czwartek, 21 września 2017

Kontynuacja (W. Grzegorzewska, Stancje)

Po bardzo dobrze przyjętych debiutanckich „Gugułach” oczekiwania wobec kolejnej prozy Wioletty Grzegorzewskiej były duże. Nic więc dziwnego, że „Stancje” jeszcze przed ukazaniem się na rynku wydawniczym wzbudzały ciekawość. Czy jednak autorce udaje się utrzymać podobnie wysoki poziom jak wcześniej i czy proponuje czytelnikom ponownie coś świeżego, oryginalnego, interesującego językowo? „Stancje” zaplanowane są jako kontynuacja. O ile „Guguły” były zapisem nieistniejącego już świata dzieciństwa, o tyle kolejna książka opowiada o losach bohaterki, która wyjeżdża do Częstochowy na studia. W obu przypadkach Grzegorzewska koncentruje się na codzienności, w obu odwołuje się do własnych doświadczeń. Świat sportretowany w „Stancjach” również należy do przeszłości, bo współcześni studenci funkcjonują w zupełnie innych realiach. Trudno jednak byłoby obronić tezę, iż mamy do czynienia z książką z jakiegoś powodu wyjątkową. Owszem, to proza na przyzwoitym poziomie, jednak autobiografizm, który w „Gugułach” był niewątpliwym atutem, tutaj staje się czynnikiem spowalniającym tempo opowieści oraz generującym pewnego rodzaju przewidywalność. Jest w tej historii kilka ciekawych momentów, jak na przykład decyzja o wędrowaniu po mieście mimo wszystko i deklaratywne odcięcie się od miejsca dzieciństwa, stopniowe wyzwalanie i obwieszczenie krzykiem momentu uzyskania niezależności, czy delikatne sygnalizowanie granicy nie do przekroczenia miedzy wsią a miastem. „Stancje” należy jednak traktować jako dalsze próbowanie się z prozą i szukanie własnej formy wyrazu. „Guguły” zdecydowanie przyćmiewają historie z czasów studenckich. Najciekawsze pozostaje zatem pytanie: co dalej?, a więc czekanie na prozę, która okaże się sprawdzianem talentu Grzegorzewskiej i stanowić będzie odejście od autobiografizmu.


Wioletta Grzegorzewska, Stancje, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 20 września 2017

W przyszłości (scenariusz: D. Odija, rysunek: W. Stefaniec, Stolp)

Obaj autorzy komiksu urodzili się i mieszkają w Słupsku. Fakt ten zostaje zaakcentowany na jednej ze stron tytułowych, przedstawiających twórców publikacji. Daniel Odija, co warto zaznaczyć, nie po raz pierwszy uczestniczy w projekcie wychodzącym poza obszar aktywności, z której jest przede wszystkim znany. W tym wypadku prozaik współtworzy komiks, wcześniej pracował chociażby przy projektach muzycznych z Marcinem Dymitrem. Słowo umieszczone w tytule utworu to niemiecka nazwa Słupska. Gdyby zamiast „l” pojawiło się „ł”, wówczas moglibyśmy mówić o średniowiecznej, niezamieszkanej w czasie pokoju, wieży obronnej. To także, a może przede wszystkim, imię głównego bohatera. Kontekst ten wydaje się również istotny, bowiem dystopijny charakter zaproponowanej opowieści pozwala na odwoływanie się do metaforyki powiązanej z obroną zajmowanych pozycji oraz nieustannym odnawianiem trwającej próby sił. „Stolp” to pierwsza odsłona zaplanowanej tetralogii „Bardo”. Tytuł serii odnosi się do miasta skażonego katastrofą wyludnienia oraz do przywoływanego w buddyzmie stanu pośredniego. Dzieci przestają się rodzić. Opuszczone ulice są mroczne, groźne, niebezpieczne. Ludzie gromadzą się w miejscach oferujących substytut normalności, jednak zabawa jest tylko złudzeniem oraz mało skutecznym zagłuszaniem niepokoju. W zaproponowanej przez Odiję i Stefańca opowieści dużo więcej dzieje się w obrazach niż w słowach. Mamy tu do czynienia z połączeniem klasycznej historii postapokaliptycznej z powieścią drogi oraz powieścią grozy. Fragmenty publikacji przypominają deliryczne, narkotyczne, schizofreniczne wizje, które wpisują się w świat pozornie racjonalny, którego resztki jeszcze pozostały i przypominają o dawnej świetności. Zagrożeniem dla ludzi jest system – to jego reprezentanci są w stanie porwać dzieci, które jeszcze żyją, prowadzą eksperymenty na ludziach, czy pacyfikują jakiekolwiek formy niezależności. Ciemne barwy, rozmazujące się realistyczne podstawy obrazu, przechodzące w kolorowe popisy wyobraźni, atmosfera opuszczenia i bezsensu, wreszcie pewnego rodzaju ostateczność wpisana w niektóre zaprezentowane czytelnikom sceny – to atuty wspólnego dzieła Odiji i Stefańca. Na okładce pojawia się określenie „futurystyczna antyutopia” i „eksperymentalny kryminał”. Nad przyporządkowaniem publikacji do kryminału mocno bym się zastanowiła, bliżej bowiem tej historii do konwencji thrillera i powieści grozy. Faktem jednak jest, że przedstawiona wizja to ciekawy przedsmak tego, co znajdziemy w kolejnych częściach, wizja nieoczywista, adresowana przede wszystkim do wielbicieli antyutopijnych fabuł i odmalowana w mrocznych barwach.


Scenariusz: Daniel Odija, rysunek: Wojciech Stefaniec, Stolp, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2017.

wtorek, 19 września 2017

Przestrzeń niczyja? (B.I. Koerner, Niebo jest nasze)

Książka Koernera to dowód na to, że reportaż bywa również znakomitą i trzymającą w napięciu opowieścią sensacyjną i przygodową. Autor łączy to, co uniwersalne, a więc opis praktyk typowych dla lat 60. i 70. XX wieku, z tym, co szczegółowe, a więc z losami ludzi, którzy decydowali się na porwanie samolotu. Z jednej strony mamy więc tutaj do czynienia z fascynującą historią tego etapu lotnictwa pasażerskiego, w którym przechwytywanie kolejnych lotów było czymś niemalże zwyczajnym, z drugiej Koerner z dużą wrażliwością odtwarza niebezpieczne lawirowanie między akceptacją dla awanturniczości porywaczy, tolerancją osób decyzyjnych dla owych nieprzewidzianych wydarzeń i przekonaniem, że nadmierna kontrola odstraszy tych, którzy korzystają z lotów. Zarówno liczba ówczesnych porwań, jak i uznanie ich istnienia za coś normalnego, z dzisiejszej perspektywy wydają się czymś nieprawdopodobnym. Koerner faktycznie rekonstruuje klimat pewnej epoki oraz obyczaje współcześnie nie do zaakceptowania. Dzięki temu udaje mu się uchwycić nie tylko pewien szczególny, niepowtarzalny czas, ale również pokazać przemijanie naiwności, zaufania do człowieka oraz pewnego rodzaju beztroski wpisanej w oddawanie swojego życia pod opiekę kogoś mało odpowiedzialnego. Loty opisywane w książce stają się wyzwaniem zarówno w kontekście nowej formy podróżowania dostępnej dla coraz większej grupy ludzi, jak i pod względem możliwości wpisanych w poruszanie się samolotem. To ostatnie nie tylko uwodzi porywaczy, ale i daje im złudzenie pewności ucieczki tam, gdzie nikt nich nie dosięgnie. Choć Koerner skupia się przede wszystkim na losach słynnej pary porywaczy, Rogera Holdera i Cathy Kerkow, to jednak nie traci z oczu innych buntowników, także tych mniej spektakularnych i bardziej pechowych. Interesujący okazuje się na przykład wątek uciekania Amerykanów na Kubę i tego, w jaki sposób owych nietypowych gości traktował Fidel Castro. Warto.


Brendan I. Koerner, Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego, przeł. Barbara Gadomska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

czwartek, 14 września 2017

Dom i pamięć (M. Miłkowski, Drugie spotkanie)

Zbiór opowiadań Macieja Miłkowskiego to proza uważna, choć nie spektakularna, proza miejscami poetycka, choć nie sentymentalna, proza uwikłana w niełatwe potyczki pamięci i zapomnienia, choć jednocześnie zakorzeniona w tu i teraz. Umiejętność łączenia przeciwieństw oraz wydobywania z codzienności nieoczywistych napięć to niewątpliwie jedna z zalet pisarstwa autora. Warto również zwrócić uwagę na bogactwo znaczeń – to, co zostaje wyeksponowane jako motyw wiodący danej opowieści, zazwyczaj ma drugie dno. Widać to chociażby w opowiadaniu otwierającym tom, zatytułowanym „Survival”. Sprzątanie, użyjmy tego słowa, zapuszczonego mieszkania alkoholika staje się pretekstem do refleksji na temat narastania kolejnych warstw brudu – tych dosłownych i metaforycznych. Pewnych spraw nie da się oczyścić, niemożliwe bywa zmycie z siebie tego, co jest również częścią naszej historii, nie można też tak po prostu wszystkiego wyzerować. Synonimem oczyszczenia okazuje się również podarowanie sobie prawa do odrzucenia. Na uwagę zasługują fragmenty tomu poświęcone procesowi tworzenia, sensowi pisania opowiadań, możliwości wpływania na odbiór. Autoironia oraz gatunkowa świadomość wysuwają się tutaj na plan pierwszy. Ważnym punktem odniesienia jest również kwestia dziedziczenia pamięci miejsca, współodpowiedzialności za przeszłość, świadomości żydowskiego losu oraz pewnego rodzaju zobowiązania związanego z faktem zamieszkania w danym mieszkaniu. Przeszłość i współczesność mieszają się w tym wypadku w intrygujących proporcjach. To, co minione, okazuje się nadzwyczaj żywe, to, co aktualne, wybrzmiewa słabiej i przegrywa ze wspomnianym dziedzictwem. Ciekawe pod tym względem są opowiadania „Nieruchomości”, „Wykopaliska”, „Drugie spotkanie” czy „Nie-fikcja”. Autora interesuje również kwestia potencjalności, prawdopodobieństwa, możliwości kreowania rzeczywistości czy też panowania na tym, co pozornie dalekie jest od naszego wpływu. Motywy te pojawiają się na przykład w „Dotyku”, „Kto jest kim w psychiatrii ekwadorskiej”, „Innych zaletach” czy „Bajce o Lesznie”. Miłkowskiemu udaje się pokazać, że opowiadanie w jego wydaniu to gatunek świeży, inspirujący, wielowymiarowy. To dużo, choć ciekawa jestem bardzo, jak sprawdziłby się autor w powieściowej formie.


