sobota, 27 maja 2017

Witalność kontra umieranie (P. Roth, Teatr Sabata)

Powieść Rotha tylko pozornie skupia się na korzystaniu z życia i eksperymentowaniu w sferze seksualnej. Owszem, znaczna część książki to opis niekonwencjonalnego związku Sabata i jego kochanki Drenki. Pełno tu opisów prowokacyjnych sytuacji, swobodnego traktowania wierności, eksperymentowania ze sobą i z innymi, podglądania i współuczestnictwa, tak chyba można powiedzieć, erotycznego. Jednocześnie jednak książka ta wbrew przerysowanej witalności, która tutaj dominuje, stanowi tak naprawdę opowieść o schyłku. Obserwujemy bowiem schyłek dosłowny – bliskość i obecność śmierci zmienia priorytety, a emocje, które wcześniej wydawały się tylko niszczeniem dobrej zabawy, wysuwają się na plan pierwszy. Jesteśmy świadkami pożegnania z miłością, z pożądaniem, z przekonaniem, że seks z kolejną osobą może przynieść nowe, niepowtarzalne doznania – to, co było czytelne i oczywiste, komplikuje się i rodzi mnóstwo wątpliwości. Przyglądamy się również pożegnaniu przeszłości i rozpaczliwej próbie otwarcia się na koniec – targnięcie się na własne życie, nawet cudzymi rękoma, okazuje się wcale nie takie proste. Sabatowi wydaje się, że panuje nad wszystkim, co się wokół niego dzieje, co więcej czuje się reżyserem kolejnych podniecających sytuacji, które wzmacniają odczuwaną przez niego rozkosz. Kiedy nagle gra zostaje przerwana, mężczyzna nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji. Erotyczne rozpasanie i seksualne eksperymenty zostają wyparte przez dojmującą świadomość śmierci i konieczność pożegnania. W efekcie pochwała witalności zamienia się w niechętne witanie umierania.

Philip Roth, Teatr Sabata, przeł. Jacek Spólny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

piątek, 26 maja 2017

Rany, których nie widać (A. Indridason, Ciemna rzeka)

Tym razem Erlendur, bohater kryminalnego cyklu Indridasona, jest właściwie nieobecny. Dowiadujemy się co prawda, że chyba ma jakiś problem, ale ten, jeśli faktycznie zaistniał, zostanie zapewne opisany w kolejnej odsłonie cyklu. Śledztwo w sprawie morderstwa prowadzi Elinborg, policjantka, która nie traci z oczu żadnych szczegółów, zwraca uwagę nawet na zapachy, a te są ważne w powieści, jednocześnie pozostaje troskliwą matką i kochającą żoną. Zbrodnia, którą zajmuje się bohaterka, tylko pozornie dotyczy ofiary. Znaleziono mężczyznę z precyzyjnie podciętą szyją, ubranego w cudzą koszulkę, ze śladami pigułki gwałtu w kieszeni. Wszystko wskazuje na to, że właśnie ów środek jest kluczem do rozwiązania zagadki. Najprawdopodobniej mężczyzna faszerował tym swoje ofiary, gwałcił je, gdy były nieprzytomne, aż wreszcie któraś z nich się na nim zemściła. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Dość powiedzieć, że Elinborg dociera nie tylko do dawnych znajomych ofiary, do jego matki, ale i do innych spraw, które pozostały nierozwiązane, a być może mają związek z morderstwem. Autor ciekawie rozplanowuje pytania i odpowiedzi, które udaje się uzyskać. Stopniowo zaczynamy bowiem nie tyle chcieć wiedzieć, kto zabił, co raczej kibicujemy, aby mordercy nie aresztowano. Dosłowne odebranie życia zostaje bowiem zderzone z symbolicznym zabijaniem poprzez gwałt. Pokazanie tego, jak dramatyczne i destrukcyjne jest to doświadczenie dla ofiar, skutkuje zrozumieniem dla tego lub tej, kto najprawdopodobniej postanowił się zemścić. I właśnie to etyczne uwikłanie wydaje się w tej powieści najciekawsze.


Arnaldur Indridason, Ciemna rzeka, przeł. Jacek Godek, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

czwartek, 25 maja 2017

Krzyk milczenia (M. Grynberg, Rejwach)

„Rejwach” to znakomity tom krótkich impresji prozatorskich, niezwykle skondensowanych i poruszających w swojej wymowie historii, doskonale opowiedzianych życiorysów, dla których nadmiar słów byłby pomyłką, a oszczędność w ich używaniu tylko wzmaga siłę rażenia. Grynberg unika egzaltacji, rezygnuje z upiększeń, panuje nad swoją prozą. Nie próbuje grać emocjami, nie odwołuje się do oczywistych wzruszeń, wymaga od czytelnika uwagi i gotowości zmierzenia się z tym, co choć bywa milczeniem, tak naprawdę jest przeraźliwym krzykiem. Krótkie, często zaledwie trzystronicowe teksty, mają w sobie wiele sensów. Choć dotyczą biografii konkretnych bohaterów, układają się w opowieść o dramatycznych losach tych, dla których XX wiek okazał się mało łaskawy. To historie Żydów, ale tak naprawdę narodowość nie ma tu znaczenia, bo równie dobrze można by powiedzieć, że to historia społeczeństwa polskiego, które ma problem z niektórymi swoimi członkami. Książka ta stanowi próbę upomnienia się o człowieczeństwo, o prawo do podstawowych wartości, o dobro przeciwko złu, o pamięć zamiast zapominania, o akceptację, a nie triumf nienawiści. Szczególnie bolesny wydaje się powracający w kolejnych tekstach motyw samotności wynikającej z konieczności ukrywania własnej tożsamości, pamiętania tragicznej przeszłości i milczenia związanego z niechęcią do cofania się do przeszłości. Bohaterom zostaje odebrany głos nie tylko w symbolicznym geście przemiany ratującej życie w okresie II wojny światowej, ale i poprzez odczuwany społeczny przymus nieujawniania prawdziwego życiorysu. Dodatkowym dramatem pieczętującym osamotnienie bywa konieczność ukrywania tożsamości przed najbliższymi – czasami ze strachu, że nie zaakceptują, czasami z przyzwyczajenia i nieumiejętności znalezienia właściwego momentu na rozmowę, czasami z niepokoju, że wiedza może być źródłem problemów. Historie opowiedziane w tomie mają charakter prywatny, nawet niekiedy intymny, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo celnie charakteryzują społeczeństwo polskie. Choć bohaterowie kryją się ze swoim bólem, nie oskarżają w sposób bezpośredni, próbują oswoić towarzyszące im na co dzień cierpienie, to jednak fakt, iż nie mogą mówić i zwykle długo milczą, odsłania nie tylko problemy z komunikacją, ale i problemy z etyczną odpowiedzialnością, jakie mają Polacy. Lektura obowiązkowa.


Mikołaj Grynberg, Rejwach, Wyd. Nisza, Warszawa 2017. 

środa, 24 maja 2017

Razem i osobno (B. Wells, Koniec samotności)

Benedict Wells, podobnie jak dobrze znany polskim czytelnikom Ferdinand von Schirach, jest wnukiem Baldura von Schiracha. Zmienił jednak nazwisko, a to, jak teraz się nazywa, jest dowodem na fascynację twórczością Johna Irvinga. „Koniec samotności” to pierwsza książka autora wydana w Polsce. Autora, dodajmy, który odniósł wielki sukces w Niemczech. Choć okładka książki może rodzić skojarzenia z tzw. popularną prozą kobiecą, szkoda byłoby, gdyby ktoś z tego właśnie powodu zrezygnował z lektury. Historia zaproponowana czytelnikom przez Wellsa daleka jest bowiem od banalności i powierzchowności typowej dla popliteratury. Wells pisze raczej literaturę środka, ale taką, której blisko jest do literatury artystycznej. Nie eksperymentuje z językiem ani z formą, choć sposób podzielenia tekstu na części wskazuje na przemyślane operowanie słowem i świadome ujawnianie kolejnych wydarzeń ważnych dla rozwoju fabuły. Historia, którą opowiada, podszyta jest cierpieniem, na które nie ma recepty, tożsamościowym zagubieniem, które nieustannie trzeba negocjować, wreszcie jednoczesnym zakorzenieniem w życiu i wykorzenieniem. Wells pokazuje, jak można żyć, będąc mocno w teraźniejszości i jednocześnie nie opuszczając przeszłości. Jules, narrator powieści, jest człowiekiem samotnym. Najpierw jako mały chłopiec traci rodziców, potem w domu dziecka traci kontakt z rodzeństwem, wreszcie kiedy odnajduje bliską osobę, tę najważniejszą, ją również traci. Pewne rzeczy udaje się mu odbudować, pewne zyskuje tylko na chwilę, jeszcze inne naznaczają go na całe życie, choć wydają się tylko epizodem. Wells unika łatwych rozwiązań, nie interesuje go cukierkowy happy end, rezygnuje też z oczywistości niosących złudzenie pocieszenia. Historia opowiedziana przez pisarza nie gloryfikuje ani samotności, ani wagi obecności drugiego człowieka. W pierwszym przypadku odsłania paradoks z samotności wynikający – wszystko, nawet to, co robimy z kimś, przeżywamy tak naprawdę w samotności, nie jesteśmy w stanie przekazać Innemu dokładnie tego, co czujemy, zawsze więc towarzyszy nam rodzaj niedosytu i opuszczenia wynikającego z niemożności stworzenia więzi pełnej, totalnej. W drugim przypadku pokazuje, jak istotne jest bycie z kimś, kto nas akceptuje, kibicuje nam, towarzyszy w trudnych chwilach i wybacza. Dopiero z drugim człowiekiem owa pierwotna samotność staje się bardziej znośna.


