czwartek, 31 grudnia 2015

Lektury obowiązkowe 2015

Tak, jak w poprzednich latach, proponuję Państwu podsumowanie książkowe mijającego roku. Nie ukrywam, że wybór nie był łatwy. Mam jednak nadzieję, że okaże się interesujący i inspirujący – po te tytuły zdecydowanie warto sięgnąć. To mądre, ciekawe, dobrze napisane i pozostające w pamięci książki. Moja lista lektur obowiązkowych 2015 roku składa się z czterech części – polecam Państwu reportaże i powieści, polskie i zagraniczne. Tytuły wymieniam w kolejności alfabetycznej według nazwisk autorów, podaję nazwisko tłumacza i wydawnictwo. W Nowym Roku życzę Państwu wielu literackich odkryć, wielu spełnionych książkowych oczekiwań i wiele dyskusji, których pretekstem będzie literatura. Oto lektury obowiązkowe 2015 roku:




Reportaż polski:
1. Justyna Kopińska, Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? (Świat Książki)
2. Aleksandra Łojek, Belfast. 99 ścian pokoju (Czarne)
3. Jarosław Mikołajewski, Wielki przypływ (Dowody na Istnienie)
4. Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (Czarne)
5. Małgorzata Szejnert, Usypać góry. Historie z Polesia (Znak)
Reportaż zagraniczny:
1. Swietłana Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy, przeł. Jerzy Czech (Czarne);
2. Carl Hoffman, Tajemnica zaginięcia Rockefellera, przeł. Anna Maziarska (Świat Książki)
3. Liao Yiwu, Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen, przeł. Anna Włodarczyk (Czarne)
4. Charlie Leduff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, przeł. Iga Noszczyk (Czarne) 
5. V.S. Naipul, Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności, przeł. Agnieszka Nowakowska (Czarne)

Proza polska:
1. Sylwia Chutnik, Jolanta (Znak)
2. Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina (Czarne)
3. Andrzej Muszyński, Podkrzywdzie (Wydawnictwo Literackie)
4. Łukasz Orbitowski, Inna dusza (Od deski do deski)
5. Maciej Płaza, Skoruń (W.A.B.) 


Proza zagraniczna:
1. Richard Flanagan, Ścieżki Północy, przeł. Maciej Świerkocki (Wydawnictwo Literackie)
2. Peter Rankov, Matki, przeł. Tomasz Grabiński (Książkowe Klimaty)
3. Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie, przeł. Sebastian Musielak (Czarne)
4. Glendon Swarthout, Eskorta, przeł. Stanisław Tekieli (Czarne)
5. Amir Tadż As-Sirr, Łowca larw, przeł. Agnieszka Piotrowska (Claroscuro).



poniedziałek, 28 grudnia 2015

Linia (R. Flanagan, Ścieżki Północy)

Znakomita powieść! O ludziach, którzy trwając w zwyczajności, zostają wrzuceni w nadzwyczajność. O przeciętnych emocjach, które niespodziewanie zamieniają się w uniesienia nie do powtórzenia i nie do zapomnienia. O bohaterstwie, które rodzi się nie z niesamowitych czynów, ale z przekonania, że zawsze należy być przyzwoitym. O bezradności, która ogarnia zewsząd i niszczy od środka, kiedy nie można pomóc temu, kto jest katowany na śmierć. O wspomnieniach, które zabijają, choć jednocześnie pomagają żyć – mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Flanagan proponuje czytelnikom nie tylko wielką powieść, co sugerują wyjątkowo trafne opinie zamieszczone na okładkach książki, ale też, a może przede wszystkim, wielki traktat o człowieczeństwie. Humanistyczny wymiar tej historii zawiera się w przekonaniu, że pozostajemy ludźmi także wtedy, gdy inni odbierają nam prawo do bycia człowiekiem, a także gdy sami przestajemy widzieć w sobie człowieka. Flanagan odsłania słabość i siłę zła – tego doświadczanego, przeżywanego, oraz tego zadawanego drugiej osobie, niszczącego w sposób totalny i brutalny. Wielkim atutem tej poruszającej opowieści jest wyjątkowa umiejętność zrównoważenia świata wojny i świata pokoju. Miłość może być ocaleniem, kiedy staje się krzepiącym wspomnieniem, nadzieją, wyobrażeniem, złudzeniem. Przyzwyczajenie może stanowić punkt odniesienia pozwalający zachować równowagę psychiczną i podtrzymujący przekonanie, że codzienność bywa zadośćuczynieniem dla szczęścia doświadczonego w tajemnicy i w ukryciu. Pamięć może przywoływać obrazy, których nie chce się zapomnieć, ale i może pokazywać, że zniszczenie obejmuje i teraźniejszość, i przeszłość. Flanagan portretuje człowieka w momencie ostatecznego upodlenia. Opis australijskich jeńców pracujących w niewoli japońskiej przy budowie tzw. Kolei Śmierci to próba odsłonięcia siły i słabości tkwiącej w człowieku, który musi się odnaleźć w sytuacji ekstremalnej. Siła i słabość dotyczą zarówno ofiar, jak i katów. Równie przerażająca jest bowiem zwyczajność po wojnie tych, którzy marzyli o tym, by przeżyć, jak i tych, którzy z przekonaniem mordowali, służąc cesarzowi. Choć przetrwali, co innego pamiętają i co innego zapomnieli. Tylko demony, które czasami muszą wyciszyć w sobie, są podobne.


Richard Flanagan, Ścieżki Północy, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Wszystkim, którzy tu zaglądają - często, czasami, z przyzwyczajenia, przypadkiem - życzę dobrych świątecznych dni i dużo czasu na spotkania z bliskimi, rozmowy i czytanie książek. 


Między teorią a praktyką (D. Lagercrantz, Co nas nie zabije)

Kontynuacja trylogii „Millenium” Stiega Larssona wzbudza naturalną, chciałoby się powiedzieć, ciekawość oraz równie oczywiste kontrowersje. Zagorzali fani Blomkvista i Salander nie wyobrażają sobie, iż dalsze losy ulubionych bohaterów mogłyby być wymyślane przez innych autorów. Niektórzy pisarze także tworzący kryminały protestowali i ogłaszali bojkot publikacji Lagercrantza. Przez szwedzkie media przetoczyła się dyskusja na temat etycznych uwikłań wpisanych w kontynuowanie popularnych powieści, a serię Larssona traktowano niemalże jak dobro narodowe. Po lekturze „Co nas nie zabije” trudno oprzeć się wrażeniu, że znaczna część deklarowanej niechęci była uzasadniona. Oczywiście, nie ma co się oburzać, że pomysł kontynuacji chciano zrealizować. To praktyka typowa dla popkultury, a ponieważ „Millenium” to prawdziwa kura znosząca złote jajka, trudno dziwić się, że chciano na projekcie zarobić. Dyskusyjny natomiast wydaje się pomysł, aby to właśnie Lagercrantz był osobą, która uniesie ciężar gatunkowy i, tak chyba trzeba powiedzieć, odpowiedzialność wynikającą z obmyślania dalszych losów Mikaela i Lisbeth. Owszem, jest on autorem słynnej biografii Zlatana Ibrahimovica, jest też znanym dziennikarzem śledczym, ale najwidoczniej to nie wystarczy. Autorowi nie udaje się, niestety, zmierzyć z sukcesem z gatunkiem kryminału. Wszystko to, co u Larssona miało pewną klasę, trzymało poziom, dawało gwarancję równowagi między ideowym przekazem a rozwojem akcji, tutaj jest zaburzone. To, co szczególnie uderza i jest wyjątkowo irytujące, to fakt, iż Lagercrantz nazbyt wiele wątków wprowadza za pomocą edukacyjno-moralizatorskiego wykładu. Podobne praktyki mają swoje uzasadnienie gatunkowe w finale, jeśli jednak dzieją się cały czas, pokazują jedynie słabość pisarza. Autor objaśnia nam w ten sposób np. sytuację „Millenium” i to, że dziennikarstwo narracyjne powoli odchodzi do lamusa, a także tajemnice rodzinne Lisbeth Salander. Szkoda, że dzieje się to w ten sposób, bo włączenie części owych objaśnień w akcję wypadłoby o wiele lepiej od wspomnianej wykładowej formuły. Mało przekonujący okazuje się również opis relacji między dziennikarzem a hakerką. Lagercrantz sięga po sprawdzony motyw porozumiewania się na odległość bez spotkania twarzą w twarz. O ile jednak u Larssona taka sytuacja rodzi mnóstwo napięć i wpływa na zmianę tempa akcji, o tyle tutaj jest zabiegiem sztucznym i nieszczególnie udanym. Dyskusyjny w kontekście pisarskiego talentu Lagercrantza jest również pomysł postawienia w centrum wydarzeń idei sztucznej inteligencji i możliwości z niej wynikających. Pisarz nie potrafi zbudować wokół niej takiej opowieści, w której śledztwo miałoby swoje uzasadnienie i swoje zaskakujące momenty. Wręcz przeciwnie, gdyby w ogóle mówić w przypadku tej powieści o śledztwie, byłoby to bardzo problematyczne. Lagercrantz wyraźnie ma kłopoty z typowymi dla gatunku rozwiązaniami, jednocześnie nie umie zaproponować formuły, która zgrabnie wymykałaby się ograniczeniom. W efekcie otrzymujemy słaby kryminał, mało pasjonującą kontynuację i nieprzekonującą próbę zachęty, by sięgnąć po książki Larssona dla tych, którzy „Millenium” nie czytali.


