Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Triumfujące zło (G. Tallent, Moja Najdroższa)

Gabriel Tallent w swojej debiutanckiej powieści gra na najwyższych emocjonalnych rejestrach. Łatwo wtedy się potknąć i ponieść porażkę, a jednak autorowi udaje się uniknąć wszelkich mielizn. Proponuje czytelnikom powieść mocną, poruszającą, znakomicie rekonstruującą proces niszczenia jednego człowieka przez drugiego. Autor nie tylko opisuje stan uzależnienia, jaki łączy ojca i córkę, ale również dba cały czas o to, by forma współgrała z treścią. Mamy więc do czynienia z książką przemyślaną. Kompozycyjnie opowieść ta opiera się na zderzeniu dwóch światów – tego odizolowanego, opartego na chorej miłości, związanego z tresowaniem dziecka i kształtowaniem go na własne podobieństwo, i tego otwartego, pełnego innych ludzi, zmuszającego do nawiązywania relacji. Oba światy są światami troski, okazywanej jednak w inny sposób. Dom, w którym mieszka Martin ze swoją dorastającą córką Julią vel Turtle, jest tak naprawdę więzieniem. Ojciec robi wszystko, by uzależnić dziewczynkę od siebie, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym. Przemoc seksualna wiąże się tutaj z przemocą psychiczną, a Tallentowi udaje się pokazać przerażający proces tworzenia mentalności ofiary. Martin doprowadza do takiej sytuacji, że Turtle nie zna innej codzienności, w efekcie wszystko to, co tak naprawdę jest patologiczne, uznaje za normalne. Dopiero kiedy symboliczny mur stworzony przez ojca zaczyna się kruszyć, bohaterka odkrywa, że można żyć inaczej i że są ludzie, którym też na niej zależy. Najbardziej poruszające momenty powieści to sceny, w których Turtle w kontakcie z osobami spoza jej codziennego świata, rozpaczliwie odczuwa potrzebę uzyskania pomocy, ale ukrywa ją i wyrzeka się jej, zachowując się tak, jak nauczył ją ojciec. Będąc ofiarą powiela więc zachowania swojego oprawcy. Lektura obowiązkowa.


Gabriel Tallent, Moja Najdroższa, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Czy tylko absurd? (I. Myšková, Białe zwierzęta są bardzo często głuche)

Ivana Myšková proponuje czytelnikom zbiór opowiadań. Nie dosyć, że gatunek to mało popularny, to jeszcze historie opowiadane przez autorkę oparte są na absurdzie zderzonym z codziennością. Mogłoby się więc wydawać, że proza tego typu raczej nie ma szansy na literacki sukces. Nic bardziej mylnego. Opowiadania Myškovej okazują się wyjątkowo świeże, zabawne, ale i bogate w sensy, lekkie, tak można by stwierdzić, ale i mocne, dające do myślenia. Zderzanie tego, co śmieszne, z tym, co poważne, oraz tego, co zwykłe i przeciętne, z czymś, co burzy wcześniej ustalony porządek, to jedna z praktyk, która w literaturze czeskiej sprawdza się szczególnie. Znakomicie to widać na przykład w otwierającym tom opowiadaniu „Zasłona” lub w opowiadaniach „Zapach domu”, „Niebezpieczeństwa czyhające na drogach dojazdowych” czy „Hostel”. Niskie miesza się tutaj z wysokim, absurdalne z problematyką jak najbardziej serio, siermiężne z wielkim i wzniosłym. Talent autorki widać nie tylko w opowiadaniach dłuższych, ale i tych, którym bliżej do impresji – krótkich, ale zawsze celnych. Codzienność zostaje tutaj pokazana w specyficzny sposób. Dziwność, stanowiąca jej część, przychodzi do człowieka nie z zewnątrz, ale od środka. W pewnym więc sensie, tak sugeruje autorka, za wszelkie aberracje pojawiające się w naszej rzeczywistości, odpowiadamy sami i sami je generujemy. Do uważnego czytania.


Ivana Myšková, Białe zwierzęta są bardzo często głuche, przeł. Elżbieta Zimna, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

sobota, 21 kwietnia 2018

Być człowiekiem (H. Jordan, Błoto)

Debiutancka powieść Hillary Jordan to intrygujący przykład literatury, próbującej połączyć to, co problemowo istotne, z jednoczesną atrakcyjnością przekazu. Można by więc powiedzieć, że mamy w ty przypadku do czynienia ze wzorcowym przykładem literatury środka. Jordan decyduje się na narrację wielogłosową. Poszczególne rozdziały to opowieść z perspektywy najważniejszych bohaterów tej historii. Kompozycyjnie utwór Jordan jest precyzyjnie zaplanowany, a metafora tytułowego błota jako czegoś, co dosłownie oblepia ludzi na farmie podczas codziennej pracy, w deszczu, podczas kopania grobu, ale i metaforycznie niszczy ich życie, staje się bogatym w znaczenia odniesieniem. Nieco nieprzemyślany jest ostatni rozdział – nazbyt patetyczny, niepotrzebnie stawiający pewne rzeczy wprost, bliski manifestu. Dużo lepiej powieść wybrzmiałaby w finale, gdyby zakończono ją na przedostatniej części, będącej wypowiedzią Laury. To zresztą właśnie ona jest jedną z najważniejszych postaci powieści. Przechodzi wielką przemianę z kobiety zahukanej, niepewnej, z niskim poczuciem własnej wartości w osobę zmuszoną do stawiania czoła przeciwnościom pojawiającym się każdego dnia na farmie. Laura odkrywa w sobie wewnętrzną siłę, ale też będzie musiała zmierzyć się z dramatycznymi wydarzeniami, w które wplącze się jej rodzina. Jordan buduje swoją opowieść wokół trzech ważnych wątków: rasizmu Południa, emancypacyjnego wymiaru wojny, zrównującej walczących w Europie białych i czarnych Amerykanów, przyzwyczajenia, z którego rodzi się miłość, a na jej marginesie wielka namiętność. Na szczęście autorka nie idzie w kierunku romansu i równoważy wspomniane motywy w sposób wyjątkowo udany. W powieści bardzo ważną kwestią okazuje się zaniechanie i konieczność dokonywania wyborów, z których każdy ostatecznie ma tragiczne konsekwencje. Warto.


Hillary Jordan, Błoto, przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko, Wyd. Otwarte, Kraków 2018.

piątek, 20 kwietnia 2018

Szukanie siebie z przeszłości (A.F. Harrold, Przyjaciel z szafy, ilustracje: E. Gravett)

„Przyjaciel z szafy” to książka adresowana do dzieci, jednak jej odbiorcą może stać się również dorosły. Autor z jednej strony proponuje opowieść o skomplikowanej przyjaźni i zobowiązaniach z niej wynikających, z drugiej stawia istotne pytania o tożsamość oraz pamięć i zapomnienie. Skutki dorastania, wyraźnie zasugerowane przez pisarza, wiążą się bowiem z odcięciem się od rzeczy niegdyś najważniejszych. Oddalamy się od siebie z dzieciństwa, a to, co wydawało się niemożliwe do zapomnienia, po latach okazuje się trudne do przypomnienia. Harrold zmusza do zmierzenia się z pytaniami ważnymi, ale i niekiedy ostatecznymi w swoim wymiarze. Bardzo mocno zostaje tutaj zaakcentowana siła wyobraźni i rola, jaką wyobraźnia pełni w życiu dziecka. Pojawia się kwestia reakcji rodziców na wyimaginowanych przyjaciół ich dzieci oraz to, jak potrzebna jest reakcja wspierająca, rozumiejąca, odcinająca się od racjonalności. Gdzieś w tle obecne jest także pytanie o znikanie osób ważnych z naszego życia. Harrold co prawda opowiada o przyjaciołach, który widzi tylko osoba mająca wielką wyobraźnię, jednak pośrednio historia ta może przygotowywać do mierzenia się z ostatecznością całkiem realną. W pewnym bowiem sensie ma podobne przesłanie jak „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Opowieść o przyjaźni, tak to ujmijmy, między podziałami, bo więź rodzi się między ludzkim dzieckiem a kimś lub czymś wyobrażonym, może również uczyć akceptacji dla inności, obcości oraz podsycać pozytywnie pojmowane zaciekawienie kimś, kto się od nas różni. A że wszystko to utrzymane jest w bardzo dobrym stylu, z odpowiednią dramaturgią i emocjonalnym napięciem, to „Przyjaciela z szafy” można tylko polecić – tym małym i tym dużym czytelnikom.


A.F. Harrold, Przyjaciel z szafy, ilustracje: Emily Gravett, przeł. Maria Jaszczurowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Opowieść o (nie)istnieniu (J. Leociak, Biografie ulic. O żydowskich ulicach Warszawy: od narodzin po Zagładę)