Benedict Wells, Koniec samotności, przeł. Viktor Grotowicz, Wyd. Muza, Warszawa 2017. 

wtorek, 23 maja 2017

Poszerzanie granic (M. Zygar, Wszyscy ludzie Kremla. Tajne życie dworu Władimira Putina)

Na polskim rynku wydawniczym znajduje się wiele książek poświęconych współczesnej Rosji. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się postać Putina. Michaił Zygar, choć pozornie porządkuje wydarzenia dobrze znane tym, którzy interesują się sytuacją społeczno-polityczną Rosji, tak naprawdę proponuje opowieść nieco odmienną. O tym, że książka Zygara różni się od innych, świadczy chociażby ciekawa perspektywa, jaką przyjmuje autor. Mamy tu bowiem do czynienia z pokazywaniem kolejnych odsłon Putina poprzez opowiadanie o ludziach będących blisko prezydenta i cieszących się w różnym stopniu i w różnym czasie jego względami. Totalność władzy prezydenta zostaje więc ukazana nie poprzez bezpośrednią krytykę jego osoby, ale za pomocą biografii tych ludzi, którzy realizują jego rozkazy oraz mają realny wpływ na wizerunek medialny władcy (sic!) i jego przemiany. Zygarowi udaje się uchwycić i ciągłość dominacji Putina, i ewolucję postaw przez niego preferowanych, i przemiany, jakie daje się dostrzec w kontekście relacji z Zachodem, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi, oraz elitami własnego kraju. Autor rekonstruuje nie tylko wydarzenia, które można potraktować jako punkty zwrotne, ale i odsłania emocje towarzyszące polityce wtedy, gdy dochodzi do rozczarowań, publicznego zlekceważenia lub zawiedzionych nadziei. „Wszyscy ludzie Kremla” to historia sondowania własnego społeczeństwa oraz opinii światowej, a w konsekwencji stopniowego poszerzania i przekraczania kolejnych granic. Zygara interesują różne oblicza Putina – od prawie reformatora do prawie dyktatora. Dodaję „prawie”, by zasygnalizować niuansowanie biografii Putina i unikanie kategorycznych przyporządkowań. Autor sięga po sugestywne metafory, łącząc nazwisko Putina z przymiotnikami określającymi przywódców znanych z historii: Putin I Lwie Serce, Putin II Wspaniały, Carewicz Samozwaniec, Putin III Groźny i Putin IV Święty. Dzięki temu pokazana zostaje i nietypowość sprawowanej władzy, i jej ciągłość, i powtarzalność jednocześnie.


Michaił Zygar, Wszyscy ludzie Kremla. Tajne życie dworu Władimira Putina, przeł. Agnieszka Sowińska, wstęp: Wacław Radziwinowicz, Wyd. Agora, Warszawa 2017. 

piątek, 19 maja 2017

System, przed którym nie ma ucieczki (P. Reszka, Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy)

Reportaż Pawła Reszki pomyślany jest jako zbiór wypowiedzi ludzi pracujących w zawodzie lekarza poprzetykanych obserwacjami własnymi. Reporter zatrudnia się bowiem jako sanitariusz, zyskuje więc częściowy dostęp do świata, który opisuje. Kiedy więc na przykład pisze o zobojętnieniu na pacjenta, przygląda się również sobie, zastanawiając się, kiedy ów brak empatii stanie się jego udziałem. Wbrew pozorom „Mali bogowie” to nie jest reportaż, w którym dochodzi do oskarżenia lekarzy i napiętnowania popełnianych przez nich błędów. Jeśli mielibyśmy mówić o obnażeniu pewnych nieprawidłowości, to chodzi w tym przypadku o pokazanie bezduszności systemu, który niszczy ludzi na starcie, zmuszając ich do rezygnacji z idei na rzecz pragmatyzmu. Wysłuchując swoich bohaterów, tych aktywnych w zawodzie długo i tych dopiero rozpoczynających pracę lekarza, reporter odkrywa powtarzające się doświadczenia, które mają charakter formacyjny. Niestety, zwykle owo budowanie tożsamości opiera się na rezygnacji z marzeń i ideałów. Mamy więc pracę ponad siły i wielogodzinne dyżury, mamy niechęć starszych do przekazywania wiedzy młodym, mamy staże, które są tak naprawdę fikcją, i trudności z nabyciem praktycznych umiejętności, mamy podejrzliwość pacjentów i wzajemny brak zaufania, mamy problemy komunikacyjne i brak pieniędzy. Szczególnie poruszające okazuje się deklarowane wielokrotnie rozczarowane związane z koniecznością przewartościowania własnego myślenia o służbie zdrowia. Reszka pokazuje, że mamy w Polsce nie tylko mnóstwo krytykujących pacjentów, ale i wielu sfrustrowanych lekarzy. Człowiek przegrywa w tej walce z systemem. Przegrywa pacjent i przegrywa lekarz. Do refleksji.


Paweł Reszka, Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy, Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2017. 

czwartek, 18 maja 2017

Samotność, ambicja czy miłość? (W. Kuczok, Czarna)

Kolejna powieść ukazująca się w serii „Na f/aktach” wyróżnia się na tle pozostałych pod względem językowym. Jest chyba najbardziej literacka. Kuczok, a jego czytelnicy znają go od tej strony, bawi się językiem, zaskakująco zderza ze sobą różne słowa, buduje swoją opowieść poprzez wykorzystanie rytmu zdania i pewnego tempa, które z niego wynika. Choć autor pozornie pisze powieść o miłości i zdradzie, tak naprawdę szybko odkrywamy, że dużo ważniejsze w tej historii są inne kwestie. To tzw. drugie dno opowiadanej historii jest więc dużo ciekawsze i dużo bardziej skomplikowane, nie tylko dlatego, że prowadzi do zbrodni. Kuczokowi udaje się pokazać narodziny szaleństwa w sytuacji, w której pozornie króluje banalność. Bo przecież zdrada małżeńska, romans i stopniowe wygaszanie związku na boku, nie mają w sobie nic oryginalnego. Pisarz wydobywa jednak na wierzch dużo więcej sensów niż te, które wynikają w sposób najbardziej oczywisty z narodzin i końca miłości. Pojawia się więc wątek uprzedmiotowienia kobiety. Kochanka Jeremiego, Maryśka, zostaje bowiem przekazana mu przez innego mężczyznę. Bardzo mocno zaakcentowano wyobcowanie i samotność wspomnianej Marii. Miała większe ambicje, została nauczycielką w niewielkiej miejscowości i mieszka razem z nadopiekuńczą i nieco toksyczną matką. Traktowana jest przez rodzicielkę jak dziecko, a kiedy próbuje się uniezależnić, okazuje się, że jest to dosyć skomplikowane. Warto zwrócić uwagę na ewolucję miłości Jeremiego i Maryśki – od erotycznej fascynacji do obsesyjnego przywiązania i niezgody na rozstanie. Nie można również pominąć bardzo ciekawego portretu małej, bezlitosnej społeczności, która nie wybacza ludziom wyborów niezgodnych z akceptowanym przez nich modelem życia. Ciekawa jest także rola żony – kobiety pozornie biernej, zrezygnowanej, która nagle zaczyna bardzo aktywnie wyrażać swoje zdanie w związku, by ostatecznie po tragedii stać się osobą zgodną i wybaczającą. Niebanalnie zostaje także pokazany syn Jeremiego. Wciągnięty niechcący w konflikt dorosłych staje się jego aktywnym uczestnikiem w wymiarze, którego nikt by się nie spodziewał.


Wojciech Kuczok, Czarna, Wyd. Od Deski do Deski, Warszawa 2017. 

środa, 17 maja 2017

(Nie)pewność powtórzenia (M. Wroński, Czas Herkulesów)

Kryminalna seria z komisarzem Maciejewskim w roli głównej to obok cyklu Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku chyba najbardziej znana propozycja spod znaku retro. „Czas Herkulesów” to dziewiąta część i, jak dowiadujemy się z czwartej strony okładki, ostatnia. Wroński wydaje się już nieco zmęczony swoim bohaterem. Choć mamy do czynienia z zamknięciem serii, czytelnik oczekujący jakiegoś wyjątkowo zaskakującego, nieoczywistego, puentującego finału może być zawiedziony. Pisarz proponuje odbiorcy tylko, choć zważywszy na poziom tych książek, może i aż, kolejną odsłonę cyklu. To dobra rzemieślnicza robota, bez fajerwerków, z motywami, które w różnych konfiguracjach już się pojawiały w twórczości Wrońskiego – po prostu solidna pod względem literackim rozrywka. Wspominam o prawdopodobnym zmęczeniu autora bohaterem, gdyż właśnie owa przewidywalność, pewna powtarzalność, a nawet wtórność w stosunku do własnych wcześniejszych powieści, pozwala przypuszczać, iż przygody Maciejewskiego z ciekawego wyzwania stały się ciężkim obowiązkiem. Odwołuję się, oczywiście, do osiągniętego efektu, nie próbuję, bo byłoby to śmieszne, psychoanalitycznie traktować autora. Faktem jest, że o ile kolejne części czytane niezależnie w dużych odstępach czasu znakomicie zdają egzamin, o tyle poznawane w trybie seryjnym, bez owego oddechu czasowego, stają się bardzo podobne do siebie i zlewają się w jedno. W „Czasie Herkulesów” Wroński przenosi swojego bohatera do Chełma końca lat trzydziestych XX wieku. Maciejewski pełni funkcję oficera inspekcyjnego i kontroluje miejscową komendę, którą dowodzi jego dawny przełożony. Pisarz wykorzystuje ów fakt to pokazania gry toczonej między mężczyzną, który kiedyś miał władzę, a przybyszem, który pewne przywileje posiada obecnie. Kiedy okazuje się, że w mieście dochodzi do morderstwa, o które podejrzany jest znany zapaśnik, Maciejewski postanawia wtrącić się w śledztwo. Szybko okazuje się, że zapaśnicze walki mają swoje drugie dno, że przedstawiciele elit skrywają pewne tajemnice, że dziennikarze są stronniczy, a wśród ludzi króluje antysemityzm. Czyta się dobrze. Jak zwykle, chciałoby się powiedzieć. Ale ponieważ to ostatnia część cyklu, trzeba zaznaczyć, że letniość reakcji, wywoływana przez powieść, to jednak trochę za mało.


Marcin Włodarski, Czas Herkulesów, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

wtorek, 16 maja 2017

Ojciec na co dzień (K. Kruczkowski, Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie)

Książka Konrada Kruczkowskiego może być czytana równolegle z inną publikacją reporterską na temat ojcostwa, a mianowicie z „Ojcami szóstego levelu” Magdaleny Szwarc. Kruczkowski również przetyka swoje reporterskie portrety wypowiedziami ekspertów. Rozmowa z Jackiem Santorskim nie wypada tak ciekawie jak wywiad z Jarosławem Szulskim. W pierwszym przypadku znany psycholog wydaje się podchodzić sceptycznie do wszystkiego, co przełamuje oczywisty podział ról. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego pojmowanie ojcostwa jako siły i odpowiednika tego, co symbolizuje świat zewnętrzny, jest dość schematyczne. Dużo ciekawsze są wypowiedzi drugiego rozmówcy Kruczkowskiego – nauczyciela. On z kolei jest bardzo otwarty na przekraczanie granic, poszukiwanie własnej drogi, dawanie młodzieży wolności i subtelne kontrolowanie ich samodzielności. Wywiady nie są jednak najważniejsze w przypadku tej publikacji. Mamy przecież do czynienia ze zbiorem reportaży. Bohaterami poszczególnych tekstów są ojcowie, którzy doświadczają rodzicielstwa w sposób nieco odmienny, ale równie intensywny i pełny jak ci, którzy nie muszą pokonywać żadnych własnych ograniczeń. Poznajmy więc ojca niesłyszącego, ojca zajmującego się dzieckiem autystycznym, ojców jeżdżących na wózku, ojca, którego żona odebrała sobie życie, a on pozostał opoką dla swoich dzieci, ojców, którzy próbują analizować własną rolę, czy ojca, który razem z żoną zajmuje się dziećmi w ramach rodziny zastępczej. Różne wyzwania, różne problemy, różne reakcje otoczenia, różne sytuacje zmuszające do zastanawiania się nad tym, kim się jest – niezależnie jednak od tego, jak odmienne są doświadczenia opisywanych ojców, jedno ich łączy: miłość do dzieci i przekonanie, że relacja, jaką z nimi budują, jest niezwykle ważna. Kruczkowskiemu udaje się tę więź pokazać, ale i – co równie ważne – udaje się mu uniknąć sentymentalizmu i naiwności, o które przy opisywaniu wielu przeżyć nietrudno. Fakt ten z pewnością warto docenić.

