Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

poniedziałek, 22 października 2018

Powroty (J. Hugo-Bader, Audyt)

Reportaże dokumentujące czas tuż po transformacji ustrojowej to lektura ciekawa. Nie zawsze jednak z tego powodu, że tekstom powstałym przed laty udało się przetrwać próbę czasu. Zdarza się bowiem, że zainteresowanie budzi to, co wydaje się reporterską przesadą, z perspektywy teraźniejszości szczególnie mocno drażniącą. Książka Jacka Hugo-Badera to, niestety, ten drugi przypadek. Jeśli weźmiemy pod uwagę reportaże Mariusza Szczygła, Pawła Smoleńskiego, Włodzimierza Nowaka (wymieniam tu tylko kilka nazwisk) dotyczące tego samego okresu i czytane ponownie dzisiaj, to teksty autora „Białej gorączki” nie wypadają w tym porównaniu najlepiej. Owszem, reporter miał świetny pomysł na tytuł – „wracam i sprawdzam, jakie były dalsze losy moich bohaterów” opisane jako „audyt” to strzał w dziesiątkę. Niestety, lektura tekstów zebranych w tom reportaży przynosi duże rozczarowanie. Tym najbardziej podstawowym jest nadmierna obecność Hugo-Badera w poszczególnych opowieściach. To, oczywiście, jego dobrze znana maniera, która jednak w tym wypadku zdecydowanie się nie broni – wybrzmiewa pretensjonalnie, nazbyt hierarchicznie, niekiedy lekceważąco w stosunku do bohaterów. Różnego rodzaju niezręczności wynikających z nazbyt dużego zapatrzenia w siebie jest w książce dość dużo, a wśród nich jedna wyjątkowo kuriozalna o rzekomo typowo męskim marzeniu o molestowaniu kobiety i „zapuszczaniu obcej babie spoconej łapy w majtki” (s. 288). Hugo-Bader próbuje być rubaszny w sytuacjach, w których oczekiwalibyśmy od reportera jednak dużo mniej żenujących komentarzy. Razi też brak adnotacji na końcu książki, informującej o miejscu pierwodruku zebranych w tomie tekstów. Rezygnacja z tej podstawowej, wydawałoby się informacji, dziwi, bo skoro decydują się na to czołowe polskie wydawnictwa, czegóż oczekiwać od tych mniejszych.


Jacek Hugo-Bader, Audyt, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

niedziela, 21 października 2018

Podróże niekonieczne (R. Rient, Przebłysk)

Już w „Świadku” Robert Rient zdecydował się na ryzykowny gest rozegrania opowieści swoją autobiografią. Poznajemy więc z jednej strony przeżycia autora, z drugiej otrzymujemy świetny reportaż o Świadkach Jehowy. Oryginalnie rozpisany został wówczas bohater i narrator tekstu. Literacko pomysł ten jest wart uwagi. Niestety, w „Duchach Jeremiego” doszły do głosu te cechy pisarstwa autora, które znacznie obniżyły jakość proponowanego czytelnikom utworu, a mianowicie pretensjonalność, sentymentalizm i to, co można by nazwać, popholocaustowym kiczem. Sięgając po „Przebłysk” byłam bardzo ciekawa, w którym kierunku tym razem pójdzie autor. Liczyłam na to, że kontynuować raczej będzie dobrą tradycję ze „Świadka”, niż operowanie banałem, które zdominowało „Duchy Jeremiego”. Tak się jednak nie stało. Punkt wyjścia opowiedzianej w „Przebłysku” historii jest mało zaskakujący. Oto autor postanawia zostawić wszystko, co ma, i ruszyć w podróż do odległych miejsc na świecie po to, by spróbować odnaleźć siebie. Operowanie schematem, że pewne rzeczy będące najbliżej, bywają najmniej widoczne, i nie zawsze trzeba szukać daleko, by odkryć sprawy fundamentalne, jest tak naprawdę banałem. Odwiedzane przez Rienta miejsca kwitowane są krótkimi i powierzchownymi charakterystykami. Świat odwiedzany prezentowany jest zwykle jako egzotyczny, a refleksje autora na swój temat w zamyśle mają być oryginalne. Taki sposób opisywania rzeczywistości jest jednak mocno anachroniczny – ani bowiem miejsca przez Rienta opisywane nie są tak niesamowite, ani tym bardziej nie okazują się takie przemyślenia reportera. „Przebłysk” to książka nieprzemyślana, naiwna, egzaltowana, nieco nawet infantylna w swoim przekazie. Przypomina popularny poradnik psychologiczny, na który bardziej reagujemy ironicznym uśmiechem, niż szukamy w nim faktycznie przydatnych porad. Swoją stylistyką jest również bliska powieściom Paulo Coelho. Lektura zbędna.


Robert Rient, Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 19 października 2018

Stwarzanie (M. Isikoff, D. Corn, Rosyjska ruletka)

Książka Isikoffa i Corna to przykład dziennikarstwa zaangażowanego, dociekliwego, skupionego na konsekwencjach politycznych i ekonomicznych sojuszy, wreszcie świadomego tego, że wielkie skandale rozgrywają się w czasie, mają bowiem swój wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Skandal, który interesuje autorów, jeszcze nie ma finału i fakt, że nadal możemy obserwować jego rozwój, okazuje się wyjątkowo ciekawy. Perspektywa reporterska łączy się w przypadku tej opowieści ze świetną analizą medioznawczą i socjologiczno-kulturową. Autorzy umieją rekonstruować wydarzenia w taki sposób, by uwzględnić wielość kontekstów, nie stracić z oczu głównego wątku, zachować umiar między uogólnieniem a dbaniem o szczegół, a także trzymać czytelnika w napięciu. „Rosyjską ruletkę” czyta się jak dobry kryminał, thriller polityczny i powieść sensacyjną w jednym. Isikoffowi i Cornowi udaje się pokazać, jak na naszych oczach stwarzana jest nowa rzeczywistość – nowych reguł komunikowania się polityków, nowych reguł zwalczania przeciwników, nowych reguł wykorzystywania mediów społecznościowych i nowego języka, dla którego pewne obowiązujące dotychczas normy stają się czymś należącym do przeszłości. Jednocześnie warto zwrócić uwagę na precyzję dokumentowania przytaczanych faktów i zaakcentowanie roli pełnionej przez dziennikarzy śledczych – tych, którzy zadają niewygodne pytania, szukają odpowiedzi, nie dają się zbyć banałami. To także historia Wielkiej Wojny między mocarstwami, dla których punktem odniesienia staje się nie tylko konkurowanie o wpływy i eliminowanie niewygodnych oponentów, ale i udawanie, przeżywanie i odgrywanie przyjaźni ogłaszanej entuzjastycznie na Twitterze. Warto.


Michael Isikoff, David Corn, Rosyjska ruletka. Jak Putin zhakował Amerykę i wygrał wybory za Donalda Trumpa, przeł. Barbara Gadomska, Wyd. Agora, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 12 października 2018

Plotka (E. Strout, Trwaj przy mnie)

Akcja „Trwaj przy mnie” rozgrywa się w 1959 roku na amerykańskiej prowincji. Atmosfera panująca w miasteczku przywodzi na myśl klimat wiktoriańskiej powieści. Mamy więc małą, zamkniętą społeczność, mamy pastora i jego atrakcyjną małżonkę, którzy zostają poddani surowej ocenie parafian, mamy spotykające się i chętnie obmawiające innych kobiety oraz wtórujących im w obmowie mężczyzn, mamy niechęć do inności, mamy wreszcie upodobanie do pozorów i chęć decydowania o cudzym losie wtedy, gdy dochodzi do sytuacji szczególnej. Autorce udaje się pokazać samotność człowieka mierzącego się z żałobą i nieujawnianym publicznie dramatem. Jednocześnie mężczyzna poddany zostaje krytyce. Warto zwrócić uwagę na momenty, w których Strout udaje się uchwycić moment stwarzania plotki. To zwykle chwile niewłaściwego odczytania emocji, źle zinterpretowanej reakcji, niespełnienia oczekiwań, łatwości konfabulowania i zyskiwania w ten sposób na atrakcyjności. Pozornie niewinne sytuacje okazują się dużo poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Raptem wychodzi bowiem na jaw, że tego, co zostało uruchomione, nie da się tak po prostu zatrzymać. Powieść Strout to także interesująca wersja powieści inicjacyjnej, dla której punktem odniesienia jest nienawiść, zawiść, złość. To właśnie do tych negatywnych emocji dorastają bohaterowie, by następnie spróbować doświadczyć przebaczenia i zapomnienia. „Trwaj przy mnie” można również uznać za książkę o przeżywaniu żałoby. Jesteśmy bowiem świadkami umierania złudzeń, umierania miłości, umierania wspólnoty, dla których wielkim wyzwaniem staje się odkrycie, że jest jeszcze inne, dobre życie.