David Lagercrantz, Co nas nie zabije, przeł. Irena i Maciej Muszalscy, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2015.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pamięć przeszłości (K. Petrowska, Może Estera)

Wspomnieniowa publikacja Petrowskiej to nie tylko próba zmierzenia się z własną przeszłością oraz gotowość przeciwstawienia się niepamięci. Książka ta stanowi także sugestywne, wzruszające, odsłaniające łatwość zapominania archiwum pamięci rodziny. W opowieści autorki widać odwagę w analizowaniu wydarzeń sprzed lat i świadomość tego, że w przypadku XX wieku i tego, co spotkało Żydów, życie będzie nierozłącznie splątane ze śmiercią. Petrowskiej udaje się i przypadkiem, i świadomie znakomicie połączyć historię prywatną, momentami nawet intymną, z historią publiczną. Przypadkiem, bo przecież ci, których zabijano nie wiedzieli, że ich los stanie się symboliczny, a przeżycia zamienią się w typowe dla danego pokolenia. Świadomie, bo członkowie rodziny autorki kształtują nie tylko własne biografie, ale i życiorysy grup społecznych, których są częścią. Bardzo ważnym motywem jest w tym przypadku język oraz milczenie. Fakt, iż w rodzinie Petrowskiej natkniemy się na długoletnią tradycję edukowania głuchoniemych, można uznać za symboliczny. Dawanie prawa głosu i oferowanie narzędzi do używania go zyskują wymiar uniwersalny i pokazują, że ograniczenia można i trzeba przełamywać. Rekonstruowanie własnego drzewa genealogicznego zamienia się w szereg pytań i nielicznych odpowiedzi. Nie zawsze czytelne ślady i to wszystko, co pozostało po przodkach, stają się źródłem pamięci, przetrwania i historycznego sensu. Życiorysy jednostek tworzą w tym przypadku biografię rodziny, ta zaś okazuje się istotną częścią opowieści dużo szerzej zakrojonej, bo współtworzącej świadectwo dotyczące całego społeczeństwa. Sięganie do przeszłości i odtwarzanie losów tych, którzy odeszli, to projekt nie tylko ukierunkowany na to, co minione. Petrowska inwestuje również w przyszłość, budując fundament własnej tożsamości i pozwalając pamięci na pokonanie zapomnienia. W efekcie wiedza ma w sobie dużo emocji i wzruszeń, umożliwia bowiem odkrycie więzi, które wcześniej były niedostrzegalne, nie miały więc szansy na zaistnienie.


Katia Petrowska, Może Estera, przeł. Urszula Poprawska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2015.

niedziela, 20 grudnia 2015

Kryzys (nie tylko) związku (M. Gretkowska, P. Pietucha, Miłość klasy średniej)

Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha to para nie tylko w życiu prywatnym. W duecie pisarskim możemy ich czytać już po raz drugi. Przed „Miłością klasy średniej” były przecież „Sceny z życia pozamałżeńskiego” z 2003 roku. Obie okładki opatrzone są fotografią autorów, co z jednej strony jest wykorzystaniem potencjału reklamowego wizerunku znanych postaci, z drugiej natomiast czytelną sugestią, iż mamy do czynienia z tekstami autobiograficznymi. Gretkowska i Pietucha nie ukrywają zresztą, że „Miłość klasy średniej” to proza, w której autentyczne doświadczenia zostają potraktowane jeden do jednego. W wywiadzie udzielonym „Vivie!” autorzy odnoszą się do kryzysu własnego związku. Gretkowska opowiada o rocznym wyjeździe z córką do Stanów Zjednoczonych, w trakcie którego partner przez pół roku się do niej nie odzywał, a Pietucha zdradza, że jest tzw. DDA (dorosłym dzieckiem alkoholików). Oboje dają więc wyraźnie do zrozumienia, że historia opowiedziana w „Kalifornii” (pierwsza część książki) to zapis ich rozstania i prób leczenia nieobecnością neurotycznego charakteru związku. Można by więc pozytywnie ocenić fakt, że para dzieli się z czytelnikami swoimi przeżyciami i oferuje im w sumie dość optymistyczny przekaz. Pomijam, że banalny, bo przecież krzepiący. We wspomnianym wywiadzie czytamy: „On twierdzi, że to »metafizyka«, ona, że »czas, który płynął, ucząc, jak nie być ze sobą, a nie wyłącznie być. Bo miłość, to proporcje tych dwóch stanów. Nie tylko sklejenie sakramentem, czy sentymentem«”. Można by, gdyby nie jakość owej literatury. Książka składa się z dwóch opowieści. Wspomniana „Kalifornia” jest autorstwa Gretkowskiej, natomiast „Domino” Pietuchy. Obie historie opowiadają o kryzysie związków. Bardzo trudno byłoby obronić tezę, że jest w nich coś świeżego, oryginalnego, nieprzewidywalnego. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że właśnie w tym tkwi siła przedstawiania rozstań, że pewne motywy powtarzają się. Byłby to jednak mocno wątpliwy argument. I Gretkowska, i Pietucha proponują bowiem czytelnikom literaturę zbędną. „Miłość klasy średniej” nie różni się szczególnie od typowych produkcji tzw. literatury kobiecej, tych schematycznych i przydatnych do obrazowania stereotypów. W przypadku tej publikacji nie mamy do czynienia ani z dobrą literaturą artystyczną, ani z dobrą literaturą środka, ani z dobrą literaturą popularną. Szkoda.


Manuela Gretkowska, Piotr Pietucha, Miłość klasy średniej, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015.

sobota, 19 grudnia 2015

Domknięcie spraw sprzed lat (L. Marklund, Żelazna krew)

Jedenasta część serii kryminalnej z Anniką Bengtzon w roli głównej zapowiadana jest jako ostatnia. Niezależnie od tego, czy autorka pozostanie przy swojej decyzji, czy może jednak ją zmieni, powieść ta faktycznie pomyślana jest jako rodzaj podsumowania, zakończenia, wielkiej zmiany związanej z koniecznością zmierzenia się przez bohaterkę z własnymi demonami. Nie znaczy to, oczywiście, że kolejne książki o zdeterminowanej i skutecznej dziennikarce popołudniówki nie miałyby sensu. Marklund udało się przecież stworzyć postać bardzo wyrazistą, zwyczajną w swojej niepowtarzalności i mocno wpisaną w aktywność zaangażowaną społecznie. W „Żelaznej krwi” Annika wraca do sprawy, która miała miejsce na początku jej dziennikarskiej kariery i która opisana została w „Studiu Sex”. Próba rozliczenia przestępców, którym udało się uniknąć kary, zostanie pokazana w intrygujący sposób. Z jednej strony to ważny gest społeczny – o zbrodni się nie zapomina, a sprawiedliwość upomina się o swoje, z drugiej to podtrzymywanie zainteresowania czytelników poprzez podsycanie niepokoju wynikającego z wiedzy o śledztwach, które nie skończyły się sukcesem. Ci, którzy znają wcześniejsze części serii, wiedzą, że w tle spraw, będących w centrum zainteresowania bohaterki, jest zawsze opowieść o zmieniających się mediach. Nie inaczej jest w tym przypadku. Gazeta, w której pracuje Annika, musi przejść reorganizację tożsamą z prawdziwą rewolucją. Jak zwykle obecne jest też pytanie o potrzebę i (nie)zbędność dziennikarstwa narracyjnego. Wiodącym wątkiem w „Żelaznej krwi” będzie również problem przemocy i wynikająca z tego konieczność rozliczenia się Bengtzon z traumami rodzinnymi i związkiem bohaterki sprzed lat, który miał wyjątkowo tragiczny finał. Dylematy, tak chyba można je określić, tożsamościowe i rozrachunek z własną biografią zostaną dodatkowo wzmocnione faktem niespodziewanego zniknięcia siostry Anniki. Poszukiwania kobiety zderzą się z poszukiwaniami odpowiedzi na pytanie o własną wartość i prawo do samostanowienia.