Maciej Miłkowski, Drugie spotkanie, Wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2017.

środa, 13 września 2017

Uwikłani (J. Żulczyk, Wzgórze Psów)

Najnowsza powieść Jakuba Żulczyka, reklamowana jako „dojrzała książka” autora, faktycznie jest historią na dużo wyższym poziomie artystycznym niż wcześniejsze utwory pisarza. Dużo bardziej skomplikowane problemy są również tutaj poruszane. Jednocześnie uważny czytelnik natknie się na motywy, które nie w takich samych, oczywiście, konfiguracjach były realizowane w innych odsłonach twórczości autora. Warto więc „Wzgórze Psów” traktować jako nowy etap, co sugeruje wydawca, ale i nie zapominać o zachowanej w tym wypadku konsekwencji i ciągłości. Powieść Żulczyka zasługuje na uwagę czytelnika. To znakomite połączenie powieści psychologicznej, thrillera i powieści inicjacyjnej. Można również książkę tę klasyfikować jako powieść o rodzinie, powieść o prowincji, powieść o pisaniu, powieść o dojrzewaniu i powieść o złu. Choć autor umieszcza akcję na warmińsko-mazurskiej prowincji, to jednak opisane wydarzenia mają charakter uniwersalny. „Wzgórze Psów” okazuje się bowiem świetnym portretem małej społeczności – jej grzechów, ale i tkwiącej w zjednoczeniu siły, jej siermiężności, ale i niepowtarzalności, jej pożerającej, oblepiającej nieuchronnie siły i wynikającej z tego konieczności opierania się i uciekania, często bezskutecznie. Żulczyk celnie, wyraziście i przekonująco charakteryzuje bohaterów. Nie pozwala im na statyczność, jesteśmy bowiem świadkami wielu istotnych przemian, także tych, których nie da się wyprzeć i których nie da się wymazać z pamięci. Tajemnica z przeszłości nie jest w tym wypadku jedynie przedmiotowo potraktowaną sytuacją, która służyć ma uatrakcyjnieniu fabuły. Wręcz przeciwnie, to, co przeminęło, okazuje się ciągle żywe, generuje współczesne zachowania bohaterów i zmusza do podjęcia działań, które wpłyną na Wielką Przemianę. Etyczne uwikłanie opisywanych postaci we wszystko, co im się przydarza, jest wyjątkowo ciekawie rozrysowane. Mamy więc niejednoznaczność dobra i zła w opisie związków małżeńskich, braterskich, rodzicielskich, ale i w odsłanianiu bohaterów jako członków społeczności. Hierarchiczność władzy i podległości oraz trudności z renegocjowaniem zajmowanych pozycji tworzą rzeczywistość mrocznych zobowiązań i codziennych małych ostateczności. Zło, które opisuje Żulczyk, nie tylko się przydarza, staje się również ciężarem niesionym przez lata, zobowiązaniem wobec przeszłości oraz przymusem, który sankcjonuje nieuchronność zemsty. Autor doskonale panuje nad swoją opowieścią. Warto docenić takie zaplanowanie historii, że właśnie wtedy, kiedy zaczynamy już wiedzieć, kto jest dobry, a kto zły, wszystko okazuje się nieoczywiste, a wspomniane dobro i zło miesza się w proporcjach uniemożliwiających jednoznaczne oceny moralne.


Jakub Żulczyk, Wzgórze Psów, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2017.

wtorek, 12 września 2017

Osamotnieni (M. Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu)

Ci, którzy interesują się współczesnym reportażem, znają zapewne Marcina Wójcika z książki „W rodzinie ojca mego”, poświęconej społeczności Radia Maryja i wpływom redemptorysty Tadeusza Rydzyka. W „Celibacie” autor pozostaje wierny swoim zainteresowaniom, ponownie sięgając po problem dla Kościoła ważny i nieoczywisty. Na uwagę zasługuje podtytuł książki. Kryje się w nim z jednej strony deklarowane marzenie o bliskości, z drugiej niespełnienie. Jest w nim również, gdyby rzecz potraktować literalnie, sygnalizowanie grzechu, poczucia osamotnienia, wykluczenia i stygmatyzacji. Takie zaplanowanie tytułu wydaje się bardzo znaczące. Sugeruje bowiem tkwiące w celibacie skomplikowanie związane nie tylko z praktycznymi stronami życia oraz deklarowanej posługi kapłańskiej, ale również z etycznym uwikłaniem wpisanym w interpretowanie własnych czynów, pragnień i zachowań. Dużym atutem omawianej publikacji jest jej wielowymiarowość. Wójcik nie proponuje opowieści, której celem jest postulowanie zniesienia celibatu. Nie próbuje również udowadniać, że bezżeństwo księży jest czymś słusznym. Stara się raczej pokazać na przykładzie różnych biografii bohaterów, że seksualność jest częścią życia kapłanów i że mężczyźni ci mierzą się z nią na co dzień. To bardzo ważna perspektywa, pozwala bowiem na pokazanie blasków i cieni zachowań księży. Wójcik opisuje wielkie miłości, ale i romanse, pokazuje bohaterów, którzy próbują zrozumieć własne ograniczenia, i takich, którzy łatwo tłumaczą swoje potknięcia. Nie traci z oczu przełożonych opisywanych mężczyzn i mocno akcentuje zdziwienie tych, którzy uważają siebie za grzeszników, a dowiadują się, że dużo ważniejsze od moralności jest skuteczne udawanie i kamuflowanie własnych poczynań. W efekcie, choć reporter przygląda się doświadczeniom konkretnych postaci, tak naprawdę pokazuje fałszywość całego systemu. Wójcik przedstawia nie tylko historie związków heteroseksualnych, przywołuje także relacje homoseksualne, nie unika mówienia o nadużyciach seksualnych (pisze np. o przemocy, molestowaniu seksualnym, eksperymentowaniu erotycznym). To odejście od jednostronności opisu stanowi niewątpliwie zaletę reportażu. Dzięki takiej przyjętej perspektywie dowiadujemy się o wadze opisywanego problemu, uświadamiamy sobie jego systemowość i odkrywamy zakłamanie, które towarzyszy łatwemu unieważnianiu nadużyć przy jednoczesnym chętnym odcinaniu się od tych, którzy zdecydują się na odejście ze stanu kapłańskiego.


Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

poniedziałek, 11 września 2017

Życie i umieranie (L. Jufresa, Umami)

Powieść Jufresy to interesująca opowieść o ludziach, którzy ze swoją codziennością są na siebie skazani, a jednocześnie, gdyby trzeba było wybrać ponownie, zapewne niczego w swoim życiu by nie zmienili. No, może poza ostatecznością, która niespodziewanie wkrada się w ich powszedniość i zmusza do rozpamiętywania tego, co było, ale już nie wróci. Na plan pierwszy wysuwa się antropolog, który razem ze swoją żoną, kardiolożką, jest właścicielem małego osiedla, którego poszczególne składowe określane są mianem smaków. Mamy więc Dom Gorzki, Słodki, Kwaśny, Słony oraz Umami. To ostatnie określenie odwołuje się do pojęcia znanego w kulturze japońskiej i tożsamego z czymś pysznym. Choć nazwy te naprowadzają na skojarzenia związane z jedzeniem, tak naprawdę chodzi tutaj o smakowanie życia. Ci, którzy wynajmują od małżeństwa domy, powoli uczą się funkcjonowania w przedziwnej symbiozie, w której sąsiad niepostrzeżenie przestaje być kimś obcym, a staje się przyjacielem, dobrym znajomym, niekiedy nawet niemal członkiem rodziny. Mieszkańcy żyją własnym życiem, jednak nie tracą z oczu tych, którzy są obok. Kiedy pojawia się śmierć, a ta przychodzi zawsze niespodziewanie, uczą się nowej codzienności, odmawiając jednocześnie zapomnienia tego, co było. Jufresa umie pokazać radość życia i cierpienie, samotność i rozpaczliwe poszukiwanie towarzystwa, rozpamiętywanie i odwracanie się od przeszłości, wybory i konieczność poddania się przeznaczeniu. W efekcie opisywani przez nią zwyczajni ludzie stają się chwilami niezwyczajni. Dzieje się tak wtedy, gdy na chwilę ogarnie ich olśnienie dotyczące sensu życia i umierania oraz gdy poddają się sile przetrwania.