Elizabeth Strout, Trwaj przy mnie, przeł. Ewa Westwalewicz-Mogilska, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 10 października 2018

Dowód pamięci (Z. Białas, Rutka)

Powieść Zbigniewa Białasa w sposób oczywisty nasuwa skojarzenia z dziennikiem Anny Frank. W przypadku tytułowej Rutki mamy również do czynienia z zapiskami, które powstawały w cieniu Zagłady. Jednak sprowadzenie tej opowieści do takiego właśnie porównania byłoby nazbyt upraszczające. Białasowi udaje się bowiem zaświadczyć o losie, miejscu i ludziach szczególnych. Nie powtórzenie jest więc tutaj w sensie literackim ważne. Autor akcentując pewne powtarzalne elementy biografii Żydów, jednocześnie bardzo mocno kładzie nacisk na konieczność i potrzebę opowiadania o grupach i jednostkach tak, jakby ów dramat nie do pojęcia przydarzył się tylko im. To ważna perspektywa. Białas daleki jest od epatowania okrucieństwem, udaje mu się uniknąć tak częstego przy fabularyzowaniu faktów kiczu (obecny jest on chociażby w „Tatuażyście z Auschwitz”), jest – tak można powiedzieć – delikatny, dyskretny, chętny do włączenia w rytm pamiętania tego, co nie jest powszechnie znane i ma wymiar lokalny. „Rutka” jest bowiem nie tylko opowieścią o tytułowej dziewczynce, Żydówce, która przestaje być dzieckiem, a swoje nastoletnie odkrywanie świata musi przeżywać w bliskim sąsiedztwie coraz bardziej zachłannej na wszystko i wszystkich śmierci. Powieść Białasa okazuje się również, a może przede wszystkim, elegią na śmierć miejsca. To książka, która ożywia nieistniejący już świat będzińskich Żydów. To historia zaświadczająca o istnieniu i życiu wbrew śmierci i nicości, które w tym przypadku zatriumfowały. Nie będzie więc tutaj ani fabuły trzymającej w napięciu, ani happy endu. Szczęśliwego zakończenia zwykle przecież nie było. Opowiedzenie o istnieniu jest gestem towarzyszenia, dowodem pamiętania i chęcią stawienia czoła zapomnieniu. Inicjacja w dorosłe życie zamienia się w inicjację w umieranie.

Zbigniew Białas, Rutka, Wydawnictwo MG, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 3 października 2018

Nostalgicznie (A. Arno, Ten kraj)

„Ten kraj” to publikacja, którą z powodzeniem można czytać równolegle do takich utworów jak na przykład „Znaki szczególne” Pauliny Wilk czy „Duchologia” Olgi Drendy. Autorkę interesuje świat, którego już nie ma, a który jednak ciągle jest – w pamięci, we wspomnieniach, w obrazach dzieciństwa, w poczuciu doświadczenia wspólnoty pokoleniowej, w polskości jako przeszłości. Nie bez powodu w tytule zostaje zaakcentowany „ten kraj”. Ze sformułowaniem tym wiąże się bowiem to, co określa, stanowi część tożsamości, rodzi oczywiste i łatwo rozpoznawalne skojarzenia, ale i to, co odpycha, drażni, kojarzy się źle za sprawą negatywnych w swoim wydźwięku obrazów, zapachów, smaków. „Ten kraj” to opowieść o Polsce, ale tej intymnej, prywatnej, (auto)biograficznej. Autorka proponuje czytelnikom historię składającą się z kolejnych, następujących po sobie, impresji prozatorsko-eseistycznych. To z tych miniobrazów układana jest panorama szczegółów, dla których „tego już nie ma” i „to już znika” mogłyby być definiującymi określeniami. Arno nie próbuje zaskoczyć czytelnika i nie mam wcale na myśli eksperymentów formalnych czy fabularnych. I może to jest największą wadą jej prozy. Ładnie napisane, ładnie opowiedziane, ale dobrze znane – tak trzeba skwitować tę publikację.


Anna Arno, Ten kraj, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 30 września 2018

Pożegnanie (L. Ullmann, Niespokojni)

Autobiograficzna opowieść Linn Ullmann to interesujące i bardzo osobiste uzupełnienie życiorysu Ingmara Bergmana i Liv Ullmann. Autorka nie próbuje gloryfikować swojej rodziny, nie wymazuje z prezentowanej historii tego, co smutne i nieprzyjemne, raczej usiłuje poradzić sobie sama ze smutkiem, niż tworzyć pochwałę czegoś, co nie istniało. Warto zauważyć ciekawą formę, jaką mają „Niespokojni”. To z jednej strony wspomnienia, niemal intymny pamiętnikarski zapis, pożegnanie i przepracowywanie żałoby, z drugiej typowo dziennikarska i pisarska praca z tekstem, dzielenie się tym, co problematyczne w kontekście nagranych rozmów z ojcem, akcentowanie dwuznaczności ról w kontekście wywiadu córki z ojcem, wreszcie świadomość sławy otaczającej ojca i matkę oraz konsekwencji z niej wynikających. Bardzo znaczące dla całej historii okazuje się zdanie, że autorka nigdy nie była córką obojga rodziców, zawsze funkcjonowała jako dziecko jednego z nich, nigdy więc nie tworzyli rodziny. Linn Ullmann unika sentymentalizmu, daleka jest od egzaltacji, nie epatuje emocjonalnością. Stawia raczej na dyskrecję uczuciową, choć jednocześnie jest bezpośrednia. Umie pokazać swoją samotność, choć jednocześnie nie zaprzecza istniejącej więzi z matką i z ojcem. Widzi pewne symboliczne momenty, umie wskazać to wszystko, co wydarzywszy się po raz pierwszy, było tak naprawdę zapowiedzią katastrofy. Taka perspektywa okazuje się bardzo ciekawa i ładnie wydobywa zależności między młodością a starością, dojrzałością a naiwnością, pamięcią i przemijaniem, żalem i ulgą.


Linn Ullmann, Niespokojni, przeł. Iwona Zimnicka, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

wtorek, 25 września 2018

Wolność czy niewola (I. Żukowska, Fałszywa nuta)

„Fałszywa nuta” Izabeli Żukowskiej to w pewnym sensie powieść podobna do wcześniejszych, bardzo udanych „Skaz”. Autorka podobnie jak we wspomnianej sadze ważnym punktem odniesienia czyni przedwojenny Gdańsk tuż przed dojściem Hitlera do władzy. Obok wątku historycznego pojawi się także wątek współczesny. Istotnym punktem odniesienia będzie muzyka. Odegra ona co najmniej podwójną rolę – pozostanie siłą uwodzącą ludzi oraz synonimem wolności, okaże się również źródłem zła, przemocy i zdrady. O ile w „Skazach” autorka starała się oddać ówczesne realia i pokazać, jak różne mogły być ludzkie wybory w chwili próby, o tyle w przypadku „Fałszywej nuty” pojawia się wątek – tak to nazwijmy – paranormalny. Oto bohaterowie spotykają na swojej drodze pewną postać, nie są do końca pewni, czy się im przyśniła, czy widzieli ją naprawdę, jedno jest pewne – osoba ta wodzi ich na pokuszenie. I właśnie ten pomysł jest zdecydowanie chybiony. Sprawia wrażenie sztucznie włączonego do opowieści po to, by łatwo rozwiązać problemy związane z budowaniem fabuły. Szkoda, że autorka zdecydowała się na takie akurat rozwiązanie, zwłaszcza że zarówno pierwsza część książki dotycząca pewnej tajemnicy sprzed lat i pokazująca niebezpieczne wplątanie się bohaterki w trudne relacje między ojcem a synem, jak i druga skoncentrowana na pewnym śledztwie związanym z wcześniejszymi wydarzeniami mają w sobie potencjał. Powieść wybrzmiałaby też dużo efektowniej, gdyby była dłuższa. Jest ciekawą wersją inicjacji w dojrzałość, w świadomość siebie, w wierność ideałom, tyle że nazbyt powierzchownie rozrysowaną.

