczyć grozy wpisanej w życiorys tzw. ludzi radzieckich. Narrator dotrze do miejsc, które ukształtowały mężczyznę, zmierzy się z wiedzą o doświadczeniach mrocznych i przeżyciach trudnych do zrozumienia, odkryje, że dobro i zło może być wpisane w działanie tego samego człowieka, zada pytania o symbolikę słów, milczenia, ślepoty i widzenia. Kwestie postrzegania i nazywania będą zresztą kluczowe dla tej opowieści. To dzięki słowom i za sprawą wzroku pewne rzeczy się wydarzą lub uda im się zapobiec. Pytanie o możliwość zapomnienia, o pamiętanie, którego nie da się tak po prostu wyrzec, o próbę odwrócenia się od przeszłości poprzez poddanie się sile oddziaływania teraźniejszości będą istotne, jeśli nie najważniejsze. Lektura obowiązkowa.


Siergiej Lebiediew, Granica zapomnienia, przeł. Grzegorz Szymczak, Wyd. Claroscuro, Warszawa 2018.

środa, 2 maja 2018

E-czytanie

Doceniam praktyczny aspekt e-czytania. Czytnik zawsze pod ręką – w podróży, w komunikacji miejskiej, w poczekalni do lekarza, kiedy na kogoś czekam, a ten ktoś się spóźnia – to niewątpliwy atut. Nie przemawia do mnie argument o zapachu papieru, którego nie ma w przypadku formy elektronicznej. ;) Czytanie e-booków nie wiąże się z rezygnacją z lektury książki tradycyjnej. Jakiś czas temu zepsuł się mój wiernie służący kilka lat sprzęt. Nie ukrywam, że był wyjątkowo prosty w obsłudze i nie oferował pewnych udogodnień, które dzisiaj są normą. Przyszedł czas na zmiany. Dzięki uprzejmości Pocketbook sprawdzam model Touch HD2 Ruby Red. Moje użytkowanie czytnika można określić jako intensywne. Za jakiś czas napiszę więc o tym, co szczególnie mi się spodobało w tym przejściu na wyższy stopień wtajemniczenia. J Funkcje, które mnie interesują najbardziej, to podświetlany ekran i możliwość regulacji stopnia naświetlenia, matowy ekran, który nie odbija promieni słonecznych, możliwość robienia notatek, funkcja Text-to-Speech, która pozwala na odsłuchiwanie e-booka oraz wybranie preferowanego głosu lektora lub lektorki, możliwość spersonalizowania widoku ekranu poprzez dobór czcionki, jej wielkości, rozstawu interlinii itp., wbudowane wi-fi, możliwość decydowania o sposobie zmieniania stron – albo za pomocą ekranu dotykowego, albo przycisków funkcyjnych. Atrakcyjny jest wygląd sprzętu – podoba mi się odejście od kolory czarnego na rzecz ciemnej czerwieni. Sprawdzam i używam – w codziennym, częstym korzystaniu najlepiej ujawniają się wady i zalety tego typu sprzętu.





poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Triumfujące zło (G. Tallent, Moja Najdroższa)