Liza Marklund, Żelazna krew, przeł. Elżbieta Frątczak-Nowotny, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2015.

piątek, 18 grudnia 2015

Wiara w cieniu konfliktów (D. Rosiak, Ziarno i krew)

Dariusz Rosiak wybiera się w podróż niebanalną i nieoczywistą, choć jeśli zastanowimy się nad pomysłem autora, to fakt wędrówki do źródeł wydawać się zaczyna czymś jak najbardziej uzasadnionym i niemalże koniecznym. Dziennikarz decyduje się bowiem na opisanie losu chrześcijan na Wschodzie. Z jednej więc strony odwołuje się do wielowiekowej tradycji i sprawdza, jak to, co „dzisiaj”, ma się do tego, co „kiedyś”, z drugiej natomiast mierzy się z problemami, które coraz częściej zaczynają uderzać i w Europejczyków, a więc chociażby z ekspansją Państwa Islamskiego, dramatycznymi wędrówkami uchodźców czy konfliktami na tle religijnym. Rosiak, jak zwykle zresztą, okazuje się przewodnikiem doskonałym. Słucha, pyta, deklaruje swoją wiarę, ale jednocześnie nie daje z tego powodu żadnych ulg swoim rozmówcom, znakomicie pokazuje, jak łatwo stworzyć patowe sytuacje tam, gdzie mogłyby istnieć celebrowane na co dzień dobrosąsiedzkie stosunki, odsłania zróżnicowanie wschodniego chrześcijaństwa i udowadnia, że zrozumienie niektórych niuansów prowadzi do zapętlenia nie do pokonania nawet dla samych wtajemniczonych. Niezależnie więc od tego, że zostają nam wyjaśnione różnice, że pewne kluczowe elementy religii są tutaj nazwane, najważniejsze i najbardziej dramatyczne okazuje się to, co sobie i swoim rzekomym przeciwnikom serwuje człowiek. Nie Bóg jest źródłem nieszczęścia, ale jego wyznawcy, którzy nie chcą być empatyczni, unikają miłości, wybierają nienawiść i władzę zamiast wspólnoty i równości. Jednostkowe doświadczenie jest zatem najbardziej poruszające. Książka Dariusza Rosiaka może nie tylko skłonić do refleksji na temat zróżnicowania i egzotyki niektórych odsłon chrześcijaństwa na Wschodzie, ale też sprowokować do poszukiwań lekturowych na temat rejonów, które odwiedza reporter. Autor przygląda się bowiem życiu uchodźców w Szwecji, opisuje realia w południowej Turcji, koncentruje się na specyfice życia w Stambule, odsłania rzeczywistość libańską czy egipską (w tym drugim przypadku przywołany zostaje Piotr Ibrahim Kalwas), próbuje zrozumieć konflikt izraelsko-palestyński, a także odwiedza iracki Kurdystan. Bardzo dobre.


Dariusz Rosiak, Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

wtorek, 15 grudnia 2015

Świat przeszłości i świat teraźniejszości (A. Hemon, Dwa razy życie)

„Dwa razy życie” to zbiór wspomnień z publicystycznym zacięciem oraz fragmentami na miarę dobrego tekstu reporterskiego. Autor siebie czyni głównym bohaterem, a własną biografię pretekstem do opowieści o charakterze uniwersalnym. Prywatny, miejscami nawet intymny charakter zapisków wpływa na ich sugestywność oraz na siłę pacyfistycznego przesłania. Wojna okazuje się końcem świata – tego w wymiarze politycznym, społecznym, ale i rodzinnym, jednostkowym. Tak naprawdę więc książkę Hemona można z powodzeniem czytać jako pożegnanie z rzeczywistością, której już nie ma. Jednocześnie jednak jego wspomnienia dobitnie pokazują, że przeżywanie dramatu może być również czymś zapośredniczonym. Autor przeżywa upadek swojego dobrze znanego świata poprzez nieobecność i konieczność zakorzeniania się w nowym, odległym miejscu. Psychicznie nie potrafi się uporać z tym, co jest traumatycznym doświadczeniem jego najlepszego przyjaciela. Próbując zdefiniować własne uczucia, pokazując emocje rodziców i przytaczając autoanalizę tego, z kim tak świetnie się rozumiał, odkrywa, jak ważna jest w życiu godność, jak istotne jest bezpieczeństwo i jak cenny jest, często lekceważony i ironicznie krytykowany, spokój. Wyróżnione w podtytule miejsca – Bośnia i Ameryka – są nie tylko przeciwstawnymi realiami, które autor usiłuje pogodzić, odtworzyć, przestać być „tam”, kiedy jest „tutaj”. Stają się również krajami-symbolami. Bośnia to czas dzieciństwa, dorastania, wspomnień rodzinnych, tego wszystkiego, co przez wojnę zostało bezpowrotnie utracone. Z kolei Ameryka (ale i Kanada) to kraj spełnionej nadziei, nostalgii, otwarcia się na przyszłość i odkrycia, że inne miejsce można również uznać za swoje i niekoniecznie musi się to wiązać ze zdradą tego, co wojna tak brutalnie wymazuje.


Aleksandar Hemon, Dwa razy życie. Bośnia i Ameryka, przeł. Tomasz Bieroń, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Przeszłość, która jest dziś (M. Wyka, Przypomniałam sobie)

Publikacja Marty Wyki to doskonała lektura nie tylko dla tych, którzy interesują się literaturą, ale i dla tych, którzy chętnie mierzą się z wyzwaniami wynikającymi z pracy pamięci. Tytułowe „Przypomniałam sobie” stanowi bardzo mocną deklarację świadomego sięgnięcia w przeszłość i odsłonięcia tego, co zostało zapamiętane. Jednocześnie słowa te prowadzą nas w kierunku chwilowości procesu przypominania. Nieutrwalone zwycięstwo nad zapomnieniem bywa bardzo złudne. Nic więc dziwnego, że autorka decyduje się na zapisanie minionego, intrygująco łącząc we wspomnieniach to, co prywatne, z tym, co publiczne. Z jednej więc strony bardzo mocno wybrzmiewa w tym tomie odautorskie „ja”, z drugiej dostrzegalne jest poczucie bycia częścią historii literatury, portretowanie pewnej epoki oraz pewnego pokolenia. Marta Wyka wspomina na przykład szkolną przyjaciółkę Jankę i jednocześnie interpretuje twórczość pisarki Janiny Katz – koegzystują zatem ze sobą role koleżanki i badaczki literatury. Autorka nie tylko wspomina ludzi i miejsca, które ożywają w jej pamięci. Decyduje się również na zabawę/grę formą, wcielając się w pisarzy i tworząc teksty „w ich stylu”. Nie ma znaczenia, czy zgodnie z tytułem danej części publikacji, literaturoznawczyni skupia się na ludziach, miejscach, czy rzeczach (tu: książkach). Za każdym razem człowiek, jego myśli i przestrzeń, w której funkcjonuje, okazują się równie ważne. Przywilej towarzyszenia bohaterom w roli przyjaciółki, znajomej czy po prostu aktywnej obserwatorki, wpływa na celność, czułość i uważność spostrzeżeń. Literatura w tej opowieści staje się nie tylko dziełem tych, którzy stanowią część życia autorki, ale również zamienia się w istotny fragment codzienności i podstawę tego, co pozwala na urefleksyjnienie rzeczywistości. „Wczoraj” jest obecne i „dzisiaj” – dzięki tekstom i niebanalnym życiorysom gwarantującym przetrwanie pomimo przemijania.


Marta Wyka, Przypomniałam sobie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

wtorek, 1 grudnia 2015

Opowieść o świecie, którego już nie ma (A. Muszyński, Podkrzywdzie)

Andrzej Muszyński to nie tylko autor interesujących reportaży, ale też bardzo ciekawy prozaik. Już jego zbiór opowiadań „Miedza” zasługuje na uwagę. Muszyński pisze bowiem prozę bardzo sensualną, obrazową, metaforyczną, miejscami poetycką, bardzo piękną językowo. Dalsza przygoda autora z literaturą piękną okazuje się równie udana. Powieść „Podkrzywdzie” to jedna z najbardziej wyrazistych książek tego roku, zachwycająca w swoim opisie świata, którego już nie ma, zastanawiająca w pomyśle uchwycenia miejsca trochę poza czasem i poza konkretem, intrygująca w swoim przypowieściowym charakterze, przemyślana językowo. Podobnie jak „Skoruń” Macieja Płazy książka Muszyńskiego wchodzi w dialog z tradycją tzw. literatury chłopskiej. Nie chodzi tu jednak ani o wyważanie otwartych drzwi, ani o polemikę znoszącą to, co zostało uznane i jest podziwiane. Decydując się na dziecięcą perspektywę, autor pozostaje świadomy literackiej umowności takiego gestu i wynikających z niego pułapek. Dzięki temu unika banału, a to, co tajemnicze przed laty, w wieku dorosłym bohatera jest przedstawione jako, owszem, sekret, ale zupełnie innego rodzaju niż chłopiec się spodziewa. Muszyński ma talent to konstruowania bardzo malowniczych scen. Przykładem może być mroczne, ale i zachwycająco opisane zabijanie domowego ptactwa przez dziadka. Scena ta na długo pozostaje w pamięci. Pisarz korzysta z metaforyki Księgi, dzięki czemu portret wsi i ludzi staje się historią stwarzania i przemijania świata. Miejsce, które jest równie ważnym bohaterem jak osoby pojawiające się w powieści, zamienia się w rzeczywistość, której reguły nijak się mają do wielkich zmian i polityki wielkiego świata. Wieś odradza się i umiera wraz z porami roku. Jej mieszkańcy słuchają swojego mistrza, który przychodzi z zewnątrz i odchodzi w taki sposób, że siłę miesza ze słabością, tym samym burzy wcześniej ustalony porządek. To, co jest stałe, znajduje swoje uprawomocnienie w powtarzalności zmian zachodzących w przyrodzie. To natomiast, co zawiera w sobie potencjalność końca i chwiejność przypadkowości, skazane jest na akceptację powiązaną z pożegnaniem. Dziecko nie rozumie, kim jest „ono”, o którym mówi co jakiś czas dziadek. Przedwczesny koniec staje się trudnym spoiwem, ale i źródłem niezrozumienia. Śmierć nie tylko więc dzieli, ale i łączy. Perspektywa dziecka jest perspektywą mityczną. Świat widziany oczami bohatera urasta do rangi metafory, sugestywnej, mądrej, niezwykle fascynującej. Bardzo dobre.