Izabela Żukowska, Fałszywa nuta, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

poniedziałek, 24 września 2018

Bezgranicznie (J. Franco, Rosario Tijeras)

Czytelnik polski mógł wcześniej poznać także dwie inne powieści Franco – „Paraiso Travel” (wydawnictwo Czarne), znakomity portret rzeczywistości ludzi nielegalnie przekraczających granicę, żyjących na emigracji, skazanych na rodzaj nieistnienia, oraz „Dziką bestię” (Prószyński i S-ka), równie intrygujące studium szaleństwa, obsesji, dwóch światów, których nie można pogodzić, choć się wzajemnie przyciągają. „Rosario Tijeras” to chyba najsłynniejsza powieść Kolumbijczyka – na jej podstawie powstał film oraz wieloodcinkowy serial telewizyjny. Dobrze, że ją wznowiono (pierwsze wydanie - wydawnictwo Czarne). Powieść tę można z powodzeniem czytać równolegle z „Królową Południa” Artura Pereza-Reverte. To biografia tytułowej kobiety – niepokornej, bezwzględnej, tajemniczej, świetnie się odnajdującej w przestępczym światku, kruchej, ale i wyjątkowo silnej, wulgarnej i wymagającej troski, pełnej sprzeczności. Rosario jest niewinna w swoim skalaniu złem z racji miejsca urodzenia i konieczności odnalezienia się w męskim brutalnym świecie, ale i naznaczona winą jednocześnie – umie manipulować, umie zabijać, wie, że w chwili krytycznej nie może się cofać, nie ogląda się więc za siebie nawet wówczas, gdy za nią pozostają zgliszcza. Powieść Franco jest nie tylko namiętnym wyznaniem miłości, ale i pełną emocji deklaracją bezradności i bezsilności. To także opowieść o męskiej przyjaźni, dla której egzaminem staje się uczucie do kobiety. Opowieść o Rosario jest melodramatyczna w tonie, egzaltowana, przesadna, daleka jednak od kiczu. Autor doskonale panuje nad wyznaniem, oskarżeniem, skargą i spowiedzią bohatera. Warto.


Jorge Franco, Rosario Tijeras, przeł. Tomasz Pindel, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

niedziela, 23 września 2018

Świat podporządkowany (K. Oprzędek, Łaskoci)

Konrad Oprzędek zdecydował się na gest ryzykowny. Jako autor świetnej książki reporterskiej „Polak sprzeda zmysły” postanowił spróbować sił w prozie. Wspominam o ryzyku, bo to, że reporter pisze dobre teksty z kręgu literatury non-fiction, wcale nie oznacza, że równie łatwo odnajdzie się w rzeczywistości opartej na konfabulacji. Na szczęście w tym wypadku możemy zdecydowanie stwierdzić, że się udało. Oprzędek ma więc na swoim koncie i bardzo dobry debiut reporterski, i znakomity prozatorski. „Łaskoci” to bardzo ciekawa powieść, zapadająca w pamięć, bardzo sensualna, jeśli chodzi o opis portretowanego świata, metaforyczna w wymowie, mocna w przekazie. Na uwagę zasługuje już niebanalny tytuł i to, co autor wokół tego słowa buduje na kartach swojej książki. Mamy więc rzeczywistość istniejącą jakby poza czasem i poza konkretem, dla której świat na zewnątrz mimo wszystko okazuje się tym, z czym konkurują mieszkańcy wioski. Mamy codzienność naznaczoną grozą ostateczności, brutalnością kontaktów międzyludzkich i jednocześnie intuicyjnym pamiętaniem zupełnie innych relacji, które łączą ludzi. Jest też sen, a właściwie jego brak, stający się mechanizmem napędzającym kolejne wydarzenia. Gra toczy się o władzę i o panowanie nad ludzkimi duszami, o możliwość użycia przemocy i jej kontrolowania, o fałszywe uznanie, że podporządkowanie sobie kogoś, jest czymś, co przemocy się wymyka, a więc o zaakceptowanie dominującego wpływu kłamstwa. W jaki sposób zdominować innych i jak doprowadzić do sytuacji, w której nikt nie będzie myślał o oporze, to wielki temat tej opowieści. Oprzędkowi udaje się postawić ważne pytania i stworzyć bardzo niepokojący świat. Wyjątkowo ciekawy okazuje się język, jakim posługuje się autor. To właśnie w tym „jak?”, a nie tylko „co?”, opowiada autor tkwi sugestywność tej metaforycznej w swojej wymowie historii.

Konrad Oprzędek, Łaskoci, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

sobota, 22 września 2018

Ciekawość świata (D. Attenborough, Przygody młodego podróżnika)

„Przygody młodego podróżnika” to książka, którą czyta się z zainteresowaniem z co najmniej kilku powodów. Przede wszystkim trzeba wspomnieć, iż mamy do czynienia z fascynującym przykładem literatury podróżniczej. Na uwagę zasługuje nie tylko to, iż dowiadujemy się wiele o zdobywaniu zwierząt do ZOO i przygotowywaniu programów przyrodniczych ponad pół wieku temu, ale też sposób, w jaki Attenborough opowiada o egzotycznych wyprawach. Autor znakomicie łączy informacje dotyczące poszczególnych gatunków zwierząt z relacją typowo podróżniczą. Jego opowieść jest więc pasjonująca z racji opisywania zachowań wspomnianych zwierząt, ale i z powodu tego, jak postępują ludzie, którzy zajmują się łowami. Attenborough i jego towarzysze są przede wszystkim ciekawi tego świata, który jest im obcy i który znają tylko z książek. Schwytane zwierzęta traktują z sympatią, zaciekawieniem, uwagą, ale i – co chyba najważniejsze – troską. Nie idą po trupach do celu – ani dosłownie, ani metaforycznie. Kiedy więc okazuje się na przykład, że niewola może się skończyć śmiercią, wypuszczają zwierzęta po to, by w naturalnym środowisku przetrwały. Autor nie unika dzielenia się swoim zdziwieniem, zaskoczeniem, zachwytem czy wzruszeniem. Umie barwnie opowiadać, a ponieważ międzygatunkowe spotkania często rodzą zabawne sytuacje, czytelnik niejednokrotnie będzie pod wrażeniem poczucia humoru przyrodnika. Książka ta jest, jak już powiedziałam, ciekawym przykładem literatury przyrodniczej i autobiograficznej, pozostaje również zapisem historii telewizyjnych programów przyrodniczych (warto porównać to, co opisuje Attenborough, z tym, co przeczytamy w książce Mirosława Wlekłego „Tu byłem. Tony Halik”) oraz znakomitą dokumentacją fotograficzną podróży (świetne zdjęcia).

David Attenborough, Przygody młodego podróżnika, przeł. Adam Tuz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 21 września 2018

Schemat goni schemat (M. Klat, P. Paliński, M. Piepka, M. Pruski, Kamerdyner)

Chciałoby się zacząć od okładki, ale przecież nie ocenia się książek po okładkach, nawet jeśli te są wyjątkowo kiczowate. Powiązanie z filmem rozumiem, ale poza aspektem promocyjnym umieszczenie takiego akurat zdjęcia budzi moje zdziwienie. Chyba, że chodziło o skojarzeniem z tanim romansidłem. „Kamerdyner” to powieść napisana na podstawie scenariusza przez jego autorów. Różnie bywa z takim projektami. Często są one nieudane. Jak jest w tym przypadku? Filmu nie oglądałam, powieść przeczytałam. Po lekturze mam tylko nadzieję, że w filmie opowiedziana historia broni się obrazami. W powieści niestety wypada blado i tendencyjnie. W „Kamerdynerze” można wyróżnić dwa główne motywy – jeden to historia zakazanej miłości Marity, hrabiowskiej córki z pałacu, i Mateusza, Kaszuba, dla którego ów pałac do pewnego momentu również jest domem, drugi to pokazanie skomplikowanej historii Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem losów Kaszubów (mamy tu m.in. ważną dla tożsamościowego portretu Mateusza zbrodnię w Piaśnicy) i członków niemieckich rodów arystokratycznych. Książka reklamowana jest na okładce jako „powieść, jakiej w Polsce od lat nie było. Napisana z rozmachem, ale też pełna małych wzruszeń”. Po lekturze trzeba powiedzieć jedno – to dobrze, że takich powieści nie było. Mamy bowiem do czynienia z wyjątkowo schematycznym, odartym z sugestywności opisem miłości, razi przewidywalność rozwoju akcji, a historyczne uwikłania, choć mogłyby, nie niosą należytego dramatyzmu. Łatwo możemy się domyślić, co będzie dalej, jeśli choć trochę znamy historię pierwszej połowy XX wieku. W powieści wykorzystano bardzo zgrany motyw przygarnięcia dziecka z innej sfery, wychowania go w pałacu, zrodzenia się więzi między rodzeństwem, ale i pojawienia się nienawiści wśród bliskich, wreszcie zdegradowania pozycji owego przybranego pałacowego dziecka i wynikających z tego etycznych i emocjonalnych uwikłań dla dalszego związku z kobietą. Tak słabo rozpisanego wątku miłosnego dawno nie czytałam. W którymś momencie przestało to być irytujące, a stało się śmieszne. Nie inaczej jest ze wspomnianą rekonstrukcją skomplikowanych losów polsko-niemiecko-kaszubskich, zwłaszcza że ewentualne wątpliwości bohaterów kaszubskich sprowadzane są zwykle do powtarzania wszystkich trzech narodowości w odpowiedzi na pytanie, kim są. Lektura zbędna.