Książka Jacka Leociaka powinna stać się lekturą obowiązkową nie tylko dla tych, których interesuje kwestia miejsc pamięci, topografia przeszłości powiązanej z przywoływaniem ludzi i zdarzeń, tematyka Zagłady, losy Warszawy i jej mieszkańców, ale i – a może przede wszystkim – człowiek i przestrzeń, która staje się częścią jego życia. Lista potencjalnych adresatów może być długa. Autorowi udaje się pokazać, jak ważne jest pamiętanie tego, po czym czasami nie zostaje żaden ślad, jak istotne jest utożsamianie się z historią tych, którzy odeszli, i jak niezbędne jest szukanie pozostałości tego, co świadomie i z premedytacją zostało pieczołowicie wymazane. Leociak łączy w swojej aktywności badawczej dwie niezwykle istotne perspektywy – jest znawcą tematu, erudytą, naukowcem, który ma ogromną wiedzę z różnych dziedzin, ale i nie przestaje być człowiekiem wrażliwym na cierpienie, kimś, kto rozumie ostateczność wynikającą z zapomnienia i kto nie waha się mówić głośno o naszej wspólnej odpowiedzialności za pamięć. „Biografie ulic” doskonale wpisują się w nurt pisarstwa zaangażowanego, nieobojętnego na wykluczonych, nieodwracającego się od tych, którzy zostali zmuszeni do milczenia. Leociak zaznacza zresztą we wstępie związek swoich historycznych esejów z nową humanistyką. W opowieściach autora pojawia się arcyciekawe połączenie rekonstrukcji historii poszczególnych ulic, zaznaczenia i zdefiniowania ich szczególności i cech charakterystycznych z gotowością oddania atmosfery miejsca i tego, co działo się między ludźmi. Momentem zwrotnym dla historii każdego z opisywanych miejsc jest okres funkcjonowania w ramach getta i późniejszego zniszczenia. Nie bez powodu w podtytule książki mamy zasygnalizowany znaczący początek i koniec – moment założycielski i dokonującą się na oczach innych Zagładę całego mikroświata: ulic, historii i ludzi. Leociak odwołuje się i do dokumentów, i do świadectw mówionych oraz spisanych, i do tekstów literackich. W efekcie ów niemożliwy do opisania świat ożywa, zostaje przywołany i pozostaje wśród nas. Autor stara się zresztą delikatnie, ale i dobitnie zasugerować, że pamiętanie to również, tak to ujmijmy, widzenie i odczuwanie przeszłości. Chodzenie po dawnych żydowskich ulicach Warszawy lub po miejscach, w których kiedyś się znajdowały, wiąże się zatem z zobowiązaniem. Nie jest obojętne i bez znaczenia. To dzięki pamięci i przeciwstawieniu się zapomnieniu granice częściowo mogą zostać zniesione. A granic tych było wiele: mur oddzielający getto, przesuwanie granic getta i wynikająca z tego intensyfikacja niepewności, obojętność niektórych na to, co w getcie się działo, brak śladów po tamtym świecie, przesuwanie budynków w trakcie odbudowy, burzenie kamienic, wreszcie traktowanie spalonego terenu getta jako miejsca potencjalnych zdobyczy. Jacek Leociak znakomicie niuansuje wielość postaw, etyczne uwikłanie i dramat uwiecznionych w pamięci lub na fotografiach chwil. To nimi znaczony jest ów nieistniejący, a jednak bardzo mocno zaistniały, świat. Lektura niezbędna.


Jacek Leociak, Biografie ulic. O żydowskich ulicach Warszawy: od narodzin po Zagładę, Wyd. Dom Spotkań z Historią, Warszawa 2018.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Dopisać zakończenie (I. Michalewicz, Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X)

Reporterska książka Izy Michalewicz to przedsięwzięcie interesujące nie tylko z powodów faktograficznych. Na uwagę zasługuje również aspekt ideowy. Obok spopularyzowania wiedzy na temat pracy policyjnego Archiwum X otrzymujemy również wyraźnie zaakcentowane przesłanie konieczności upominania się o dokończenie tych historii, w których zatriumfowało zło. Reporterka pokazuje więc społeczne korzyści wynikające z pracy policjantów. Chodzi więc, oczywiście, o znalezienie i ukaranie przestępcy, ale i – a może przede wszystkim – o znalezienie odpowiedzi na pytanie, kto zabił, dlaczego to zrobił, gdzie znajduje się ciało ofiary i jaki był koniec tego, kto już nigdy nie opowie o tym, co mu się przydarzyło. Michalewicz przedstawia pracę policyjnego Archiwum X w sposób niebanalny. Rezygnuje z rekonstruowania historii śledczych na rzecz równoległego pokazywania spraw, opisywania policjantów w działaniu wydobywania na wierzch trudności, które się pojawiają, i sukcesów, które udowadniają, że nawet po wielu latach warto szukać i pytań. Oryginalnym pomysłem kompozycyjnym jest zamknięcie książki sugestią, iż opowiedziana historia nie ma zakończenia, ciągle się dzieje i dopisywane do niej będą nowe epizody. Dzięki temu zostaje również zasygnalizowany ważny aspekt pracy tych, którzy walczą ze złem. Walka ta nie ma końca, zło ciągle się odradza, a czas bywa sprzymierzeńcem i policjantów, i przestępców. Iza Michalewicz, przytaczając konkretne niewyjaśnione sprawy, skupia się zarówno na zwykłych ludziach, którzy byli ofiarami, jak i na tych, którzy należeli do osób rozpoznawalnych. W tym ostatnim przypadku przywołuje sprawę morderstwa małżeństwa Jaroszewiczów. Trochę szkoda, że w opisie tym zostały zaburzone proporcje. Rozdział ten zajmuje zbyt dużo miejsca w książce, a sama sprawa była wcześniej dość dokładnie opisana. Pojawiają się również wątpliwości dotyczące języka opisu. Autorka niepotrzebnie w niektórych miejscach postanawia zbeletryzować swój opis, w efekcie natykamy się na takie niezręczności, jak przytulające się do siebie garnki i słoik (s. 82), maki przerywające zieleń pól jak refren piosenki (s. 160), zamieszkujące (sic!) dom antyki, kwiaty i książki (s. 210), mieszkający w synu ojciec jak niespokojny duch (s. 287), zakwitająca jak kwiat kobieta (s. 313), czy słowa, w które trzeba się wsłuchać jak w echo niosące się po lesie (s. 331).

Iza Michalewicz, Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Trudna przeszłość i zgoda na przyszłość (P. Bukalska, Anna Jakubowska ps. „Paulinka”. Szkło pod powieką)

Wywiad-rzeka z Anną Jakubowską, przeprowadzony przez Patrycję Bukalską, to lektura interesująca nie tylko w kontekście przyjętej formy, ale i tematyki. Za sprawą wyróżnienia na okładce powstańczego pseudonimu bohaterki jeszcze przed lekturą możemy się domyślić, jakie były doświadczenia opisywanej postaci. Mam na myśli, oczywiście, uproszczony obraz, jednak powstańczy epizod ma w biografii Jakubowskiej znaczeni kluczowe. Można mówić nie tylko o formacyjnym charakterze tych przeżyć, ale i pokoleniowym wymiarze tego doświadczenia. Bohaterka wywiadu opowiada z dużą czułością o tych, którzy odeszli. Nie gloryfikuje powstańczego gestu, jednak nie ukrywa, iż takie a nie inne wychowanie powodowało, iż straceńczy wymiar walki interpretowany był wówczas przez wielu niejako poza racjonalnością. Bardzo ważnym i zapadającym w pamięć wspomnieniem okazuje się konieczność pozostawienia siostry. Bohaterka książki nawet po kilkudziesięciu latach rozpamiętuje ten fakt i choć wie, że nie mogła nic wówczas zrobić, to jednak oskarża siebie o zaniechanie. Równie mocno wybrzmiewają sceny pobytu w stalinowskim więzieniu. Jakubowskiej udaje się odtworzyć paradoks tamtych czasów – ci, którzy w AK walczyli z Niemcami, zostają oskarżeni o rzekomą współpracę z nazistami. Anna Jakubowska oponuje przeciwko próbom interpretowania niektórych zachowań zgodnie ze współczesnym postrzeganiem. Jest w tym, trzeba przyznać, pewna logika, mająca swoje uzasadnienie nie tyle w owych czasach, co raczej w sposobie pamiętania tego, co ważne, a nawet fundamentalne, dla przeszłości. Istotnym przesłaniem, które zostaje wyartykułowane przez bohaterkę, jest przekonanie o tym, że należy pozytywnie patrzeć w przyszłość, nie myśleć o zemście, ale o tym, jak budować razem i współpracować. Patrcja Bukalska w rozmowie z Anną Jakubowską tworzy przyjacielską atmosferę. Czasami naciska na bohaterkę, by powiedziała coś więcej, czasami przekornie naprowadza na konieczność spojrzenia na daną sytuację z innej strony, czasami wycofuje się, gdy wie, że milczenie trzeba uszanować. Mamy tu do czynienia z wejściem w rolę przyjaznej przewodniczki lub, tak tez można to nazwać, osoby oprowadzającej po biografii lub też tej biografii za sprawa opowieści towarzyszącej. Niepotrzebne wydają się tylko krótkie impresje wprowadzające do kolejnych wątków z życia bohaterki, są momentami utrzymane w nieco sentymentalnym i pretensjonalnym tonie, trudno też znaleźć dla ich publikacji znaleźć uzasadnienie.


Patrycja Bukalska, Anna Jakubowska ps. „Paulinka, Szkło pod powieką, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.

niedziela, 8 kwietnia 2018

O władzy i wpływie na losy innych ludzi (J. Kopińska, Z nienawiści do kobiet)