Laia Jufresa, Umami, przeł. Katarzyna Górska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

niedziela, 10 września 2017

Zapłodnienie (nie tylko) przez śmierć (M. Perezagua, Yoro)

Powieść Perezagui niejednego czytelnika zaskoczy. Na uwagę zasługuje forma. Autorka łączy listy do kogoś dla niej ważnego ze spowiedzią i intymnym zeznaniem usprawiedliwiającym zbrodnię. Ta ostatnia jednak wydaje się niezwykle łagodna w zderzeniu z tym, co poznajemy wcześniej i co stanowi brutalne w swojej wymowie preludium do ostatecznego, niszczącego i otwierającego jednocześnie, katharsis. Powieść jest wyjątkowo przemyślana kompozycyjnie. Kolejne rozdziały odnoszą się do dziewięciu miesięcy, w trakcie których trwa ciąża. Zapłodnienie i późniejsze rozwiązanie jest jednak w tym przypadku metaforą. Perezagua umiejętnie wiąże dramatyczne fakty z życiorysu bohaterki-narratorki, zawieszając oczywistość poznania. Nie bez powodu ta, która relacjonuje i która prezentuje specyficzną mowę obrończą, nazywa siebie H. Odwołuje się w ten sposób do milczenia i wypowiadania się w imieniu tych, którym odebrano głos. Z jednej więc strony mamy do czynienia z opowieścią o przedziwnej miłości, przekraczającej granice krajów, płci i czasu. Miłości ludzi dorosłych, miłości ofiar wojny, miłości do dziecka. Z drugiej świadectwo życiodajnej siły wpisanej w koszmar umierania. Perezagua każe swoim bohaterom doświadczać przeżyć ekstremalnych. Wystarczy powiedzieć, że mamy tutaj skutki wojny atomowej, tortury w japońskiej niewoli podczas budowania birmańskiej Kolei Śmierci, wymyślne znęcanie się nad zwierzętami, eksperymenty medyczne czy niewolniczą pracę w afrykańskich kopalniach. Choć historia składająca się na powieść może być uznana za mało prawdopodobną, nie o prawdopodobieństwo tutaj chodzi. Nagromadzenie nieszczęść i okrucieństwa jest w tym wypadku uzasadnione, a mowa narratorki stanowi rodzaj oskarżenia nie tylko w swoim imieniu, ale i w imieniu wszystkich tych, którzy stają się współczesnymi niewolnikami. W konsekwencji to, co sprawiało na początku wrażenie intymnej spowiedzi, zamienia się w manifest obnażający bezmiar nienawiści i triumf brutalnej siły nad słabością.


Marina Perezagua, Yoro, przeł. Andrzej Flisek, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

sobota, 9 września 2017

(Nie)pamięć (J. Czeczott, Petersburg. Miasto snu)

Książka Joanny Czeczott to intrygujące połączenie reportażu, eseju historycznego i portretu miasta. Choć w centrum zainteresowania autorki jest tytułowy Petersburg, już przez fakt przywoływania nazw Leningrad i Piotrogród kontekst przeszłości zostaje mocno wyeksponowany. Kolejne części publikacji poświęcone są różnym odsłonom powikłanych losów ludzi i miejsca. Ważnym punktem odniesienia staje się pamięć i zapomnienie. Ta pierwsza okazuje się ciągle niełatwym wyzwaniem – kiedy zmusza do zmierzenia się z historią własnej rodziny, której niektórzy członkowie zakończyli życie w łagrze, kiedy mobilizuje do sięgnięcia do archiwów i odkrycia, że ci, na których wiele lat czekano, zostali rozstrzelani, kiedy aktywizuje do tworzenia miejsc przechowujących wiedzę o mniejszościach etnicznych, kiedy nie pozwala zapomnieć o jednym z największych koszmarów miasta, a mianowicie o blokadzie Leningradu. Ta druga czasami przynosi ukojenie, często jednak jest bronią stosowaną przez władzę – o granicach, które w przypadku ekstremalnego doświadczenia przekracza człowiek, lepiej nie mówić głośno; o rewolucyjnym ataku na sztukę rzekomo burżuazyjną lepiej też milczeć, zwłaszcza że i wśród ludu znaleźli się liczni wielbiciele baletu, a wśród artystów tancerze gotowi występować przed inną niż wcześniej publicznością; o nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności, które tożsame są z groźbami, także nie ma sensu wspominać. Gdzieś w tle obecne jest przekonanie o konieczności przetrwania i o przetrwaniu wpisanym w historię miasta – mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Szczególnie dramatyczny jest obszerny fragment książki poświęcony blokadzie Leningradu. Ci, którzy wtedy byli małymi dziećmi, przywołują naturalistyczne obrazy dziejącego się na ich oczach i niespodziewanie zatrzymanego końca świata. Czeczott jako przewodniczka po mieście pozostaje kimś kto nie tylko chce słuchać i widzieć, ale również kimś, kto wie, że przedstawia zaledwie część tej historii, która zdaje się nie mieć swojego finału. Ta perspektywa ciekawości dla wczoraj i dzisiaj oraz uwrażliwienia na powiązania między przeszłością a teraźniejszością pozwala uznać książkę za tekst literacko i poznawczo bardzo ciekawy.


Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.

piątek, 8 września 2017

Brak perspektyw (K. Janczura, Przemytnicy)

Debiutancka powieść Konrada Janczury zasługuje na uwagę z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, choć mamy do czynienia z tekstem zaangażowanym społecznie, jest w nim również pewnego rodzaju delikatność i empatia. Nie mam na myśli sentymentalizmu, raczej rodzaj gorzkiego w swojej wymowie zrozumienia, maskowanego pozorną brutalnością. Po drugie, Janczura proponuje ciekawy portret podkarpackiej prowincji, gdzie przemyt może być pożądaną pracą, miejscowi macho okazują się niepewnymi siebie chłopcami, a dziewczyny z dobrych domów brną w związki bez przyszłości. Bieda i brak nadziei na lepsze jutro zastępowane są działaniami pozornymi – złudzeniem, że da się coś w swoim życiu zmienić i da się nad swoim życiem panować. Po trzecie wreszcie, w zalewie popkulturowej papki brakuje takich debiutów, w których autor nie ukrywałby, że o miejscach zapomnianych przez ludzi i Boga nie da się już pisać w sposób, który potencjalnie liczyłby na zmianę owego portretowanego świata. Opowieść Janczury stopniowo staje się coraz bardziej mroczna, a czytelnik stosunkowo szybko zaczyna się orientować, że historia ta może tylko skończyć się źle. Autor nie próbuje więc zmieniać świata. Obnaża jednak łatwość klasyfikowania danej rzeczywistości jako gorszej, klasowość i gotowość odwrócenia się od tego fragmentu, który jest z jakiegoś powodu niewygodny. W kontekście przeżyć bohaterów można mówić o przeznaczeniu, ciążącym nad nimi fatum, wreszcie uwikłaniu w splot wydarzeń, które musiały nastąpić. Janczura nie pozostawia bowiem wątpliwości, że są ludzie, dla których nie ma ratunku nawet wtedy, gdy oni sami próbują coś w swoim życiu zmienić. Tak po prostu – bo ich los nikogo nie interesuje, bo tacy jak oni tak właśnie kończą, bo ktoś musi być ofiarą, bo ci, którzy wygrywają, nie mogą przegrać. Debiut do uważnego czytania, a dalsze losy twórcze autora – do uważnego obserwowania.


Konrad Janczura, Przemytnicy, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2017.

czwartek, 7 września 2017

Bezsilność (T. Boučková, Rok koguta)

Teresa Boučková wkłada kij w mrowisko. Decyduje się na gest odważny, w swoim ekshibicjonizmie wzruszający i niezwykle bolesny – siebie oraz własną rodzinę czyni przedmiotem wiwisekcji. Jest do bólu szczera, gotowa, by mierzyć się z własnymi ograniczeniami, bezradna, choć jednocześnie świadoma, że znikąd nie otrzyma ratunku ani dobrej rady. „Rok koguta” to intrygujące połączenie wspomnień, dziennikowych zapisków, prozy biograficznej, eseju o sztuce i psychologicznej analizy. Powieść można by zakwalifikować jako utwór o koszmarze, który jest w stanie sobie samej zafundować rodzina. Takie stwierdzenie to jednak za mało, konieczne jest dopowiedzenie. Autorka to słynna opozycjonistka, córka dramaturga Pavla Kohouta. Mając problemy z zajściem w ciążę, kobieta postanawia razem z mężem zaadoptować dwóch romskich chłopców. Kiedy już dzieci są w ich domu, okazuje się, że na świat przychodzi również biologiczne dziecko małżeństwa. „Rok koguta” przywodzi na myśl rodzicielski dramat opisany w „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionela Shrivera. Autorka z jednej strony pamięta, jak trudno było chłopców nauczyć, że mogą być kochani i że powinni czuć się bezpiecznie, z drugiej jest coraz bardziej bezsilna, kiedy widzi, w jaki sposób się zachowują teraz, gdy dorośli. Znikają na całe noce, kradną, piją, eksperymentują z różnymi używkami. Dom zamienia się w twierdzę – wszystko, co może być podebrane i wyniesione z domu, jest zamykane pod kluczem. Próby nawiązania porozumienia okazują się nieudane. Bliskość zamienia się w obcość. Kiedy pisarka udziela wywiadu, w którym opowiada o swoich przeżyciach, wywołuje wielką dyskusję. Część ludzi ją rozumie, część oskarża o rasizm. Niezależnie jednak od tego, co mówią inni, małżeństwo w swoim cierpieniu pozostaje osamotnione. Jak kochać dziecko, które nie da się kochać? – to niewypowiedziane pytanie cały czas w tle powraca. Kryzys rodzinny zbiega się z kryzysem twórczym. Boučkova znakomicie pokazuje gradację doświadczanych dramatów i ich współistnienie. Jednocześnie stara się pozostać wierna temu, czego doświadcza. Nie ma więc tutaj miejsca na sentymentalne pocieszenie, jest natomiast coraz mocniej odczuwana pewność posiadania prawa do własnego szczęścia nawet wówczas, gdy dla innych będzie to tożsame z egoizmem. Bardzo dobre.


Teresa Boučková, Rok koguta, przeł. Olga Czernikow, Wyd. Afera, Wrocław 2017.