Marek Klat, Paweł Paliński, Mirosław Piepka, Michał Pruski, Kamerdyner, Wyd. Agora, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 20 września 2018

Wybór (M. Krajewski, Mock. Pojedynek)

Kolejna część o młodości Eberharda Mocka okazuje się dobrym pretekstem do kilku celnych portretów miasta z początku XX wieku i panujących w nim zwyczajów. Główny bohater jest studentem i staje przed fundamentalnym dla swojego dalszego życia wyborem – czy skupić się na karierze naukowej, czy pójść do policji i zostać śledczym. Zanim jednak Mock dokona ostatecznego, znanego nam, wyboru, Marek Krajewski bardzo ciekawie i przekonująco odda atmosferę ówczesnego życia uniwersyteckiego. Natkniemy się więc chociażby na mocno zarysowany wątek traktowania obecności kobiet w murach akademii jako egzotyki i aberracji. Innym bardzo istotnym kontekstem będzie kultura pojedynków i funkcjonowania różnego rodzaju męskich bractw. To, o czym w swojej twórczości pisze m.in. Martin Pollack, czyli charakterystyczne blizny po pojedynkach, także i w powieści Krajewskiego będą czytelnym znakiem przynależności do grupy. Pisarz sportretuje również szemrane dzielnice Breslau. To tam okaże się, że łatwo jest spotkać nożowników, ratunek przynieść może wówczas hasło ochronne, że jest się od Rzeźnika, a prostytutki tylko w ciemności wyglądają pięknie i ponętnie, w świetle okazują się często mocno spracowane, niechlujnie ubrane, wulgarne, a nawet brutalne. Książkę tę można z powodzeniem czytać nie tylko jako kryminał, ale i powieść uniwersytecką. I nie chodzi tylko o uniwersytet i rządzące tym miejscem reguły jako to, co organizuje całą historię, ale też o ważny spór intelektualny, którego będziemy świadkami, i ów wspomniany wybór, który stanie przed młodym Mockiem. W tej akurat odsłonie serii intrygująco zostaje również zarysowany mit założycielski życiowej postawy Eberharda, a mianowicie kwestia stosowania techniki imadła w przesłuchaniach i umiejętności panowania nad uwodzącą siłą zła. Warto.


Marek Krajewski, Mock. Pojedynek, Wyd. Znak, Warszawa 2018.

sobota, 15 września 2018

Zakazy i nakazy (L. Zumas, Czerwone zegary)

Powieść Leni Zumas może kojarzyć się z „Opowieścią Podręcznej” Margaret Atwood czy z „Siłą” Naomi Alderman. „Czerwone zegary” napisane są jednak z dużo mniejszym polotem, zwłaszcza jeśli porównamy je z utworem kanadyjskiej pisarki, sytuują się raczej w kręgu literatury popularnej, takiej , o której powiedzielibyśmy, że jest na przeciętnym poziomie. Mamy do czynienia z rzeczywistością przyszłości, w której prawa kobiet w Stanach Zjednoczonych zostały znacznie ograniczone. Dotyczy to przede wszystkim kwestii reprodukcyjnych. Próby dokonania aborcji kończą się więzieniem, zakazane jest również zapłodnienie in vitro. Autorka sięga po motyw polowania na czarownice. W powieści pojawia się też dość wyeksploatowany literacko wątek pisania czyjejś biografii i inspirowania się niezależnością opisywanej osoby. W tym wypadku jest to polarniczka, pionierka pewnych ustaleń, która jako kobieta nie miała szansy na upublicznienie swoich badań. Jak łatwo się domyślić, kluczowe dla całej opowieści będą losy dwóch kobiet – jednej, próbującej ciążę usunąć, i drugiej, usiłującej w ciążę zajść. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że ważne społecznie problemy zostały przez pisarkę wykorzystane instrumentalnie. Zumas zabrakło pomysłu na opowieść, w której nie byłoby widać nieco łopatologicznego łączenia wspomnianych wyżej kwestii. Nie udało jej się też uniknąć przewidywalności. Szkoda.


Leni Zumas, Czerwone zegary, przeł. Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, Wyd. Czarna Owca 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 14 września 2018

Przed i po (R. Rosenblum, Tyle miłości)

Powieść Rosenblum, choć może kojarzyć się z kryminałem, tak naprawdę jest powieścią psychologiczną. Bardzo ciekawą, trzeba przyznać. Owszem, w centrum opowiedzianej historii jest porwanie pewnej studentki, jednak nie będziemy towarzyszyć nikomu w śledztwie. Wręcz przeciwnie, autorkę interesuje przede wszystkim istnienie dwóch równoległych rzeczywistości – tej przed porwaniem i tej po uwolnieniu się, ale i tej, gdy nie wiadomo, co dzieje się z ofiarą, a świat wokół coraz częściej funkcjonuje tak, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie różnych punktów widzenia i zwrócenie uwagi na to, jak bardzo cudzy los może wpływać na codzienność nie tylko bliskich, ale i pozornie obcych ludzi. Rosenblaum rezygnuje z drobiazgowych opisów tego, co przydarzyło się porwanej kobiecie. Skupia się przede wszystkim na tym, jak radzą sobie jej bliscy ze stopniową utratą nadziei i jak uczą się nowego życia z uwolnioną, choć jednocześnie zniewoloną przez pamięć, bohaterką. Ciekawym wątkiem jest również zaakcentowanie współodczuwania między ofiarą a pewną poetką, której życie zostało w tragiczny sposób przerwane. Poezja staje się synonimem marzeń o innym świecie, przynosi ukojenie poprzez przywołanie świata utraconego, wreszcie oferuje przekonanie, że stworzenie nowych reguł odzyskanej rzeczywistości jest w ogóle możliwe.

Rebecca Rosenblum, Tyle miłości, przeł. Teresa Komłosz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 12 września 2018

Przypadek czy przeznaczenie (J.W. Taschler, Zostać)

Austriacka pisarka zdążyła już przyzwyczaić czytelnika, że emocje wiążące ludzi w jej opowieściach nigdy nie są oczywiste, łatwe i banalne. Ci, którzy czytali „Nauczycielkę” i „Powieść bez O” wiedzą o tym doskonale. Tak jest i w przypadku „Zostać”. Oto ludzie, którzy kiedyś już się spotkali, po latach na nowo na siebie wpadają i zaczynają mieć wzajemnie na siebie wpływ. Miłość, przywiązanie, namiętność, wierność, przyjaźń, pamięć, lojalność, wina, kara, zadośćuczynienie – te wszystkie pojęcia będą mieć dla tej opowieści fundamentalne znaczenie. Taschler mogłaby napisać przewidywalną historię miłosną – nieco znudzone sobą po latach małżeństwo, zdrada, jej odkrycie, wreszcie organizowanie rzeczywistości tak, by żyć z tą wiedzą, a jednocześnie nie stracić tego, co miało się wcześniej. Mogłaby, a jednak na szczęście tak się nie dzieje. Austriacka autorka znakomicie niuansuje emocje, odczucia, uniesienia chwili. Potrafi pokazać, jak oczywiste bywają powody ryzykowania wszystkim i jak nieoczywiste są konsekwencje czynów, które mogłyby, ale tak się nie staje, okazać się przewidywalne. Historia o miłości i namiętności zostaje w bardzo intrygujący, bo włączający wiele osób, sposób powiązana z chorobą i umieraniem, a w konsekwencji z winą i niemożnością odbycia kary. To, co mogłoby stać się powieścią o romansie i zdradzie, zamienia się w rodzaj przypowieści o nieuchronności losu, kuszących przywołaniach przypadku, traumach, których nie da się wyleczyć w żaden sposób, i świadomości, że każda decyzja nieuchronnie zmienia nasz los, a ten nigdy już nie będzie taki, jaki mógłby być, gdybyśmy wybrali coś innego. Bardzo dobre.