Konrad Kruczkowski, Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie, zdjęcia: Agnieszka Wanat, Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2017. 

poniedziałek, 15 maja 2017

Walka o sprawiedliwość (J. Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)

Reportaż Leovy czyta się jak korespondencję z pola walki, kryminał i powieść zaangażowaną społecznie w jednym. W książce tej da się również wskazać elementy biografii oraz próbę uwiecznienia zmian zachodzących w najnowszej historii. Autorka nie oferuje złudzeń. Bardzo mocno akcentuje, wykorzystując do tego celu wspomnienia autentycznych wydarzeń oraz dane statystyczne, powszechność zabójstw czarnoskórych mieszkańców dużych miast oraz obojętność policji jako reakcję na dramat uderzający w całe rodziny. Los Angeles przypomina w tym względzie dżunglę. Getta, do których lepiej się nie zapuszczać ani w nocy, ani za dnia, wojny miedzy gangami, przypadkowość śmierci wielu osób umierających na ulicach. Reporterka kładzie również nacisk na wiek ofiar. Często są to nastolatkowie lub młodzi mężczyźni, którzy niedawno przekroczyli dwadzieścia lat. Leovy buduje napięcie odwołując się nie tylko do wagi podejmowanego problemu, ale i poprzez skupienie uwagi czytelnika na konkretnej historii, obrazującej pewien schemat, choć jednocześnie ów schemat przełamującej. Reporterka nie ukrywa, że obojętność na śmierć czarnych, lekceważenie tych śmierci jako typowych dla środowisk rzekomo przestępczych, wreszcie powtarzalność mordów dziejących się na ulicach w ramach nagłych strzelanin, które trudno przewidzieć i przed którymi trudno się uchronić, zatrważają. Leovy obrazuje ów fakt poprzez następującą scenę – całkiem spokojna ulica, po której idzie dwóch, trzech nastolatków, nagle podjeżdża samochód, rozlegają się strzały, pojazd znika, na chodniku zostaje umierający człowiek. Mieszkańcy dzielnicy czują się rozżaleni brakiem sprawiedliwości, jednocześnie od razu zakładają, że jej nie doświadczą. Biali policjanci spotykają się więc często z agresją nawet wtedy, gdy faktycznie próbują pomóc i prowadzą śledztwo. „Wszyscy wiedzą”, jak już wspomniałam, to nie tylko historia zobojętnienia na śmierć człowieka wtedy, gdy ma on ciemny kolor skóry, ale i opowieść o konkretnym zabójstwie, śledztwie, rozprawie sądowej i wyroku. Mamy więc niewinną ofiarę – spokojnego chłopaka, który jest synem policjanta i ginie zastrzelony na ulicy, mamy zmowę milczenia miejscowej społeczności, mamy cierpiącą rodzinę i zdeterminowanego detektywa, który nie spocznie, póki nie znajdzie winnego, mamy wreszcie sceny w sądzie, w trakcie których pokazana zostaje nierówna walka dobra ze złem. To raport bezpośrednio z pola walki i bezpośrednio z miejsc, od których chętnie odwracamy wzrok. Niesłusznie, bo los doświadcza mieszkających tam ludzi wyjątkowo mocno.


Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce, przeł. Janusz Ochab, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

niedziela, 14 maja 2017

Zysk czy strata? (J. Irving, Czwarta ręka)


Wznawianie kolejnych powieści Irvinga przez wydawnictwo Prószyński i S-ka to inicjatywa warta docenienia. Ten amerykański pisarze zasługuje na uwagę nie tylko z powodu umiejętności opowiadania dobrych historii. Równie cenne w jego pisarstwie jest łączenie tego, co niskie, z tym, co wysokie, gotowość do tworzenia scen, w których współistnieć może tragizm i wyzwalający śmiech, wreszcie zdolność do wydobywania absurdu z takich momentów, które pozornie dalekie są od niosących zaskoczenie skojarzeń. Cechy te widać doskonale w większości książek Irvinga. „Czwarta ręka” nie jest w tym względzie wyjątkiem. Wystarczy wspomnieć, że mamy tu do czynienia z odgryzieniem ręki przez lwy, że istnieje kobieta, która poruszona owym tragicznym wydarzeniem, namawia swojego męża, by w razie nagłej śmierci przeznaczył swoją dłoń dla ofiary, a kikut, stający się znakiem rozpoznawczym głównego bohatera, przynosi mu dość wątpliwą sławę, rozpoznawalność, ale i miłość. „Czwarta ręka” to powieść łącząca cechy literatury zaangażowanej (dziennikarz, którego okaleczyły lwy, upomina się o uczciwość i merytoryczność swojego zawodu, stojąc w kontrze do dominującej rozrywki), romansu à rebours (bohater tęskni za miłością, ale ponieważ jest wyjątkowo podatny na przychylność kobiet, ma na swoim koncie wiele związków na jedną noc), melodramatu (sposób, w jaki mężczyzna zaczyna myśleć o żonie swojego dawcy, wpisuje się w narracje o wielkiej, niemalże wyniszczającej miłości) i komedii erotycznej (namiętność zostaje tutaj zderzona z humorem sytuacyjnym i słownym, w efekcie mamy do czynienia z licznymi, paradoksalnymi nieco, odsłonami życia seksualnego bohatera). Irving potrafi utrzymać uwagę czytelnika, zaskoczyć go, rozbawić, a jednocześnie, trzymając ciągle w napięciu, mówić o rzeczach strasznych, śmiesznych i zwyczajnych jednocześnie. Czegóż chcieć więcej?


John Irving, Czwarta ręka, przeł. Maciej Świerkocki, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

sobota, 13 maja 2017

Niezgoda na zapomnienie (M.K. Piekarska, M. Piekarski, Syn dwóch matek)

„Syn dwóch matek” to książka bardzo interesująca co najmniej z kilku powodów. Na uwagę zasługuje zabieg formalny zastosowany w przypadku tej publikacji. Małgorzata Karolina Piekarską łączy własny tekst z zapiskami wspomnieniowymi nieżyjącego ojca. Choć to ona jest główną sprawczynią powstania książki, pozostaje lojalna w stosunku do rodzica, czyniąc go współautorem książki. Jednocześnie Maciej Piekarski jest adresatem tych fragmentów, które pisze dziennikarka. Córka zwraca się bezpośrednio do ojca, próbując symbolicznie nawiązać z nim rozmowę o sprawach ważnych, starając się przypomnieć to, co dzięki niemu poznała, akcentując jego rolę w całej historii, ale i w jej życiu. Piekarski jest również jednym z bohaterów opowieści. To jego rodzice przyjęli na wychowanie dziecko Zamojszczyzny, cudem uratowane z transportu do Oświęcimia. Jest, jak to ujmuje Piekarska, wojennym bratem Jana Tchórza, głównego bohatera tej książki. Dla poznania losów członków rodziny autorów ważna jest również inna kwestia. Choć cała opowieść faktycznie koncentruje się na tytułowym synu dwóch matek, czyli Janie Tchórzu, to tak naprawdę równie istotne okazują się przeżycia wspomnianych dwóch matek oraz kwestia przechowywania pamięci, świadomości przeszłości, prywatnej walki z zapomnieniem. Piekarska nie ukrywa, że istotnym punktem odniesienia w sensie ujawnionej wspólnoty przeżyć jest dla niej „Mała Zagłada” Anny Janko. Obie pisarki właściwie niespodziewanie odkrywają więź, która łączy – więź bolesną, naznaczoną licznymi niewiadomymi, formacyjnie kluczową, bo wyjaśniającą dziedziczenie pewnych emocji. Choć Piekarska nie jest w prostej linii córką dziecka Zamojszczyzny, to tak naprawdę od małego niezwykle uczuciowo podchodzi do historii stryja Jana. Fakt, iż kiedy doświadczał on wojennych traum, i kiedy odbierano go najpierw matce biologicznej, a potem przybranej, był małym dzieckiem, porusza szczególnie mocno i, jak wyznaje autorka, staje się podstawą lęku towarzyszącego jej nieustannie w dzieciństwie. „Syn dwóch matek” to publikacja oryginalnie łącząca przeżycia różnych pokoleń. Dla opowiedzianej historii ważne są i przeżycia tych, którzy ratowali malutkiego Jana Tchórza, i wspomnienia dorosłego Macieja Piekarskiego, także w wymiarze literackim, bo zostały one opublikowane na łamach „Stolicy”, i dziecięce oraz dorosłe rozumienie opisywanych wydarzeń przez Małgorzatę Karolinę Piekarską. Tak demokratyczne potraktowanie świadectw mówionych, pisanych i fotograficznych znosi hierarchizację budowaną przez zapomnienie. Dziedziczenie wiedzy, pielęgnowanie świadomości o wydarzeniach z przeszłością, radosne celebrowanie więzi z rodzinami „dwóch matek” okazuje się aktywnym życiowym manifestem na rzecz trwania pamięci i konieczności dbania o jej istnienie. Bardzo dobre.


Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski, Syn dwóch matek, Wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016. 

piątek, 12 maja 2017

Popowe fałszowanie rzeczywistości (A. Fryczkowska, Żony jednego męża)

Anna Fryczkowska to jedna z ciekawszych autorek popularnej literatury kobiecej – poszukująca, nieoczywista, próbująca grać z konwencjami. Z pewnością nie jest, jak przeczytamy w notce umieszczonej na skrzydełku, „jednym z najbardziej obiecujących nazwisk polskiej literatury popularnej”. Takie określenie, zważywszy na dorobek autorki, recepcję jej twórczości i nagrody, jest dosyć nieuprzejme w stosunku do pisarki. No ale wiadomo nie od dziś, że dziwne bywają skojarzenia tych, którzy zajmują się promowaniem autorów. Najnowsza powieść Fryczkowskiej to próba opisu nietypowego związku. W jednym domu żyje Wojtek, anglista, jego żona Tunia i córka Dobrochna oraz jego kochanka Anita i syn Janpaweł. Wszyscy się kochają, funkcjonują w przedziwnej symbiozie, wydają się szczęśliwi bez wyjątku. Oczywiście, do czasu. Bo kiedy mamy do czynienia z pewnym momentem zwrotnym dochodzi do kryzysu, ale ten, muszę to zdradzić, ostatecznie zostaje zażegnany. Niekonwencjonalnie, ale jednak. Na czwartej stronie okładki jako wyznawczyni takiego modelu związku zostaje przywołana Wisłocka z mężem i przyjaciółką. Zbanalizowanie tej relacji w owym odwołaniu reklamowym jest oczywiste. Osobom chcącym dowiedzieć się, jak dramatyczna i nieoczywista to była zależność, polecam lekturę książki Violetty Ozminkowski „Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Niestety, Fryczkowskiej nie udaje się oddać podobnych niuansów nawet częściowo. „Żony jednego męża” to najsłabsza powieść autorki. Sztampowi bohaterowie – żona z prowincji, uwielbia gotować i zajmować się domem, nie przepada za uprawianiem seksu, typowa kura domowa; kochanka z kolei to kobieta wyzwolona, aktywna zawodowo, namiętna, lekceważąca typowo domowe obowiązki, barwny ptak; mąż jest właściwie nijaki, zadowolony z dostępu do obu kobiet, nieskomplikowany emocjonalnie. Postaci, które opisuje autorka, są wyjątkowo papierowe. Ich relacje pozbawione są skomplikowania psychologicznego. Kiedy dochodzi do wspomnianego zwrotu akcji, od razu wiadomo, jak ostatecznie rozwinie się cała historia. Szczególnie żenujące i seksistowskie jest sugerowanie, iż tego typu relacja wszystkim uczestnikom związku tak naprawdę się podoba. Nawet jeśli delikatnie zasygnalizowane są takie stany jak niepewność, zazdrość, poczucie odsunięcia na bok, to ostatecznie autorka zmierza do konkluzji, że najlepszym rozwiązaniem będzie sojusz żony i kochanki. Rozumiem, że pomysł na taki związek mógł się wydać Fryczkowskiej literacko ciekawy, ale aby go zrealizować trzeba czegoś więcej niż banalne scenki rodzajowe, schematyczne postaci i przewidywalna fabuła. Lektura zbędna.


Anna Fryczkowska, Żony jednego męża, Wyd. Burda, Warszawa 2017. 

czwartek, 11 maja 2017

Czy wojna to na pewno przeszłość? (H. Ghesquière, Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie)

Reportaż francuskiego korespondenta wojennego można czytać równolegle z książką „Wojna umarła, niech żyje wojna”. Podobnie jak Ed Vulliamy w przywołanej publikacji Ghesquière postanawia wrócić do Bośni, którą poznał dobrze wtedy, gdy trwała wojna. Powrotowi towarzyszą pytania o zmiany, o dobrą, uczciwą pamięć, o skutki unieważniającego zapomnienia, wreszcie o kondycję psychiczną i pozycję społeczną dawnych ofiar i dawnych oprawców. Krótkie sceny przedstawiające różne problemy dostrzegalne we współczesności nie napawają optymizmem. Kolejne obrazy przedstawiane przez reportera odsłaniają przygnębiający obraz świata skażonego wojną i metaforycznie będącego w stanie wojny do dzisiaj. Kluczowy staje się problem, który eksponuje również Vulliamy, a mianowicie kwestia niemożności przebaczenia, bo nikt o wybaczenie nie prosi, i nierealności otwarcia się na przyszłość, ponieważ do końca nie domknięto przeszłości. Do dzisiaj nie są znane miejsca zbiorowego pochówku wielu zamordowanych, do dzisiaj wielu zbrodniarzy ma się dobrze, a miejscowa społeczności uważa ich za bohaterów, do dzisiaj nie pozwolono ludziom na przepracowanie żałoby, do dzisiaj triumfuje negowanie tego, co wydarzyło się pod koniec XX wieku. Ciągle obecne w przestrzeni ruiny, muzea, w których nie mówi się o zbrodniach, ale chwali się bohaterstwo, nazwy miejscowości, zmienione w czasie wojny w ramach dominacji okazywanej również w języku, które nadal nie nazywają się tak jak kiedyś, lekceważenie miejsc pamięci i kultywowanie zapomnienia. To wszystko opisuje Francuz. W relacjach wielu jego rozmówców pojawia się rozczarowanie, mowa jest o upokorzeniu, widać emocje i cierpienie. Osoby pojawiające się w reportażu zazwyczaj nie mają wątpliwości – wojna jest ciągle żywa, jest w nich, tylko na chwilę ucichła, czeka na moment, kiedy znowu zatriumfuje nienawiść, aby znowu wybuchnąć. Tego, że nienawiść ostatecznie zwycięży, rozmówcy reportera są pewni. Nie mają więc wątpliwości, że z koszmarem wojny trzeba będzie ponownie się zmierzyć.

Hervé Ghesquière, Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie, przeł. Justyna Nowakowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017.

środa, 10 maja 2017

Zaangażowanie (J. Valtonen, Nie wiedzą, co czynią)

Psychologiczna powieść Valtonena to bardzo ciekawy przykład zbudowania historii wokół namiętności i jej braku, pasji i obowiązku, prób zmieniania świata i usiłowania zachowania istniejącego status quo. „Nie wiedzą, co czynią” okazuje się niebanalnym głosem w sprawie zaangażowania. Nie tylko społecznego, ale – tak chciałoby się powiedzieć – jako takiego. Kiedy Joe Chayefski, młody mężczyzna, którego czeka wielka kariera naukowa, związuje się z Aliną i decyduje się na zamieszkanie w Finlandii, podejmuje decyzję. Kiedy postanawia wrócić do Stanów, zostawić żonę i dziecko, również podejmuje decyzję. Gdzieś w tle wspomnianych dwóch decyzji mamy pragnienie bycia naukowcem i realizowania swoich pasji tam, gdzie jest więcej możliwości. Znajdziemy też niezdefiniowaną do końca ucieczkę przed odpowiedzialnością, nieprzewidywalnością, innością. Joe ewidentnie lepiej się odnajduje w świecie, który dobrze zna. Finlandia, choć początkowo go intryguje, szybko okazuje się miejscem obcym i podatnym na krytykanctwo. Valtonen pisze zatem powieść o zaangażowaniu w pracę i braku zaangażowania w rodzinę. Prezentuje historię zaangażowania w badania naukowe i równie wielkiego zaangażowania w spokój i porządek panujący w najbliższym otoczeniu. Druga rodzina, jaką bohater zakłada w Stanach Zjednoczonych, jest dużo bardziej wpisana w rytm działań podejmowanych przez mężczyznę na co dzień. Wszystko zaczyna wyglądać inaczej, gdy ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt zaczynają oprotestowywać eksperymenty prowadzone przez Chayefskiego. Zaangażowanie jest po obu stronach. Joe uważa, że badania na zwierzętach są potrzebne, jego przeciwnicy są innego zdania i oskarżają go o zadawanie zbędnego cierpienia istotom żywym. Zderzenie tych dwóch wizji odbija się negatywnie na prywatności bohatera. Kiedy zaangażowani ekolodzy zaczynają zagrażać jego rodzinie, mamy do czynienia z jeszcze innym zaangażowaniem, a mianowicie próbą ochrony własnego bezpieczeństwa. Valtonen proponuje też czytelnikom opowieść o nieuchronności losu, a więc w pewnym sensie o zaangażowaniu przychodzącym ze strony przeznaczenia. Spotkanie po latach ojca i niewidzianego od wielu lat syna będzie zderzeniem dwóch racji – pozornej racjonalności i pozornego szaleństwa. Mamy też tutaj do czynienia z jeszcze innym konfliktem pokoleń. Joe i jego córki to z kolei tradycja i nowoczesność postawione naprzeciwko siebie, ale też istotne pytanie o granice korzystania, używania i bycia używanym przez nowe technologie.


Jussi Valtonen, Nie wiedzą, co czynią, przeł. Sebastian Musielak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

wtorek, 9 maja 2017

Uwodzeni przez idee (J.-W. Müller, Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie)

Książka Müllera to znakomita rekonstrukcja idei i ideologii poruszających świat do przodu, zatrzymujących go w miejscu i niszczących w sposób wyjątkowo destrukcyjny. Badacz oprowadza czytelnika po zaangażowaniu, któremu poddały się tłumy, przy jednoczesnej świadomości ciągłego istnienia praktyki instrumentalnego traktowania społeczeństwa. Rekonstruowanie konkurujących ze sobą idei, walki o władzę ukrywanej pod podszewką rzekomej troski o obywateli, wreszcie sporów towarzyszących nawet pozornie jednolitej ideowo myśli, odsłania rytm przemian politycznych oraz jest próbą zdefiniowania zapalnika uruchamiającego rewolucje. Demokracja, choć przerabiana na różne sposoby, odmiennie pojmowana, definiowana nieraz w sposób wzajemnie się wykluczający i przywoływana jako retoryczne wsparcie dla zapędów totalitarnych (sic!), zamienia się w stały punkt odniesienia. Paradoks sprowadza się bowiem do tego, że niezależnie jaka ideologia właśnie triumfowała, to demokracja w pewnym sensie była zwycięska, bo to do niej trzeba było się odnosić, ją próbowano unieważniać i jej sens usiłowano, absurdalnie niekiedy, renegocjować. Różnego rodzaju epitety, jakimi opatrywano właśnie demokrację, potwierdzają, że bycie przeciw niej, bycie z nią i bycie jej częścią łączy niemożność skonstruowania innego, bliskiego ideałowi systemu. Müller nie musi więc pisać peanu na jej cześć, wystarczy, że pokaże, jak często o niej dyskutowano, jak mocno wybrzmiewały niektóre głosy i jak głośno słychać w nich – tak, tak! – tęsknotę za ziszczonym marzeniem o państwie doskonałym. Badacz oprowadza czytelników po dwudziestowiecznych ideach, odsłaniając na przykład myślowe umocowanie komunizmu i faszyzmu, ale i prezentując chaos oraz atrakcyjność rewolty roku 1968. Na plan pierwszy wysuwają się nie wydarzenia historyczne, choć zostają one oczywiście przywołane, ale spory toczone między czołowymi ideowymi przywódcami i tymi, którzy postanowili z nimi stoczyć bój o umysły mas. Uwodząca siła idei wydaje się w kontekście opowieści Müllera kluczowa, a pytanie o to, kto porwał za sobą tłumy, kto przekonał intelektualistów, a kto otworzył oczy robotnikom i chłopom, towarzyszy nieustannie kolejnym odsłonom tej historii. Pytanie o demokrację zamienia się w pytanie o myśl, zdolną porwać za sobą tłumy i utrzymać je w zachwycie na tyle długo, by państwo mogło funkcjonować sprawnie i sprawiedliwie. Bardzo dobre.