Andrzej Muszyński, Podkrzywdzie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Obniżka formy (W. Chmielarz, Wampir)

Po napisaniu trzech części cyklu kryminalnego z komisarzem Mortką w roli głównej Wojciech Chmielarz zdecydował się na zmianę. Nie zrezygnował z gatunku kryminału, ale postanowił powołać do życia nowego bohatera. Gest to zrozumiały, choć, co oczywiste, trochę ryzykowny. Nie chodzi w tym przypadku o przyzwyczajenie czytelników, ci najwierniejsi sięgną przecież po kolejne powieści w ciemno. Mam raczej na myśli wyzwanie, jakim jest stworzenie kolejnej wyrazistej, zapadającej w pamięć postaci prowadzącej śledztwo. Czy Chmielarzowi się udało i czy otwarcie nowego cyklu kryminalnego pisarza można uznać za interesujące? Niestety, „Wampir” to powieść zaledwie przeciętna, wypadająca dużo gorzej na tle wcześniejszych książek autora, dość przewidywalna i słabo trzymająca czytelnika w napięciu. Wspomniany nowy cykl określony jest na okładce jako „gliwicki” i właśnie portret miasta jest u Chmielarza najciekawszy. Kryminalne śledztwo okazuje się natomiast mało zaskakującą i mocno zgraną mieszanką wątków wykorzystywanych w wielu innych powieściach. Właściwie od początku możemy się domyślić, że ów idealny syn Marii okaże się nieco mniej doskonały, że samobójstwo jest tak naprawdę zabójstwem, a młodzi ludzie, którzy chętnie imprezują, palą marihuanę i ekscytują się bogactwem, mają coś na sumieniu. Niewiarygodnie wypada również śledztwo Dawida Wolskiego. To postać, która mimo swojego malkontenctwa i abnegacji, rozmywa się w przeciętności i oczywistości posunięć. Wątpliwy jest też efekt przeplatania rozdziałów fragmentami dyskusji internetowych na temat zaginięcia pewnej dziewczyny. Widać wyraźne wzorowanie się na medialnie głośnej sprawie Iwony Wieczorek. Ów publicystyczny akcent jest w moim mniemaniu chybiony i literacko nazbyt dosłownie wykorzystany. Pierwsza część nowej serii zdecydowanie nie zachęca więc do czekania na kolejne, raczej rodzi nadzieję, że to tylko epizod, który szybko pójdzie w zapomnienie, a do akcji znowu wróci komisarz Mortka.


Wojciech Chmielarz, Wampir, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

niedziela, 29 listopada 2015

Dzisiaj bez wspominania wczoraj (J. Hatzfeld, Englebert z rwandyjskich wzgórz)

W „Nagości życia. Opowieściach z bagien Rwandy”, „Sezonie maczet” i „Strategii antylop” Jean Hatzfeld oddaje głos wielu osobom. Dzięki temu dostrzegamy i podobieństwo doświadczeń, i ich jednostkowość. Pewne fakty powracają bowiem zarówno wtedy, gdy swoją traumę wspominają Tutsi, jak i wówczas gdy o swoich zbrodniach mówią Hutu. W przypadku „Engleberta z rwandyjskich wzgórz” jest trochę inaczej. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z historią jednego bohatera. Po drugie, nie znaczy to wcale, że przeżycia innych nie wybrzmiewają tutaj mocno. Englebert nie ukrywa jednak, że strategia zapomnienia lub przynajmniej nierozpamiętywania nieodległej przeszłości pozwala na funkcjonowanie w teraźniejszości. Po trzecie, bohater książki jest człowiekiem wesołym, lubianym, towarzyskim. W takim kontekście dramat, którego doświadczył, zostaje wydobyty na zasadzie kontrastu i poraża szczególnie mocno. Po czwarte wreszcie, życiorys Engleberta służy Hatzfeldowi to pokazania powtarzalności rzezi w Rwandzie oraz tego, że zło na najwyższym poziomie dotyczyło przedstawicieli wszystkich grup społecznych. Historia mężczyzny jest bowiem również opowieścią o łatwości, z jaką degraduje się i niszczy tych, którzy są potrzebni państwu. I Englebert, i jego bracia to ludzie wykształceni i pracowici. Nie definiowały ich jednak zdobyte umiejętności i posiadane talenty. Najważniejsze okazywało się to, czy są Tutsi czy Hutu. Hatzfeld portretując Engleberta nie poprzestaje na opowiedzeniu losów jednego człowieka. W trakcie lektury szybko bowiem się okazuje, że konsekwencją ludobójstwa jest często wymazanie konkretów. Uogólnienie odsłania ogrom zbrodni i zniszczenia, ale też, czemu reporter swoim tekstem próbuje zapobiec, powoduje, że zapominamy, iż setki tysięcy ofiar to tyle samo jednostkowych życiorysów domagających się ocalenia.


Jean Hatzfeld, Englebert z rwandyjskich wzgórz, przeł. Jacek Giszczak, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

piątek, 20 listopada 2015

Początek, który bywa końcem (J. Mikołajewski, Wielki przypływ)

Zbiór reportaży Jarosława Mikołajewskiego to książka ważna z co najmniej kilku powodów. Napisał ją znany i ceniony poeta, który wchodząc w rolę reportera nie zapomniał o poetyckiej wrażliwości. Stworzył ją uważny i empatyczny reporter (sic!), który pozostał wierny faktom i idei humanizmu. Otrzymujemy znakomity portret Lampedusy jako miejsca bardzo konkretnego, ale i – co dodatkowo wzmacnia siłę przekazu – metafory. Oto początek i koniec splatają się na wyspie w jedno. Ci, którzy marzą o osiągnięciu celu, uświadamiają sobie, że Lampedusa to zaledwie przystanek, muszą ruszyć dalej. Ci, którzy nie zdążyli doświadczyć tego typu wątpliwości, wyrzucani są na plażę lub wyławiani z morza i właśnie w tym miejscu spoczywają na zawsze. Ci wreszcie, którzy mieszkają na wyspie i na co dzień spotykają się z dramatem uchodźców, muszą nie tylko nauczyć się żyć w cieniu dramatu powtarzanego codziennie z jednakową siłą, ale też nie stracić wiary w to, że pomoc jest możliwa i ma sens. Jarosław Mikołajewski nie nadużywa wielkich słów, nie epatuje tragediami, nie gromadzi nazbyt wielu faktów po to, by przytłoczyć nimi czytelnika. Doskonale wie, że w ciszy, w zawieszeniu głosu, w niedopowiedzeniu jest czasami o wiele więcej informacji niż w nadmiarze słów. Warto w tym kontekście wspomnieć przejmujący opis miejscowego cmentarza, na którym znaleźć można groby anonimowych ofiar marzeń o lepszym świecie gdzieś w Europie, lub poruszającą relację doktora Pietro Batrolo, nazwanego „lekarzem żywych i martwych”. Lampedusa okazuje się miejscem, w którym życie toczy się w koegzystencji z tymi, którzy przybywają tu nielegalnie, pragnąc legalnego dla każdego szczęścia i normalności. Mikołajewskiemu udaje się pokazać, że dostrzeganie człowieka w drugim człowieku jest obowiązkiem, ale i odpowiedzialnością. Obojętność niczego nie załatwia, tak czy inaczej ciągle stanowimy przecież część rzeczywistości, w stosunku do której się dystansujemy. Pozycja obowiązkowa.


Jarosław Mikołajewski, Wielki przypływ, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

środa, 4 listopada 2015

Podróż – pomyłka (G. Jagielska, Ona wraca na dobre. Podróż terapeutyczna)

Publikację tę można traktować jako próbę zamknięcia trójksięgu poprzedzonego takimi pozycjami jak „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” i „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”. Próbę w zamyśle ciekawą, ale, niestety, ostatecznie nieudaną. Szkoda. Bo w przypadku „Miłości z kamienia” mieliśmy do czynienia z przejmującym opisem przejmowania doświadczeń męża i opatrywania ich własnym, paraliżującym lękiem. Jagielskiej udało się pokazać, że strach przed śmiercią bliskiej osoby może symbolicznie skazywać na śmierć w wymiarze społecznym i prywatnym tę, która, zdawałoby się, tylko czeka, aż mąż wróci z wojny. Również w „Anioły jedzą trzy razy dziennie” autorka z dużym wyczuciem pokazuje różnicę doświadczeń tych, którzy szukają schronienia i ratunku w szpitalu psychiatrycznym, a jednocześnie budują specyficzną wspólnotę na bazie szaleństwa i tęsknoty za przypisaną do przeszłości normalnością. Autorka umiejętnie przenosi punkt ciężkości na innych, siebie pozostawiają w cieniu, choć także czyniąc swój głos słyszalnym. Niestety, w „Ona wraca na dobre” jest zupełnie inaczej. Jagielskiej nie udaje się zachować równowagi między byciem twórcą a tworzywem. Jej opowieść niebezpiecznie zbliża się do stylistyki tzw. literatury kobiecej, oczywiście, nie tej w wydaniu romansowym, ale do odłamu bazującego na podróżach i szukaniu oświecenia w drodze. Jagielska ani nie proponuje czytelnikowi przejmującej wiwisekcji, ani nie stawia na intrygującą refleksję na temat wyprawy. To, co czytamy, wielokrotnie wybrzmiewa banałem, a próba ufilozoficznienia historii poprzez konfrontację odautorskiego „ja” z życiorysem Ewy, znajomej z psychiatryka, wypada co najmniej sztucznie, by nie powiedzieć – pretensjonalnie. Wydawnictwo Znak, które z niewiadomego powodu opatrzyło „Miłość z kamienia” i „Anioły jedzą trzy razy dziennie” wyjątkowo niefortunnymi okładkami, kojarzącymi się właśnie z popularną literaturą kobiecą, tym razem już nie upupia autorki. O ile wcześniejsze działania można nazwać promocyjną pomyłką, karygodną, bo sytuującą książki Jagielskiej w rejonach, z którymi nie mają nic wspólnego, o tyle „Ona wraca na dobre” to chyba realizacja podświadomego myślenia życzeniowego wydawnictwa – dość banalna okładka koresponduje z podobną treścią. Szkoda, naprawdę szkoda.