Judith W. Taschler, Zostać, przeł. Aldona Zaniewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

wtorek, 11 września 2018

Życie w cieniu umierania (S. Grzesiuk, Na marginesie życia)

Trzecia część słynnej autobiograficznej trylogii Grzesiuka koncentruje się na chorobie. Autor relacjonuje na kartach swojej książki najpierw moment odkrycia, że ma gruźlicę płuc, potem pobyty w kolejnych sanatoriach. „Na marginesie życia” to publikacja, która najbardziej ucierpiała, jeśli chodzi o usuwanie fragmentów pod wpływem sugestii wydawnictwa. Grzesiuk, chcąc jak najszybciej wydać książkę, właściwie – tak pisze Bartosz Janiszewski w biografii barda stolicy – nie dyskutował i po prostu skreślał. W ramach domknięcia projektu polegającego na wydaniu trylogii w wersji nieocenzurowanej również w trzeciej części fragmenty przywrócone są wyboldowane. W tym wypadku ingerencje były największe, „Na marginesie życia” znacznie zwiększyło swoją objętość, a pogrubione fragmenty to zazwyczaj całe barwne sceny z sanatoryjnego życia. Znakomicie się je czyta po latach, zwłaszcza że Grzesiuk z jednej strony nie traci poczucia humoru, z drugiej ma świadomość tego, jak stygmatyzująca jest choroba, na która cierpi on i inni kuracjusze. Na szczególną uwagę zasługuje tak charakterystyczne dla Grzesiuka celne sportretowanie społeczności sanatoryjnej, zwrócenie uwagi na łatwość odtwarzania klasowości także w warunkach izolacji oraz domaganie się sprawiedliwości społecznej i empatii. Trzeba – koniecznie!

Stanisław Grzesiuk, Na marginesie życia, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

niedziela, 9 września 2018

Obcość (A. Lis, Latawce)

Powieść Agnieszki Lis to przykład popularnej literatury kobiecej, rezygnującej z łatwych i oczywistych rozwiązań. Autorka nie tylko decyduje się na opisanie niełatwego stanu duszy dziecka, potem nastolatka, ale i stawia na ciekawą, nieoczywistą relację, wokół której koncentruje się cała opowieść. To syn i matka są głównymi bohaterami. Łącząca ich więź, szybko zaczyna tak naprawdę dzielić. Lis udaje się pokazać bezsilność obu stron, rodzącą się niechęć, nieumiejętność nazywania uczuć, rodzenie się coraz większych nieporozumień. „Latawce” okazują się więc zapisem stanu rozpadu uczuć, więzi, tego wszystkiego, co mogło łączyć, a co stało się tak ulotne. Autorka próbuje eksperymentować z zapisem wspomnianych emocji i osiąga całkiem ciekawy efekt. Fragmentaryczna narracja oparta na krótkich, dynamicznie wprowadzanych scenach, oddaje rozrastającą się przypadkowość kontaktów, stopniowo pojawiającą się obcość i świadomość wkraczania w rzeczywistość, z której nie ma już wyjścia. Wspomniane sceny poprzetykane są refleksjami, które dobitnie pokazują rozdźwięk między tym, co bohater robi i w co coraz mocniej wchodzi, a tym, co myśli i tak naprawdę czuje. Choć powieść nie jest długa, autorka panuje nad opisywaną historią, umiejętnie dawkując emocje i właściwie zachowując proporcje. Daje to zdecydowanie interesujący i zasługujący na uwagę efekt, zwłaszcza że i zaskoczenie jest dalekie od przewidywalnego happy endu.


Agnieszka Lis, Latawce, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018.

sobota, 8 września 2018

Powierzchowność (A. Arendt, Bałtyk. Historie zza parawanu)

Publikacja Aleksandry Arendt to przykład książki, której towarzyszy ciekawy pomysł, ale dużo mniej interesująca jego realizacja. Opisanie Bałtyku jako fenomenu przyrodniczego, historycznego, lokalnego i nieoczywistego to na pewno idea, która budzi ciekawość. Owszem, podtytuł „Historie zza parawanu” trochę sugeruje to, co jest wadą książki, a mianowicie jej pretekstowość, powierzchowność, nazbyt szybkie kończenie podejmowanych wątków. Chciałoby się jednak, aby ów podtytuł kojarzący się z wielością i przypadkowością odsłonił inną zawartość. Tak się nie dzieje. Mamy więc wiele pozaczynanych historii, bardzo ciekawych, które potraktowano jako kolejny rozdział – ładnie zilustrowany, ale bez wnikliwości opowiedziany. W efekcie książka ta przypomina trochę popularyzujący Bałtyk przewodnik. Tylko tyle. Mogłaby być dobrym reportażem, ale nim nie jest. Szkoda.


Aleksandra Arendt, Bałtyk. Historie zza parawanu, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018.

poniedziałek, 3 września 2018

Przetrwać w pamięci (M. Górlikowski, Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój)

Książka Górlikowskiego to interesujący przykład reportażu historycznego, stawiającego w centrum biografię konkretnego człowieka oraz epoki. Właśnie to połączenie jest w tym przypadku najciekawsze. Z jednej strony zapoznajemy się bowiem z efektami autorskich poszukiwań na temat życiorysu Józefa Rotblata, z drugiej wspomniana biografia prezentowana jest cały czas w taki sposób, by nie tracić z oczu II wojny światowej, Holocaustu i tego, co działo się po wojnie. Główny bohater tej opowieści zostaje pokazany jako ktoś, kto funkcjonuje w nieustannym, użyjmy tego niezręcznego nieco słowa, rozkroku: ideowym, naukowym, rodzinnym, politycznym. Gdzieś w tle mamy więc pamięć o tych, którzy zostali w Polsce, w tym dramatyczne losy żony Rotblata; bardzo intensywnie odzywa się pamięć relacji mistrz-uczeń, łączącej Rotblata z prof. Ludwikiem Wertensteinem; ważny jest nierozwiązywalny wówczas konflikt między Wschodem a Zachodem, no i kwestia pracy nad stworzeniem bomby atomowej. Ta ostatnia sprawa okaże się kluczowa i dla sukcesu Józefa Rotblata, i dla otrzymania przez niego Pokojowej Nagrody Nobla, i dla etycznych dylematów bohatera książki. Interesujące.

Marek Górlikowski, Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój, Wyd. Znak, Kraków 2018.




niedziela, 2 września 2018

Przetrwać katastrofę (O. El Akkad, Ameryka w ogniu)

Omar El Akkad miał ciekawy pomysł na powieść. Punktem wyjścia jest bowiem druga wojna secesyjna, która wybucha w 2074 roku, skłóca Amerykanów i zmusza obywateli do podejmowania decyzji ostatecznych w swoim wymiarze. To w pewnym sensie powieść drogi, powieść wojenna, apokaliptyczna wizja i saga rodzinna w jednym. Porównywanie tej książki do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego czy do „Spisku przeciwko Ameryce” Philipa Rotha jest grubą przesadą, zwłaszcza że w przypadku tego utworu mamy do czynienia z literaturą środka. Mniej więcej połowa książki jest dość przewidywalna. Tak naprawdę autor nie pokusił się o nic więcej jak o odtworzenie losu uchodźców, którzy opuszczają swój rodzinny dom i są zmuszeni do zamieszkania w obozie. Tam to wszystko, co miało być przejściowe, okazuje się bardzo trwałe. Kilka lat w tymczasowości jest nie tylko sztuką przetrwania, ale i okazją do znalezienia Mistrza. Ten zaś kształtuje swoją młodą podopieczną tak, by nadawała się do walki z wrogami. Nienawiść podsycona prywatną stratą musi więc znaleźć ujście. Ci, którzy choć trochę interesują się sposobem werbowania do organizacji terrorystycznych oraz straszliwym losem ludzi opuszczonych przez wszystkich, nie znajdą w tej historii wiele nowego. Dużo ciekawiej robi się mniej więcej w drugiej połowie książki, kiedy Sarat musi się odnaleźć w obcym dla niej świecie bez wojny, a za sobą ma doświadczenie walki, długich lat więzienia i tortur. To, czy bohaterka zgodzi się na reguły nowego świata, będzie faktycznie interesujące, zwłaszcza że kobieta okaże się dobrym strategiem zarówno w sensie politycznym, jak i prywatnym, przewidując to, co się wydarzy i cynicznie niekiedy minimalizując straty.