Publikowane w „Dużym Formacie” reportaże Justyny Kopińskiej są zawsze wydarzeniem. Autorka decyduje się na opowiedzenie o sprawach ważnych i trudnych, upomina się o słabszych, sprawia, że głośno i mocno wybrzmiewa opowieść tych, których skazano na milczenie. Nic więc dziwnego, że czytelnicy podchodzą do tych tekstów osobiście – czują się nie tylko poruszeni, emocjonalnie się angażują, ale też zaczynają uświadamiać sobie, że dużo zależy od nich samych, od tego, czy obojętność zastąpią reakcją. Choć od opublikowania tekstów w prasie do momentu zgromadzenia ich w omawianym tomie, nie minęło dużo czasu, fakt ten wydaje się mało istotny dla rzeczywistej siły rażenia publikacji. To rzadkie, ale w tym przypadku faktycznie nie ma znaczenia to, że możemy niektóre teksty dobrze pamiętać. Umieszczone w książce zyskują nowe znaczenie, a ponowna lektura umożliwia wydobycie dodatkowych sensów. 
Niestety, w przypadku trzeciej książki reporterki zaskakiwać może nieprzemyślany i wybrany przypadkowo tytuł tomu oraz jego kompozycja. Szkoda, bo owe wpadki, będące zapewne efektem chybionego doradztwa promocyjnego, niepotrzebnie wprowadzają w błąd czytelnika i rozmywają trochę przesłanie publikacji. Tytuł „Z nienawiści do kobiet” niewiele ma wspólnego z tym, co znajdziemy w książce. Owszem, jeden z reportaży jest tak zatytułowany, jednak wiodącym tematem nie jest wcale to, co zostaje zasugerowane na okładce. Na osiem tekstów zamieszczonych w tomie bohaterką czterech jest kobieta, ale w przypadku tylko dwóch można mówić o nienawiści powiązanej bezpośrednio z płcią. Mam na myśli zapadający w pamięć, precyzyjnie rekonstruujący samotność dziewczynki i nieograniczoną władzę księdza-pedofila reportaż pt. „Ksiądz pedofil odprawia dalej” oraz przełamujący schemat postrzegania hierarchiczności w wojsku i opisujący trudno walkę o podmiotowość reportaż o molestowaniu żołnierek „Z nienawiści do kobiet”. Dwa pozostałe teksty, w których na plan pierwszy wysuwa się kobieta, zwracają uwagę na nieakceptowanie inności i wykluczenie. Mam na myśli otwierający tom reportaż o Violetcie Villas, w którym historia pieśniarki zostaje opowiedziana przez jej syna i synową („Violetta Villas: Jestem Twoją mamą”) oraz reportaż o niesłyszącej sportsmence i jej drodze do odzyskania podmiotowości („W obliczu zła”). 
Jeśli miałabym wskazać temat, który dominuje w książce, to byłaby to kwestia napiętnowania społecznej obojętności, upomnienie się o akceptację dla różnicy oraz zaakcentowanie potrzeby czujności w stosunku do zła dziejącego się w ramach obowiązującego prawa lub przyzwolenia społecznego. W przypadku Violetty Villas mamy do czynienia ze stygmatyzacją z powodu oryginalności artystki. Niewidoczność ofiary księdza pedofila uzasadniana jest tym, iż dziewczynka jest dzieckiem oraz pochodzi z patologicznej rodziny, głos takich osób nie może więc znaczyć tyle samo, co głos kapłana. Unieważnieniu podlega również protest kobiet, które pełniąc służbę w wojsku są molestowane przez swoich przełożonych. Kopińskiej udaje się odtworzyć przemoc systemową opierającą się nie tylko na sojuszu tych, którzy w hierarchii są wyżej, ale i na wzajemnym wspieraniu się mężczyzn. O inności, choć w innych odsłonach, traktują teksty „Gej Twoim bratem w Kościele”, „Ostatni klezmer” i „W obliczu zła”. Brak akceptacji wynikający z faktu wyróżniania się z otoczenia lub zwracania na siebie szczególnej uwagi to temat tych reportaży. Z kolei „Dyrektor więzienia, który chciał być więźniem” i „Ile trupów w szafach?” to historie, które pokazują, że ostatecznemu w swoim wymiarze złu można było zapobiec, gdyby tylko ci, którzy są zobowiązani do kontroli i czujności, wykazali się odpowiednią oceną sytuacji. W pewnym więc sensie mamy tu do czynienia z tekstami o dramatycznych skutkach zaniechania. Gdyby więc w tytule położono nacisk na inne kwestie – właśnie na ową samotność człowieka w zderzeniu z systemem i na stygmatyzujący wymiar odmienności, nie byłoby poczucia przypadkowości doboru tytułu. 
Tak naprawdę tom wybrzmiewałby mocno i wyraziście, gdyby zostały w nim tylko reportaże poświęcone łamaniu prawa i instytucjonalnemu uwikłaniu przestępców. Mam na myśli teksty „Ksiądz pedofil odprawia dalej”, „Z nienawiści do kobiet”, „Dyrektor więzienia, który chciał być więźniem” i „Ile mamy trupów w szafach?”. Wtedy jednak objętościowo przypominałby broszurę. Najmniej pasują do tomu reportaż o Violetcie Villas oraz reportaż pt. „Ostatni klezmer”. Zresztą w ogóle reklamowanie tomu za pomocą fragmentu tekstu o Villas jest pomyłką. Tekst ten nie poszerza wiedzy o życiu artystki i wydaje się zbyt jednostronny. Nie powinien otwierać tomu. Najważniejsze dla tej publikacji są wspomniane wcześniej reportaże, w których autorka mierzy się ze złem będącym częścią pewnej struktury społecznej i obyczajowej. Niepotrzebny wydaje się również wywiad z autorką, umieszczony na końcu książki. Miałby sens, gdyby odnosił się bezpośrednio i szczegółowo do pracy nad umieszczonymi w tomie reportażami i dopowiadałby coś, czego nie ma w tekstach. Tymczasem utrzymany jest na poziomie zbyt dużej ogólności, pewne wątki pojawiały się już w innych wywiadach, nie ma więc właściwie uzasadnienia dla umieszczenia tej rozmowy w książce. Podsumowując: kilka bardzo dobrych, mądrych i ważnych reportaży, ale tytuł książki i kompozycja tomu nieprzemyślane i przypadkowe.


Justyna Kopińska, Z nienawiści do kobiet, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.

sobota, 7 kwietnia 2018

Siła i słabość mediów (A. Ostrowski, Rosja – wielkie zmyślenie. Od wolności Gorbaczowa do wojny Putina)

Książka Arkadija Ostrowskiego może być nie tylko pretekstem do dyskusji na temat współczesnej Rosji i tego, jak w ciągu ostatnich lat państwo to zmieniało się wizerunkowo i ideowo. Zasadne jest również potraktowanie tej publikacji jako inspiracji do szukania podobieństw z tym, co dzieje się w naszym kraju. Nie mam na myśli dosłownego przełożenia, chodzi raczej o wskazanie pewnych powtarzalnych reguł i stopniowe poszerzanie granic związanych z akceptowanym zakłamaniem pojawiającym się w mediach, czy – jak to akcentuje autor – w środkach masowego przekazu. Ostrowski dokonuje ciekawego prze-pisania najnowszych dziejów Rosji. Zostaje to zresztą w uproszczony sposób zasygnalizowane w podtytule. W rzeczywistości klasyfikacja tego, co działo się za rządów Gorbaczowa, i tego, co ma miejsce za Putina, jest dużo bardziej zniuansowana. Autor opowiada o tych wydarzeniach, które zazwyczaj dość dobrze pamiętamy, jednocześnie kładąc nacisk na sposób funkcjonowania rosyjskich mediów, na przemiany w owych mediach zachodzące, na zniesienie cenzury i następnie stopniowe jej wprowadzanie, wreszcie na tworzenie narracji fikcyjnej, całkowicie opartej na konfabulacji. Zwłaszcza ta ostatnia wersja opowiadania o świecie jest interesująca. Gdzieś w tle wyraźnie bowiem wybrzmiewa pytanie o to, dlaczego tak łatwo zrezygnowano z marzeń o wolności na rzecz codzienności, w której fałszywe komunikaty prowadzą tak naprawdę do wtórnego zniewolenia. Ostrowski pokazuje istnienie akceptacji świata wykreowanego, o którym wszyscy wiedzą, że jest nierzeczywisty, a jednak poddają się jego sile i są przez niego uwodzeni. W efekcie ów mroczny urok mediów wiernych nie tyle faktom, co raczej preferowanej przez władze wersji wydarzeń, odsłania historyczną ciągłość podporządkowywania społeczeństwa tym, którzy sprawują władzę.


Arkadij Ostrowski, Rosja – wielkie zmyślenie. Od wolności Gorbaczowa do wojny Putina, przeł. Maria Zawadzka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

środa, 4 kwietnia 2018

Ukrywanie się za egzotyką nie wystarczy (F. Ahrens, Koreańczycy. W pułapce doskonałości)

Czytanie „Koreańczyków” jako reportażu to pomyłka. Trudno również byłoby obronić tezę, iż mamy do czynienia z narracją eseistyczną o charakterze socjologiczno-kulturoznawczym. Nie jest to również relacja z podróży. Ahrens proponuje czytelnikom dość swobodnie spisane refleksje dotyczące swojego pobytu w Korei Południowej. Autor nie przestaje być na pierwszym planie, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami, opisując życie prywatne i akcentując w nieco sentymentalny sposób uniesienia związane z poznaniem miłości życia i późniejszą nowiną, że zostanie ojcem. W efekcie trudno określić, czy mamy bardziej do czynienia z miejscami wyjątkowo naiwnymi zapiskami przybysza, dla którego wszystko, co nowe, jest egzotyczne, czy może owa naiwność jest zamierzona, a jej celem jest zbliżenie opowieści do stylu podręcznego przewodnika turystycznego, który ma udawać nieco ambitniejszy produkt. Owszem, relacje dotyczące koreańskiej kultury korporacyjnej są bardzo ciekawe. Szkoda jednak, że autor sprawia wrażenie osoby, która przybyła do Korei bez żadnego przygotowania. Obejmuje stanowisko kierownicze, więc jest to dość kuriozalne. W książce dominuje perspektywa zdziwionego i zaskoczonego Amerykanina-kolonizatora, dla którego podstawowe różnice kulturowe są wielkimi odkryciami. O ile w kontekście pierwszego spotkania z pracownikami i opisu koreańskiej tradycji spożywania alkoholu wypada to stosunkowo znośnie, o tyle przejawy dalszej nieporadności w tym względzie okazują się już tylko irytujące. Lektura niekonieczna.