Grażyna Jagielska, Ona wraca na dobre. Podróż terapeutyczna, Wyd. Znak, Kraków 2015.

sobota, 24 października 2015

Kolorowe szkiełka (S. Chutnik, Jolanta)

Nareszcie! – chciałoby się powiedzieć. Nareszcie Sylwia Chutnik rezygnuje w swojej prozie z przewidywalnej publicystyki, nie odchodząc jednocześnie od społecznego zaangażowania. To bardzo ważna cecha, której symptomy dało się już zauważyć w zbiorze opowiadań „W krainie czarów”. W moim prywatnym rankingu mamy w tym przypadku do czynienia z najlepszą książką autorki. Odnotowuję to z prawdziwą przyjemnością, choć opowieść o tytułowej Jolancie nie ma w sobie nic przyjemnego. Chutnik stawia na historię smutną, przygnębiającą, odcinającą się od jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. Ta mroczna tak naprawdę opowieść nie opiera się na sensacyjnych wydarzeniach, nie wiadomo jak traumatycznych doświadczeniach, czy cierpieniu, z którego nie da się otrząsnąć. Dramat głównej bohaterki, co Chutnik rozgrywa intrygująco, sprowadza się do przytłoczenia siermiężną codziennością i świadomości, że w życiu nie może się nic zmienić. Autorka opowiada o zranionym, choć później dorosłym, dziecku – Jolanta musi przejść przyspieszony kurs dojrzewania, gdy ojciec odchodzi do kochanki, a matka spektakularnie przeżywa porzucenie. Dojrzałość zamienia się w tym wypadku w nieumiejętne powtarzanie źle zapamiętanych gestów. Nie dziwi więc to, że ani samodzielność, ani małżeństwo, ani macierzyństwo nie dają ocalenia. Jolanta nie potrafi mierzyć się ze światem – z jego wyzwaniami i ograniczeniami. Poddaje się temu, co się jej przydarza. Jest bierna, bo nie umie w świecie, który ją otacza, znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Ratunkiem są dla niej kolorowe szkiełka, dzięki nim we wszechobecnej szarości pojawia się kolor, a ucieczka polegająca na odmowie myślenia i czucia może się, choć na chwilę, udać. Jednak powieść Chutnik to nie tylko zapis dramatu kobiety bez właściwości, w której życiu nie wydarzy się nic spektakularnego, choć właśnie ciężar owej przeciętności uruchomi w bohaterce gen szaleństwa. Ten zaś stanie się synonimem nieświadomej odmowy życia takiego, które stało się udziałem Jolanty z racji miejsca i czasu urodzenia. Książka Chutnik okazuje się również ciekawym portretem warszawskiej dzielnicy Żerań. Blokowiska zdają się rządzić swoimi prawami, a klatki schodowe, na których można spotkać sąsiada, bywają pełne niebezpieczeństw. Przygnębiający obraz miejsca zostaje zderzony ze schyłkiem komunizmu i wyzwaniami związanymi z okresem transformacji. Nowy lepszy świat tak naprawdę niewiele zmienia w przestrzeni prywatnej. Lęki Jolanty pozostają równie intensywne, a poczucie nieprzystawalności marzeń do rzeczywistości jest tak bardzo dojmujące, że zmusza do odmowy dalszego uczestnictwa w codzienności.


Sylwia Chutnik, Jolanta, Wyd. Znak, Kraków 2015.

piątek, 23 października 2015

W rytm pór roku (M. Płaza, Skoruń)

Debiut Macieja Płazy trzeba uznać za wyjątkowo dojrzały. Choć książka ta składa się z opowiadań, teksty połączone są miejscem, czasem i bohaterami. Poszczególne historie układają się więc w całość. Ta zaś okazuje się wyjątkowo fascynująca, magiczna, sensualna i metaforyczna. Książkę tę trzeba, oczywiście, czytać, mając gdzieś w tle świadomość tradycji tzw. nurtu chłopskiego w literaturze. Płaza, choć wydaje się jej świadomy, nie prowadzi dialogu międzypokoleniowego. Raczej stawia na uniwersalną opowieść o świecie, który upada i odradza się z rytmem pór roku, o wsi, w której wszystkie wielkie i mały sprawy rozgrywają się jakoś ciszej, mniej spektakularnie, z poczuciem godzenia się z przeznaczeniem. „Skoruń” to znakomite połączenie motywu inicjacji, niełatwej relacji syna i ojca, przeszłości naznaczającej teraźniejszość i konieczności mierzenia się z ostatecznością. Bliskość śmierci staje się w tym przypadku wyjątkowo istotna. Nieuchronnym końcem naznaczone są owoce, które najpierw dojrzewają, potem są zbierane, a następnie czeka się, aż wyrosną znowu. Apokaliptyczny wymiar ma szaleństwo, które niszczy i z którym nie tak łatwo wygrać niezależnie od tego, czy u jego źródeł tkwi rozpacz i tęsknota, czy pasja i chęć ratowania świata. Paradoksalnie więc ojciec głównego bohatera, niepokorny wynalazca, człowiek po studiach, będący na bakier z komunistyczną układnością tak naprawdę ma wiele wspólnego ze starą Siekierską, która pokonywała rzeczywistość przez wiele lat po to tylko, by wreszcie się przed nią ugiąć. Ostateczność wpisana zostaje w codzienne czynności. Symboliczne w tym kontekście jest ratowanie matki przez syna. Kobieta, ukąszona przez osę i uczulona na jej jad, musi zdać się na pomoc tego, kogo tak chętnie uważała za nicponia. Spełniona i powtarzana, bo będąca powracającym zagrożeniem, Apokalipsa ma miejsce wtedy, gdy rzeka buntuje się, a mieszkańcy okolicznych wsi muszą walczyć z powodzią. Koniec i początek są jak awers i rewers tej samej historii, każdej bez wyjątku, zdaje się sugerować Płaza. Warto zwrócić uwagę na język tej opowieści. Takie sceny, jak na przykład opis powodzi czy zbierania dojrzałych owoców na długo zapadają w pamięć. Wielką zaletą opowieści Płazy jest jej uniwersalność. Oto okazuje się, że i miejsce, i ludzie stają się czymś i kimś więcej niż tylko nośnikami własnych historii. Autorowi udaje się bowiem w niebanalny i bezpretensjonalny sposób pokazać powtarzalność losu i jego nieprzewidywalność zarazem. Bardzo dobre.


Maciej Płaza, Skoruń, Wyd. W.A.B., Warszawa 2015.

czwartek, 22 października 2015

Łatwość odwracania się od pamięci (E. Lichtblau, Sąsiedzi naziści)

To kolejna publikacja opisująca udział Amerykanów w ukrywaniu nazistów po wojnie. Lichtblau pokazuje nie tylko gotowość niedostrzegania przeszłości tych, których witano jako nowych obywateli, ale i łatwość rozgrzeszania z win, które traktowano jako minione, a więc przeszkadzające w nowym życiu. Autor książki z jednej strony portretuje konkretne przypadki, rekonstruując bezpieczne i pełne sukcesów życie byłych zwolenników Hitlera, z drugiej odsłania praktyki typowe dla całych społeczności. W efekcie jesteśmy świadkami tworzenia grup wsparcia, amerykańskiej ignorancji w stosunku do europejskiego doświadczenia Holocaustu, wreszcie medialnego braku zainteresowania dla zbrodni, która należy do przeszłości. Książkę tę można więc czytać nie tylko jako opowieść o – delikatnie rzecz ujmując – politycznym i społecznym grzechu zaniechania, ale też jako historię o łatwości ukrywania i systemowego zapominania o zbrodni. W biografiach byłych nazistów na plan pierwszy wysuwa się niechęć do wiedzy i odcinanie się od świadomości. Okazuje się, że większym problemem jest nie tyle fakt zbrodniczej przeszłości, co raczej konieczność publicznego ujawnienia tego epizodu z biografii. System ma więc wyjątkową skłonność do wybielania rzeczywistości i uciekania od problemów. Ów system, oczywiście, tworzą ludzie. Lichtblau odsłaniając powyższą prawidłowość pokazuje, że wojna mimo jej zakończenia w pewnym sensie ciągle trwa. Jeśli bowiem zwycięzcami są kaci, a ofiary akceptuje się jako przegranych, trudno mówić choćby o pozorach sprawiedliwości. Ta niewygodna prawda powraca w książce, uwiera i nie pozwala zapomnieć o ciągle aktualnej walce pamięci z zapomnieniem.