Gabriel Tallent w swojej debiutanckiej powieści gra na najwyższych emocjonalnych rejestrach. Łatwo wtedy się potknąć i ponieść porażkę, a jednak autorowi udaje się uniknąć wszelkich mielizn. Proponuje czytelnikom powieść mocną, poruszającą, znakomicie rekonstruującą proces niszczenia jednego człowieka przez drugiego. Autor nie tylko opisuje stan uzależnienia, jaki łączy ojca i córkę, ale również dba cały czas o to, by forma współgrała z treścią. Mamy więc do czynienia z książką przemyślaną. Kompozycyjnie opowieść ta opiera się na zderzeniu dwóch światów – tego odizolowanego, opartego na chorej miłości, związanego z tresowaniem dziecka i kształtowaniem go na własne podobieństwo, i tego otwartego, pełnego innych ludzi, zmuszającego do nawiązywania relacji. Oba światy są światami troski, okazywanej jednak w inny sposób. Dom, w którym mieszka Martin ze swoją dorastającą córką Julią vel Turtle, jest tak naprawdę więzieniem. Ojciec robi wszystko, by uzależnić dziewczynkę od siebie, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym. Przemoc seksualna wiąże się tutaj z przemocą psychiczną, a Tallentowi udaje się pokazać przerażający proces tworzenia mentalności ofiary. Martin doprowadza do takiej sytuacji, że Turtle nie zna innej codzienności, w efekcie wszystko to, co tak naprawdę jest patologiczne, uznaje za normalne. Dopiero kiedy symboliczny mur stworzony przez ojca zaczyna się kruszyć, bohaterka odkrywa, że można żyć inaczej i że są ludzie, którym też na niej zależy. Najbardziej poruszające momenty powieści to sceny, w których Turtle w kontakcie z osobami spoza jej codziennego świata, rozpaczliwie odczuwa potrzebę uzyskania pomocy, ale ukrywa ją i wyrzeka się jej, zachowując się tak, jak nauczył ją ojciec. Będąc ofiarą powiela więc zachowania swojego oprawcy. Lektura obowiązkowa.


Gabriel Tallent, Moja Najdroższa, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Czy tylko absurd? (I. Myšková, Białe zwierzęta są bardzo często głuche)

Ivana Myšková proponuje czytelnikom zbiór opowiadań. Nie dosyć, że gatunek to mało popularny, to jeszcze historie opowiadane przez autorkę oparte są na absurdzie zderzonym z codziennością. Mogłoby się więc wydawać, że proza tego typu raczej nie ma szansy na literacki sukces. Nic bardziej mylnego. Opowiadania Myškovej okazują się wyjątkowo świeże, zabawne, ale i bogate w sensy, lekkie, tak można by stwierdzić, ale i mocne, dające do myślenia. Zderzanie tego, co śmieszne, z tym, co poważne, oraz tego, co zwykłe i przeciętne, z czymś, co burzy wcześniej ustalony porządek, to jedna z praktyk, która w literaturze czeskiej sprawdza się szczególnie. Znakomicie to widać na przykład w otwierającym tom opowiadaniu „Zasłona” lub w opowiadaniach „Zapach domu”, „Niebezpieczeństwa czyhające na drogach dojazdowych” czy „Hostel”. Niskie miesza się tutaj z wysokim, absurdalne z problematyką jak najbardziej serio, siermiężne z wielkim i wzniosłym. Talent autorki widać nie tylko w opowiadaniach dłuższych, ale i tych, którym bliżej do impresji – krótkich, ale zawsze celnych. Codzienność zostaje tutaj pokazana w specyficzny sposób. Dziwność, stanowiąca jej część, przychodzi do człowieka nie z zewnątrz, ale od środka. W pewnym więc sensie, tak sugeruje autorka, za wszelkie aberracje pojawiające się w naszej rzeczywistości, odpowiadamy sami i sami je generujemy. Do uważnego czytania.


Ivana Myšková, Białe zwierzęta są bardzo często głuche, przeł. Elżbieta Zimna, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

sobota, 21 kwietnia 2018

Być człowiekiem (H. Jordan, Błoto)