Jan-Werner Müller, Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie, przeł. Jakub Majmurek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 8 maja 2017

Tylko zmiany są trwałe (K. Sakuraba, Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów)

Powieść Sakuraby reklamowana jest jako „wielopokoleniowa saga o kobietach, mandze i morderstwie”. Mamy więc do czynienia z podsyceniem czytelniczej ciekawości poprzez zaakcentowanie kobiecości, popularnych japońskich komiksów i zbrodni. To wszystko potencjalnie, wymieszane w dobrych proporcjach, może gwarantować sukces. Warto w tej wyliczance uwzględnić również słowo „legenda”, które pojawia się w podtytule. Ono z kolei sugeruje tajemniczość oraz nieoczywistość zderzeń tego, co racjonalne, z tym, co wyobrażone, przeczuwane, życzeniowe. Czy zatem mamy do czynienia z powieścią, która faktycznie zapada w pamięć, a swoim bogactwem wątków intryguje i zachwyca? Niekoniecznie. Nie podpisałabym się pod tak entuzjastyczną oceną, choć jednocześnie nie ukrywam, że książka ma potencjał, choć autorka próbowała zmierzyć się z zadaniem, które trochę ją chyba przerosło. Czytelnik otrzymuje więc trochę nierówną powieść środka, w której fragmenty dotyczące różnych pokoleń znacznie odbiegają od siebie poziomem. Sakaruba wyraźnie miała zamiar połączyć to, co prywatne, z tym, co publiczne. Prezentując losy przedstawicielek kolejnych pokoleń Akakuchibów, pragnie jednocześnie pokazać zmiany zachodzące w społeczeństwie, nieuchronność postępów cywilizacyjnych i odchodzenia w niepamięć tradycji oraz konieczność dostosowania się do nowej rzeczywistości przy jednoczesnej gotowości pozostania wiernym samemu sobie. Zamysł ten udaje jej się zrealizować chyba najlepiej w przypadku Manyo, babki narratorki. Widać tu świetnie i różnice obyczajów, i wiarę w różnego rodzaju mity, i współegzystowanie z duchami, i rolę, jaką pełni przeznaczenie. Bardziej współczesne fragmenty, a więc te dotyczące życia córki i wnuczki Manyo wydają się dużo mniej dopracowane. Nazbyt sentymentalne i emocjonalnie przerysowane jest też końcowe śledztwo narratorki związane z rzekomym morderstwem popełnionym przez babkę.


Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

niedziela, 7 maja 2017

Pamięć i zapomnienie wokół nas (Znaki (nie)pamięci. Teoria i praktyka upamiętniania w Polsce, red. M. Fabiszak, A.W. Brzezińska, M. Owsiński)

Publikacja naukowa poświęcona tytułowym znakom (nie)pamięci skoncentrowana jest na zależności między pamiętaniem, wypieraniem z pamięci a zapominaniem. Autorów zamieszczonych w tomie tekstów interesują zarówno rozważania teoretyczne, mogące stanowić bazę dla badaczy zajmujących się tym zagadnieniem, jak i analizy praktycznych realizacji problemu w przestrzeni publicznej. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza nosi tytuł „Teorie i definicje”. Teksty w niej zamieszczone włączone są w ciekawą klamrę narracyjną. Część pierwszą otwiera bowiem artykuł Wojciecha J. Burszty poświęcony upamiętnianiu jako formie praktyki kulturowej i akcentujący m.in. zmiany zachodzące w sposobach pamiętania za sprawą nowych technologii i innych nawyków. Zamyka tę część tekst Tomasza Cerana skoncentrowany na tzw. „mądrej pamięci”. Autor zwłaszcza w końcowych partiach artykułu zbliża się niemalże do manifestu, a jego wyliczenia dotyczące tego, czym powinna charakteryzować się mądra pamięć, przyjmują charakter postulatywny. Część druga nosi tytuł „Studia przypadku: ludzie”. Na plan pierwszy wysuwają się tutaj świadectwa konkretnych jednostek oraz aktywizowanie niektórych grup społecznych poprzez angażowanie ich w upamiętnianie. Część trzecia skoncentrowana jest na przestrzeni, zatytułowano ją „Studia przypadku: miejsca”. Autorzy przyglądają się różnym miejscom naznaczonym ostatecznością. W tle mamy więc na przykład cień Zagłady, getto, obozy koncentracyjne czy cmentarze. Badaczy interesuje proces działania na pamięci społecznej, ingerowanie w nią i kreowanie jej poprzez wykorzystywanie również zapomnienia. Na konkretnych przykładach autorzy pokazują walkę o pamięć i z pamięcią na poziomie przestrzeni i tego, w jaki sposób jest ona planowana i zagospodarowywana. Tom zasługuje na uwagę nie tylko z tego powodu, że zaprezentowane analizy są bardzo interesujące, ale i dlatego, że poszczególne przypadki inspirują do własnych poszukiwań i do zadawania sobie i otoczeniu pytań o to, co zostało ukryte, co zmieniono, a czego całkowicie się wyparto.


Znaki (nie)pamięci. Teoria i praktyka upamiętniania w Polsce, red. Małgorzata Fabiszak, Anna Weronika Brzezińska, Marcin Owsiński, Wyd. Universitas, Kraków 2017. 

sobota, 6 maja 2017

Kto jest kim? (Małgorzata Hayles, Trzecia osoba)

Hayles przygląda się życiu trzech osób. Mamy do czynienia z małżeństwem – mężczyzna jest pisarzem, oraz z jeszcze jedną kobietą, czytelniczką. Tylko pozornie role są oczywiste i od początku rozdane. Kiedy poznajemy Barbarę, dowiadujemy się, że mieszka na emigracji, niedawno pochowała męża, rzadko wychodzi z domu, lubuje się w samotności, chętnie sięga po lekturę. Powieść Jerzego skłania ją do działania. Przyjeżdża do Polski i oznajmia pisarzowi, że wszystko to, co opisał, jest tak naprawdę jej życiem. Ponieważ nigdy się nie poznali, a historia Barbary nie mogła być mężczyźnie znana, wyznanie czytelniczki budzi duże zdziwienie. I Jerzy, i jego żona początkowo podchodzą sceptycznie do niespodziewanych odwiedzin, trudno im uwierzyć w to, co mówi kobieta, podejrzewają ją o szaleństwo lub przynajmniej jakiś rodzaj załamania nerwowego. Barbara jest tak sugestywna w swojej roli, że zaczyna małżeństwo przekonywać do siebie. Wierzy, że pozna przyszłość dzięki kolejnej powieści Jerzego, tej, która mimo wielkich chęci jakoś nie może powstać. Zleca więc mężczyźnie napisanie książki. Za dobre pieniądze, dodajmy. Hayles, na szczęście, rezygnuje z konwencji kryminalnej, choć oczywiście takie zawiązanie akcji ma potencjał na ciekawą powieść ze zbrodnią i śledztwem na pierwszym planie. Stawia natomiast na warstwę psychologiczną. Nie jest ona jakoś szczególnie skomplikowana, ale na pewno interesująca. Autorka odchodzi od konwencji typowych dla tzw. literatury kobiecej, proponując czytelnikom całkiem przyzwoitą powieść środka. Stopniowo relacja między małżonkami a goszczącą u nich i czekającą na efekt pisarskiego talentu gospodarza, Barbarą, komplikuje się. Kobieta zdaje się toczyć sobie tylko znaną grę, wplątując i pisarza, i jego żonę w szereg dziwnych sytuacji. Obecność czytelniczki staje się sprawdzianem dla trwałości małżeństwa gospodarzy, ale i wyzwaniem dla wszystkich. Każdy z bohaterów musi zmierzyć się ze swoimi demonami i ostatecznie nie wiadomo do końca, kto jest racjonalny, a kto ma w sobie pokaźną dawkę szaleństwa, kto wymyśla życie, a kto je tylko przeżywa.


Małgorzata Hayles, Trzecia osoba, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

piątek, 5 maja 2017

Szaleństwo czy marzenie? (B. Sabela, Afronauci. Z Zambii na Księżyc)

Reportaż Bartka Sabeli dotyczy czasów i wydarzeń z perspektywy europejskiej traktowanych jako dość egzotyczne. Mamy bowiem do czynienia z okresem zdobywania niepodległości przez kraje afrykańskie oraz zderzeni zostajemy z marzeniami tych, którzy uwierzyli, że odtąd świat będzie inny – może niekoniecznie łatwiejszy, ale na pewno lepszy. Z jednej więc strony „Afronautów” można czytać jako opowieść o oryginalnym marzeniu Edwarda Mukoki Nkolosy, z drugiej jako historię rodzenia się Zambii oraz trudnej walki z rasizmem białych kolonizatorów. Sabela rekonstruuje budzenie się świadomości czarnych, akcentując kluczowy dla wyzwolenia fakt uświadomienia sobie, że ten, kto chce być nadal panem, jest takim samym człowiekiem jak ten, kto ma być traktowany jako niewolnik. Historia powstawania Zambii jest więc bardzo ciekawa nie tylko w kontekście przemian politycznych, ale przede wszystkim pod względem zmian zachodzących w mentalności. Z kolei postać Edwarda Mukoki Nkolosy, niezwykle barwna i zapadająca w pamięć, okazuje się fascynująca i z powodu prowadzonych przez niego szkoleń przygotowujących do lotów w kosmos (sic!), i za sprawą wyrażanego przez niego przekonania o możliwości konkurowania z największymi mocarstwami. Opisy ćwiczeń mających umożliwić dostanie się na Księżyc budzą śmiech i niedowierzenie, ale gdzieś w tle bardzo mocno wybrzmiewa świadomość tego, że Edward Mukoka Nkoloso uwierzył w to, do czego przez setki lat czarnoskórzy nie mieli prawa. Reportaż Sabeli łączy w sobie perspektywę ogólną ze szczegółową, jest też deklaracją pasji, ale i własnej bezradności. Racjonalna wiara w przydatną zawartość archiwów musi być w tym przypadku zmodyfikowana, a oparcie się na świadectwie mówionym zmusza do akceptacji zarówno prawdy, jak i koloryzowania rzeczywistości.