środa, 6 września 2017

Stronniczość (M. Rysa, Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe)

Z informacji umieszczonej na czwartej stronie okładki czytelnik dowie się, że będzie miał do czynienia ze „zbiorem zabawnych, choć często mrożących krew w żyłach, reportaży”. Zostaje tym samym wprowadzony w błąd. Kwestia poczucia humoru może być, oczywiście, względna, jednak w przypadku rozpoznań gatunkowych warto byłoby nie przesadzać. „Upiór w bloku” na pewno nie jest zbiorem reportaży. To raczej wybór krótkich impresji literackich na ten sam temat, scenek rodzajowych, minifelietonów bardziej. Autentyczność zrelacjonowanych sytuacji to jeszcze za mało, by mówić o reportażu. Marcie Rysie brakuje zresztą pomysłu na cały tom. Zorganizowanie opowieści wokół kolejnych odsłon mieszkań (nie) do wynajęcia to trochę za mało. W którymś momencie rodzi się znużenie, gdyż spis dziwnych sytuacji do niczego nie prowadzi. Autorka najwyraźniej uznała, że absurdalność doświadczeń związanych z szukaniem mieszkania wystarczy. Tak jednak nie jest. Nie bardzo wiadomo, czemu ów wspomniany spis ma służyć. Nie da się uznać go za rzecz opisującą obiektywnie rynek mieszkań, ponieważ Rysa poprzestaje na jednostronnym opisie świata. W rzeczywistości przez nią przedstawionej właściwie wszyscy, którzy oferują wynajem, są co najmniej dziwni i podejrzani, a znaczna część osób to patologia. Ludzie z ogłoszeń w opisie autorki to zwykle idioci lub prawie idioci, agenci również nie grzeszą inteligencją. Jedyną pozytywną postacią w tej opowieści jest Marta Rysa – bystra, spostrzegawcza, ostrożna, dowcipna. Dość kuriozalne to rozrysowanie ról. Zwłaszcza że taki sam tendencyjny tom można by bez problemu stworzyć, opisując sytuacje związane z zachowaniem tych, którzy mieszkania wynajęli. Autorka nie charakteryzuje więc wiarygodnie ani danej grupy społecznej, ani specyfiki rynku, ani tendencji obyczajowych. Poprzestaje na podzieleniu się historyjkami, które w większej dawce wydają się wtórne i mało interesujące.


Marta Rysa, Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

wtorek, 5 września 2017

Ważne decyzje (Irena: 1/3 Getto, scenariusz: J.-D. Morvan, S. Tréfouël, rysunek: D. Evrard, kolor: Walter)

Komiks poświęcony życiu i działalności Ireny Sendlerowej adresowany jest do młodszego odbiorcy, jednak uproszczeniem byłoby uznanie, iż dorosły nie znajdzie w tej opowieści nic dla siebie. Autorzy zainspirowani życiorysem kobiety, której udało się razem ze współpracownikami uratować z getta blisko dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, kładą nacisk nie na bohaterstwo, ale na zwyczajność. Pierwsza odsłona tego biograficznego komiksu zatytułowana zostaje „Getto”. Autorzy umiejętnie oddają grozę świata za murami. Przykładem mogą być obrazy brutalnej walki dzieci o pół kromki chleba zderzone z posiłkiem, który spożywa Irena razem ze swoją matką. Niezwykle sugestywnie zostaje rozrysowany przyjazd Ireny do getta, od którego rozpoczyna się cała opowieść. Kobieta w ramach prowadzonej działalności opiekuńczej ma prawo wjazdu za wzniesiony mur. Przywozi potrzebującym jedzenie, odzież i leki. Dzieci, które widzą Irenę, pozwalają sobie na marzenia, jednak zastawiony jedzeniem stół okazuje się marnej jakości zupą, piękne stroje pocerowanymi, znoszonymi ubraniami, a cudowne, oferujące ocalenie medykamenty specyfikami, które wielu ludzi nie są w stanie uratować. W getcie nie ma miejsca na beztroską radość. Rysownicy akcentują to za pomocą wszechobecnej szarości, zgniłej zieleni, czerni, kiedy akcja dzieje się za murami, ale i poprzez wyeksponowanie ostrych, wychudłych rysów tracących nadzieję Żydów. Z kolei świat, do którego wraca Irena, choć znaczony swastykami odmalowany jest w jasnych barwach. Ważną rolę w tej opowieści odgrywają zbliżenia – kiedy Sendlerowa wyciąga dłoń do umierającej Waszel, Żydówka ma rękę, która z racji swojej szczupłości wydaje się tak krucha, że zaraz się złamie; kiedy bohaterka przeżywa wątpliwości i ma złe sny, pojawia się symboliczny duch ojca, osoby, która zawsze dobro drugiego człowieka stawiała na pierwszym miejscu; kiedy strażnik sprawdzający przepustki prowokuje małego Nethanela, rzucając chleb za szlaban, w wygłodzonych i pełnych nadziei oczach chłopca widzimy śmierć, która go czeka. Pierwsza część tej zaplanowanej na trzy odsłony opowieści koncentruje się na przedstawieniu dramatycznego losu Żydów, rodzenia się planu ratowania dzieci, odmalowaniu wątpliwości i niepokojów, wreszcie podjęciu decyzji – kluczowej dla życia samej Ireny, ale i tych, którym daruje ona ocalenie. Powracającym motywem jest biały, sympatyczny piesek. Jednak i on zostaje uwikłany w sytuacje bez wyjścia – widzi głód, nie może pocieszyć swojego pana, jest świadkiem jego śmierci i udaje mu się opuścić getto. Kolor sierści czworonoga i jego zachowanie można potraktować jako symbol nadziei, może trochę naiwnej, ale koniecznej, aby wierzyć – już nie w coś konkretnego, lecz w cokolwiek.


Irena: 1/3 Getto, scenariusz: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël, rysunek: David Evrard, kolor: Walter, przeł. Małgorzata Fangrat, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 4 września 2017

Śledztwo z papugą na ramieniu (L. Swann, Pazur sprawiedliwości)

Powieść Swann to kryminał szczególnego rodzaju. Zabawny i dowcipny, choć utrzymany w konwencji dużo bardziej serio niż typowe komedie ze zbrodnią w tle. Konceptualny, bo oparty na rekonstruowaniu logiki myślenia. Niekonwencjonalny, bo główną rolę w śledztwie obok doktora Augustusa Huffa odgrywa papuga, inteligentna, rozmowna, umiejąca postawić na swoim. Akademicki, bo autorka portretuje Cambridge, reguły rządzące współegzystowaniem wykładowców i studentów, wreszcie namiętności wkradające się w relacje, które powinny być oparte na naukowej pasji. „Pazur sprawiedliwości” staje się przez to powieścią ciekawą, zapadającą w pamięć, zgrabnie odsłaniającą gatunkowe uwikłania i konwencje. Augustus postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo w sprawie morderstwa studenta. Co prawda pojawia się sugestia, że Elliot popełnił samobójstwo, jednak zbyt wiele drobnych elementów wskazuje na to, że koniec jego życia był dużo bardziej skomplikowany. Naukowcowi zaczyna towarzyszyć papuga. Należała wcześniej do zmarłego, jednak Augustus chętnie zostaje jej tymczasowym właścicielem. Swann niebanalnie pokazuje więź tworzącą się między człowiekiem a ptakiem. Pozwala na rodzenie się podejrzeń związanych z rolą odgrywaną przez papugę. W którymś momencie nie wiadomo, czy mamy do czynienia z przyjacielem, detektywem czy może z mordercą. Ważnym punktem odniesienia są dachy i sklepienia. To one interesowały Eliiota. Prowadząc śledztwo nie da się nie patrzeć w górę, nie da się też nie zmierzyć z podniebnymi, bardzo ryzykownymi spacerami. Przekroczyć siebie będzie więc musiał i morderca, i ten, kto go ściga.


Leonie Swann, Pazur sprawiedliwości, przeł. Agnieszka Walczy, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

niedziela, 3 września 2017

Przymierzanie się (Słownik polskich autorów literatury kryminalnej, red. E. Dąbrowska, H. Wojciechowska, I. Grin)

Wydanie „Słownika polskich autorów literatury kryminalnej” to rzecz dla środowiska i osób zajmujących się tym gatunkiem niewątpliwie potrzebna. Z oczywistego powodu: konieczne jest uporządkowanie tego, co w ostatnich latach zostało wydane, wskazanie trendów i dominujących tendencji, zaakcentowanie tego, co wyróżnia dane serie, a więc detektywów. Czy książka ta spełnia taką rolę? I tak, i nie, z naciskiem jednak na to drugie. Słownik można potraktować jako coś, co zbyt szybko zostało przerwane, jako przymierzanie się do większego projektu, wreszcie jako publikację pretekstową, bardziej podsycającą niedosyt, niż zaspokajającą apetyty. Redaktorzy słusznie akcentują dynamikę zjawiska, nie próbują tworzyć naukowych haseł, zaznaczają, że nie interesuje ich kryminał wykorzystywany jako kostium. Jednocześnie kładą nacisk na fakt, iż proponują czytelnikom dzieło autorskie oraz że zapraszają wielbicieli kryminału do dyskusji. Niestety, założenia zaprezentowane we wstępie nijak się mają do tego, co znajdziemy w hasłach. Nie ma tutaj nawet śladu autorskiego pomysłu, bowiem większość haseł polega na wymienieniu tytułów danego autora oraz jego upodobań. Takie wyliczenia nie za bardzo mają sens. Przydałoby się chociaż kilkuzdaniowe scharakteryzowanie tego, co jest – jak chcieliby Czubaj i Burszta – marką danego pisarza, a więc owego detektywa, który powoduje, że kolejne odsłony cyklu chcemy czytać. W leksykonie nie zostaje odnotowany kryminał Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, za to pojawia się „Magik” Magdaleny Parys, autorem kryminałów z całkiem pokaźną notką okazuje się Tomasz Piątek, odnotowany zostaje również Jacek Kuroń jako tylko hipotetyczny autor omawianego gatunku. Za dyskusyjną można również uznać obecność w słowniku Łukasza Orbitowskiego. Wybór powyższy naprawdę trudno uzasadnić i obronić. Momentami ma się wrażenie, że redaktorzy chcieli zbliżyć się trochę do konwencji, jaka pojawiła się w kultowym słowniku „Parnas bis” Pawła Dunina-Wąsowicza i Krzysztofa Vargi. Potwierdzają to pojawiające się co jakiś czas dowcipne dopowiedzenia (np. przy Marcie Guzowskiej czy Zygmuncie Miłoszewskim). Niektóre notki są niedokładne i omijają ważne informacje dotyczące autorów (np. hasło dotyczące Ireny Matuszkiewicz, w którym nie uwzględniono wszystkich tytułów kryminalnych i pominięto informację o pierwszych książkach autorki, które w kryminalno-komediowy sposób portretowały okres transformacji). Szkoda, że obok tytułów książek nie pojawiły się nazwy wydawnictw. Informacja ta „mówiłaby” dużo o środowisku i zainteresowaniu rynku wydawniczego. Ukazanie się „Słownika polskich autorów literatury kryminalnej” udowadnia, że taka publikacja jest potrzebna, choć na razie musimy na jej poprawioną wersję poczekać. Problem w tym, że czytelnikom przyda się zgromadzenie haseł, które będą czymś więcej niż powtórzeniem notek okładkowych lub internetowych. Niezbędna wydaje się krótka charakterystyka postaci, uprawianego gatunku, roli pełnionej w środowisku itp. Refleksje typowo biograficzne powinny więc być wzbogacone o namysł krytyczny oraz o zwrócenie uwagi na przemiany zachodzące w życiu literackim. Tego niestety w omawianej publikacji nie ma.