Omar El Akkad, Ameryka w ogniu, przeł. Jacek Żuławnik, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

sobota, 1 września 2018

Szantaż emocjonalny (H. Morris, Tatuażysta z Auschwitz)

Powieść Morris jest przykładem tego, czego nie należy robić ze świadectwami osób, które były bezpośrednimi świadkami Holocaustu. Zamiast przejmującej opowieści o woli przetrwania, walce o jutro, nadziei wbrew wszystkiemu i wielkiej miłości otrzymujemy bowiem w tym przypadku dość przeciętną, mocno zbanalizowaną powieść popularną. Okładka z charakterystycznym pasiastym tłem oraz zdjęciem obozu, tytuł i informacja: „powieść oparta na faktach” w pewnym sensie szantażują emocjonalnie czytelnika. No bo jak powiedzieć, że to banał, skoro to prawda?, jak powiedzieć „słabe”, skoro czyjeś życie oceniamy?, jak wreszcie piętnować powierzchowność, skoro mowa o Zagładzie? A jednak trzeba mówić i o banalności tego tekstu, i o jego słabości, i o powierzchowności opisu. Z oryginalnego i angażującego odbiorcę życiorysu bohaterów autorka zrobiła nijaką literaturę popularną. Morris nie tyle rekonstruuje dramatyczne losy miłości Lalego, tytułowego tatuażysty, i Gity, uwięzionych w obozie koncentracyjnym, co raczej tworzy z ich przeżyć ckliwą i egzaltowaną historyjkę. Od książek, które instrumentalnie wykorzystują czas Holocaustu, a z taką sytuacją mamy tutaj do czynienia, należy więc tylko trzymać się z daleka.


Heather Morris, Tatuażysta z Auschwitz, przeł. Kaja Gucio, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

piątek, 31 sierpnia 2018

Trochę za mało (M. Kozłowska, Stopa od nogi)

Powieść Marty Kozłowskiej reklamowana jest bardzo interesująco. Pojawiają się takie określenia jak „satyryczna baśń, groteskowa odyseja przez współczesność, ukazaną w krzywym zwierciadle”, czy „surrealistyczna, zabawna i błyskotliwa powieść drogi”. Czy faktycznie są to określenia pasujące do utworu autorki? I tak, i nie. Częściowo tak, bo to proza z dużym potencjałem. Na uwagę zasługuje język, jakim dla opisu rzeczywistości posługuje się Kozłowska. Jest niebanalny, barwny, momentami zabawny, w innych miejscach inteligentnie złośliwy, pomysłowy. Już zresztą tytuł książki na to wskazuje. Z jednej strony jest odniesieniem do pewnej ważnej dla całej historii postaci, z drugiej może być interesującą metaforą konieczności dostrzeżenia w sobie absurdu i przymusu wyzwalającego przełamanie ograniczeń. Jednocześnie wspomniane określenia okazują się komplementami na wyrost. Bo choć językowo zapowiada się ciekawie, to jednak autorce ewidentnie brakuje pomysłu na fabułę. Ta z jest bowiem wątła, nijaka, sztucznie chropowata.

Marta Kozłowska, Stopa od nogi, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 30 sierpnia 2018

Świat wokół (Z. Smith, Widzi mi się)

Zbiór esejów, felietonów, recenzji i przemówień Zadie Smith budzi mieszane odczucia. Formalnie faktycznie mamy do czynienia z taką właśnie mieszankę, a teksty zebrane w jeden tom wybrzmiewają miejscami ciekawie, miejscami banalnie. Choć autorka stwierdza, iż jej myślenie o literaturze i sztuce opiera się często na intuicji, to jednak trudno ową intuicję uznać za właściwą podstawę wszystkich analiz. O ile na przykład jej krótkie impresje porównawcze dotyczące tańca różnych artystów wypadają ciekawie, o tyle już rozważania o literaturze nieco mniej efektownie. Nie zawsze też udaje jej się uniknąć banału w analizach dotyczących współczesnego sposobu komunikowania się. Tekst poświęcony Facebookowi jest wyjątkowo mało odkrywczy i powtarza właściwie wszystko to, co o mediach społecznościowych dobrze wiemy. Interesująco wypadają te fragmenty, które mają charakter autobiograficzny i związane są z awansem społecznym autorki. Widać w nich krytyczny pazur, spostrzegawczość i umiejętność dostrzeżenia tego, co niekiedy umyka, gdy pewne niuanse nie są nam znane. Czy zatem czytać? Na wyrywki tak, choć bez oszukiwania siebie, że obcujemy z lekturą szczególnie wysublimowaną.


Zadie Smith, Widzi mi się, przeł. Justyn Hunia, Jerzy Kozłowski, Agnieszka Pokojska, Wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 29 sierpnia 2018

Cienka granica (O. Hund, Psy ras drobnych)

Tego debiutu nie wolno przeoczyć! Proza krótka, ale przemyślana, mocna, grająca na emocjach, ale precyzyjnie operująca słowem, miejscami straszna, a nawet przerażająca, miejscami zabawna, pełna ożywczej energii likwidującej obojętność. Miejsce, w którym rozgrywa się akcja to szpital psychiatryczny, choć mówienie w tym wypadku o akcji sugeruje logiczny ciąg wydarzeń, którego tutaj tak naprawdę nie ma. Choć Olga Hund opisuje szaleństwo, to jednak jej bohaterka okazuje się kimś bardzo racjonalnym w tym świecie, w którym wydarzyć się może wszystko i wszystko trzeba próbować zrozumieć. Krótkie sceny, obrazy, migawki ze szpitalnej codzienności nie oswajają rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, pokazują, że w portretowanym świecie trwa wojna. Wszystkich ze wszystkimi. Lekarzy i pielęgniarek z pacjentami, pacjentów przebywających w odosobnieniu dłużej z tymi, którzy są na leczeniu krócej, tych, którzy coś rozumieją, z tymi, którzy stracili kontakt z rzeczywistością. Wreszcie można też mówić o walce na poziomie indywidualnym – między tym, kim się próbuje być, by skutecznie udawać, a tym, kim się jest w środku. Oldze Hund udaje się pokazać szaleństwo jako metaforę samotności w tłumie. Jedyną reakcją na wykluczenie staje się zbudowanie czegoś alternatywnego, a że takie próby mają zwykle kruche fundamenty, nic więc dziwnego, że pacjenci powracają do szpitala, od którego próbują uciec. Bardzo dobre.


Olga Hund, Psy ras drobnych, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2018.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Niespełnienie (J. Cabré, Podróż zimowa)

„Podróż zimowa” to raczej lektura dla fanów autora, niż dla tych, którzy zamierzają po raz pierwszy zetknąć się z twórczością katalońskiego pisarza. Cabré, tak interesujący w powieściach, w krótkiej formie odnajduje się nieco mniej. Widać w tych tekstach pewną sztuczność, formalne podporządkowywanie historii przypowieściowym, nieco moralizatorskim w tonie, ograniczeniom, a nawet pewną pretensjonalność i nieładnie w tym wypadku wybrzmiewającą staroświeckość. „Podróż zimowa” przypomina ćwiczenia pilnego i zdolnego ucznia, pozornie dobrze wykonane, a jednak z pewną fałszywą nutą wynikającą z tego, co można by określić brakiem serca do zadania. Owszem, uważny czytelnik znajdzie w opowiadaniach z tomu dobrze znane dla twórczości Cabré motywy. Mamy więc tutaj silne związki tego, co się dzieje, z muzyką, mamy próbę oddania rytmu i wpływania życia na muzykę oraz muzyki na życie, mamy samotność, niespełnienie, życiowy ciężar obcowania na co dzień ze sztuką, czy gotowość ucieczki przed szczęściem po to, by radość nie okazała się rozczarowaniem. A jednak nie są to historie, które czytelnika angażują. Nie są to też opowieści, które w czytelniku zostają. Szkoda.

Jaume Cabré, Podróż zimowa, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Mieć pozytywny punkt odniesienia (W. Sawicka, Wyspy szczęśliwe; Czas próby)


Obie powieści Wioletty Sawickiej to przykład popularnej literatury kobiecej na dobrym poziomie. Autorka decyduje się na odważny gest, bo opowieść współczesną, związaną z perypetiami oszukanej, zdradzonej i zmuszonej do toczenia prywatnej wojny na wielu frontach bohaterki, łączy z historią z przeszłości, związaną z trudnymi dziejami mieszkańców Warmii i Mazur tuż po II wojnie światowej. Gest odważny, bo nie zawsze, powiedziałabym nawet, że rzadko, w literaturze popularnej taki mariaż się udaje. Sawicka unika pretensjonalności opisu, opisywane okrucieństwo nie potrzebuje bowiem egzaltacji i emocjonalności. Jest to szczególnie ważne nie tylko z tego powodu, że zyskują na tym czytelnicy, ale i dlatego, że autorka bazuje na autentycznych przeżyciach osoby, która zechciała podzielić się z nią swoimi wspomnieniami. Dramat kobiety, która widziała to, co przydarzyło się jej bliskim i sama cudem, choć na zawsze okaleczona fizycznie i psychicznie, ocalała, zostaje powiązany z losami Joanny. Marcie, bo tak ma na imię owa doświadczona przez los kobieta, udaje się odzyskać radość życia i zbudować dom, w którym może zamieszkać każdy, kto szuka ciepła, serdeczności i przyjaźni. To miejsce, do którego właściwie przypadkowo trafia Joanna staje się rodzajem realnego lekarstwa na to wszystko, co właśnie bohaterka przeżywa i czego w najśmielszych pesymistycznych wizjach nie była sobie w stanie wyobrazić. Wątek owego domu, w którym znajdują spokój i ocalenie różni ludzi połamani przez życie i tych, których mieli nigdy nie zawieść, przypomina w swoim klimacie świat opisany w powieści „Dziewięć bied i jedno szczęście” Marii Kann. „Czas próby” jest kontynuacją „Wysp szczęśliwych”, warto więc czytać książki we właściwej kolejności. Optymistyczny przekaz nie jest w tym wypadku przesłodzony, wręcz przeciwnie Sawicka zdaje się słusznie sugerować, że są rany, które trudno zagoić, a szczęście bywa kruche, trzeba więc o nie dbać na co dzień.