Eric Lichtblau, Sąsiedzi naziści. Jak Ameryka stała się bezpiecznym schronieniem dla ludzi Hitlera, przeł. Krzysztof Skonieczny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

wtorek, 20 października 2015

Pióro i Pazur za 2014 rok - Siedlce 2015:

Laureatką nagrody w kategorii Pazur dla najsympatyczniejszej/najzabawniejszej/najbardziej optymistycznej powieści kobiecej 2014 roku zostaje Magdalena Zimny-Louis za powieść „Kilka przypadków szczęśliwych”, która ukazała się w wydawnictwie Prószyński i S-ka:

Laudacja:
Ten, kto sięgnie po powieść Magdaleny Zimny-Louis z przekonaniem, że to komedia, może się poczuć zawiedziony. Autorka korzysta bowiem z konwencji typowych dla tego gatunku, ale nie tylko. „Kilka przypadków szczęśliwych” to niebanalne połączenie i powieści emigracyjnej, i powieści inicjacyjnej, i kryminału, i romansu, i wspomnianej komedii wreszcie. Zimny-Louis panuje nad tą mieszanką, a jej powieść oprócz zaskakującej fabuły zasługuje również na uwagę pod względem konstrukcyjnym. Fakt ten trzeba mocno zaznaczyć, bo autorki tzw. literatury kobiecej często bagatelizują formę, a szkoda!, wierząc, że ciekawa historia wystarczy. Nie wystarczy i Zimny-Louis jest tego świadoma. W powieści „Kilka przypadków szczęśliwych” intrygujące jest to, że autorka zatrzymuje się zawsze krok przed tym, gdy wydaje się, że pójdzie w dobrze znanym, bo często literacko eksplorowanym, kierunku. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Świetnym dowodem na to, jak chętnie i skutecznie zaskakuje pisarka czytelnika, jest chociażby opis związku rodziców głównej bohaterki, zachowanie Emmy Dudy, która wyjeżdża do Polski, kraju przodków, wreszcie przyjacielski związek bohaterki z Borysem. Tam, gdzie mógłby być melodramat, Zimny-Louis stawia na racjonalność, tam, gdzie mógłby zdarzyć się happy end, robi się smutno, choć gdzieś tli się i nadzieja, tam, gdzie wydaje się, że chodzi o zwyczajne gojenie ran po zdradzie, okazuje się, że sprawa ma dużo bardziej mroczne oblicze, niż moglibyśmy sądzić. Dzięki doprowadzaniu czytelnika do momentu, gdy wydaje mu się, że już wszystko wie, by potem pokazać mu, że tak naprawdę nie wie nic, Zimny-Louis nie tylko nie pozwala na uśpienie czujności odbiorców, ale też udowadnia, że życie składa się z tego, co zaskakujące, nieprzewidywalne, niewyobrażalne nawet czasami, a człowiek nie zawsze bywa tym, za kogo się podaje lub na kogo wygląda. Autorka jest również dobrą obserwatorką relacji międzyludzkich. Udaje się jej celnie sportretować bohaterów, zmuszając ich do konfrontacji z tym, co skrywane i niechętnie ujawniane postronnym. Dużym atutem powieści Zimny-Louis jest, tak to nazwę, pewna dyskrecja w rysowaniu emocji poszczególnych postaci. Autorka stawia raczej na wstrzemięźliwość niż epatowanie uczuciami, dzięki temu jej bohaterowie stają się bardziej interesujący. Tytułowe „kilka przypadków szczęśliwych” skojarzone zostaje z nieoczywistością. Swoje miejsce w życiu można bowiem znaleźć i w trakcie ucieczki od wszystkiego, a poczucie spełnienia zdarza się również wtedy, gdy wokół króluje niepewność i rozczarowanie. Zimny-Louis udowadnia więc rzecz pozornie paradoksalną, a mianowicie, że szczęście cukierkowe nie istnieje, ale szukanie szczęścia może być dobrą przygodą i niezapomnianym przeżyciem, zwłaszcza wtedy, gdy zdarzy się „kilka przypadków szczęśliwych”.

poniedziałek, 19 października 2015

Pióro i Pazur za 2014 rok - Siedlce 2015:


Laureatką w kategorii Pióro za najbardziej poruszającą powieść kobiecą 2014 roku została Sabina Waszut za powieść „Rozdroża” wydaną przez wydawnictwo Muza:

Laudacja: 

„Rozdroża” to debiutancka powieść Sabiny Waszut. Warto w tym miejscu zauważyć, że ów początek literackiej drogi jest wyjątkowo dojrzały, uciekający od schematu tzw. powieści kobiecej, zapadający w pamięć i literacko intrygująca. Takie debiuty z pewnością nie powinny zostać przemilczane, mam więc nadzieję, że nagroda nie tylko da drugie życie książce, która wyszła w roku 2014, ale też zwiększy zainteresowanie powieścią „W obcym domu”, która ukazała się w tym roku i jest kontynuacją losów głównych bohaterów. Sabina Waszut mierzy się z niełatwym wyzwaniem. Jej bohaterowie mieszkają na Górnym Śląsku. Sophie to młoda, nieśmiała Niemka, której dorastaniu się przyglądamy, Władek jest rezolutnym, trochę starszym od dziewczyny mężczyzną, Polakiem. Parę połączy miłość, a rozdzieli wojna. Bohaterka będzie musiała przejść przyspieszony kurs dojrzałości – z dziecka jeszcze szybko zamieni się w kobietę, nauczy się podejmować trudne decyzje, wykaże się niezłomnością, zmierzy się z problemami codzienności, a jej niemieckość stanie się ciężarem i błogosławieństwem zarazem. Z kolei Władek zostanie powołany do wojska. Małżeńskie szczęście zamienić musi na trudy i cierpienie żołnierskiego losu. Świadomość, że gdzieś jest i czeka Sophie, okaże się dla mężczyzny krzepiącą nadzieją na lepsze jutro. Sabina Waszut, choć opowiada o miłości, ucieka od typowej konwencji romansowej. Dzięki temu zabiegowi uczucie łączące bohaterów wydaje się bardziej szczere, mniej oczywiste, wiarygodniejsze. Choć pisarka umieszcza wydarzenia na tle Wielkiej Historii, to jednak najmocniej interesuje ją ta odsłona dziejów, która dotyczy zwykłego człowieka. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że Waszut towarzyszy jakże ważne przekonanie – to jednostka buduje fundament przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, nie polityka i ludzie władzy. Autorka nie nadużywa opisów, unika egzaltowanych sformułowań, jest wyjątkowo ascetyczna w formie na tle innych autorek powieści obyczajowych. I właśnie dzięki temu jej opowieść ma wymiar szczególny. Wielka Historia niszczy życie zwykłych ludzi, sprowadza je na manowce, zmusza do trudnej i nierównej walki. Ale zwycięzcą w tej bitwie jest zawsze konkretny człowiek, jeśli umie i chce tylko zachować wierność sobie i tym, których kocha i na których powrót czeka. Powieść Waszut, pozostając portretem miłości Niemki i Polaka, jest również fascynującą impresją o skomplikowanych losach mieszkańców Śląska i o decyzjach, które każdy musi podjąć, choć nikt nie jest na nie przygotowany. I właśnie dlatego z taką przyjemnością i zainteresowaniem czytamy „Rozdroża”.

wtorek, 13 października 2015

Milczenie (W. Nowak, Obwód głowy)

Wznowienie arcyważnej książki Włodzimierza Nowaka odnotowuję z kronikarskiego obowiązku. Czytałam ten tom reportaży kilka razy. Zawsze z jednakowym podziwem dla literackiego kunsztu autora i zawsze z przekonaniem, że mam do czynienia z opowieścią ważną, choć skoncentrowaną na relacjach polsko-niemieckich, to jednak uniwersalną i ponadczasową. Kolejna lektura tekstów Nowaka uświadamia mi, że w rozpoznaniu tym się nie mylę i że rzadko zdarzają się takie reportaże, do których można wracać w nieskończoność. Do „Nocy w Wildenhagen” i „Mojego warszawskiego szału”, napisanych razem z Angeliką Kuźniak, można i trzeba wracać. Do „Obwodu głowy”, tytułowego reportażu, i do „Serce majkino, serce cierkino” również. Nowakowi udaje się pokazać skomplikowane losy ludzkie naznaczone doświadczeniem wojennym. Autor odsłania również uwikłania swoich bohaterów w walkę pamięci z zapomnieniem. W historiach opowiedzianych przez reportera nie ma miejsca na czarno-białą wizję świata, jest za to wiedza o człowieku, ta podstawowa, bo unikająca klasyfikacji narodowościowej, lecz wikłająca ludzi w dramat wyborów bez wyjścia, etycznego splątania, sytuacji tak bolesnych, że trudnych do wcześniejszego wyobrażenia. Interesującym uzupełnieniem reportaży jest odautorskie posłowie, w którym Nowak dzieli się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi recepcji tomu w Niemczech. Ważnym słowem, które zostaje przywołane, jest milczenie. To z nim zmagali się Niemcy przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Osobiste doświadczenie spychane było w przymus ciszy i niechęć do zwierzeń. Dawanie świadectwa okazuje się jednak nie tylko rodzajem katharsis, ale i zadośćuczynieniem dla pamięci. Bez opowieści o przeszłości, także tej złej, strasznej i brutalnej, ginie gdzieś prawda o człowieku, a ta, co udowadnia swoimi tekstami Nowak, nigdy nie jest jednoznaczna, zawsze jest jednak niezbędna. Także wtedy, gdy dotyczy współczesności.