Słownik polskich autorów literatury kryminalnej, red. Ewa Dąbrowska, Hanna Wojciechowska, Irek Grin, Wyd. EMG, Kraków 2017. 

sobota, 2 września 2017

Tylko po co? (M. Gretkowska, Na linii świata)

Z przykrością przeczytałam najnowszą powieść Manueli Gretkowskiej. Nie tylko dlatego, że mamy w tym przypadku do czynienia z literaturą wyjątkowo słabą, kuriozalną wręcz pod każdym właściwie względem, ale i z tego powodu, że wcale nie cieszy mnie tak dramatyczny spadek pisarskiej formy autorki. Zawsze uważałam, że w jej twórczości jest coś świeżego, niebanalnego, poszukującego. Że tak bywa pokazała chociażby jakiś czas temu powieścią „Trans”, że nie zawsze tak jest udowadnia, niestety, w „Na linii świata”. Książka ta to zresztą ciekawy pretekst do zastanowienia się nad absurdalnością niektórych pomysłów wydawców i autorów. Znak reklamuje powieść zderzając ją m.in. z wizjami Houellebecqa. Każdy, kto przeczyta lub czytał którąkolwiek z książek Francuza, wielce się zdziwi tym porównaniem. Naprawdę nie wystarczy szkolnym, banalnym językiem opisać wirtualny seks i gotowość kradzieży pomysłów rodzących się w Dolinie Krzemowej, by mówić o diagnozie teraźniejszości lub przyszłości. Nie wystarczy też, że Gretkowska wymieni siebie obok Philipa K. Dicka, sugerując, że rzekomo jest to w Polsce pisarz znany tylko z filmów, a czyni tak w jednym z wywiadów. Fani literatury science-fiction poczuliby się zapewne urażeni, że posądza się ich o nieznajomość twórczości kultowego dla gatunku twórcy, no ale czego się nie robi dla promocji. „Na linii światła” to książka bez pomysłu, z wątłą fabułą i równie mizerną konstrukcją postaci, językowo słaba. Zdanie, które najlepiej utwór charakteryzuje to: powieść, którą zapomina się jeszcze w trakcie czytania, tak wielką jest pomyłką. Gretkowska ani nie umie skonstruować wiarygodnej, trzymającej w napięciu fabuły dotyczącej zagrożeń, które próbuje przedstawić, ani nie jest zabawna i prowokująca w opisach dotyczących erotycznych kontaktów przez Internet, ani też nie łączy intelektualnych rozważań z codziennością, co wcześniej, zwłaszcza w pierwszych książkach, tak dobrze jej wychodziło. Wiele do życzenia pozostawia też język. To poziom, tak trzeba to określić, mało zdolnego adepta sztuki pisarskiej, poziom zadziwiający, zważywszy na doświadczenie autorki. Są też w powieści momenty, tak to ujmijmy, urocze. No bo jak się nie uśmiechnąć czytając sformułowanie: „Jej wagina była korytarzem orgazmów” (s. 297) lub „Mężczyzna orał ją i oddawał ziemi” (s. 298).


Manuela Gretkowska, Na linii świata, Wyd. Znak, Kraków 2017.

piątek, 1 września 2017

Ludowość, eksperyment i obyczajowe tabu (K. Puzyńska, Czarne narcyzy)

Najnowsza powieść Katarzyny Puzyńskiej stanowi potwierdzenie faktu, iż na kolejne części przygód policjantów i mieszkańców Lipowa warto czekać. Autorka stawia na sprawdzone pomysły, nie znaczy to jednak, że jest wtórna w stosunku do wcześniejszych odsłon cyklu. Tym razem, co prawda, nagromadzenie różnych wątków jest trochę przesadne, jednak w finale pisarka wychodzi obronną ręką z tego stworzonego przez siebie poplątania. Co ważne i kluczowe dla kryminału, umie trzymać czytelnika w napięciu, zaskoczyć go i zaciekawić, a także świadomie sprowadzić go na manowce, jeśli chodzi o wskazanie tego, kto zabił. A trupów w „Czarnych narcyzach” będzie trochę. Choć każdy pozornie związany jest z inną sprawą, tak naprawdę śledztwa połączą się, a Puzyńska po raz kolejny pokaże, że przeszłość upomina się o swoje w teraźniejszości, ludzkie emocje bywają nieprzewidywalne, a szaleństwo często zbliża się do racjonalności. Daniel Podgórski pojawia się na początku książki jako człowiek przegrany – wyrzucony z policji, nierozstający się z butelką, niechętnie wspominany. Nie umieją o nim zapomnieć dwie kobiety. Emilia czuje, że poświęciła się dla Daniela i coraz trudniej jej odnaleźć się w związku z innym mężczyzną. Weronika próbuje byłemu policjantowi matkować. Oferuje mu pomoc przy sprzątaniu oraz wspiera go dobrym słowem. Wszyscy troje, ale i inni znani już dobrze z poprzednich części bohaterowie, zostaną zamieszani w wielowątkowe dochodzenie, w którym pojawi się i ludowa wiara w diabła, i chęć eksperymentowania ze zdolnościami paranormalnymi, i rodzinne konflikty, i obsesje, które nie znajdują ujścia, i miłosne związki, które nie powinny się wydarzyć, i skutki owych mezaliansów, czyli dzieci ze skomplikowanymi biografiami. Mocno zostanie wyeksponowany motyw szukania prawdy, mierzenia się z nią i godzenia się z jej konsekwencjami. Dla Podgórskiego śledztwo stanie się okazją do zrehabilitowania się oraz poczucia na nowo adrenaliny stanowiącej sens jego życia. Dla Emilii i Weroniki szukanie odpowiedzi na pytania zamieni się w próbę zdefiniowania własnych uczuć. Dla innych zamieszanych w sprawę osób będzie to z kolei możliwość otwarcia się na sekrety, funkcjonujące tuż obok, lecz sprytnie ukrywane od lat.


Katarzyna Puzyńska, Czarne narcyzy, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kreacja i mistyfikacja (S. Hustvedt, Świat w płomieniach)

Powieść Siri Hustvedt to nie tylko arcyciekawa historia artystki, która decyduje się na wieloletni eksperyment społeczny, kulturowy i (auto)biograficzny, ale również dzieło wyróżniające się pod względem formalnym. Główną bohaterką książki jest Harriet Burden. Artystka ma świadomość pozorów, na których ufundowana jest przestrzeń publiczna. Widzi, w jaki sposób traktowane są osiągnięcia kobiet i jak, dla przeciwwagi, przyjmowane są propozycje artystyczne mężczyzn. Obserwuje, odnotowuje, obmyśla plan. Prowadzi tak naprawdę kilka różnych wersji własnego życia. Jest artystką, która wycofała się z aktywnej działalności twórczej na rzecz współkreowania środowiska. Jest osobą, która podobno przeżyła kryzys po śmierci męża, tak więc podejrzenie szaleństwa w pewnym sensie ją unieważnia. Jest wizjonerką i eksperymentatorką. Trzech mężczyzn, zgodnie z umową z Burden, wystawia jej dzieła jako własne. Odnoszą sukces. Harriet wie doskonale, że gdyby projekty upubliczniła pod własnym nazwiskiem, zostałyby zignorowane. Kobieta stwarza więc nie tylko artystów, którzy docelowo mają być jej kolejnymi alter ego. Wymyśla również osobę, która ma ujawnić jej eksperyment i pokazać światu socjologiczny kontekst recepcji dzieł sztuki. Problem pojawia się wtedy, gdy jeden z wynajętych mężczyzn odmawia ujawnienia prawdy. Kwestie autorstwa, talentu i możliwości dodatkowo się komplikują. Powieść składa się z fragmentów dzienników Burden, wypowiedzi jej córki, bliskich, wywiadów dotyczących artystki. Poszczególne części, także te pisane ręką Harriet, utrzymane są w różnym stylu. Odtwarzają fragmentaryczność istnienia bohaterki, ale i koncepcyjność jej postrzegania świata – także tego w wymiarze prywatnym. „Świat w płomieniach” można również postrzegać jako opowieść o kryzysie tworzenia, o umieraniu – tym dosłownym i symbolicznym, o kradzieży tożsamości i jej sekretnym pożyczaniu, o niezrozumieniu przez otoczenie i niechęci do rozumienia otoczenia. Bardzo dobre.