Wioletta Sawicka, Wyspy szczęśliwe, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017; Czas próby, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

niedziela, 26 sierpnia 2018

Szacunek dla zwierząt (D. Gzyra, Dziękuję za świńskie oczy. Jak krzywdzimy zwierzęta; C. Safina, Poza słowami. Co myślą i czują zwierzęta)


Zarówno książkę Dariusza Gzyry, jak i Carla Safiny, można czytać równolegle, gdyż poruszane przez autorów problemy bardzo interesująco i przekonująco się uzupełniają. Z jednej strony w przypadku „Dziękuję za świńskie oczy” mamy do czynienia z merytorycznie dobrze podbudowaną, opierającą się na sugestywnej argumentacji, zaangażowaną publicystyką, z drugiej w „Poza słowami” natkniemy się na emocjonalne niekiedy, bardzo empatyczne, poparte długoletnią obserwacją zwierząt wnioski odsłaniające podmiotowy charakter jestestwa opisywanych stworzeń. Na uwagę zasługują metaforyczne i mocne w swoim ideowym przekazie tytuły książek. Bardzo dobrze już na początku naprowadzają na to, z czym będziemy mieć do czynienia w trakcie lektury. U Gzyry świńskie oczy to nie tylko wzruszające, mądre, ciepłe spojrzenie świnki znajdującej się na okładce, to także brutalne w swoim wydźwięku podziękowania dzieci, które jako pamiątkę z rzeźni otrzymały właśnie świńskie oczy (sic!). Safina z kolei bardzo celnie sygnalizuje tytułowa metaforą to, jak wiele w życiu, w komunikowaniu się zwierząt i w okazywaniu przez nie uczuć dzieje się między słowami. W efekcie zderzamy się z narracjami etycznie nieobojętnymi. Z jednej strony wprost zostaje powiedziane, jak nieracjonalne i cyniczne jest krzywdzenie zwierząt, z drugiej zaakcentowane zostaje, jak wiele emocjonalnego dobra otrzymać możemy od naszych braci mniejszych, jeśli tylko okażemy im troskę i szacunek. Warto.


Dariusz Gzyra, Dziękuję za świńskie oczy. Jak krzywdzimy zwierzęta, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018; Carl Safina, Poza słowami. Co myślą i czują zwierzęta, przeł. Dominika Dymińska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

piątek, 24 sierpnia 2018

Nadzieja jako strata (M. Gessen, Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji)

Znakomity reportaż. Przemyślany, literacko i kompozycyjnie bez zarzutu, stopniujący napięcie, zaangażowany, ale daleki od tendencyjności. Skłaniający do myślenia, bo włączający czytelnika w opisywane wydarzenia. Rekonstruujący proces dziejący się na naszych oczach, a często, zwłaszcza wtedy gdy zabraknie słów do nazwania tego, co się dzieje, niedostrzegany. Gessen krótko informuje o własnej pozycji biograficznej, zaznaczając że sama jest ofiarą tego, co w Rosji się dzieje i działo. Polityka wpływa więc na jej życie, choć jednocześnie fakt ten nie jest w tej historii najważniejszy. Autorka decyduje się na oryginalny pomysł. Oto na plan pierwszy wysuwają się historie czwórki młodych ludzi urodzonych w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Ważnym punktem odniesienia jest symbolika roku 1984. Nie są to postaci anonimowe, ale poprzez funkcjonowanie w konkretnym środowisku w ich życiorysie odbija się najnowsza historia Rosji. Masza, Żanna, Sierioża i Liosza są więc z jednej strony konkretami, z drugiej służą do zobrazowania tego, co dotyczy całego społeczeństwa i pokolenia, które miało dorastać w kraju demokratycznym. Dzięki nietraceniu z oczu tego, co działo się w okresie rządów Stalina, Gessen udaje się pokazać, jak trwała była przemiana w ludzi, dla których komunizm był czymś najważniejszym na świecie. W tle mocno więc wybrzmiewa pytanie, czy państwo skażone tą ideologią jest w stanie się zmienić? Ważnym elementem wątpliwości w tym względzie jest to, co dzieje się za prezydentury Putina i co przyjmowane jest przez Rosjan w dużym stopniu z biernością. Walka, a więc głos opozycji, okazuje się stopniową utratą jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. To, że rezygnują właśnie najmłodsi, jest szczególnie przygnębiające. Reportaż Gessen staje się także przejmującym świadectwem dziedziczenia z pokolenia na pokolenie pewnych postaw – tych dobrych i tych złych. To również celne sportretowanie trudności, jakie wiążą się z odzyskaniem tej wiary w przyszłość, której nigdy tak naprawdę się nie posiadało i która zawsze traktowana była jako coś irracjonalnego. Lektura obowiązkowa.

Masha Gessen, Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji, przeł. Magdalena Iwińska, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 22 sierpnia 2018

O Brytyjczyku, który stał się Holendrem (B. Coates, Skąd się biorą Holendrzy?)

Książka Bena Coatesa, choć jest opowieścią o osobistym odkrywaniu i poznawaniu Holandii, tak naprawdę staje się ciekawie, bo wielogłosowo i różnorodnie, zaplanowanym przewodnikiem po kraju. Autora interesuje właściwie wszystko. Pisze więc o kolonialnej odsłonie historii Holandii, o religii, o tolerancji, o domach publicznych, o okresie II wojny światowej, o używkach, o zamożności przy małym nakładzie pracy i o piłce nożnej. Wszystkie opisywane zjawiska interesują go jako proces. Otrzymujemy więc zazwyczaj zgrabnie i sugestywnie przedstawiony krótki powrót do przeszłości przy jednoczesnym nietraceniu z oczu teraźniejszości. W efekcie dowiadujemy się, jak doszło do tego, co teraz jest normą i obyczajem, oraz jak pewne tradycje się zmieniały. Coates nie pisze reportażu, nie stara się również przedstawić czytelnikowi zapisków z podróży, to raczej próba prezentacji tego, co ważne, by odkryć holenderską specyfikę, zrozumieć ją i zaakceptować. Jak skuteczna to jest narracja, potwierdza klamra, na jaką zdecydował się autor. Na początku jest Brytyjczykiem, który w Holandii czuje się trochę dziwnie. Na końcu staje się właściwie Holendrem, bo kiedy wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, to w ojczyźnie czuje, że nie jest u siebie i tęskni za krajem, który opuścił.


Ben Coates, Skąd się biorą Holendrzy?, przeł. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Polowanie na człowieka (B. Underdown, Czarownice z Manningtree)

Powieść Underdown to bardzo ciekawy przykład prze-pisywania historii w taki sposób, by opowiedzieć ją z innej niż wcześniej perspektywy. Autorka rekonstruuje biografię i działalność angielskiego łowcy czarownic, Matthew Hopkinsa. Opowiada jednak o nienawiści i szaleństwie rozpętanych przez mężczyznę inaczej, bo z perspektywy kobiety. Narratorką i zarazem autorką dziennika, w którym spisywane są wydarzenia, jest siostra Matthew, Alice. Od początku mamy do czynienia z ciekawym zderzeniem przeciwieństw – ona jest osobą niepokorną, która wbrew woli brata poślubia syna służącej i wyjeżdża do Londynu, on wiedzie życie samotne, zostaje na prowincji i kiedy siostra do niego przyjeżdża, celebruje właśnie swój najlepszy czas – czas władzy, czas nienawiści, czas pogardy. Autorce udaje się przekonująco zrekonstruować absurd myślenia osób typujących wybrane kobiety na czarownice. Sugestywnie oddaje bezradność ofiar, łatwość kierowania tłumem, pychę mężczyzn i przekonanie o wyższości ich płci nad kobietami, podwójną moralność sędziów i skłonność do przemocy tych, którzy deklarowali rzekomą chęć oczyszczenia świata z wpływów Szatana. Underdown pokazuje, jak rozprzestrzenia się zło w podwójnym wymiarze, tym prywatnym, kiedy Matthew stopniowo zniewala Alice i podporządkowuje ją sobie, zmuszając do biernego wsparcia jego działań, i tym publicznym, kiedy ludzie w kolejnych miejscowościach poddają się nienawiści, jaką przynosi ów poszukiwacz czarownic. Dużym atutem powieści są dobrze rozrysowane psychologicznie postaci, także te drugoplanowe. Nie tylko więc trzyma w napięciu to, co dzieje się między rodzeństwem, ale i emocjonalnie przekonująca jest relacja między Alice a służącymi (jedna jest nieśmiała i z przerażeniem patrzy na to, do czego zmusza ją pan, druga z sadystycznym upodobaniem pomaga męczyć potencjalne ofiary), Alice a teściową (kobieta ukrywa wiele tajemnic dotyczących rodziny bohaterki i wykazuje się życiową mądrością), czy Alice i Rebeccą (wyjątkowo dramatyczna postać, wobec której narratorka ma ambiwalentne odczucia, by ostatecznie wspierać ją w chwili najwyższej próby). Zdecydowanie warto.