Frank Ahrens, Koreańczycy. W pułapce doskonałości, przeł. Aleksandra Czwojdrak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Przetrwać mimo wszystko (S. Grzesiuk, Pięć lat kacetu)

W moim prywatnym rankingu „Pięć lat kacetu” to jedna z najważniejszych książek opowiadających o doświadczeniu obozowym. Wznowienie tej publikacji i to w wersji nieocenzurowanej, z zaznaczonymi fragmentami, które we wcześniejszych wersjach były usuwane, to ważne wydarzenie w literackim świecie. Książka należąca do kanonu, chętnie czytana i dyskutowana, a jednak trzeba ją przypominać. Przedstawiciele młodego pokolenia nie znają tej lektury, a dostępność publikacji na rynku wpływa na wzrost prawdopodobieństwa sięgnięcia po nią przez tych, którzy na sczytane, zniszczone, porozrywane egzemplarze sprzed lat raczej nawet by nie spojrzeli. Do Grzesiuka chętnie wrócą i ci, którzy czytali go przed laty. Takie powroty do lektur dobrze znanych bywają inspirujące – czasami coś potwierdzają, innym razem oferują możliwość zupełnie innego odczytania, często otwierają na nowe. Ponowna lektura „Pięciu lat kacetu” stała się dla mnie potwierdzeniem dawnych rozpoznań. Naturalizm i brutalizacja opisów życia codziennego w obozie, często krytykowane wtedy, gdy książka ukazała się po raz pierwszy, w moim przekonaniu stanowią o wartości tej opowieści. Grzesiuk nie próbuje udawać, że człowiek w chwili próby zawsze pozostaje dobrym człowiekiem. Bardzo mocno akcentuje ogarniające stopniowo wszystkich zobojętnienie na to, co się dzieje wokół. Nie tracąc z oczu swoich współtowarzyszy, pokazuje swoją receptę na przetrwanie – jak najwięcej spać i jak najmniej pracować. Ostateczność wpisana w każde działanie w obozie – od szukania chwili intymności i załatwiania czynności fizjologicznych po pragnienie przyjemności, zaspokojenia duchowych potrzeb i odpoczynku – powoduje, że nawet największy dramat opisywany jest jako coś zwyczajnego. Z naszej perspektywy czymś zwykłym, oczywiście, nie jest, ale z perspektywy tego świata, który stworzyli naziści, już takie faktycznie było. Powtarzalność zbrodni i okrucieństwa skutkuje z jednej strony ujawnianiem się u niektórych najgorszych cech, z drugiej u innych niemalże heroizmu. O takich przypadkach również Grzesiuk opowiada. Bardzo ważnym wątkiem, który powraca w książce, jest kwestia klasowości i hierarchiczności dostrzegalna w relacjach między więźniami. Szczególnie istotny wydaje się fragment dotyczący tych, którzy przybyli do obozu po upadku Powstania Warszawskiego. Równie istotne wydają się te sytuacje, w których Grzesiuk pokazuje, jak ważna była umiejętność zdobywania jedzenia oraz tworzenia sojuszy wzajemnego wsparcia. Obecność ludzi życzliwych i pomocnych dodawała sił i niejednokrotnie umożliwiała przeżycie. Warto również zwrócić uwagę na gotowość opowiadania o swoich doświadczeniach bez upiększania i uwznioślenia. Grzesiuk pokazuje tym samym, jak upadlające jest wyrywanie życiu tego życia po małym kawałku. Lektura obowiązkowa.


Stanisław Grzesiuk, Pięć lat kacetu, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Rosja w wersji uproszczonej (S. Krasikov, Patrioci)

Powieść Sany Krasikov zdecydowanie nie jest arcydziełem, jak tego chciałby Yann Martel. Popularny pisarz takiego właśnie określenia używa w kontekście „Patriotów”, stwierdzając, iż jest to „»Doktor Żywago« na nasze czasy”. Z kolei w przywołanych na drugiej stronie okładki fragmentach recenzji pojawia się sugestia, iż teraz, kiedy Stanami Zjednoczonymi rządzi Donald Trump, przesłanie książki wybrzmiewa mocniej. W obu przypadkach mamy do czynienia z przesadą. „Patrioci” to nie jest wielka powieść, choć mierzy się, z tym nie polemizuję, z wielkim tematem, jakim niewątpliwie jest fakt uwiedzenia przez komunizm. Krasikov napisała książkę z kręgu literatury środka, miejscami na całkiem przyzwoitym poziomie, miejscami irytująco egzaltowaną i pretensjonalną. To utwór, który słabo zaznajomionym z historią Związku Radzieckiego czytelnikom z Zachodu ma wyjaśnić to, co składa się na specyfikę państwa, w którym sposobem dyscyplinowania i eliminowania ludzi stały się łagry. Mamy więc do czynienia z wersją z oczywistych powodów uproszczoną, wpisaną w narrację typowo inicjacyjną, historię miłosną, ale i opowieść o niełatwej relacji matki z synem. Rozwój wypadków jest dość przewidywalny. Młoda i naiwna Florence jest zafascynowana socjalizmem. Postanawia opuścić Stany Zjednoczone i wyjechać do Związku Radzieckiego. To, co miało być przygodą i przeżywanym na co dzień wcielaniem w życie idei, szybko okazuje się rozczarowaniem. Bohaterka co prawda długo się oszukuje, jednak w którymś momencie musi przyznać, że wplątała się w sytuację bez wyjścia. Czytelnika nie powinno więc dziwić stopniowe dojrzewanie bohaterki, odsłanianie absurdów komunistycznego państwa, uwięzienie Florence w łagrze i odkrywanie tajemnic jej codzienności, narażonej na stałą kontrolę ze strony służb bezpieczeństwa. Z „Doktorem Żywago” powieść ta ma niewiele wspólnego. To, co u Pasternaka, jest wielowymiarowe, tragiczne i nieoczywiste, u Krasikov zbliża się do melodramatu. Dodatkową wadą książki są sztuczne i mało zróżnicowane stylistycznie dialogi. Rażą one szczególnie w początkowych partiach powieści. Czytać więc można, ale raczej tylko jako dość dobre czytadło, a nie literaturę z wyższej półki.


Sana Krasikov, Patrioci, przeł. Dorota Konowrocka-Sawa, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

piątek, 30 marca 2018

Czytanie lektur i siebie (M. Wyka, Napisane niedawno)

Najnowsza książka Marty Wyki tylko pozornie składa się z tekstów poświęconych książkom oraz ważnym pisarkom i pisarzom. Tak naprawdę widać w tym projekcie, opatrzonym tytułową informacją o czasie, zamysł dużo szerszy niż tylko refleksje po przeczytaniu. Nie bez powodu publikacja rozpoczyna się nieco nostalgicznym, ale i emocjonalnym w swojej wymowie tekstem o charakterze autobiograficznym. Szkic ten, zatytułowany znacząco „Proszę nie czytać przy jedzeniu”, z jednej strony pozwala na powrót do dzieciństwa, z drugiej jest rodzajem wyznania wiary w sens życia z książkami, sens czytania i sens odkrywania, że życie jednak czasami się różni od książek. Tom ma kompozycję klamrową, gdyż tekst zamykający „Napisane niedawno” również utrzymany jest w stylu nostalgicznego powrotu do przeszłości. W tym wypadku chodzi o „Odwiedziny w domu dzieciństwa”, a więc zmierzenie się z ograniczeniami własnej pamięci, z przemijaniem, z poczuciem, że miejsce i rzeczy, niegdyś bliskie i oswojone, poluzowały swój związek z życiem autorki, choć jednocześnie trwale z biografią jej rodziny są związane. Ta dwoistość związana z odczuwaniem istnienia i nieistnienia jednocześnie zostaje pokazana z dużym wyczuciem, bez patosu, delikatnie, z pewnym dystansem nawet. Pomiędzy przywołanymi powyżej tekstami znajdziemy szkice krytyczne będące zapisem refleksji z „Książek przebranych”, szkice biograficzne dotyczące Marii Dąbrowskiej, Wisławy Szymborskiej i Ewy Lipskiej opatrzone słowem „One”, a także „Francuskie opowieści”, w których natkniemy się nie tylko na inspirujący dialog z twórczością Alberta Camusa, ale i namysł nad przemijaniem popularności kultury francuskiej w Polsce. Książki oraz pisarki i pisarze stają się pretekstem do opowieści literaturoznawczyni i krytyczki, ale i do wspomnień – tak po prostu. Marta Wyka pozostaje obecna w tekście, dzieli się swoimi wątpliwościami, odsłania różne możliwości odczytania. Nawiązuje kontakt z odbiorcą, udowadniając, że literatura to pretekst do zadawania pytań, szukania odpowiedzi, nawiązywania relacji i oswajania rzeczywistości.


Marta Wyka, Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

środa, 28 marca 2018

W cieniu tajemnicy (M. Wójcik, Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie)

Michał Wójcik decyduje się na gest ryzykowny – jest obecny w tekście w sposób dość intensywny, a jednak wychodzi z tego obronną ręką. Choć dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami oraz nie ukrywa pojawiających się w trakcie poszukiwań emocji, to właściwe proporcje zostają w książce zachowane. Najważniejsza jest cały czas tytułowa bohaterka. Dziennikarz, który co jakiś czas wysuwa się na plan pierwszy, działa na rzecz odkrycia jej sekretów. Odsłaniając swój warsztat, opowiadając o niełatwych poszukiwaniach, pokazując trudności w dotarciu do faktów lub prawdopodobnych wersji wydarzeń, nie tyle więc eksponuje siebie, co raczej pokazuje, jak skomplikowane było życie bohaterki i jak mistrzowsko umiała kamuflować te elementy swojej biografii, które mogły ją w jakiś sposób odsłonić. Wójcikowi udaje się wydobyć wewnętrzne skomplikowanie postaci, konieczność podejrzliwego traktowania niektórych świadectw, łączące i dzielące Polskie Podziemie sprawy, wreszcie umiejętność manipulowania jako cechę kluczową dla działania Wandy Kronenberg. Najważniejsze jest jednak – i na to autor kładzie nacisk – jest ukazanie tytułowej postaci jako kobiety, która współpracując z kilkoma wywiadami, nie działała na rzecz danego państwa, lecz walczyła przede wszystkim o siebie. Ten prywatny wymiar współpracy podjętej przez Kronenberg wydaje się kluczowy dla widocznego w opowieści odheroizowania i niestygmatyzowania bohaterki. Wójcik stara się bowiem pokazać, że to, co miało wpływ na przestrzeń publiczną, w przypadku interesującej go osoby miało charakter całkiem prywatnego zadania do wykonania – przetrwać za wszelką cenę. Autor po raz kolejny przejawia postawę historyka poszukującego, empatycznego, świadomego nieoczywistości tego, co przynależy do przeszłości. Dzięki takiej perspektywie czytelnik ma okazję odkryć nie czarno-biały, lecz pełen szarości świat. A że dzieje się to również w sposób atrakcyjny literacko, można ów fakt tylko docenić.