Siri Hustvedt, Świat w płomieniach, przeł. Jerzy Kozłowski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 30 sierpnia 2017

Ojciec i syn (O. Pamuk, Rudowłosa)

Pamuk proponuje powieść w starym stylu, która jednak okazuje się uniwersalna i tak naprawdę nowoczesna. Problem relacji między ojcem a synem, wątek uwiedzenia i zafascynowania kobietą, a także symboliczny i dosłowny motyw ojcobójstwa to tematy, które w różnych konfiguracjach powracają, pozornie tylko wydają się literacko wyeksploatowane, wszystko bowiem zależy od talentu autora. W tym wypadku Pamuk nie zawodzi czytelnika. Opowiedziana przez niego historia ma przypowieściowy charakter. Jest w niej coś z tragedii i ze starych legend, w których mroczne dziedzictwo losu zawsze jest nieuchronne. Pisarz nawiązuje zresztą do dwóch ważnych świadectw – z jednej strony jest to historia syna, który nieświadomie zabija własnego ojca, a następnie poślubia matkę (grecki mit o Edypie), z drugiej zapis losów ojca, który morduje swojego syna (perski mit o Rostamie i Sohrabie). Nie chodzi tutaj o odwrócenie scenariusza wydarzeń, raczej o zasygnalizowanie, że zbrodnia tego typu w każdej konfiguracji jest czymś szczególnym i przełamującym kulturowe tabu. Cem jest nastolatkiem, kiedy z jego życia znika ojciec. Ponieważ w domu mnożą się problemy finansowe, chłopak postanawia rozpocząć pracę jako pomocnik studniarza. Szukanie miejsca, w którym będzie woda, okazuje się bardzo ciekawą metaforą. Z jednej strony wiąże się z życiem, z drugiej ze śmiercią, bo wejście w głąb studni bywa ryzykowne. Cem nawiązuje bliską relację z mistrzem. Nie tylko razem pracują, ale chłopak zaczyna go traktować jak ojca. Duży wysiłek fizyczny, konieczność skupienia się, upał to wszystko jest dla bohatera czymś nowym. Jako syn aptekarza nie musiał wcześniej martwić się o pieniądze. Praca ma więc w tym wypadku inicjacyjny wymiar. Ale nie tylko ona. Cem doświadczy również kilku innych rzeczy po raz pierwszy. Do tych najważniejszych doświadczeń należeć będą seks, zbrodnia i koszmar pamiętania. Pamuk interesująco i niebanalnie rozgrywa dobrze znane, archetypiczne, motywy. Dość powiedzieć, że w którymś momencie życie odtwarza mit, a mit zamienia się w echo tego, co wydarzyło się w rzeczywistości.


Orhan Pamuk, Rudowłosa, przeł. Piotr Kawulok, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

Przyzwyczajanie się do śmierci (W. Gogola, Po trochu)

Debiutancka powieść Weroniki Gogoli choć skoncentrowana jest na śmierci, stanowi jednocześnie pochwałę życia. Autorka nie tylko dokumentuje świat, który powoli staje się przeszłością. Jest również rejestratorką historii o charakterze jednostkowym, dając wyraźny sygnał, że rzeczywistość okrajana jest po kawałku z życia wtedy, gdy ktoś będący jej częścią umiera. Motywy przemijania, odchodzenia, godzenia się z końcem, przyzwyczajania się do symbiozy tego, co potwierdza trwanie, i tego, co zapowiada odejście, ale i portretowanie środowiska wiejskiego, wpisują się w tendencję widoczną w utworach innych młodych autorów. Mam tu na myśli i „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, do których debiut Gogoli bywa porównywany, i „Miedzę” oraz „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego, i „Dygot” Jakuba Małeckiego. Dziewczynka, która jest główną bohaterką książki, żyje w czasie teraźniejszym. To wszystko, czego doświadcza, nie zostaje wpisane w tryb myślenia o przeszłości i przyszłości. Jeśli więc umierają kolejno miejsce (pali się giees), zwierzę (za mocno przytulony kotek), człowiek (chora na raka piersi matka przyjaciółki czy kolega ze szkoły), to nie staną się pretekstem do zastanawiania się nad przemijaniem. Śmierć po prostu przychodzi, czasami generuje wspomnienia, bywa, że rodzi refleksję o pamiętaniu, jednak nawet wtedy jej zwyczajność jest na pierwszym miejscu. Dopiero kiedy umiera ojciec, a informacja ta przychodzi z dawnego świata, koniec zyskuje inne znaczenie. Staje się przypieczętowaniem rozstania z miejscem, uświadomieniem sobie własnego dorastania oraz odkryciem, że zapachy, obrazy i dźwięki mogą przywoływać to, co minione. Dorosłość oznacza więc większą świadomość. Jej konsekwencją jest inne postrzeganie śmierci, ale i – co warte odnotowania – pełniejsze, być może, odczuwanie życia.

Weronika Gogola, Po trochu, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Codzienność (K.O. Knausgård, Lato)

Kolejna odsłona serii, której części tytułowane są nazwami pór roku, jest podobna do poprzednich, ale i inna. Autor tradycyjnie pozostaje uważnym obserwatorem codzienności oraz osobą dokumentującą własne ojcostwo. Nie rezygnuje ze szczerości, dzieląc się refleksjami, które sam uznaje za niezręczne, nazbyt bezpośrednie, przesadnie może ekshibicjonistyczne. Jednocześnie to właśnie gotowość zapisywania tego, co odbiega od wizerunku, który posiada pisarz w przestrzeni publicznej, jest zapewne jedną z ciekawszych odsłon owego eksperymentu na samym sobie. Niezależnie bowiem od tego, czy Knausgård pisze wspomnianą serię z porami roku w tytułach, czy „Moją walkę”, zawsze siebie czyni głównym i najważniejszym bohaterem. To, co błyskotliwe, oryginalne, szczególne sąsiaduje więc często z obserwacjami nieco naiwnymi lub oczywistymi. Autor nie ukrywa, że właśnie taki zamysł towarzyszy jego literackiemu projektowi – pokazać siebie w możliwie dokładny sposób, jako kogoś, kto jest w relacjach, ale i funkcjonuje w samotności, a także jako osoby, która znaczną część życia spędza w tym, co można określić zwyczajnością. W „Lecie” licznym krótkim impresjom o rzeczach, pokarmach, zwierzętach i roślinach (np. o kasztanowcu i brzozie, o soli czy śliwkach, o rowerze i mikserach, o psach, kotach i komarach) towarzyszą różnego rodzaju scenki rodzinne, związane z zachowaniem i reakcjami dzieci. Gdzieś w tle obecna jest jednak refleksja innego rodzaju, a mianowicie poczucie schyłkowości, nieuchronności przemijania, niemożności cofnięcia czasu. Codzienność zostaje zatem skojarzona z koniecznością pamiętania i dostrzegania wagi momentu oraz chwili.

Karl Ove Knausgård, Lato, przeł. Milena Skoczko, obrazy: Anselm Kiefer, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Pamiętanie śmierci (G. Faye, Tęsknota)

Proza dojrzała, bardzo przemyślna, mocna w swojej wymowie i uniwersalna mimo zakorzenienia w konkretnym czasie i miejscu – w ten sposób można krótko scharakteryzować powieść Faye’a. Autor, podobnie jak bohater jego książki, jest synem Rwandyjki i Francuza, który dzieciństwo spędził w Burundi, a kiedy doszło do ludobójstwa w Rwandzie przeniósł się do Francji. Autobiograficzny charakter utworu z pewnością zasługuje na odnotowanie, jednak dużo bardziej istotne jest zmierzenie się z ostatecznością wpisaną w zło, które jeden człowiek przygotowuje drugiemu człowiekowi. Faye proponuje czytelnikowi nietypową powieść inicjacyjną. Granica, którą jego bohater, Gabriel, przekracza wiąże się właśnie ze świadomością okrucieństwa i brutalności. Wiedza o tym, co wróg może uczynić swojej ofierze, jak łatwo podzielić ludzi na swoich i obcych, a także jak pochłaniające i zaraźliwe bywa zło, staje się tożsama z wejściem w dorosłość i utratą niewinności. Faye doskonale wychwytuje momenty, które zbliżają do katastrofy. Są więc tutaj rozpoznawalne z innych tekstów symbole, jak na przykład nawoływanie w radiu do eliminacji karaluchów, konieczność określenia własnej przynależności do Hutu lub Tutsi, opuszczone domy pełne trupów właścicieli, ulice, na których leżą zwłoki, pałętające się bezdomne psy, muzyka poważna puszczana w radiu w chwili kryzysu. Natkniemy się jednak i na obrazy typowe dla tej właśnie historii – dzieci, które spędzają całe dnie na materacach, ukrywając się przed zagrożeniem, matka, która zobaczywszy coś, czego nikt nie powinien oglądać, poddaje się szaleństwu, wreszcie chłopcy, którzy zaczynają się fascynować wszechobecną bezkarnością i dają sobie prawo do decydowania o czyimś życiu i śmierci. Ważnym motywem w powieści Faye’a są książki. To one przynoszą chwilowe ocalenie, pozwalają odciąć się od tego, co niewyobrażalne, a jednak bardzo realne. Są też tym, co powoduje powrót bohatera po latach i zmierzenie się z traumą przeszłości. Pozycja obowiązkowa.