Debiutancka powieść Hillary Jordan to intrygujący przykład literatury, próbującej połączyć to, co problemowo istotne, z jednoczesną atrakcyjnością przekazu. Można by więc powiedzieć, że mamy w ty przypadku do czynienia ze wzorcowym przykładem literatury środka. Jordan decyduje się na narrację wielogłosową. Poszczególne rozdziały to opowieść z perspektywy najważniejszych bohaterów tej historii. Kompozycyjnie utwór Jordan jest precyzyjnie zaplanowany, a metafora tytułowego błota jako czegoś, co dosłownie oblepia ludzi na farmie podczas codziennej pracy, w deszczu, podczas kopania grobu, ale i metaforycznie niszczy ich życie, staje się bogatym w znaczenia odniesieniem. Nieco nieprzemyślany jest ostatni rozdział – nazbyt patetyczny, niepotrzebnie stawiający pewne rzeczy wprost, bliski manifestu. Dużo lepiej powieść wybrzmiałaby w finale, gdyby zakończono ją na przedostatniej części, będącej wypowiedzią Laury. To zresztą właśnie ona jest jedną z najważniejszych postaci powieści. Przechodzi wielką przemianę z kobiety zahukanej, niepewnej, z niskim poczuciem własnej wartości w osobę zmuszoną do stawiania czoła przeciwnościom pojawiającym się każdego dnia na farmie. Laura odkrywa w sobie wewnętrzną siłę, ale też będzie musiała zmierzyć się z dramatycznymi wydarzeniami, w które wplącze się jej rodzina. Jordan buduje swoją opowieść wokół trzech ważnych wątków: rasizmu Południa, emancypacyjnego wymiaru wojny, zrównującej walczących w Europie białych i czarnych Amerykanów, przyzwyczajenia, z którego rodzi się miłość, a na jej marginesie wielka namiętność. Na szczęście autorka nie idzie w kierunku romansu i równoważy wspomniane motywy w sposób wyjątkowo udany. W powieści bardzo ważną kwestią okazuje się zaniechanie i konieczność dokonywania wyborów, z których każdy ostatecznie ma tragiczne konsekwencje. Warto.


Hillary Jordan, Błoto, przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko, Wyd. Otwarte, Kraków 2018.

piątek, 20 kwietnia 2018

Szukanie siebie z przeszłości (A.F. Harrold, Przyjaciel z szafy, ilustracje: E. Gravett)

„Przyjaciel z szafy” to książka adresowana do dzieci, jednak jej odbiorcą może stać się również dorosły. Autor z jednej strony proponuje opowieść o skomplikowanej przyjaźni i zobowiązaniach z niej wynikających, z drugiej stawia istotne pytania o tożsamość oraz pamięć i zapomnienie. Skutki dorastania, wyraźnie zasugerowane przez pisarza, wiążą się bowiem z odcięciem się od rzeczy niegdyś najważniejszych. Oddalamy się od siebie z dzieciństwa, a to, co wydawało się niemożliwe do zapomnienia, po latach okazuje się trudne do przypomnienia. Harrold zmusza do zmierzenia się z pytaniami ważnymi, ale i niekiedy ostatecznymi w swoim wymiarze. Bardzo mocno zostaje tutaj zaakcentowana siła wyobraźni i rola, jaką wyobraźnia pełni w życiu dziecka. Pojawia się kwestia reakcji rodziców na wyimaginowanych przyjaciół ich dzieci oraz to, jak potrzebna jest reakcja wspierająca, rozumiejąca, odcinająca się od racjonalności. Gdzieś w tle obecne jest także pytanie o znikanie osób ważnych z naszego życia. Harrold co prawda opowiada o przyjaciołach, który widzi tylko osoba mająca wielką wyobraźnię, jednak pośrednio historia ta może przygotowywać do mierzenia się z ostatecznością całkiem realną. W pewnym bowiem sensie ma podobne przesłanie jak „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Opowieść o przyjaźni, tak to ujmijmy, między podziałami, bo więź rodzi się między ludzkim dzieckiem a kimś lub czymś wyobrażonym, może również uczyć akceptacji dla inności, obcości oraz podsycać pozytywnie pojmowane zaciekawienie kimś, kto się od nas różni. A że wszystko to utrzymane jest w bardzo dobrym stylu, z odpowiednią dramaturgią i emocjonalnym napięciem, to „Przyjaciela z szafy” można tylko polecić – tym małym i tym dużym czytelnikom.


A.F. Harrold, Przyjaciel z szafy, ilustracje: Emily Gravett, przeł. Maria Jaszczurowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.