Michał Wójcik, Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 25 marca 2018

Klimat (nie tylko) tamtych czasów (E. Winnicka, C. Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe)

Reporterska książka Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza okazuje się zróżnicowanym, nieoczywistym, interesująco zrealizowanym projektem uchwycenia atmosfery opisywanych czasów. To reportaż przemyślany, konsekwentnie realizujący przekonanie, że „Nie ma jednej opowieści o roku 1968” (s. 9). Jednak zaletą tej publikacji jest nie tylko niebanalne zaplanowanie opowieści – poprzez zderzanie tego, co polskie, z tym, co europejskie i światowe, ale również udane sportretowanie sytuacji, kiedy rewolucja/zmiana/dramat właśnie się dzieją, ale nie zawsze wiemy, że to właśnie już. Efekt ten udaje się osiągnąć między innymi dzięki przytoczeniu historii Beatlesów czy morderstwa w domu Romana Polańskiego. Pozornie historie te wydają się dość dobrze znane, a jednak w tym przypadku znakomicie służą zrekonstruowaniu ówczesnego życia artystycznego, rodzących się wtedy nadziei, ale i sprzyjającego klimatu dla budowania legend nie tylko tych pozytywnych, ale i negatywnych (przypadek Charlesa Mansona). Ważne wydaje się również przywołanie francuskiej rewolty, zwłaszcza że jej główni bohaterowie po latach nadal dyskutują nad swoim udziałem w protestach i nad gotowością zachowania wierności wyznawanym wtedy ideałom. Obok wielkich nadziei związanych z protestami, prowadzącymi do zmian społeczno-politycznych i obyczajowych, pojawia się również mroczny kontekst tłumienia manifestacji oraz antysemityzmu. Tutaj również reporterzy decydują się na nieoczywiste wybory. Marzec 1968 roku zostaje zobrazowany historią spoza centrum oraz mocnym zaakcentowaniem, że te dwie perspektywy, dużego miasta i mniejszego, znacznie się różniły, jeśli weźmiemy pod uwagę świadomość tego, co się dzieje, szybkość reagowania oraz realne konsekwencje ruchów rządowych. Podobna narracja, akcentująca biografię zwykłych ludzi wrzuconych w Wielką Historię, towarzyszy sportretowaniu interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. To, co powraca w wielu opowieściach, sprowadza się do przypadku, który miał szansę zaistnieć dzięki sprzyjającym okolicznościom. Fakt nieoddzielania tego, co krajowe, od tego, co zagraniczne, skutkuje pojawieniem się w tle mocno wybrzmiewających pytań: dlaczego opisywany rok był szczególny; co pozostało z głoszonych wówczas idei; czy zarówno odradzające się demony antysemityzmu, jak i konieczność postulowania praw kobiet, wolności i równości, nie odsłaniają paradoksu powtórzenia jako obowiązku wpisanego w wychodzenie na ulicę i mówienie „nie” temu, co złe i niszczące społeczeństwo od środka; czy z tego, co miało miejsce w roku 1968, możemy coś wziąć dla siebie dzisiaj; czy umiemy po tylu latach przeciwstawić się nienawiści do Żydów, do kobiet, do Innych; wreszcie czy chcemy i umiemy wziąć sprawy w swoje ręce. Lektura do przemyślenia i do powracania, bo Winnicka i Łazarewicz pokazują, że opowieść o roku 1968 może nam dużo powiedzieć o współczesności.


Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 24 marca 2018

Z tą pamięcią tak trudno żyć (K. Błażyca, Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy)

Książkę Krzysztofa Błażycy można czytać równolegle do znakomitej publikacji Wojciecha Jagielskiego „Nocni wędrowcy”. Co prawda „Krew Aczoli” literacko jest dużo mniej interesująco, ale siła świadectwa ofiar pozostaje równie porażająca. W pewnym sensie to również reportaż, który powinien towarzyszyć lekturze książek Jeana Hatzfelda. O ile ludobójstwo w Rwandzie z perspektywy europocentrycznej narracji wydaje się mało znane, o tyle to, co działo się w Ugandzie, bywa kojarzone jeszcze w mniejszym stopniu. Nie bez powodu w podtytule książki Błażycy pojawia się określenie „zapomniana wojna”. Bohaterowie reportażu nie ukrywają swojego osamotnienia i szczególnej sytuacji, w jakiej się znajdują. Ogrom doznanego cierpienia oraz perfidia wpisana w działania tych, którzy byli zagrożeniem, skutkuje poczuciem niemożności powrotu do lepszych czasów, przekonaniem, że nie da się zapomnieć tego, co się widziało i co się robiło, wreszcie odkryciem, że trauma przeżywana przez tak wielu ludzi nikogo właściwie nie obchodzi. „Krew Aczoli” to opowieść o zarażaniu złem, świadomym i zaplanowanym. Dzieci, które były porywane i wcielane do Armii Bożego Oporu, nie miały wyboru. Jako ofiary musiały zabijać, gwałcić, torturować tych, którzy zostali skazani na usunięcie. Dzisiaj próbują wrócić do normalności, ale owa normalność wydaje się w kontekście wcześniejszych doświadczeń tylko utopią. Bohaterowie reportażu pamiętają, cały czas widzą koszmarne obrazy sprzed lat, mają złe sny, boją się tego, że nie będą umieli funkcjonować w rzeczywistości bez wojny. Mierzą się też z lękiem społeczności, która wie, co powracających spotkało, i nie do końca wierzy w fakt przemiany. Błażyca spotyka się również z tymi, którzy stali po złej stronie od początku. Ich relacja jest, niestety, podobna do tej, na którą często decydują się zbrodniarze – pojawia się motyw konieczności wykonywania obowiązków oraz bycie pod wpływem przywódcy. Autor nie tylko przytacza świadectwa uczestników dramatycznych wydarzeń, ale również rekonstruuje skomplikowane przemiany społeczno-polityczne w regionie oraz specyfikę wierzeń, wprowadzającą w relacje związane z przebaczeniem, nawróceniem, winą i karą. Tutaj ponownie dochodzi do zaakcentowania konieczności zrozumienia i zaakceptowania tego, co kształtuje miejscową społeczność od dawna, oraz odrzucenia pojmowania rzeczywistości w taki sposób, jaki jest charakterystyczny dla kultury Zachodu.


Krzysztof Błażyca, Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy. Spotkania z ofiarami Bożej Armii Oporu i wojsk rządowych, Wyd. Bernardinum, Pelplin 2017.

wtorek, 20 marca 2018

Kobiecy los (Z. Rudzka, Krótka wymiana ognia)

Warto było czekać na prozę Zyty Rudzkiej. Autorka pokazuje swoją pisarską klasę, projektując różnego rodzaju skrajne emocje, ale i nie przestając cały czas czuwać nad językiem. W trakcie lektury uderza dostrzegalna precyzja w posługiwaniu się słowem. Efekt jest bardzo intrygujący, bo okazuje się, że dzięki oszczędności i niemalże ascetyczności opisu, można powiedzieć wiele. Rudzka pozornie operuje zgranymi w literaturze motywami, potrafi jednak wydobyć z nich nowe sensy oraz napięcie, dzięki któremu opowiadana historia nie pozostawia czytelnika obojętnym. „Krótka wymiana ognia” kojarzy mi się z pierwszymi książkami pisarki – pełnymi świeżości, ale i duchoty zarazem, znaczonymi namiętnością, ale i chłodem wynikającym z kontroli sytuacji, która i tak wymyka się racjonalnemu poznaniu. Jest w tej opowieści rodzaj szorstkiej szczerości w stosunku do bohaterek i tego, co je łączy i dzieli. Na uwagę zasługuje relacja między matką i córką. Opowiedziana zostaje w dwóch odsłonach – ta, która dla jednej jest nieudaną córką, dla drugiej pozostaje odrzuconą matką. Próba odnalezienia się w tych niełatwych rolach to jeden z wiodących motywów powieści. Pytania zadawane sobie odsłaniają różnego rodzaju uwikłania. Oto okazuje się, że rozważanie faktu bycia córką zbliża do tragedii ukrywanej przez wiele lat przez matkę, z kolei szukanie odpowiedzi związanych z pełnioną rolą rodzica, zmusza do zmierzenia się z samotnością odczuwaną przez własne dziecko. Smutek i przemijanie wiele razy ukrywają się w tej historii za maskami ochronnymi. Bronią przeciwko litości i użalaniu się nad sobą jest cyniczne komentowanie własnej biografii, brutalne postrzeganie własnego starzenia, ożywczy śmiech i ostrość spostrzeżeń, które stają się celnymi puentami. Rudzka potrafi w krótkich scenach umieścić bardzo wiele. Przykładem może być jednoakapitowy właściwie opis traumy przeżywanej ponownie we wspomnieniach przez matkę bohaterki, ale i opisy odkrywania własnego przemijania i zderzania ich z refleksjami na temat pełnionych ról społecznych. Raptem okazuje się bowiem, że bycie artystką to jeszcze jedna z dobrze pasujących masek – pozwala na odegranie tego, w co właściwie nie trzeba się już angażować, oraz umożliwia ukrycie prawdziwej twarzy.


Zyta Rudzka, Krótka wymiana ognia, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

niedziela, 18 marca 2018

(Nie)przemijanie (M. Dzido, Frajda)

Lektura „Frajdy” Marty Dzido przywodzi na myśl dwa inne, objętościowo niepozorne, ale pełne sensów i różnych odniesień, utwory, a mianowicie „Kochanka” Marguerite Duras i „Bo to jest w miłości najstraszniejsze” Nicole Müller. Autorce udaje się uciec przed banalnością związaną często z pisaniem o miłości. Proponuje czytelnikom utwór stawiający na portretowanie emocji, bogaty w różne odsłony namiętności i pożądania, radosny, będący pochwałą życia, ale jednocześnie niezwykle smutny. Oto bowiem okazuje się, że nawet miłość nie jest w stanie wymyślić dobrego zaklęcia na zatrzymanie czasu. W pewnym więc sensie „Frajda” zamienia się w historię przemijania i przetrwania jednocześnie – pozornie nic się nie może zmienić, skoro miłość jest tak wielka, a jednak zmienia się wszystko, choć uczucie i tak pozostaje. Dzido bardzo świadomie używa słów, unika patetyczności, czuwa nad swoją opowieścią w taki sposób, że to, co intymne, choć wypowiedziane, nie staje się naiwne ani pretensjonalne. To niewątpliwie sztuka. Nie bez powodu opisywanie miłości i seksu, choć częste w literaturze, rzadko kiedy się udaje. W tym wypadku możemy podziwiać dużą wrażliwość autorki i jej umiejętność operowania słowem. Dzido nie tylko pisze historię miłosną, rozpisuje również na wspomnienia historię związku, który – tak się wydawało – nie potrzebował zapewnień, że będzie trwał wiecznie. W powieści wybrzmiewa kilka ważnych pytań: czy wolność, jaką sobie zapewniają bohaterowie, nie staje się tak naprawdę rodzajem niewoli?, czy granice, które przekraczają, faktycznie wzbogacają ich więź, czy może są potwierdzeniem tego, że gdy się coś wypala, potrzeba nowych bodźców?, czy czas, który mija, jest w stanie metaforycznie zatrzymać się i cofnąć nas do uczuć i emocji sprzed lat?, czy to, co dzieje się teraz, jest powtórzeniem tego, co miało miejsce kiedyś, czy może jednak czymś nowym, co zmusza do mierzenia się z dzisiaj, a nie z wczoraj?. Dużym atutem historii opowiedzianej przez Dzido jest umiejętność zasygnalizowania tego, że każda intymność rozgrywa się w relacji z tym, co publiczne. Mówiąc inaczej, nawyki związane z funkcjonowaniem w takiej a nie innej kulturze kształtują doświadczenie prywatności. Fragmentem potwierdzającym ów fakt, może być wspomnienie listu napisanego na papierze i wysłanego pocztą oraz zaakcentowanie tego, że współcześnie potrzeba kontaktu zostałaby zasygnalizowana w inny sposób – pewnie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Z obu sposobów komunikowania wynikają podobieństwa, ale i różnice. Oba są świadectwem swoich czasów. Lektura obowiązkowa.