Gaël Faye, Tęsknota, przeł. Katarzyna Marczewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

sobota, 26 sierpnia 2017

Bez szans na przyszłość (T. Clavin, B. Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów)

Książka ta tylko pozornie jest biografią indiańskiego wodza Czerwonej Chmury. Tak naprawdę bowiem mamy do czynienia z literaturą wojenną najwyższej próby. Cała opowieść koncentruje się na walkach między rdzennymi mieszkańcami ziem a wojskami Stanów Zjednoczonych. Pokazana zostaje nie tylko różnica w postrzeganiu bitwy, traktowaniu wroga, myśleniu o koncepcji podjętych działań, ale również podobieństwa, jeśli chodzi o okrucieństwo i okazywaną sobie wzajemnie pogardę. Biali zdają się początkowo sądzić, że nie będą mieli większego problemu z pokonaniem przeciwnika. Z kolei czerwonoskórzy długo nie uświadamiają sobie powagi sytuacji i chętnie dają się omamiać świecidełkami i alkoholem. Clavin oraz Drury pokazują zatem zderzenie dwóch koncepcji myślenia o świecie, dwóch wizji społeczeństwa i dwóch modeli toczenia walki. Naturalistyczne opisy tego, w jaki sposób Indianie tradycyjnie traktowali ciała wrogów, przedstawione zostają bez emocjonalności, za to z wyraźnym poczuciem konieczności wspomnienia o brutalności, cechującej tak naprawdę obie strony. Autorzy przytaczają bowiem również bestialskie tortury będące dziełem białych. O ile jednak te pierwsze uznawano za typowe dla Indian, o tyle drugie piętnowano jako przejaw barbarzyństwa i coś, co zdarzyć się mogło tylko w wyjątkowej sytuacji. Fakt ten stanowi niezbity dowód kolonialnej wyższości oraz traktowania przeciwnika jako przedstawiciela społeczności stojącej w hierarchii niżej. Odtworzenie biografii Czerwonej Chmury staje się okazją do pokazania nowego typu myślenia o konieczności zjednoczenia się przeciwko wspólnemu wrogowi, realizowaniu w bitwie wcześniej zaplanowanej strategii i postawieniu na podporządkowanie walki, obowiązującym jej uczestników, regułom. Historia indiańskiego wodza, ostatecznie dożywającego starości i mieszkającego w rezerwacie, to uchwycenie atmosfery czasów, w których toczyła się walka dwóch sił – jedna, reprezentowana przez czerwonoskórych, nie miała już szansy na przetrwanie, druga, emanująca ze strony białych, spodziewała się triumfu, nawet jeśli zdarzały jej się klęski, upadki i porażki. Życiorys Czerwonej Chmury to także przykład ocalenia pamięci i oddania głosu osobie, która była głównym uczestnikiem wydarzeń. Istnieje bowiem autobiografia wodza, którą spisano w sposób zapośredniczony, dzięki gotowości słuchania, chęci opowiadania i świadomości wagi obu tych czynności.


Tom Clavin, Bob Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów, przeł. Adam Czech, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 25 sierpnia 2017

Nowe problemy, stare wartości (K. Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie)

„Moraliści” Katarzyny Tubylewicz to ciekawe połączenie reportażu, wywiadu, artykułu prasowego i refleksji własnych. Ten niejednolity formalnie zbiór stanowi próbę pokazania nieoczywistego obrazu Szwecji. Autorka nie jest, oczywiście, pierwszą, która usiłuje się zmierzyć z tym, co współcześnie zmusza opisywany przez nią kraj do znalezienia sposobu rozwiązania nowych problemów oraz przewartościowania niektórych, wcześniej dobrze się sprawdzających, zasad. Kwestie te poruszane są chociażby w reportażach tych dziennikarzy, o których Tubylewicz również pisze, a mianowicie Elisabeth Åsbrink, Åsne Seierstad czy Macieja Zaremby Bielawskiego. Czytelnicy tzw. skandynawskich kryminałów pewnie też potwierdzą, że również w literaturze popularnej problemy te są przywoływane. Na plan pierwszy w wielogłosowej opowieści Tubylewicz wysuwa się kwestia imigrantów oraz zagrożeń wynikających z terroryzmu. Autorka pokazuje problem w sposób wielowymiarowy – rozmawia z policjantem, który przyjechał do Szwecji z Afganistanu, z kierowniczką ośrodka dla uchodźców, z kobietą, która wie, jak straszne są skutki kulturowego łączenia honoru z religią, i walczy z przenoszeniem nieakceptowanych zwyczajów do nowych miejsc zamieszkania. Wyeksponowane zostają także inne ważne społecznie zagadnienia. Tubylewicz jest zainteresowana prawami kobiet (także jeśli chodzi o docenienie twórczości pisarek przez różnego rodzaju gremia przyznające nagrody), solidarnością i różnorodnością (pojawia się wątek praw gejów). Warto zwrócić uwagę na to, iż rozmowa o tym, co dotyczy obecności w przestrzeni publicznej różnego rodzaju grup, zyskuje zwykle nie tylko wymiar polityczny, ale i kulturowy. Pozostając wierną przekonaniu wyrażonemu w książce napisanej razem z Agatą Diduszko-Zyglewską „Szwecja czyta. Polska czyta”, że to właśnie literatura w dużej mierze kształtuje naszą mentalność i przekonania, także w „Moralistach” autorka udowadnia, że ważne są wzorce przekazywane przez kulturę. Na uwagę zasługuje puenta. Tubylewicz pozwala sobie na rodzaj wyznania wiary w Szwecję, akcentując fakt, iż opanowanie kryzysu odbędzie się nie tylko za sprawą działań rodowitych mieszkańców kraju, ale i imigrantów, współodpowiedzialnych za miejsce, które uznali za swoje.


Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pycha władzy (J. Cabré, Agonia dźwięków)

Choć akcja powieści katalońskiego pisarza rozgrywa się w środowisku zakonnym, to jednak zbiorowość funkcjonującą w odizolowaniu można w tym wypadku potraktować jako metaforę relacji opartych na hierarchiczności, unieważnianiu większości i wywyższaniu nielicznych, wreszcie niedyskutowalności prawd i obowiązujących regulaminów. Autor proponuje czytelnikowi przejmującą opowieść o łamaniu ducha, zniewoleniu i źle pojmowanej pobożności oraz wierności ideałom. Nierówna próba sił, jaka ma miejsce w zakonnych murach, opiera się na przekonaniu, że każdy przejaw niezależności trzeba eliminować, zmuszając niepokorną osobę do umartwienia i uznania własnej nicości. Brat Junoy ze swoim zamiłowaniem do muzyki, z satysfakcją odczuwaną z piękna i z przekonaniem, że właśnie w takiej radości życia ma miejsce chwalenie Boga, nie pasuje ani do zakonników, ani do zakonnic, do których udaje się jako spowiednik. Przeniesienie bohatera jest tak naprawdę karą i skazaniem go na więzienie. Zakon, w którym ma przebywać, stanowi siedzibę mniszek klauzurowych. To właśnie cisza, milczenie oraz umartwienie ducha i ciała są tym, co kobiety definiuje. Portretując życie zakonnic, Cabré stawia pytanie o granice cierpienia, zmuszając jednocześnie czytelnika do zastanowienia się nad ograniczeniami fundowanymi w ramach uzyskania większej bliskości z Bogiem. Matka przełożona jest w tej historii nie tylko wcieleniem zła, bezmyślności i okrucieństwa, okazuje się również postacią tragiczną. Dla tej ostatniej kwestii ważne okazuje się zakończenie. Nie ma w nim nic optymistycznego, bo wina pozostaje ciągle powodem do dumy dla tej, która powinna sprawę przemyśleć. Cabré ostrzega zatem przed pychą, udowadniając, że władza zwykle trzyma się daleko od przebaczenia, zadośćuczynienia i zrozumienia.


Jaume Cabré, Agonia dźwięków, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017. 

środa, 23 sierpnia 2017

Przypomnienie (C. Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza)

Lektura zbioru reportaży Cezarego Łazarewicza okazuje się ciekawym doświadczeniem. Nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z dobrymi tekstami, ale przede wszystkim z tego powodu, że zderzamy się z obrazem świata dzisiaj już nieistniejącego i należącego do nie tak odległej, ale jednak, przeszłości. Teksty zamieszczone w książce są portretem rzeczywistości okresu transformacji. Można je czytać równolegle z takimi zbiorami jak na przykład „Serce narodu koło przystanku” Włodzimierza Nowaka, „Powiatowa rewolucja moralna” Pawła Smoleńskiego czy „Niedziela, która zdarzyła się w środę” Mariusza Szczygła. Łazarewicz przypomina zachowania, problemy, praktyki typowe dla czasów, w których wolność wydawała się czymś nie do końca zrozumiałym, ale wykorzystywanym z zapałem, związanym z doświadczaniem tego, co nowe, wyczekane i nie do końca znane. Interesują go zmiany na prowincji. Reporter koncentruje się na jednym regionie. Zostaje to zaakcentowane w podtytule. Jeden z reportaży, poświęcony rolniczym protestom w Bartoszycach i zatytułowany „Chamburk był z nami”, znalazł się jednak w książce pomyłkowo. Bartoszyce nie są miastem znajdującym się na Pomorzu. Reportaże umieszczone w tomie w większości przypadków miały swoje prasowe pierwodruki pod koniec lat 90. XX wieku. Przypomniane po kilkunastu latach są dowodem uchwycenia dynamiki przemian, specyfiki ówczesnych doświadczeń i reguł, które definiują okres przejściowy między komunizmem a demokracją. Choć scenografia opisywanych wydarzeń ma w sobie coś z siermiężności tamtych czasów, to jednak emocje, potrzeby i rozczarowania ludzi pozostają podobne. Gdyby więc zmienić tło, okazałoby się, że odegrane wówczas role w nieco zmienionej formie być może miałyby rację bytu i współcześnie. Czytać więc „Tu mówi Polska” trzeba jako przywołanie przeszłości, ale i ostrzeżenie przed zapomnieniem.