Beth Underdown, Czarownice z Manningtree, przeł. Magdalena Rychlik, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Wobec końca świata (J. Pilch, Żywego ducha)

Koniec świata w wydaniu Pilcha ma wymiar szczególny. Autor pozostaje wierny stylistyce, jaką uprawiał przez lata, jednocześnie poszerza swoje refleksje o mocny, a właściwie z utworu na utwór mocniejszy, rys autoironiczny. Spełniona Apokalipsa opisana w powieści niejednokrotnie więc wywoła śmiech w trakcie lektury. Pilch jest w tej powieści inteligentny, literacko bez zarzutu, ironiczny, nieco cyniczny nawet, zabawny. Pisze prozę w eseistycznym tonie lub, inaczej rzecz ujmując, esej w literackiej odsłonie przypowieści na opak. „Żywego ducha” to proza przemyślana, powracająca do dobrze znanych z twórczości autora motywów, udowadniająca sens ciągłości, daleka od wtórności. Na szczególną uwagę zasługują te fragmenty, które dotyczą przemijania ciała i trwałości ducha oraz samotności pisarza. Kwestia pierwsza wiąże się z chorobą, starzeniem się, uważniejszym wsłuchiwaniem się w siebie, fizycznym odczuwaniem własnej kruchości. Druga natomiast to znakomite, bo odarte z patosu, błyskotliwe i zabawne refleksje dotyczące niemożności pisania dla samego siebie i konieczności posiadania czytelników. W świecie, w którym braknie odbiorców, a pisarz pozostaje sam, literatura przestaje mieć sens. Pilch pisze więc tak naprawdę niezwykle interesujący manifest dekonstruujący ocalenie tkwiące w słowie. To komunikacja jest podstawą przetrwania. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka po to chociażby, by zademonstrować własne istnienie. Bardzo dobre.


Jerzy Pilch, Żywego ducha, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Nie taka piękna miłość (D. Malovic, Miłość made in China. Jak kochają Chińczycy?)

Tytuł książki może sugerować, iż będziemy mieć do czynienia z tematem lekkim i przyjemnym, utrzymanym w stylistyce nieco sentymentalnej i żartobliwej. Skojarzenie z poradnikiem/przewodnikiem, w tym wypadku o charakterze reporterskim, nasuwa się samo. Na szczęście opowieść Malovica daleka jest od tego typu popkulturowego potraktowania problemu. Co więcej, miłość, sportretowana w książce na różne sposoby, okazuje się źródłem cierpienia kontrolowanego systemowo i systemowo uregulowanego. Tytułowe uczucie faktycznie ma swoją specyfikę w Chinach. Oczywiście, nie z tego powodu, że Chińczycy kochają inaczej, bo tak nie jest, ale wieloletnie kontrolowanie przez państwo życia prywatnego i intymnego (np. polityka jednego dziecka) zbiera swoje żniwo. Malovic stara się opowiedzieć o miłości w chińskich realiach, skupiając się głównie na współczesności, ale nie traci też z oczu nie tak odległej przeszłości. Mocno wybrzmiewają więc konsekwencje Rewolucji Kulturalnej. Życie uczuciowe zostaje sportretowane jako jeszcze jeden biznes. Zwieńczeniem transakcji jest małżeństwo. Widać to szczególnie na przykładzie dyskutowania rodziców przyszłych małżonków o wzajemnych zobowiązaniach, w treści ofert biur matrymonialnych i kontrolowanej przez biura korespondencji, czy przeglądaniu i ocenianiu ogłaszających się i uczestniczących w wyścigu singli, akceptowanych lub nie przez rodziców wyręczających w wyborze swoje dorosłe dziecko. To opowieść o uprzedmiotowieniu, którego nikt nie zamierza przełamywać, i o świecie, którego reguły poddają kontroli to, co zwykle należy do decyzji i woli kochających się ludzi. Malovic pozostaje reporterem zdziwionym, choć przesadnie nie akcentuje obcości tego, co opisuje. Momentami ma się wrażenie zbyt powierzchownego potraktowania niektórych wątków. Autorowi zdarza się przemycanie ideowego kontekstu wielu sytuacji, choć w kilku momentach chciałoby się, aby mniej pędził do kolejnego zagadnienia i zatrzymał się trochę dłużej przy tym akurat opisywanym. Gdzieś w tle wybrzmiewa nadzieja na zmianę. Ciągle za wcześnie jednak, by dokonała się ona w całym społeczeństwie, czas jednak, tak się wydaje, by wcielali ją w życie konkretni ludzie.


Dorian Malovic, Miłość made in China. Jak kochają Chińczycy?, przeł. Ewa Kucharska, Wyd. Znak, Kraków 2018.

sobota, 11 sierpnia 2018

Między legendą a zwyczajnością (E. Marat, Sen Kolumba)

„Sen Kolumba” warto czytać po zaznajomieniu się z „Made in Poland”, znakomitą rozmową ze Stanisławem Likiernikiem, przeprowadzoną przez autora oraz Michała Wójcika. Dobrze jest też znać „Kolumbów. Rocznik 20” Romana Bratnego, ale ta lektura wydaje się co najmniej oczywista. Bohaterem tego fascynującego reportażu biograficznego, śledztwa historycznego i awanturniczej nieco opowieści pokoleniowej jest Krzysztof Sobieszczański. To jego pseudonim – „Kolumb” – stał się inspiracją dla Romana Bratnego. Z kolei biografia Likiernika w dużej mierze odzwierciedla losy powieściowego Kolumba. Roman Bratny i Andrzej Mularczyk, brat pisarza, pojawiają się zresztą na kartach książki Marata, podobnie jak Likiernik. Warto docenić fakt, iż autor nie poprzestaje na przedstawieniu czytelnikowi arcyciekawego życiorysu, ale również dopuszcza odbiorcę częściowo do swojego warsztatu reportersko-historycznego. Ciekawe okazują się bowiem przypisy i znajdujące się w nich odniesienia, dopowiedzenia, uzupełnienia. Publikacja okazuje się także interesująca pod względem literackim. Widać, że autor szuka właściwej i najlepszej formy dla biografii Sobieszczańskiego. Pojawiają się więc fragmenty dynamizujące opowieść poprzez swoją literackość, natkniemy się na typowo historyczne, drobiazgowe, ale ciągle atrakcyjne rekonstruowanie faktów, przeczytać możemy również o tym, że niektóre wydarzenia i zachowania są tylko, a może aż, prawdopodobne i już nikt nie będzie w stanie potwierdzić, jak było faktycznie. To unikanie kategorycznego tonu w rozpoznaniach budzi zaufanie, bo pokazuje, że historyczne śledztwo opiera się w dużej mierze na pytaniach i czasami kilku alternatywnych odpowiedziach. Choć autor koncentruje się na Sobieszczańskim, nie unika takiego trybu opowieści, który pozwala na potraktowanie tej historii jako świadectwa pokoleniowego. Bardzo ważnym elementem jest unikanie sztucznego gloryfikowania bohatera. Z jednej strony pokazane jest, jak wiele wymagała od tych młodych ludzi ówczesna rzeczywistość i oni sami, z drugiej ich życie też było pełne błędów, potknięć, zachowań niekoniecznie godnych podziwu. Pokazanie ludzkiego wymiaru tego, co po latach przedstawiane bywa bez niuansowania i jednoznacznie to niewątpliwy atut książki. Warto.


Emil Marat, Sen Kolumba, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.