Włodziemierz Nowak, Obwód głowy, wstęp: Martin Pollack, Wyd. Dowody na Istnienie, wyd. 2, Warszawa 2015.

poniedziałek, 12 października 2015

W imię pamięci (G. Aly, Obciążeni. „Eutanazja” w nazistowskich Niemczech)

W swojej książce Götz Aly nie tylko rekonstruuje kolejne etapy akcji T4, ale też zabiera głos w sprawie. Ten zaangażowany ton w obiektywnej zarazem narracji historycznej pozwala na uświadomienie tego, że przeszłość ma również swoje miejsce w teraźniejszości i wpływa na współczesność. Aly nie ukrywa, że u podstaw jego zainteresowania tematem, jest osobiste doświadczenie. Swoją publikację dedykuje córce Karline, która gdyby żyła w okresie sprawowania władzy przez nazistów, kwalifikowałaby się z powodu niepełnosprawności do eliminacji. Jednocześnie, o czym z kolei dowiadujemy się z ostatnich stron książki, „Obciążeni” to przypieczętowanie walki autora ze środowiskiem naukowym, któremu zdarza się korzystanie z cudzych badań bez podania źródła. Aly zdaje się również trwać w przekonaniu, że emocjonalny stosunek do opisywanego problemu ma wielu Niemców. To w ich biografiach nadal istnieją symbolicznie wymazani, przemilczani, niechętnie wspominani członkowie rodzin, których zamordowano w ramach akcji T4. Autor mocno więc akcentuje metaforyczny wydźwięk tytułu – nie tylko chodzi o bezbronne ofiary systemu, ale też o ich bliskich, którzy żyli i żyją z ciężarem własnych decyzji lub usankcjonowanej obojętności. Szczególnie istotne wydaje się naznaczenie opowiadanej historii indywidualnymi świadectwami. Badacz przytacza relacje potomków zamordowanych pacjentów szpitali psychiatrycznych, świadomych sekretów rodzinnych i gotowych do zmierzenia się z nimi po latach. Możemy przeczytać listy tych, którzy kiedy je pisali, nie wiedzieli jeszcze, że przeniesienie do innego ośrodka oznacza śmierć. Poznajemy relacje przedstawicieli służby zdrowia i dramatyczne pożegnania pacjentów, którzy wyjątkowo często intuicyjnie przeczuwali, że niebawem ich życie zostanie brutalnie przerwane. Aly przytacza nazwiska nie tylko oprawców, ale też ofiar. To bardzo ważny gest. Trudno otrząsnąć się na przykład po lekturze spisu młodych pacjentów szpitala psychiatrycznego, których skazano na śmierć. Większość dzieci charakteryzowanych jest przez opiekunów jako osoby radosne, wesołe, lubiące się śmiać. Najważniejszym przesłaniem tej książki nie jest jednak wcale wina przedstawicieli systemu. Ta wydaje się bowiem dość oczywista. Dużo bardziej porażające i zatrważające jest współuczestnictwo rodziców w mordowaniu własnych dzieci. Matki i ojcowie często dawali lekarzom do zrozumienia, że śmierć chorego byłaby dla nich wybawieniem, deklarowali też niechęć do przyjmowania syna lub córki z powrotem do domu. I właśnie ten fakt okazuje się wyjątkowo istotny. Udowadnia bowiem, że zbrodnia może towarzyszyć obojętności, wygodzie i chęci unikania kłopotów. Symptomatyczne w tym kontekście są reakcje inne, mniej powszechne, a mianowicie ratowanie członków rodzin poprzez odbieranie ich z zakładów dla obłąkanych i reagowanie na niepokojące plotki i wiadomości.


Götz Aly, Obciążeni. „Eutanazja” w nazistowskich Niemczech, przeł. Viktor Grotowicz, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

niedziela, 11 października 2015

Dziedziczenie? (Dzieci dyktatorów. Prawdziwe historie, red. J.-Ch. Brisard, C. Quétel)

„Dzieci dyktatorów” to publikacja, której podstawowym celem jest popularyzowanie wiedzy historycznej poprzez pokazywanie związków polityki z prywatnością. W tym wypadku na plan pierwszy wysuwają się potomkowie tych, którzy mając nieograniczoną władzę, wykorzystują ją do niecnych celów, niszcząc swoich obywateli i skazując ich na wieloletnie cierpienie. Książkę tę, podobnie jak pozostałe z serii, tj. „Kobiety dyktatorów” i „Ostatnie dni dyktatorów”, dobrze jest czytać, znając choćby w minimalnym stopniu tło społeczno-historyczne rodzenia się i trwania poszczególnych dyktatur. Dzięki takiej wiedzy prezentowane historie wybrzmią mocniej, autorzy kolejnych prezentowanych portretów decydują się bowiem miejscami na schematyczność opowieści. Szkoda, że nie zdecydowano się na większe sproblematyzowanie tematu bycia dzieckiem dyktatora. Pewne elementy biografii powtarzają się, ciekawe byłoby więc zapoznanie się z proponowanymi przez autorów typami reakcji na życie uprzywilejowane, choć w specyficznej niewoli. Wśród historii, które możemy poznać, są zarówno życiorysy potomków dyktatorów już zmarłych, jak i tych, którzy nadal sprawują władzę. Właściwie brakuje tutaj opowieści radosnych i optymistycznych. Niezależnie od tego, czy dziecko jest kochane czy nie, czy akceptuje poczynania ojca, czy je kontestuje, czy kontynuuje jego dzieło, czy może się od niego odcina, życiorys takiej osoby skażony jest cierpieniem i koniecznością ciągłego pracowania nad sobą, by zostać zaakceptowanym przez rodzica. Ta toksyczna relacja między dzieckiem a ojcem jest bardzo interesująca. Okazuje się bowiem jednym z fundamentów dla późniejszych złych, nieszczęśliwych lub drastycznych dla otoczenia decyzji, podejmowanych po to tylko, by być zauważonym przez ojca.


Dzieci dyktatorów. Prawdziwe historie, red. Jean-Christophe Brisard, Claude Quétel, przeł. Dorota Vinet, Wyd. Znak, Kraków 2015.

sobota, 10 października 2015

Blizna (Mur. 12 kawałków o Berlinie, red. A. Wójcińska)

Zbiór reportaży pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej to intrygujący portret muru berlińskiego, przywoływanego nie tylko w sposób dosłowny, ale i metaforyczny. Duże uznanie należy się pomysłodawczyni tomu za niebanalne podejście do tematu i odsłonięcie różnorodności i wielości wpisanych we wspomnienie tego, co dzieliło, pamięć o przeszłości i współczesne renegocjowanie sensów. Polscy i niemieccy reporterzy pokazują, jak mocno mur berliński wrył się w biografie ludzi oraz jak bardzo jest obecny także dzisiaj, gdy nawiązywać możemy do niego jako do symbolu. Ważnym uzupełnieniem tekstów są surowe, zakorzenione w codzienności zdjęcia Filipa Springera. Opatrzone komentarzem budują napięcie wokół słowa „blizna” – ślad po murze jest ciągle obecny wizualnie, ale i poprzez konsekwentne zawierzenie pamięci. Łączenie tego, co było, z tym, co jest lub co przyszło po upadku muru berlińskiego, stanowi nie tylko fascynującą analizę słowa „pojednanie”, ale i okazuje się znakomitą i mocną w swojej wymowie refleksją o polityce, która niszczy życie zwykłych ludzi. Na uwagę zasługują reportaże poświęcone tęsknocie za wolnością i uwikłaniu w historię. Zapada w pamięć opowieść o tych, którzy kopali tunele po to, by umożliwić ludziom ucieczkę i by wesprzeć łączenie się rodzin („Fluchthelfer” Agnieszki Wójcińskiej). Autorce udaje się oddać dramatyzm tamtych czasów oraz nostalgię wpisaną w teraźniejsze wspominanie przeszłości. Interesujący, bo odsłaniający schizofreniczny wymiar pojednania, jest reportaż poświęcony synowi Helmuta Kohla, Walterowi („Rewolucja Waltera K.” Macieja Wasielewskiego). Nie ma tu zbędnego ekshibicjonizmu oraz nadużywania emocjonalności, dzięki temu większa jest siła rażenia opowieści. Autorzy reportaży, jak już wspominałam, nie tylko sięgają do przeszłości. Interesuje ich na przykład kwestia asymilacji imigrantów (Katarzyna Brejwo w „Tylko nie matura, córeczko” pisze o trudnych losach Turczynek, których rodziny odwołują się do mrocznej w tym wypadku tradycji honoru) czy radzenie sobie z historią młodych Izraelczyków decydujących się na zamieszkanie w Niemczech („Las palmowy, las sosnowy” Magdaleny Kicińskiej). Mur berliński staje się nie tylko ważną częścią biografii społeczeństwa i biografii jednostek. To także na tyle perfidny projekt zrealizowany przed laty przez ludzi dla ludzi, że do dzisiaj okazuje się i ostrzeżeniem, i zagrożeniem, i przypominającym „inny świat” wspomnieniem. Bardzo dobre.