Cezary Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Tego świata już nie ma (K. Kołczewska, Odzyskać utracone)

Katarzyna Kołczewska jest jedną z najciekawszych autorek tzw. literatury kobiecej. W swojej twórczości zbliża się do prozy środka, chętnie podejmuje tematy nieoczywiste, nie próbuje na siłę dążyć do happy endu. Czytelnika zmylić mogą okładki jej książek, kojarzące się raczej z literaturą popularną, warto jednak w tym wypadku nie tracić czujności. „Odzyskać utracone” to zasługująca na uwagę powieść środka inspirowana historią rodziny autorki. Mamy tutaj do czynienia z intrygującym utworem o przeszłości, która nie godzi się na kształt teraźniejszości; o matce, która musi odwrócić się od pamięci, aby przetrwać; o córce, która nie godzi się na zapomnienie, bo właśnie z tego, co minęło, czerpie siłę, fałszywą, co prawda, ale jednak siłę. Powieść Kołczewskiej jest także bardzo ciekawą książką o mieście. Białystok zostaje sportretowany jako organizm, który żyje, któremu zadano gwałt, i który otwierając się na przyszłość, wypiera się części swojej historii. Autorka zderza bezpieczeństwo czasu przedwojennego z koszmarem i nieprzewidywalnością wojny oraz siermiężnością i koniecznością radzenia sobie na różne sposoby po wojnie. To kobiety są w tej historii najważniejsze. One podejmują walkę, one próbują kształtować świat wokół siebie, one wreszcie nie rezygnują, dopóki toczenie bojów ma jakikolwiek sens. Jednocześnie to właśnie bohaterki doświadczają największej samotności – kiedy dają z siebie wszystko, a ich ofiara zostaje zlekceważona, kiedy muszą pogodzić się z obcością mężczyzn, tych najbliższych, kiedy zostają odizolowane od rodziny i otrzymują brutalny w swojej wymowie przekaz, że na uwolnienie nie mają co liczyć. Autorka prowadzi swoją opowieść dwutorowo. Poznajemy losy matki, Marii, oraz córki, Mirusi, która jako dziewczynka została zabrana do łagru i jako kobieta wraca po latach. Kołczewska rekonstruuje nie tylko trudną drogę dochodzenia do prawdy, akceptacji, zrozumienia, ale i pokazuje, jak niełatwe jest odnalezienie się w światach, które kompletnie do siebie nie przystają. Tak naprawdę obie kobiety doświadczyły traumy i cierpienia, obie też muszą się odnaleźć w rzeczywistości, której wcale nie chciały, choć muszą uczynić ją częścią własnego życia. Autorka pokazuje bowiem, że nie ma innego wyjścia – tylko wiara w sens przyszłości może ocalić, zapatrzenie się w przeszłość to śmierć.


Katarzyna Kołczewska, Odzyskać utracone, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pamięć różnorodności (L. Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza)

Reportaż Ludwiki Włodek to ciekawy przykład połączenia przeszłości z teraźniejszością. Określenie znajdujące się w podtytule, owe historie ze Spisza, nie tylko ukierunkowuje na miejsce, ale przede wszystkim sugeruje istnienie fascynującego mitu założycielskiego, kładzie nacisk na pamiętanie wielości oraz sygnalizuje symboliczność jednostkowych biografii, w których opisane losy zwykle mają charakter uniwersalny. Widać to doskonale w kolejnych rozdziałach składających się na książkę. Autorka w powieściowy, gawędziarski sposób, wprowadza opisowymi tytułami do życiorysów, które przedstawia. Dominuje tu reportaż historyczny, stopniowo jednak – im bliżej końca publikacji – pojawia się coraz więcej akcentów współczesnych. Ważnym punktem odniesienia staje się deklarowana bliskość w stosunku do opisywanych terenów ze strony reporterki. Będąc częściowo stamtąd, znając Spisz, autorka nie przybywa całkowicie z zewnątrz. Jest w stanie pewne rzeczy sobie przypomnieć, odtworzyć z przeszłości, dostrzec na przykładzie własnego doświadczenia. Autobiograficzne fragmenty stanowią zatem klamrę, dzięki której to, co małe, bywa wielkie, to, co zapomniane, zostaje przypomniane, a to, co należy do przeszłości, okazuje się żywe i rozwojowe. Autorka rezygnuje z łatwego portretowania pogranicza. Ci wszyscy, którzy zamieszkiwali opisywane tereny, są częścią tej samej społeczności i tej samej historii. Nawet więc, jeśli reporterka koncentruje się na problemach Polaków, Słowaków, Niemców, Węgrów, Żydów czy Cyganów, nie traci z oczu owej całości i ciągłości, pamięta o tożsamościowym skomplikowaniu. Fakt ten wydaje się bardzo ważny. Dzięki takiej przyjętej perspektywie Włodek nie eksponuje fragmentaryczności opowieści, lecz zaznacza jej spójność widoczną zarówno w portretowaniu zgody, porozumienia, jak i niechęci czy nienawiści. Warte uwagi.

Ludwika Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza, fotografie: Marzena Hmielewicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Przyjaciel czy morderca – kto jest bliżej? (K. Kwiatkowska, Zgubna trucizna)

Najnowszy kryminał Katarzyny Kwiatkowskiej stanowi kolejne potwierdzenie talentu autorki. Początek XX wieku i, wszystko na to wskazuje, tajemnicze oraz mistrzowskie fałszowanie banknotów. Znany z poprzednich części Jan Morawski (wraz z pomocnikiem Mateuszem) nie spocznie, dopóki nie rozwikła tajemnicy. Ta zaś będzie się przed nim odsłaniała niespiesznie, z kilkoma intrygującymi zwrotami akcji, z całkiem pokaźnym skomplikowaniem emocjonalnym i z rozczarowaniem, które mimo rozwiązania sprawy i tak nadejdzie. Kwiatkowska nie stara się uwodzić czytelnika sensacyjnością fabuły, interesuje ją raczej oddanie klimatu miejsca i czasów. Pokazała już zresztą we wcześniejszych powieściach, że umie łączyć zagadkę kryminalną z dbałością o historyczne szczegóły. Tym razem na plan pierwszy wysunie się klimat Poznania, proces germanizacji oraz zwyczaje panujące w hotelach i na balach. Na tych ostatnich zwłaszcza króluje kupczenie posagami i niemalże otwarte i bezpruderyjne oferowanie kobiet po korzystnych cenach tym, którzy są materialnie dobrze sytuowani. Autorka umieści swojego bohatera w centrum wydarzeń – będzie więc blisko owych miłosnych transakcji, ale i blisko wybuchu bombowego, do którego dojdzie w hotelu. Interesujące.

Katarzyna Kwiatkowska, Zgubna trucizna, Wyd. Znak, Kraków 2017.

sobota, 19 sierpnia 2017

Nie tylko literatura dla dzieci i młodzieży (M. Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce)

Biografia Kornela Makuszyńskiego to niewątpliwie doskonały materiał na książkę. Mariusz Urbanek jest tego świadomy, wykorzystuje więc życiorys swojego bohatera nie tylko do przypomnienia jego kariery zawodowej, ale i do sportretowania czasów, w których pisarz funkcjonował. Na plan pierwszy wysuwają się właściwie trzy kwestie. Pierwsza dotyczy osobowości Makuszyńskiego i jego talentu. Zaszufladkowany jako autor literatury dla dzieci i młodzieży był nie tylko znakomitym, cenionym w środowisku krytykiem, ale i duszą towarzystwa. Odtworzenie błyskawicznej kariery Makuszyńskiego odbywa się poprzez pokazanie jego wczesnego debiutu (w wieku nastoletnim), pracowitości (regułą było przygotowywanie recenzji do druku na następny dzień po premierze spektaklu), lekkości pióra (jego teksty krytyczne miały charakter felietonowy), opiniotwórczości (ze zdaniem pisarza liczyli się ówcześni najwięksi). Druga kwestia dotyczy pamięci i zapomnienia, intensywnego istnienia i wymazywania z przestrzeni publicznej, niekwestionowanego sukcesu i przemilczenia. Urbanek sugestywnie zderza ze sobą czas przedwojenny z okresem po zakończeniu II wojny światowej, kiedy entuzjazm Makuszyńskiego dla świata i człowieka jako takiego traktowany jest jako sanacyjny, a więc źle widziany. Przyzwyczajony do publikowania, dużych nakładów, wyrazów sympatii i podziwu ze strony czytelników oraz redaktorów pisarz zostaje brutalnie unieważniony przez komunistyczną rzeczywistość. Symboliczne staje się dokwaterowanie pewnego urzędnika do zakopiańskiego mieszkania Makuszyńskich. Ta bezduszna decyzja wypada dużo dramatyczniej od innego trudnego doświadczenia, a mianowicie utraty księgozbioru w czasie wojny. Trzecia kwestia, którą należy uznać za dominującą, to próba zrekonstruowania poglądów Makuszyńskiego przy jednoczesnym akcentowaniu specyfiki tamtych czasów i braku ciężaru wiedzy o Holocauście. Chodzi zwłaszcza o antysemityzm i mizoginizm pisarza, który – jak sugeruje Urbanek – w kontekście epoki jest narracją często akceptowaną społecznie i uznawaną za atrakcyjną. Fragmenty wypowiedzi Makuszyńskiego porażają, jednak biograf równoważy je nie tylko wspomnianym powyżej uzasadnieniem, ale i czynami, znacznie odbiegającymi od owych pojawiających się w druku uprzedzeń. Biografia Makuszyńskiego okazuje się z jednej strony intrygującą opowieścią o człowieku swojej epoki lub – tak chyba lepiej to zabrzmi – swoich epok, ale i zapisem oddającym cechy charakterystyczne ówczesnego środowiska literackiego. W obu przypadkach lektura jest arcyciekawa.


Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce, Wołowiec: Czarne 2017.