Bartek Sabela, Afronauci. Z Zambii na Księżyc, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

czwartek, 4 maja 2017

Więzienie (B. Sönmez, Stambuł, Stambuł)

Stambuł w przypadku tej powieści jest specyficznym punktem odniesienia. Przypomina o stracie, intensyfikuje dramatyczność przeżyć, odsłania paradoks koegzystencji dwóch światów – jasności i ciemności, przeżywania i umierania, pamiętania i zapomnienia. Bohaterowie książki znajdują się w podziemnym więzieniu. Są torturowani, męczeni ponad siły, znikąd nie mogą liczyć na ratunek, a ból, którego doświadczają w trakcie przesłuchań, jest tym, do czego nie można się przyzwyczaić i co za każdym razem przynosi równie wielkie cierpienie. Spodziewają się śmierci i śmierć obserwują. Dramatyczną sytuację bohaterów Sönmez portretuje bez dosłowności. O okrucieństwie strażników dowiadujemy się przede wszystkim z regularności ich wizyt, nieuchronności wpisanej w znęcanie się nad więźniami, lęku, z jakim mężczyźni przyjmują każdy dźwięk dobiegający z korytarza. Autor nie oferuje łatwego pocieszenia. W pewnym sensie opisany przez niego świat to rzeczywistość, w której nie ma nadziei i w której triumfuje zło w czystej postaci. A jednak jest coś, co pozwala bohaterom na odrobinę wolności. Mogą zostać upodleni, zdarzyć się może, że nie wytrzymają tortur i powiedzą coś, czego nie powinni, może być też i tak, że ich ciało przegra kolejną potyczkę z sadystycznymi strażnikami. Nikt nie odbierze im jednak wyobraźni i wynikającej z niej umiejętności snucia opowieści. Tę wolność mają w sobie i tę wolność da się ocalić. Niezależnie więc od tego, jak perfidne będą pomysły agresorów i jak długo potrwa uwięzienie, bohaterowie posiadają coś, czego nie można w nich zniszczyć. Dzięki wyobraźni symbolicznie wygrywają, choć dosłownie czasami ponoszą klęskę. Bardzo dobre.


Burhan Sönmez, Stambuł, Stambuł, przeł. Paulina Dominik, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017. 

środa, 3 maja 2017

Rok 1956 (J. Sacco, Strefa Gazy. Przypisy)

Joe Sacco, uchodzący za twórcę komiksu reportażowo-wojennego, to postać zasługująca na zainteresowanie, jeśli weźmiemy pod uwagę sposób pracy rysownika, ale i niezwykle intrygująca, jeśli uwzględnimy zaangażowany charakter narracji zarówno tej wizualnej, jak i słownej. Autor przeprowadza dziennikarskie śledztwo, jest zresztą obecny na stronach książki jako jeden z bohaterów, ujawnia procesy myślowe towarzyszące porządkowaniu informacji, wiernie odtwarza wypowiedzi z przeprowadzonych wywiadów ze świadkami, twarze swoich rozmówców rekonstruuje z fotografii. Mamy więc do czynienia z potraktowaną z szacunkiem i precyzją faktografią. Sacco jest skoncentrowany na przeszłości. Interesują go przemilczane wydarzenia z 1956 roku, kiedy to w miejscowości Chan Junis oraz Rafah dochodzi do dramatycznych wydarzeń. Izraelczycy dokonują egzekucji na kilkuset Palestyńczykach. Masakry w Strefie Gazy trwają w pamięci tych, którzy ocaleli, obserwowali, byli wówczas dziećmi lub młodymi ludźmi. W dyskursie oficjalnym nie ma miejsca na wspominanie tych wydarzeń, zostają one skutecznie wymazane z historii. To dlatego Sacco posługuje się metaforą przypisów, tych uzupełnień, które bywają kluczowe dla procesu pamięci, ale i tych dopisków, z których chętnie się rezygnuje, aby pozwolić zatriumfować zapomnieniu. Autor zderza wspomnienia różnych osób, porównuje, rekonstruuje obrazami wydarzenia sprzed lat. Pokazując dramaturgię tamtych czasów jednocześnie nie traci z oczu emocji towarzyszących tym, którzy się zwierzają. W sposobie opowiadania i w bolesnym wymiarze przywoływanych sytuacji zawiera się głębokie poczucie niesprawiedliwości, żal z powodu niemożności pożegnania bliskich w taki sposób, na jaki zasługiwali, wreszcie trudne do wyparcia obrazy wielu rozstrzelanych ciał leżących pod murem. Sacco drobiazgowo rekonstruuje to, co przynależy do historii politycznej, oraz to, co jest częścią historii prywatnej. Ta druga odsłona przeszłości jest dużo istotniejsza, bo uderza w zwykłych, niewinnych ludzi. Obok wspominania tego, co miało miejsce w 1956 roku, wyeksponowany zostaje wątek burzenia domów Palestyńczyków przez Izraelczyków. Dramat wykorzenienia zostaje zwielokrotniony. Sacco wykazuje się wielkim talentem ilustratorskim. Jego rysunki są pełne dramaturgii. Widać to zwłaszcza w scenach egzekucji, porzucenia zmarłych za miastem, czy ludzi zebranych na szkolnym dziedzińcu i upokarzanych. Niezwykle sugestywnie wypadają również obrazy rytuałów (np. zabijanie i ćwiartowanie byka) oraz tętniących życiem ulic i zniszczonych przez buldożery budynków. Sacco pozostaje rysownikiem umiejącym pokazać zarówno dynamikę tłumu, jak i rozpacz jednostki. W ujęciach grupowych każdy człowiek jest inny i potencjalnie różni się od osób stojących obok. Kiedy autor skupia się na twarzy – tej zaciekawionej, wystraszonej, pobitej i zakrwawionej lub krzyczącej o sprawiedliwość, emocje odtworzone są bardzo wiarygodnie. Do uważnej lektury i uważnego oglądania.


Joe Sacco, Strefa Gazy. Przypisy, przeł. Marek Cieślik, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2017. 

wtorek, 2 maja 2017

Muzeum wojny (C. Magris, Postępowanie umorzone)

Powieść Magrisa to znakomite połączenie eseju, katalogu muzealnego, zbioru opowieści i historii kryminalnej. Na plan pierwszy wysuwają się dwie kwestie. Pierwsza dotyczy pomysłu pewnego kolekcjonera na zorganizowanie muzeum poświęconego wojnie. Miejsce to ma gromadzić przedmioty związane z ostatecznością wpisaną w działania wojenne. Muzeum, upamiętniając zło, będzie przestrogą, przypomnieniem, dosadnym ostrzeżeniem. Druga kwestia powiązana jest z kontynuowanie misji mężczyzny. Kiedy kolekcjoner umiera w tajemniczych okolicznościach, Luisa dziedziczy po nim jego pomysł i przygotowuje wystawę. Mierząc się z cudzą ideą, dostosowuje ją do własnego widzenia rzeczywistości, ale jednocześnie rozpoczyna poszukiwania dotyczące przeszłości. W tym wypadku chodzi zwłaszcza o okres II wojny światowej i losy Żydów. Miejscem-symbolem zbrodni jest jedyne włoskie krematorium – Risiera di San Sabba. Okazuje się, że pewne fakty zapisane są w miejscu, w którym próbowano zatrzeć wszelkie istniejące ślady. Zarówno nieżyjący kolekcjoner, jak i Luisa prowadzą prywatne śledztwo. Chcą wiedzieć, próbują pytać, mierzą się z wiedzą na temat tych, którzy odeszli na zawsze w straszliwy sposób. Rozważania wiążą się m.in. z problemem rasizmu i antysemityzmu. Gdzieś w tle obecne jest cały czas pytanie o pamięć, zapomnienie, przetrwanie i pochłanianie przez nicość. Zło skutecznie próbuje pacyfikować dobro nawet po latach, a niewiedza może być dowodem na to, że reprezentanci owego zła odnoszą zwycięstwo. Intrygujące.


Claudio Magris, Postępowanie umorzone, przeł. Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Po latach (A. Pamuła, Polacos. Chajka płynie do Kostaryki)

Reportaż Anny Pamuły stanowi próbę zmierzenia się z ograniczeniami pamięci oraz wyzwaniami czyhającymi na tych, którzy mimo upływu kilkudziesięciu lat nie potrafią zapomnieć świata, który kiedyś opuścili na zawsze. Autorka opowiada historię polskich Żydów, którzy w pierwszej połowie XX wieku wyjeżdżali na Kostarykę. Mamy więc do czynienia z opowieścią o losie emigranta, ale i z historią uciekających przed Zagładą. Reporterka rozmawia z ludźmi, którzy decydują się opowiedzieć to, czego od dawna już nie wspominali – rzeczywistość, która trwale zapisała się w ich pamięci jako świat dzieciństwa lub młodości. Reporterka traktowana jest przez starszych ludzi jak dziecko, któremu trzeba pomóc. Starsi rozmówcy chętnie jej matkują, ale jednocześnie ufają temu, że dzięki jej pracy ich biografie przetrwają. Autorka portretuje Kostarykę jako miejsce, które stało się domem dla przybyszy z Polski. Nazwa „polacos” utrwaliła się tam mocno – utożsamiając Żydów z Polakami i oznaczając osoby prowadzące handel obwoźny, bo tym parali się zazwyczaj imigranci. Pamuła pokazuje świat, który choć egzotyczny, został przez bohaterów oswojony. Jednocześnie rzeczywistość ta ma w sobie nadal gen obcości, bo wspomnienie rodzinnych miasteczek i pozostawionych w Polsce bliskich jest ciągle żywe. Niestety, równie intensywnie zapisały się w pamięci przeżycia traumatyczne, związane z antysemityzmem. Pamuła interesująco zresztą rekonstruuje ów świat przeszłości, zderzając go ze światem współczesnym i odsłaniając ciągle istniejące negatywne nastawienie niektórych Polaków do Żydów. Książka odkrywa ten epizod polskiej emigracji, który nie jest powszechnie znany. Za to należą się słowa uznania dla autorki. Trochę szwankuje co prawda forma tego reportażu, dużym tąpnięciem dramaturgicznym jest zwłaszcza zakończenie, ale zaproponowana czytelnikom opowieść w dużej mierze rekompensuje owe niedociągnięcia.