Mur. 12 kawałków o Berlinie, red. Agnieszka Wójcińska, fotografie: Filip Springer, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

środa, 7 października 2015

Nie czytają, czytają, myślą (Szwecja czyta, Polska czyta, red. K. Tubylewicz, A. Diduszko-Zyglewska)

Publikacja pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którym nieobojętny jest fakt, że Polacy z roku na rok coraz mniej czytają. Na szczęście autorki zrezygnowały ze szczegółowej analizy wyników badań ogłaszanych przez Bibliotekę Narodową, postawiły natomiast na pokazanie ludzi, którzy czytają, promują czytanie, są świadomi roli, jaką odgrywa literatura w życiu człowieka. Dzięki takiej przyjętej perspektywie książka ta nie stanowi zbioru ubolewań i narzekań, lecz odsłania swój pozytywny wymiar. W Polsce jest źle, nie ma tutaj więc hurraoptymizmu, ale może być lepiej, pojawia się więc nadzieja. Ważną zaletą tego arcyciekawego zbioru wywiadów okazuje się zderzenie Szwecji z Polską. Natkniemy się na rozmowy z tłumaczami, bibliotekarzami, wydawcami, promotorami czytelnictwa, twórcami. Każde z tych komunikacyjnych spotkań przybliża czytelnikowi różnice w traktowaniu literatury w obu krajach, pojawiają się też postulaty, które okazują się istotne zarówno w realiach polskich, jak i szwedzkich. Jednym z wielkich i ważnych tematów tej publikacji jest rola pełniona przez biblioteki. Rozmówcy zgodnie powtarzają, że potrzeba pieniędzy na zakup nowości, że warto zmieniać przestrzeń, by przyciągać nowych czytelników, że czytanie przypadkowych lektur może prowadzić do bardziej świadomych wyborów w przyszłości. Dostrzeżenie i mocne zaakcentowanie tego, że biblioteka to nie tylko miejsce pełniące funkcje usługowe, ale i miejsce, które powinno z założenia być przyjazne i bliskie, to bardzo ważny postulat. Książkę pod redakcją Tubylewicz i Diduszko-Zyglewskiej da się również czytać jako opowieść o zmieniającej się, malejącej i wypieranej przez działy promocji roli krytyka, agenta literackiego, wydawcy czy redaktora. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na różnice między Szwecją a Polską. Rodzimym autorom przydałby się z pewnością tak skuteczny Związek Pisarzy i Tłumaczy. Szwedom można również pozazdrościć ilości stron poświęcanych na kulturę w prasie codziennej. W rozmowach powracają często nawiązania do historii. Wskazywane są konsekwencje dla czytelnictwa wynikające z tradycji protestanckiej w Szwecji i katolickiej w Polsce. To, co szczególnie mocno wybrzmiewa, to konieczność tworzenia dobrych nawyków czytelniczych oraz inwestowania w podejście traktujące literaturę jako ważną część życia. Nie bez powodu mówi się tutaj i o księgozbiorach prywatnych, i o bibliotekach szkolnych, i o konieczności angażowania się w promocję czytelnictwa władz i podległych im instytucji. Tubylewicz i Diduszko-Zyglewska w trakcie spotkań ze swoimi rozmówcami pokazują bowiem, że czytanie jest nie tylko czynnością prywatną, a nawet intymną, ale że pozostaje również aktywnością społeczną. Ważną, bo wpływającą na sposób myślenia i działania wspólnoty.


Szwecja czyta, Polska czyta, red. Katarzyna Tubylewicz, Agata Diduszko-Zyglewska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

poniedziałek, 5 października 2015

(Nie)solidarność kobiet (A. Nietresta-Zatoń, Pustostan)

Wątek niełatwych, toksycznych nawet, relacji między matką i córką nie jest niczym nowym. Pokazanie, że solidarność kobieca bywa czymś rzadko spotykanym, a nie normą, również. Agnieszka Nietresta-Zatoń częściowo zatem wyważa już otwarte drzwi. Nie można jednak odmówić tej powieści świeżości i urokliwego, zakładam, że świadomego, rozemocjonowania, powodowanego ostatecznością przytłaczającej i doświadczanej na co dzień przeciętności. Debiutancką powieść autorki można więc z powodzeniem uznać za interesującą odsłonę literatury środka. Kobiety jako bohaterki tej historii, kobiecy los i kobiece cierpienie, kobiece skazanie wreszcie na rezygnację z marzeń to motywy eksplorowane w książce na różne sposoby. W trakcie lektury tej, powtórzę, intrygującej powieści trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że czarno-biała wizja świata, na jaką decyduje się debiutantka, nazbyt szybko zaczyna pobrzmiewać fałszem z powodu swojej jednostronności i oczywistości. Dziewczynki tłamszone przez matki stają się kobietami, które nie umieją walczyć o siebie. Choć odejście z rodzinnego domu ma być ucieczką do wolności, tak naprawdę zamienia się w piekło małżeńskiej niewoli. Mężowie okazują się tyranami albo w sensie fizycznym, albo psychicznym, dzieci chętniej się uczą tej wizji świata, od której odcina się matka, a dorosłość kobiet nie ma w sobie nic z wyzwalającego lotu, dzięki któremu niezależność jest usankcjonowana. Trudno mówić w tym przypadku o wiarygodności psychologicznej postaci, raczej o uproszczonym stypologizowaniu bohaterek. Jeden z obmyślonych przez autorkę wątków budzi też pewne wątpliwości. Mąż Zosi jest naukowcem, który zostaje oszukany i okradziony z wyników badań przez współpracującego z nim kolegę. Problem w tym, że wszystko odbywa się na konferencji, kiedy to ów kolega w trakcie prezentacji przypisuje sobie wszystko to, co udaje im razem ustalić. Mąż Zosi czuje się oburzony i oszukany. Sytuacja ta jest mało wiarygodna. Z prostej przyczyny. Uczestnicy konferencji naukowej znają z wyprzedzeniem jej program. Jeśli więc mąż Zosi został pominięty jako współautor, powinien to zauważyć wcześniej, czytając plan wystąpień. Jeśli natomiast w programie figurował jako współautor, nie mógł tak po prostu zostać zignorowany, bo powinien z kolegą referować wyniki badań. Ta istotna dla rozwoju dramaturgii sytuacja za sprawą powyższych nieścisłości traci moc rażenia. Nietresta-Zatoń nie uchroniła się przed typowymi błędami debiutantki, jednocześnie jednak jest na tyle wyrazista i interesująca, że jej pisaniu warto się przyglądać. „Pustostan” to powieść, która wciela w życie typowe feministyczne hasła o cierpieniu wpisanym w „ciało-w-ciało z matką” i o potrzebie solidarności kobiecej. Typowe, bo czytelniczka mająca za sobą lektury o podobnej tematyce, z pewnością nie podda się zachwytowi, dostrzegając w tej opowieści wtórność. Z kolei czytelniczce preferującej tzw. literaturę kobiecą, nieprzyzwyczajonej do tego typu problematyki, powieść na pewno się spodoba.


Agnieszka Nietresta-Zatoń, Pustostan, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. 

niedziela, 4 października 2015

Codzienność i historia (M. Surosz, Ach, te Czeszki)

Pięć lat po znakomitym tomie „Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów” czytelnik może znowu poznawać losy naszych sąsiadów, tym razem tylko w wersji kobiecej. W obu książkach Surosz decyduje się na przewrotny gest. Nadając swoim publikacjom takie a nie inne tytuły w pewnym sensie odwołuje się i do stereotypu, i do radości czy poczucia humoru kojarzonych z Czechami. Tymczasem i w „Pepikach”, i w „Ach, te Czeszki” mamy do czynienia z opisem dramatycznych losów ludzi, których codzienność i prywatność zostaje złamana przez Wielką Historię i politykę. Surosz doskonale łączy to, co zwykłe i powszednie, z tym, co nieprzeciętne i nadzwyczajne. Tak jest w przypadku obu książek. W „Pepikach” tytuły poszczególnych rozdziałów to słowa odwołujące się do zawodu lub roli społecznej pełnionej przez bohatera lub bohaterkę opowieści. W „Ach, te Czeszki” Surosz stawia na większe upodmiotowienie. Tytuły kolejnych rozdziałów to imiona kobiet, których biografie zostają sportretowane. Najnowsza publikacja autora charakteryzuje się, takie mam wrażenie, większymi walorami poznawczymi. Czytelnik z pewnością nie będzie znał wszystkich bohaterek książki. Surosz ciekawie łączy gatunek reportażu biograficznego i historycznego z esejem. W trakcie lektury trzeba na to połączenie zwrócić uwagę. Dużą zaletą narracji zastosowanej przez autora jest przenikanie wprowadzenia społeczno-historycznego z życiorysami konkretnych bohaterek. Dzięki temu poznajemy niebanalne postaci, nie tracąc jednocześnie atmosfery czasów, w których owe kobiety żyły. Surosz pokazuje skomplikowane losy Czechów, nie poprzestając na uwikłaniu w faszyzm lub komunizm. Nie znaczy to, oczywiście, że wspomniane ideologie nie wybrzmiewają tutaj mocno. Zapadają w pamięć dramatyczne przeżycia aktorki Adiny Mandlovej (obowiązkowo trzeba w tym kontekście przypomnieć sobie historię Lídy Baarovej) czy gimnastyczki Vĕry Čáslavskiej. Surosz pisze jednak również o niełatwych doświadczeniach Czechów żyjących na Wołyniu, czy o trudnych kontaktach czesko-polskich na Zaolziu i czesko-niemieckich w Sudetach. Nie unika też pokazywania wyzwań natury religijnej. Mamy więc portret Petry Šáchovej, kapłanki Czechosłowackiego Kościoła Husyckiego, w młodości modelki, czy reportaż o dramatycznych losach historyczki sztuki i zarazem żarliwej katoliczki, Růženy Vackovej, która wiele lat spędziła w więzieniu.


Mariusz Surosz, Ach, te Czeszki, Wyd. W.A.B., Warszawa 2015.