Marta Dzido, Frajda, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2018.

piątek, 16 marca 2018

Litery, które nie są niewinne (A. Szydłowska, Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989)

Praca Agaty Szydłowskiej to publikacja, w której refleksja na temat kroju pisma zostaje potraktowana w sposób niebanalny. Na uwagę nie tylko zasługuje analiza liter jako nośników znaczeń o charakterze kulturowym, społecznym i politycznym, ale również uwzględnienie aktualnych kontekstów, dzięki którym proponowana opowieść zyskuje charakter zaangażowany. Widać to chociażby w tych partiach książki, w których autorka prezentuje problemy, jakie pojawiły się w kontekście prób zawłaszczenia solidarycy przez związkowców oraz przekonania pozostałych obywateli, że ten krój pisma może być wykorzystywany do firmowania protestów związanych np. z prawami kobiet. Dzięki zrekonstruowaniu sporów badaczka pokazuje polityczność wpisaną w używanie danej czcionki w określonym kontekście, ale i odsłania rzadko uświadamiany fakt, iż to, w jaki sposób komunikujemy poglądy, rozgrywa się i na poziomie znaczeń słów, i na poziomie wybranego typu liter. Warto zauważyć, że Szydłowska przygląda się czcionkom, pytając również o otoczenie, w których są one wykorzystywane. Mamy więc solidarycę jako przykład pisma mocno nasyconego zaangażowaniem społecznym oraz potencjalną walką o rodzaj owego zaangażowania, mamy Silesianę jako krój regionalny generujący nowe znaczenia i budujący nawiązania do tradycji, mamy pytanie o możliwość i potrzebę tworzenia kroju narodowego, mamy TypoPolo jako mniej lub bardziej świadomą pochwałę brzydoty, przypadkowości, braku spójności i braku estetyki. Książkę Szydłowskiej da się więc czytać jako opowieść o potrzebie dostrzegania tego, jakie litery są obecne w przestrzeni publicznej, ale i o obojętności na to, w jaki sposób to, co jest komunikatem przez nas odczytywanym, zostaje zapisane. Widzenie w tym wypadku staje się deklaracją świadomego uczestnictwa, gotowością renegocjowania znaczeń, umiejętnością prze-pisywania rzeczywistości. W pewnym więc sensie jest to historia tego, w jaki sposób można w przestrzeni publicznej zaznaczyć swoją wyjątkowość, przeciętność lub też swoje zaangażowanie. Bardzo dobre.


Agata Szydłowska, Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2018.

czwartek, 15 marca 2018

Być u siebie (K. Naszkowska, Ani tu, ani tam. Marzec ’68 - powroty)

Krystyna Naszkowska decyduje się na ciekawą i bardzo oryginalną perspektywę. Oryginalną, bo przyzwyczajeni jesteśmy w kontekście Marca 1968 roku do rozmowy o rozstaniach i opuszczeniu Polski. Tymczasem autorka postanawia porozmawiać z tymi, którzy pomimo wyjazdu wtedy, potem do kraju wrócili. Pozornie mogłoby się wydawać, że historie bohaterów są w swojej wymowie bardziej optymistyczne od tych opowieści, które naznaczone są przymusowym i dokonanym na zawsze pozostawieniem swojego miejsca. I choć faktycznie rozmówcy autorki niuansują swoje przeżycia w taki sposób, że kładą nacisk przede wszystkim na to, że tam, w nowym kraju, im się udało, to jednak jest w tle tych opowieści coś niezwykle wzruszającego. Niedopowiedzenie, wyparcie tego, co złe, próba bagatelizowania, odmowa pamiętania, dumne podniesienie głowy, honor i godność, które nie dały się złamać – wielkie słowa, które w przypadku marcowych biografii rzadko bywają przesadą. Naszkowskiej udaje się pokazać, jak w zwykłe, pozornie przeciętne życie, wkrada się coś wielkiego – coś, co jest złe, ale i coś, co budzi nieznane pokłady siły, woli i przetrwania mimo wszystko. Tytułowe powroty to rodzaj prywatnego zwycięstwa nad przeszłością. Można je również odczytywać jako rodzaj przypomnienia i konieczności zmierzenia się ze wstydliwą karą polskiej historii. Rozmowy Krystyny Naszkowskiej uświadamiają rzecz oczywistą, ale łatwo zapominaną, a mianowicie bolesny wydźwięk tytułowego rozdwojenia. Odnaleźć się w tej niełatwej sytuacji wtedy to również zmierzyć się z demonami pamięci rodziców, tych, dla których wspomnienie wojny było całkiem świeże. Powrócić do Polski po latach to z kolei symbolicznie pokonać to, co było, ale i obnażyć obecne w minionym okrucieństwo.


Krystyna Naszkowska, Ani tu, ani tam. Marzec ’68 – powroty, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.

wtorek, 13 marca 2018

Rzeka jako paradoks sprzeczności (C. Magris. Dunaj)

Książka Magrisa to oryginalne połączenie eseju, prozy poetyckiej, narracji typowo podróżniczej i biografii miejsca. Istotnym wyznacznikiem owej gatunkowej mieszanki jest erudycja oraz swoboda wpisana w przemieszczanie się, obserwowanie, przeżywanie i przypominanie. Autor rezygnuje z chronologicznego odtworzenia historii rzeki oraz tego, co wokół niej się działo. Dunaj cały czas przywoływany jest jako pretekst, nie przestając być jednocześnie kluczowym punktem odniesienia. Służy porządkowaniu opowieści, ale i zarazem rozbija ów porządek od środka – tak, jakby nurt rzeki swoją nieprzewidywalność przenosił na ludzi, miasta i czas. Magrisowi udaje się oddać klimat miejsca poprzez zasugerowanie niemożności zdefiniowania do końca, zdefiniowania pełnego, zdefiniowania zamykającego. To, co się skończyło, wydaje się ciągle trwać. Wielkie miasta, Wielka Historia, tylko pozornie mali i mało znaczący ludzie – opisani i przypisani do Dunaju zyskują nowy kontekst. Pojawiają się odniesienia do konkretnych biografii, dzieł literackich, kulturowych przemian, budowli. Barwy, kształty oraz wydawane przez rzekę dźwięki stają się źródłem pamięci. Dunaj jest świadkiem wydarzeń, ale i rodzajem żywego pomnika, który przeciwstawia się zapomnieniu. Wczoraj miesza się z dzisiaj, a pytaniu o przestrzeń w kontekście nośników pamięci towarzyszy pewność znaczenia, wpisanego w rzekę jako niemą, ale jednak i aktywną towarzyszkę, obserwatorkę, uczestniczkę tego, co zmienia otoczenie oraz je utrwala. Intrygujące.


Claudio Magris, Dunaj, przeł. Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 11 marca 2018

Chaos jako zapowiedź nowego porządku (M. July, Pierwszy bandzior)

Wyzwalająca! – to pierwsze słowo, które przychodzi na myśl po lekturze książki Mirandy July. Autorka z zadziwiającą swobodą porusza się na krawędzi, gra z różnymi schematami, zaskakuje czytelnika, a jednocześnie pozostaje ciągle kimś, kto panuje nad swoją niepokorną opowieścią. Wspomniane zaskoczenie pojawia się i na poziomie języka, i gatunku, i ewolucji portretowanych postaci. Książka, która mogłaby się stać przeciętną popularną powieścią kobiecą, celnie dyskutuje ze stereotypami wpisanymi w tego typu literaturę. July idzie o kilka kroków dalej niż w latach dziewięćdziesiątych XX wieku Helen Fielding w „Dzienniku Bridget Jones”. Więcej tutaj dyskusji z feminizmem, więcej polemiki z wielkomiejskim wzorcem rozwiązywania problemów w gabinetach psychoterapeutów, więcej krytyki korporacyjnej codzienności. Symbolicznym początkiem, ale i końcem dla czterdziestotrzyletniej Cheryl, jest moment wprowadzenia się do jej mieszkania Clee, rozpuszczonej do granic możliwości dwudziestokilkulatki. Ta pierwsza funkcjonuje w świecie, w którym wszystko ma swoje miejsce. July zabawnie portretuje moment, kiedy Cheryl objaśnia swojej nowej współlokatorce reguły. Clee za chwilę, błyskawicznie i z dużym tupetem, zacznie je łamać. Pisarka potrafi być w opisie relacji kobiet dowcipna, złośliwa, ale i niepokojąca, mroczna, wzruszająca, a także boleśnie szczera. Jest w tej historii miejsce na lęk, zachowania przemocowe, przedziwną próbę sił, miłość, obojętność, porzucenie i dorastanie. July ucieka od czarno-białych rozwiązań. Odsłaniając niedojrzałość obu bohaterek, pokazuje jednocześnie umowność i rzeczywistą nieskuteczność wielu strategii, na jakie decydują się kobiety po to, by podjąć walkę o siebie. Obnaża nieprzystawalność teorii do praktyki, ale też pokazuje, że dopiero wtedy, gdy przychodzi zmierzyć się z wyzwaniami, odkryć można własne możliwości. Warto!