Anna Pamuła, Polacos. Chajka płynie do Kostaryki, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Przeszłość kiedyś upomni się o swoje (E. Madeyska, Rodzina O., sezon 1 – 1968/1969)

„Rodzina O., sezon 1 – 1968/1969” Ewy Madeyskiej to powieść otwierająca sagę opisującą losy rodziny Opolskich. Pierwsza część stanowi gwarancję, że na kolejne warto czekać. Autorka umie bowiem opowiadać, potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika, umiejętnie dawkuje napięcie. Choć mamy do czynienia z powieścią obyczajową, jest tutaj miejsce i na szczyptę historii – ta czasami bawi się ludzkim losem, i na pokaźną dawkę relacji rodzinnych i damsko-męskich – te z kolei okazują się nie tylko piękne, ale i brutalne, brzydkie, smutne, i na całkiem wyraźną kreską rozrysowaną panoramę społeczeństwa – ono z kolei staje się niekiedy biernym obserwatorem, bywa jednak również, że ma całkiem konkretny wpływ na losy jednostki. Madeyska napisała powieść, która swoim rozmachem fabularnym, wrażliwością w opisywaniu losów ludzkich (bez patosu, ale wzruszająco), potoczystym stylem porównywana może być z serialem „Dom”, który to, jak wiadomo, jest również dostępny w wersji książkowej. „Rodzina O.” to przykład bardzo udanej literatury środka. Nie ma tu miejsca na zabiegi typowe dla tzw. literatury kobiecej – i dobrze!, choć los kobiet okazuje się w powieści bardzo istotny. Autorka tworzy wyraziste, niejednoznaczne, psychologicznie skomplikowane portrety kobiet. Takie są bohaterki reprezentujące starsze, ale i najmłodsze pokolenie. Również postaci mężczyzn nie są papierowe. Madeyska unika czarno-białych rozwiązań. Bohaterowie muszą się mierzyć z sytuacjami, które obnażają ich słabość, bezradność, niemożność odnalezienia się w takiej, a nie innej, roli. Dzięki temu opisywane związki niezależnie od tego, czy właśnie się rodzą, czy wchodzą w etap kryzysu, czy ulegają rozpadowi, są zawsze nieoczywiste, bez znanego od początku finału, z gwałtownymi nieraz zwrotami akcji. Jednocześnie nawet wtedy, gdy mowa jest o sytuacjach wzniosłych lub trudnych, autorka unika patosu, rozbija powagę zgrabnym sformułowaniem, dowcipnym określeniem, dynamicznym urwaniem danego opisu i przejściem do innego wątku. Autorka pokazuje, że ludzie, którzy pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, mogą się spotkać, zbliżyć i spędzić ze sobą część życia. Mogą też, mimo wspomnianej nieprzystawalności, zawierać chwilowe sojusze – niekiedy z własnej woli, czasami pod przymusem. Życie w takim kontekście sportretowane zostaje jako ciąg wyborów, podejmowanych właściwie każdego dnia i mających swoje konsekwencje nawet po wielu latach. Szkoda, że tak ciekawa, dobrze napisana, zapadająca w pamięć powieść środka reklamowana jest w konwencji sytuującej ją w rejestrach bliskich literaturze popularnej. Szkoda, bo autorki reprezentujące tzw. literaturę kobiecą mogłyby się od Madeyskiej dużo nauczyć, choć pewnie nie udałoby im się osiągnąć tego poziomu. W typowych historiach o miłości nie ma przecież miejsca na tak przewrotne potraktowanie życia bohaterów, jak zaplanowano to w „Rodzinie O.”.


Ewa Madeyska, Rodzina O., sezon 1 - 1968/1969, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Przestrzeń jako źródło wiedzy o człowieku (D. Stratigakos, Dom Hitlera)

Publikacja Despiny Stratigakos wpisuje się w popularną współcześnie tendencję odczytywania historii z nieoczywistej perspektywy, przynoszącej inne niż dotychczas postrzeganie wydarzeń. Rezygnuje się zazwyczaj z koncentracji na polityce, tak chętnie eksponowanej w podręcznikach, na plan pierwszy wysuwa się akcentowanie przestrzeni prywatnej i relacji zachodzących na styku tego co intymne i publiczne. Nie inaczej jest w przypadku „Domu Hitlera”. Autorka postanawia bowiem opisać miejsca, w których mieszkał/przebywał Adolf Hitler. Interesuje ją to, w jaki sposób urządzono mieszkanie/dom, kto miał wpływ na taki a nie inny wygląd pomieszczeń, w jaki sposób wykorzystywano układ poszczególnych pokojów w kontekście spotkań ze współpracownikami, a także to, jaki był los posiadłości po zakończeniu II wojny światowej. Książkę Stratigakos można więc czytać jako opowieść o kształtowaniu otoczenia i zależnościach między prywatnie deklarowanym gustem a przekonaniem o różnego rodzaju powinnościach społecznych. Kwestia zderzenia użyteczności poszczególnych miejsc z tą ich funkcją, którą można by określić jako reprezentacyjną, jest w tym wypadku kluczowa. „Dom Hitlera” to również opowieść o architektach tego okresu, kiedy Führer sprawuje władzę. Nie bez znaczenia jest przecież, kto ma dostęp do Hitlera, czyjego głosu on słucha i komu pozwala na realizację projektów. Gdzieś w tle zostaje zaznaczona walka o władzę toczona między tymi, którzy proponują różnego rodzaju realizacje w przestrzeni. Ten, komu sprzyja Hitler, może więcej i w związku z tym liczy na przejście do historii. Szczególnie interesujące są te fragmenty, które traktują o miejscach zamieszkania Führera wtedy, gdy świętowane jest zwycięstwo aliantów, a odwiedzenie chociażby posiadłości Berghof ma wymiar symboliczny. Dzięki możliwości wkroczenia w przestrzeń do tej pory niedostępną nie tylko dochodzi do oddemonizowania pokonanego wroga, ale i ma miejsce proces fetyszyzacji tych przedmiotów, które były przez Hitlera używane. W efekcie można więc mówić i o intensywnym procesie upamiętniania i zapominania zarazem, i o popkulturyzacji tego, co wcześniej budziło lęk i grozę.


Despina Stratigakos, Dom Hitlera, przeł. Jan Dzierzgowski, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Gdy życie ludzkie nic nie znaczy (I. McGuire, Na wodach Północy)

Wydawać by się mogło, że nie da się zbyt wiele nowego wymyślić, decydując się na konwencję powieści, której akcja dzieje się w połowie XIX wieku daleko od stałego lądu, załogę tworzą ludzie przypadkowo dobrani, a pierwotne w swoim wymiarze zło czyha tam, skąd nie ma ucieczki. Statek wielorybniczy staje się odpowiednikiem małej zamkniętej społeczności – wyjątkowo surowej, okrutnej, obojętnej na cudze cierpienie. Choć członkowie załogi pozornie powinni tworzyć wspólnotę, w tym wypadku przypominają dzikie zwierzęta, które tylko czekają na dobry moment, aby rzucić się komuś do gardła. Nie ma tu miejsca na uczciwość, lojalność, pomoc, godność, czy szacunek dla drugiego człowieka. Już sam moment założycielski wyprawy jest naznaczony kłamstwem i zbrodnią. Chodzi o to, by zatopić statek w sprzyjających „tragedii” warunkach i zarobić fortunę na otrzymanym później odszkodowaniu. Plan pozornie doskonały szybko się komplikuje. Problemem jest lekarz okrętowy, człowiek dziwny, bo godzący się na marne zarobki, człowiek z przeszłością, walczący niegdyś w Indiach i, jak się okaże, zadający zbyt dużo pytań. Groza, pochłaniająca coraz bardziej płynących donikąd wielorybników, sportretowana jest tak, że niemal namacalnie odczuwamy duszną atmosferę i brak możliwości wyzwolenia towarzyszące bohaterom. Wspomniane zło, które zaczyna triumfować w sposób brutalny, odrażający, chciałoby się powiedzieć, barbarzyński, staje się częścią niemalże filozoficznej dysputy nad możliwościami tkwiącymi w człowieku, nad etycznym uwikłaniem jego czynów, nad sensem i potrzebą moralności, nad siłą zbrodni i pozorną słabością prawości. McGuire napisał powieść niepokojącą, tradycyjną, jeśli chodzi o pomysł, nowoczesną pod względem realizacji, oryginalną w swojej wymowie, mroczną, ale i filozoficzną zarazem. Bardzo dobre.


Ian McGuire, Na wodach Północy, przeł. Bartosz Kurowski, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Współdzielenie zła (J. Ostrowski, Ostatnia wizyta)

Kolejna odsłona serii łączącej faktograficzne umocowanie z powieściową formą okazuje się wyjątkowo ciekawa. Nie tylko z tego powodu, że zbrodnia, do której dochodzi, zakorzeniona jest w tym, co miało miejsce w okresie II wojny światowej, a autorowi udaje się znakomicie odtworzyć pełne niepokoju czasy powojenne. Ludzie o szemranych życiorysach zmieniają swoje biografie i stają się kimś innym, pamięć o przeżyciach z czasów okupacji okazuje się wiedzą niełatwą i niechcianą, a przeszłość może się upomnieć o swoje nawet po upływie wielu lat. Książka ta ma charakter szczególny, ponieważ zmusza czytelnika do zastanowienia się nad współodpowiedzialnością za dokonane zło. Ostrowski opowiada w taki sposób, by żadna z postaci nie pozostała jednoznaczna i papierowa. Nawet sąsiedzi tego, który porywa lekarkę, więzi ją i się nad nią znęca, mają swój rys szczególny, podobnie jest w przypadku funkcjonariuszy KGB grożących głównemu bohaterowi i pokazujących mu, że jego pozycja jest dużo niższa, niż dotychczas sądził. To bardzo ważna cecha tej opowieści – zapamiętujemy nie tylko przestępcę, Zbigniewa Pielacha, reprezentującego czyste zło, i jego żonę, ofiarę przemocy domowej, ale również wszystkie pozostałe osoby, które pojawiają się w tej historii. Początkowo nasza uwaga koncentruje się na mężczyźnie, który dokona zbrodni. Pozornie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, choć mamy do czynienia z osobowością psychopatyczną, odczuwającą przyjemność z zadawania cierpienia i bólu. Ta pierwsza część bliska jest powieści psychologicznej, mrocznej, odsłaniającej dramat kobiety będącej żoną mężczyzny okrutnego. Niepostrzeżenie klimat opowieści zmienia się. Na plan pierwszy wysuwa się wątek kryminalny i historyczny. Pielach dostaje zadanie do wykonania, musi więc wykazać się sprytem i skutecznością. Następnie powieść przeradza się w thriller. Jesteśmy świadkami nie tylko zbliżającego się triumfu zła, ale i obserwujemy z jednej strony zmienianie się porwanej lekarki, z drugiej przerażające zachowanie żony przestępcy. Ostrowski znakomicie oddaje to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Kiedy przetrzymywana lekarka jest przesłuchiwana, wystarcza kilka zdań opisujących jej stan po wyjściu agentów; kiedy porywacz faszeruje kobietę zawyżonymi dawkami leków, również nie trzeba wielu słów, by zorientować się, jak wielki gwałt zadano psychice ofiary. Równie intrygująco zostaje opisane to, co dzieje się z żoną Pielacha. W imię własnego bezpieczeństwa, ze strachu, kobieta staje się wspólniczką przestępcy. Wie o uwięzieniu lekarki w ich własnym domu, ale nie robi właściwie nic, by ją uratować. W efekcie to właśnie żona mordercy, kobieta stłamszona i doświadczająca ciągłego lęku, okazuje się dużo bardziej potworna w swojej obojętności i zaślepieniu. O ile litości ze strony Pielacha nikt się nie spodziewa, o tyle takim okrucieństwem ze strony jego żony wszyscy chyba będą zaskoczeni.