Miranda July, Pierwszy bandzior, przeł. Łukasz Buchalski, Wyd. Pauza, Warszawa 2018.

czwartek, 8 marca 2018

Być sobą czy ukryć prawdziwego siebie? (K. Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island)

„Wszyscy jesteśmy dziwni” tylko pozornie odbiega tematycznie od „Modnych”, wcześniejszej książki reporterskiej Karoliny Sulej. W „Modnych” autorka skupia się na postaciach znanych – portretuje zmieniającą się modę i jej projektantów, rekonstruując jednocześnie przemiany obyczajowe i społeczne w Polsce. We „Wszyscy jesteśmy dziwni” bohaterami są osoby, tak to ujmijmy, zwyczajne, jednak ich pomysł na siebie i na kreowanie rzeczywistości okazuje się na tyle oryginalny i barwny, że pozwala na opowiedzenie o walce normalności z dziwnością, cokolwiek obie kategorie by nie oznaczały, oraz na świadectwo czasów, które mijają, choć ciągle istnieją ci, którzy próbują niepowtarzalny klimat przeszłości ocalić. W przypadku obu publikacji Sulej próbuje pokazać ludzi z wizją, osoby, którym nieobce jest odrzucenie, ale i determinacja związana z konsekwencją realizowanej wizji artystycznej, osoby, które mają popularność, ale ta – jak wszystko – bywa ulotna. Nie bez powodu, jak sądzę, tytułowa deklaracja „wszyscy jesteśmy dziwni” uzupełniona zostaje o podtytuł sugerujący fakt snucia opowieści na temat miejsca. Coney Island jest jednak szczególnym punktem odniesienia. Bywa miejscem przyjmującym wykluczonych, staje się miejscem oporu i walki z deweloperami, okazuje się enklawą pamięci i konsekwentnego działania przeciwko zapomnieniu, odsłania swoje przyjazne oblicze dla tego, co zaskakujące, zadziwiające, przerażające i fascynujące. Istotne wydaje się w tym kontekście zaznaczenie, iż reporterka nie przyjmuje pozycji obserwatora przybywającego z zewnątrz. W opowiadanych historiach da się zauważyć przyjazne nastawienie, akceptację, brak oceniania i gotowość otwarcia się na cudze wybory. Tak naprawdę bowiem Coney Island w opowieści Sulej urasta do rangi spełnionej, choć ciągle atakowanej z zewnątrz, utopii. To właśnie tutaj można próbować być sobą, można doświadczyć przekraczania tabu, można odkryć w sobie siłę, a słabość zastąpić mocą wynikającą z odnalezionych w sobie umiejętności. To, co poza wyspą, byłoby nieprzydatne, jak różnego rodzaju przebieranki, odgrywanie ról, uczestniczenie w mniej lub bardziej absurdalnych konkursach, mierzenie się z ograniczeniami własnego ciała, absurd i satyra wymieszane z cielesnością, tutaj stają się czymś, co pozytywnie wyróżnia, oferuje sens, nadaje znak jakości. Kult rozrywki nie jest w tym wypadku tylko i wyłącznie peanem na cześć przyjemności, ma drugie dno – zaangażowania społecznego, osamotnienia, tożsamościowych poszukiwań. Sulej proponuje również ciekawe rozwiązane konstrukcyjne – poszczególne opowieści, składające się na rozdziały, poprzedzone są wezwaniem przypominającym fragment dziejącego się spektaklu. Choć reportaż ten mógłby być zdecydowanie dłuższy, Karolinie Sulej udaje się w tej niewielkiej objętościowo książce pokazać wielość, różnorodność i bogactwo osobowościowe i historyczne Coney Island. Jest bowiem w tej publikacji miejsce i na wzruszenie związane z nierówną walką o przetrwanie, i na irytację z powodu bezduszności tych, którzy każde miejsce próbują poddać unifikacji, i na zachwyt nad pięknem człowieka – tego, który nie boi się być sobą nawet wtedy, gdy bycie sobą oznacza dziwność.


Karolina Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

poniedziałek, 5 marca 2018

Czy da się uciec od przeznaczenia? (J.D. Vance, Elegia dla bidoków)

Choć Vance nie ukrywa autobiograficznego charakteru swojego tekstu, to jednocześnie dość wyraźnie sugeruje, że to, co stanowi część jego biografii, jest doświadczeniem pewnej grupy społecznej – owych tytułowych bidoków, białych z rodzin robotniczych i często patologicznych, skazanych od początku na niemożność wyrwania się ze swojego środowiska i gotowych powtarzać to wszystko, co w dzieciństwie napawało strachem i obrzydzeniem. Autorowi udaje się to, co dla większości pozostaje chwilową mrzonką. Opisując losy własnej rodziny, przywołując emocje pamiętane z przeszłości, szczerze mierząc się z ograniczeniami, próbuje pokazać, że akurat w tym wypadku biografia prywatna jest tak naprawdę biografią całej grupy społecznej – niedostrzeganej, pogardzanej, wykluczanej. Książka reklamowana jest jako lektura umożliwiająca zrozumienie tych, którzy poparli w wyborach Donalda Trumpa. Owszem, można ją czytać jako uzupełnienie książki Arlie Russell Hochschild „Obcy we własnym domu”, jednak w opowieści Vance’a jest pewien żar charakterystyczny dla narracji opierającej się na własnych przeżyciach. Żar, nie bójmy się tego słowa, piękny w swojej szczerości i gotowości do pokazania mrocznej strony tego wszystkiego, co konstytuowało jego rodzinę. Natkniemy się więc i na bezpośredni opis trybu życia matki, kobiety chętnie sięgającej po różne używki i często zmieniającej partnerów, i na portret skomplikowanych relacji z przyrodnim rodzeństwem, i na zapadający w pamięć pean pochwalny na cześć babci i dziadka, zwanych przez autora Mamaw i Papaw. Zwłaszcza ten ostatni jest kluczowy dla zrozumienia całej opowieści i nieuchronności beznadziei wpisanej w los tych, którzy stają się częścią takich rodzin. Jeśli przeczytamy tę książkę właśnie jako opowieść o babci – kobiecie silnej, szorstkiej, niekiedy szaleńczo bezpośredniej, innym razem wzruszająco dyskretnej, często wulgarnej, ale zapatrzonej w swoich bliskich ponad wszystko, otrzymamy jeden z bardziej interesujących, bo nieoczywistych, kobiecych portretów w literaturze ostatnich lat. Literacko może nie najlepszych, ale biograficznie fascynujących.


J.D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, przeł. Tomasz S. Gałązka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

niedziela, 4 marca 2018

Rodzina czy zbiór przypadkowo związanych ze sobą ludzi? (K. Wojtaszczyk, Słońce narodu)

Najnowsza publikacja Kuby Wojtaszczyka to intrygująca próba wykorzystania sytuacji społeczno-obyczajowej sprzed lat jako pretekstu do zadania kilku istotnych i całkiem współczesnych pytań. To pierwsze i podstawowe dotyczy rodziny oraz relacji wiążących na zawsze, ale i dzielących jej członków. Wojtaszczyk zdaje się świadomie sięgać do tradycji sytuującej losy jednostek blisko tego, co wiąże się z wpływem Wielkiej Historii na zwykłego człowieka. Dzieje się to zarówno na poziomie relacji małżeńskich – znakomicie pokazany postępujący rozpad związku, którego źródłem jest m.in. fanatyczna fascynacja matki faktem wyboru Polaka na papieża, ale i relacji rodziców z dziećmi – pokazanie rodzącej się między pokoleniami obcości oraz wpisany w biografię każdego epizod mniej lub bardziej drastycznego odrzucenia. Wartą uwagi kwestią jest w przypadku tej książki sprawa formy pojmowanej dosłownie jako sposób organizacji tekstu, ale i metaforycznie jako coś, co wpływa na stan kontaktów między bohaterami. Autor informuje na początku książki, że inspiracją dla jej napisania był znaleziony na pchlim targu dziennik. Niezależnie od prawdziwości tej deklaracji, poprzedzając w ten sposób powieść, Wojtaszczyk wpisuje się w długą tradycję literatury grającej z konwencją odnalezionego pamiętnika i pisarza, który staje się rodzajem medium przekazującego innym powierzone mu cudze treści. Zważywszy na fakt, iż w powieści natkniemy się na fragmenty i prozy psychologicznej, i literatury socrealistycznej, i powieści obyczajowej, i przygodowej, i poetyki absurdu, i prozy – tak to nazwijmy – marzenia sennego, wielość ta kieruje czytelnika w stronę umowności, istotnego pytania o zmieniającą się wraz z doświadczeniami tożsamość oraz fałszu wpisanego w oficjalną, pozornie bez żadnych rys, narrację. To, co można by określić mianem prawdy – historycznej, intymnej, rodzinnej, religijnej i politycznej, zostaje zakwestionowane poprzez pokazanie drugiego dna, które nie wszyscy chcą dostrzegać. Warto.


Kuba Wojtaszczyk, Słońce narodu, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.

czwartek, 1 marca 2018

Pomiędzy najbliższymi (E. Kurniawan, Człowiek tygrys)

Kurniawan tylko pozornie umieszcza swoją opowieść w kontekście magii, sił osadzających się w człowieku czy odradzania się jednych istot w drugich. Tytułowy człowiek tygrys staje się bardzo pojemną metaforą – dojrzewania, tożsamościowego zdefiniowania, wiary we własną moc, gotowości do przeciwstawienia się temu, co złe i pełne pogardy. Indonezyjskiemu pisarzowi udaje się połączyć opowieść o brutalnej zbrodni z opowieścią o wielkiej, lecz nieszczęśliwej, namiętności. Z dużą sugestywnością odsłania emocje pojawiające w relacjach między bohaterami. Choć są one skrywane przed otoczeniem i wybuchają w czterech ścianach domu, to jednak jest w nich, pomimo owej skrytości, rodzaj uniwersalnego przesłania. Czytamy o nadziejach, które można zniszczyć, o konsekwencjach przemocy, o możliwym samoodrodzeniu związanym z pojawieniem się dawno zapomnianych pragnień, o współzależności, która może budować, ale i burzyć z powodu obecnego gdzieś w tle fałszu i zakłamania. Obudzenie się tygrysa w człowieku to rodzaj zemsty, ale i kary – za zdradę, ale nie tę pojmowaną dosłownie, lecz opartą na wyrzeczeniu się zwykłej uczciwości. Zakończenie książki okazuje się bowiem bardzo przewrotne. Kurniawan skutecznie przekonuje czytelnika, by odwrócił się od ofiary i stanął po stronie agresora.


Eka Kurniawan, Człowiek tygrys, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 25 lutego 2018

Pamięć o człowieku (A. Applebaum, Czerwony głód)

Najnowsza książka Applebaum to efekt niesłabnącego zainteresowania autorki historią najnowszą Europy Środkowo-Wschodniej oraz potwierdzenie gotowości mierzenia się z tematami trudnymi. Podobnie jak było to w „Gułagu” oraz „Za żelazną kurtyną”, tak i teraz badaczka przedstawia szeroką panoramę zagadnienia, nie tracąc z oczu tego, co zapowiadało katastrofę, pokazując wielowymiarowość tragedii wtedy, gdy trwa, korzystając z dokumentów, świadectw i odwołań do pracy naukowców, wreszcie akcentując symboliczną trwałość tego, co należy do historii, ale jest przechowywane w dyscyplinowanej przez lata pamięci. Wielkim atutem narracji historycznej uprawianej przez Applebaum jest jasność wywodu, erudycja, umiejętność pokazania absurdalnej logiki komunistycznej władzy, wreszcie mocne, dosadne, ale i delikatne za sprawą nieepatowania okrucieństwem opisanie ludzkiego dramatu. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia wydaje się rzadko spotykana. Sportretowanie ukraińskiego Hołodomoru odbywa się w tym przypadku bez unikania tego, co jest bolesną prawdą. Natkniemy się więc na opisy niewyobrażalnego zła zadawanego człowiekowi przez człowieka, dowiemy się o brutalnym i paradoksalnym tak naprawdę rozkułaczaniu tych, którzy często mieli niewiele, a jedyną ich winą była niechęć do kołchozów, przeczytamy o cynicznym odbieraniu wszystkiego, co mogłoby być źródłem pożywienia, o nocnych i niespodziewanych przeszukaniach i odbieraniu nawet ostatnich okruchów chleba, o stopniowym obojętnieniu na śmierć z głodu innych, ale i na bliskość własnego końca, o przypadkach kanibalizmu i obcości swojego ciała i umysłu. Choć powyższe fakty zostają przedstawione, to jednak Applebaum udaje się uniknąć fetyszyzacji przemocy. Jej nadmiar jest oczywisty, nie wymaga wzmocnienia wielością opisów, wybrzmiewa bardziej sugestywnie, gdy zachowany zostaje umiar między świadectwami ludzi, dokumentami i historyczną diagnozą. Autorka, co ważne i warte zaznaczenia, nie tylko rekonstruuje istotne dla Ukrainy, ale i dla współczesnego człowieka w ogóle, wydarzenia. Pokazuje, jak mogło dojść do zaplanowania i wyniszczenia tak wielu ludzi przez głód oraz akcentuje dramat niemożności mówienia o tych wydarzeniach przez lata. W efekcie książka ta staje się głosem na rzecz pamięci i konieczności walki z zapomnieniem. Jest również próbą pokazania ciągłości wydarzeń, bo nic, co jest częścią historii, nie funkcjonuje w odizolowaniu od tego, co było i co będzie. Lektura obowiązkowa.


Anne Applebaum, Czerwony głód, przeł. Barbara Gadomska i Wanda Gadomska, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 24 lutego 2018

Poetyckość rzeczywistości (W. Jagielski, Na wschód od zachodu)

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego bardzo różni się od tych odsłon jego twórczości, które mogliśmy poznać wcześniej. Formalnie „Na wschód od zachodu” jest reportażem najbardziej poetyckim, a jednocześnie najbliższym literaturze. I nie chodzi o organizację tekstu, dzięki której fakty wybrzmiewają dosadniej i z większą siłą rażenia. Książka pod względem tematu i bohaterów napisana jest w taki sposób, że gdybyśmy nie mieli na okładce nazwiska Jagielskiego i ktoś zapewniłby nas, że to powieść, nie mielibyśmy powodów, by mu nie wierzyć i by doszukiwać się w utworze właśnie reportażu. Taka niejednoznaczność może być, oczywiście zaletą. W tym jednak wypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że nadmiar poetyckich opisów próbuje ukrywać niedosyt związany z zaprezentowanymi w książce historiami. Oczywiście, mówienie o Indiach jako miejscu, do którego chcą zdążać wszyscy ci, którzy szukają doskonałości, jest zapewne pociągające dla wielu, jednak biografie Świętego oraz Kamal, mimo niewątpliwej dramatyczności w znaczeniu prywatnym, ostatecznie są stosunkowo wątłe. Najciekawszy pozostaje ostatni rozdział, poświęcony wspomnianej Kamal, w której intrygująco pokazany zostaje rozdźwięk między pragnieniem ukształtowania drugiej osoby na swoje podobieństwo a zainteresowaniami i wolą tego kogoś, kto ma być naśladowcą, a prawdopodobnie wybierze swoją drogę. Pewne wątpliwości budzi rozpisanie autorstwa książki na okładce. Na stronie otwierającej „Na wschód od zachodu” znajdziemy informację, iż część portretująca losy Kamal została napisana przez żonę reportera, Grażynę Jagielską. Uszczegółowienie to umieszczono również na stronie redakcyjnej. Zważywszy jednak na fakt, iż ów rozdział zajmuje jedną trzecią książki, właściwsze z punktu widzenia czytelnika byłoby zaznaczenie współautorstwa Jagielskiej także na okładce. Można było to zrobić mniejszą czcionką, można było wyodrębnione części książki oznaczyć odpowiednimi imionami i nazwiskami. Wyeksponowanie tylko autorstwa Wojciecha Jagielskiego wprowadza niepotrzebne zamieszanie i niezamierzony zapewne efekt fałszu.


Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu, Wyd. Znak, Kraków 2018.

piątek, 23 lutego 2018

Triumf i rozpad (A. Proulx, Drwale)

Monumentalna powieść Proulx to znakomita metafora tego, w jaki sposób zaczynają się i kończą marzenia człowieka o lepszym świecie. Najpierw jest często zachwyt i idea, szacunek dla tego, co może przynieść korzyści i sukces, z czasem zaczyna się lekceważenie wcześniej niedostępnych dóbr, a z racji podporządkowania trwa eksploatowanie bez myślenia o tym, co będzie kiedyś. Koncentracja na doraźnym wzbogaceniu się i przekonanie, że „tu i teraz” jest najważniejsze powodują często nieodwracalne straty. Nawet gdy dochodzi do opamiętania, zwykle jest już za późno, a czasu nie da się cofnąć, by naprawić zło, które się już dokonało. Ci, którzy próbują ograniczyć szkody, traktowani są często jak szaleńcy i wrogowie. Pomimo tego, że narażają się często na niebezpieczeństwo, ich działania są zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Proulx pokazuje właśnie taki proces. Mamy więc do czynienia z fascynującą sagą rodzinną. Losy członków familii poznajemy na przestrzeni kilku setek lat. Dowiadujemy się o różnego rodzaju koligacjach, dla których podstawą nie zawsze jest miłość, a często korzyści materialne, obowiązujące normy lub też po prostu wygoda. Obok budowania potęgi firmy specjalizującej się w przemyśle obserwujemy zmiany zachodzące w społeczeństwie, ale i wśród tych, którzy rzekomo przybywają z cywilizowanego świata. Z czasem barbarzyństwo (tak, tak) białych staje się mniej akceptowane. Jesteśmy świadkami rodzenia się przekonania, że bujny i potężny las jest wieczny, oraz stopniowego odkrywania, że drzew na drewno może zabraknąć. Proulx nie tylko jednak opowiada o rosnącej potędze materialnej rodziny i malejących zasobach środowiska naturalnego, znakomicie niuansuje również relacje między białymi a Indianami oraz akcentuje przemijanie świata tych ostatnich. Bardzo dobra, choć smutna i niepozostawiająca złudzeń, powieść.


Annie Proulx, Drwale, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

środa, 21 lutego 2018

Przyciąganie i odtrącanie (P. Lewis, Ziemia przeklęta)

„Ziemia przeklęta” Lewisa to intrygujące połączenie powieści inicjacyjnej, powieści o małej, zamkniętej społeczności, powieści o pisaniu i elementów powieści gotyckiej. Wszystkie te elementy pojawiają się w sposób przemyślany, układając się w zapadającą w pamięć historię dorastania, niechcianego przywiązania, tożsamościowych dylematów i odbudowywanych po latach więzi. Choć wspomnianych wyżej motywów jest niemało, Lewisowi udaje się uniknąć chaosu i patetyczności. Z zadziwiającą delikatnością odsłania okrucieństwo, jakie może się pojawić między tymi, którzy się kochają, ale i niewypowiedzianą niejednokrotnie siłę przywiązania, poświadczaną nie słowami, ale czynami właśnie. Ważnym punktem odniesienia dla losów rodziny głównego bohatera staje się małe miasteczko w Appalachach, od którego się ucieka i do którego nie da się nie wrócić. W skali mikro równie istotny jest dom – z mroczną tajemnicą, o której się nie mówi głośno, a która wybrzmiewa w lękach i szeptem przekazywanych opowieściach. Codzienność bohatera determinowana jest przez marzenie o ucieczce, gotowość odcięcia się od przeszłości i jednoczesną niemożność zapomnienia. To pamięć miejsca, ale i pamięć traumy okazują się kluczowym punktem odniesienia. Pisanie i czytanie porządkujące życie całej rodziny staje się źródłem awansu społecznego, protestem przeciwko fanatyzmowi, krzepiącym potwierdzeniem sensu, elementem codziennych rytuałów, wreszcie poszukiwaniem tego, co skazuje na porażkę.


Phillip Lewis, Ziemia przeklęta, przeł. Ewa Kleszcz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.