Jacek Ostrowski, Ostatnia wizyta, Wyd. Od Deski do Deski, Warszawa 2017.

sobota, 22 kwietnia 2017

Podróżowanie (nie tylko) terapeutyczne (P. Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii)

Theroux w charakterystyczny sposób opisuje kolejne miejsca w poszukiwaniu postępów cywilizacji, ale i trwałości tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego pytania zadawane wodzom i rozmowy prowadzone z miejscowym czasami więc odsłaniają paradoks wpisany w postrzeganie miejsc odległych i trudno dostępnych, a mianowicie założenie, że jeśli chodzi o kultywowanie pewnych zwyczajów nic się tam nie zmieniło. Autor podróżuje w dość brawurowym stylu, ze składanym kajakiem, z gotowością do poddawania się przypadkowi, z akceptacją dla wyzwań czyhających na niego na kolejnych wyspach. Czasami to, że notuje swoje wrażenia, budzi zdziwienie i niechęć, innym razem słyszy, że pewnie pisze w stylu Theroux. Skwapliwie wówczas potwierdza. Zdarza się, że towarzyszy mu lektura. Na Wyspy Trobrianda udaje się na przykład z książką Malinowskiego i chętnie porównuje ustalenia słynnego antropologa z własnymi. Decydując się na przybycie do niektórych miejsc nie wie do końca, co go może spotkać. Czasami więc naraża się na niebezpieczeństwo, które z perspektywy czasu opisuje w ironicznym stylu i z przekonaniem o panowaniu nad sytuacją. Samotna wyprawa podróżnika ma wymiar terapeutyczny. Autor przyjmuje zaproszenie na spotkania autorskie, następnie przedłuża swój pobyt w tym rejonie świata, chce bowiem zapomnieć i pogodzić się z rozpadem małżeństwa. Obserwowanie innych ludzi pozwala na chwilowe niemyślenie o sobie. Porażka w życiu prywatnym staje się więc pretekstem do ekscytującej podróży w nowe miejsca, ale i w nowe obszary samego siebie. Z następujących po sobie impresji dotyczących kolejnych wysp wyłania się dość przygnębiający obraz – świata, który jest zaledwie cieniem tego, czym był kiedyś, ciągle obecnego rasizmu i poczucia wyższości białych, wreszcie cywilizacyjnej przemiany, której skutki dla plemion są w dużej mierze negatywne.


Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii. Wiosłując przez Pacyfik, przeł. Michał Szczubiałka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 21 kwietnia 2017

Triumf prostactwa (M. Kącki, Fak maj lajf)

Marcin Kącki nie jest jedynym reporterem, który postanowił spróbować swoich sił w prozie. Od lat w obu aktywnościach świetnie sobie radzi chociażby Michał Olszewski, a ostatnio także Andrzej Muszyński. Wydawnictwo akcentuje na okładce fakt, iż „Fak maj lajf” to pierwsza powieść reportera. Do sztuki reportażu odwołuje się tekst reklamowy umieszczony pod tytułem. To zresztą bardzo ciekawy przypadek. Wydawca sugeruje bowiem, że powieść portretuje lepiej współczesną rzeczywistość niż niejeden reportaż. Pamiętając o tym, iż z kolei reporterzy wielokrotnie zaznaczają, że prawda jest atrakcyjniejsza niż fikcja, takie przekomarzanie się reklamujące dany gatunek wypada dość zabawnie. Powyższe uwagi potraktujmy jednak jako rozważania na marginesie, nie są one bowiem najważniejsze. Dużo bardziej istotne jest to, że debiut prozatorski Kąckiego można uznać za udany. W swojej pracy dziennikarskiej autor uprawia reportaż zaangażowany społecznie. Nie ukrywa, że pewne rzeczy go irytują, denerwują, oburzają oraz że należy piętnować zło. Tę wściekłość widać i w „Fak maj lajf”, choć w nieco innym wydaniu. Kącki na szczęście nie pisze powieści edukacyjnej, nie próbuje tworzyć manifestu, nie moralizuje. Jego opowieść o świecie zdominowanym przez brukowce przypomina jednak ostrą jazdę bez trzymanki. Autor obnaża brak skrupułów tych, którzy kupczą czyjąś prywatnością lub są gotowi dowolnie ją kreować. Pokazuje brak zasad i cynizm. Odsłania gotowość wzajemnego zwalczania się mimo grania w tej samej drużynie. Pośrednio stawia pytanie o granice wstydu, o wyrzeczenie się godności, o szacunek do siebie i do innych ludzi. Znakomicie bawi się językiem. Ci, którzy stają po stronie chamstwa i prostactwa, nie stronią od wulgaryzmów, a swoje ubóstwo intelektualne traktują z dumą, uważając innych za frajerów. Kącki nie waha się zasugerować, że najlepsze karty rozdają ci, którzy niewiele sobą reprezentują, a oddawanie kolejnych pozycji tym, którzy za nic mają jakiekolwiek wartości, skutkuje dominacją infantylności i wiadomości pozornych. Powieść – przestroga, powieść – kpina, powieść – ostrzeżenie, powieść – epitafium dla poważnego dziennikarstwa. Powieść popularna, ale do uważnej lektury.


Marcin Kącki, Fak maj lajf, Wyd. Znak, Kraków 2017.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Walka o siebie (C. de Robertis, Bogowie tanga)

Książka de Robertis to klasyczna opowieść o walce, na jaką decyduje się bohaterka, by żyć zgodnie z własnymi marzeniami. Niebanalny jest pomysł, zgodnie z którym kobieta próbuje zrealizować swoje cele. Autorka proponuje czytelnikom bardzo udaną powieść z kręgu literatury środka. Łatwo dostrzec jej emancypacyjne przesłanie oraz wpisanie się w szereg fabuł, w których kobieta, udając mężczyznę, wkracza w świat niedostępny dla jej płci. W „Bogach tanga” symbolem przekroczenia jest nie tylko męskość. Taką granicą jest bycie na emigracji, wyrzeczenie się rodzinnego kraju po to, by móc decydować o swoim losie, granie na skrzypcach w zespole muzycznym specjalizującym się w grzesznym tangu, wreszcie odwiedzanie burdeli i relacje miłosne z kobietami. De Robertis portretuje doświadczenia swojej bohaterki w taki sposób, by dać do zrozumienia, że jasno wyznaczone granice oddzielające świat męski i kobiecy, bardzo często bywają umowne i to od ludzi zależy, ile wolności zaoferują sobie i związkom, w których tkwią. Rzeczywistość, w której znajduje się młoda Włoszka, Leda, nie jest dla niej przyjazna. Mąż, którego poślubiła per procura, nie czeka na nią tak, jak byli umówieni. Raptem okazuje się, że musi radzić sobie sama. Praca w szwalni, którą podejmuje, jest źle płatna. Ulice są niebezpieczne dla młodej kobiety. Leda postanawia zrobić krok w kierunku, który napawa ją lękiem, ale i fascynuje ją. Uczy się grać tango na skrzypcach, wkłada ubrania męża, obcina włosy, porzuca suknie i rozpoczyna nowe życie. Zmienia też imię. Odtąd Leda to Dante. De Robertis opowiada o perypetiach Ledy w dość przewidywalny sposób, nie zmienia to jednak faktu, iż w jej losach jest coś urokliwego. Ta historia może się więc podobać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę klimat funkcjonującego w rytmach tanga miasta i zdeterminowanie bohaterki.


Carolina de Robertis, Bogowie tanga, przeł. Anna Dobrzańska, Wyd. Albatros, Warszawa 2017.

środa, 19 kwietnia 2017

Rodzina w depresji (K.O. Knausgård, Wiosna)

Kolejna część autobiograficznej serii Knausgårda skoncentrowanej na porach roku pozostaje peanem na cześć ojcostwa, ale jednocześnie jest zapisem czasu, kiedy rodzina mierzy się z dużym problemem. Pisarz okazuje się wyczulonym na codzienność archiwistą tego wszystkiego, co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Chce zapamiętać jak najwięcej, by przekazać dziecku swoimi słowami ten obraz świata, który przez córkę nie może zostać zapamiętany. Ojciec świadomie wchodzi więc w rolę przekaziciela i historyka codzienności, chcąc uchwycić przemijanie, narodziny nowego, odkrywanie i zachwyt. Dokonuje porównań między najmłodszym dzieckiem a starszymi, kładąc nacisk na powtarzalność niektórych przeżyć oraz ich wyjątkowość. Nowe dziecko jest kimś osobnym, ale i częścią wspólnoty. Pisarz stara się więc uchwycić relacje z rodzeństwem, z otoczeniem, z matką. Ta ostatnia jest w przypadku tej części osobą wnoszącą mrok w naznaczonych radością z powodu nowego życia ludzi. Kobieta cierpi na depresję, ciąża tylko na chwilę wycisza jej smutek, by następnie ujawnić się ze wzmożoną siłą. Knausgård opisuje więc swoje bycie ojcem – za każdym razem jest to inne doświadczenie, ale i bycie mężem zainfekowanym ciemnością pochłaniającą żonę – w tym wypadku również można mówić o szczególności tego, co tylko pozornie się powtarza. Rodzina z nowym dzieckiem mierzy się więc nie tylko z wyzwaniem związanym z przedefiniowaniem reguł rządzących ich małą wspólnotą, ale również z trudną próbą towarzyszenia komuś bliskiemu, kto wyrzeka się uczestnictwa w życiu. Tym razem, choć pisarz pozostaje wierny opisywaniu zwyczajności, nie popada w banał i nie próbuje serwować czytelnikom pseudofilozoficznych rozważań. Dzięki temu mamy do czynienia z interesującym głosem z frontu (nie)codzienności.


Karl Ove Knausgård, Wiosna, przeł. Milena Skoczko, obrazy: Anna Bjerger, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.