Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

wtorek, 17 lipca 2018

Dziedziczenie (K. Wiśniewska, Tłuczki)

„Tłuczki” Katarzyny Wiśniewskiej kojarzyć się mogą z „Katonielą” Ewy Madeyskiej i „Trzepotem skrzydeł” Katarzyny Grocholi. W tym drugim przypadku niech nikogo nie zmyli nazwisko autorki kojarzone z popularną literaturą kobiecą. „Trzepot skrzydeł” to książka niesłusznie niedoceniona, na zupełnie innym poziomie, daleko odbiegająca od konwencji typowych dla popliteratury. Wiśniewska nie proponuje jednak kolejnej wersji opowieści o przemocy domowej, choć temat to niełatwy, literacko niedoinwestowany, ale i paradoksalnie dość chętnie eksploatowany. Łatwo więc wpaść w pułapkę powtórzenia. Tak nie jest jednak w tym przypadku. Katarzyna Wiśniewska bardzo ciekawie rozgrywa kwestie związane z uwikłaniem w przemoc poprzez dziedziczenie oraz nieustanną konieczność renegocjowania marzeń, fałszywych wyobrażeń z rzeczywistością. Ciekawie rekonstruuje również kwestie związane z władzą, religijnością, bezradnością i zemstą, niekoniecznie zawsze i dosłownie adresowaną do tego, kto na nią zasługuje. Autorce udaje się więc pokazać, jak przemoc generuje przemoc i jak niemożność wyrwania się z impasu skutkuje decyzjami spektakularnymi, choć często dziejącymi się w niemalże paraliżującej ciszy. Zło nie przychodzi w tym wypadku z zewnątrz, jest jądrem tego, co jednoczy rodzinę, spoiwem, które lepi i oblepia, niszczy, ale i przywiązuje. Na uwagę zasługuje też język tej opowieści – precyzyjny, miejscami metaforyczny, choć jednocześnie zakorzeniony w rzeczywistości, jaką opisuje. Warto.


Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki, Wyd. Nisza, Warszawa 2018.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Ponad 100 lat (G. Michalik, Danuta Szaflarska. Jej czas)

Danuta Szaflarska to aktorka niezwykle ciekawa – postać barwna i aktywna właściwie do końca swojego życia, aktorka, która nie przestała grać nawet wówczas, gdy jej wiek można by określić jako mocno podeszły, osoba otwarta i chętnie angażująca się w nowe projekty, gwiazda minionej epoki, która nie patrzyła w przeszłość, lecz umiała doskonale odnaleźć się w teraźniejszości, nie przestając być wspomnianą gwiazdą także wtedy, gdy doświadczała starości. Tę wieloznaczność, nieoczywistość, żywotność intelektualną i fizyczną swojej bohaterki Michalik próbuje uchwycić właściwie przez cały czas. Mamy do czynienia z publikacją przede wszystkim popularyzatorską, nie dziwi więc fakt konieczności rezygnacji z wielu kontekstów, które chociażby za pomocą przypisów mogłyby się tutaj znaleźć. Nie znaczy to jednak, że autor idzie na łatwiznę, proponując opowieść łatwą i przyjemną. Michalik sygnalizuje momenty trudne, stara się je pokazać z różnych stron, jednocześnie jednak opowiada o Szaflarskiej trochę jak o świadku historii, trochę jak o punkcie odniesienia dla historii polskiego aktorstwa, trochę jak o dowodzie na zmianę mentalności współczesnych artystów w kontekście tego, co kształtowało artystów dawniejszych. Książkę tę da się więc czytać jako opowieść o gwieździe, która nie przestała być zwykłym człowiekiem. To także biografia kobiety, która widziała rzeczy straszne (udział w Powstaniu Warszawskim), doświadczyła cierpienia, a jednak postanowiła wystąpić przeciwko ogarniającemu ją mrokowi i stanąć po stronie jasności. Publikacja ta staje się również interesującą relacją z międzypokoleniowych i międzyśrodowiskowych projektów artystycznych, w które Szaflarska chętnie się angażowała właściwie do końca życia.


Gabriel Michalik, Danuta Szaflarska. Jej czas, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 14 lipca 2018

Kryminał edukacyjny (El Torres, Jesus Alonso Iglesias, Duch Gaudiego)

„Duch Gaudiego” to komiks, który bardzo ciekawie łączy wymiar edukacyjny z rozrywkowym i… filozoficznym. Z jednej bowiem strony mamy do czynienia z całkiem pokaźną dawką przystępnie zaprezentowanej wiedzy o dziełach Gaudiego i przemianach, jakie zaszły w Barcelonie, z drugiej jest to klasyczny, dość oczywisty, jeśli chodzi o swój zamysł, kryminał, powiązany z intrygującą próbą opowiedzenia o przestrzeni w kontekście idei towarzyszącej artyście. W efekcie czyta się ten utwór z przyjemnością, z jeszcze większą natomiast satysfakcją komiks ten się ogląda. Na uwagę nie tylko zasługuje dynamiczna, wyrazista kreska rysownika, ale i krótkie sprawozdanie z pracy nad „Duchem Gaudiego”, które możemy przeczytać i obejrzeć na końcu utworu. Komiks ten może więc się okazać ciekawą przygodą czytelniczo-wizualną, ale też z powodzeniem posłuży jako inspiracja do poszukiwań dokładniejszych informacji o Barcelonie oraz do zwiedzania miasta śladami Gaudiego. Przyjemne z pożytecznym.


Scenariusz: El Torres, rysunki: Jesus Alonso Iglesias, Duch Gaudiego, przeł. Jakub Jankowski, Wyd. nonstopcomics, Katowice 2017.

piątek, 13 lipca 2018

E-czytanie na co dzień

Po upływie ponad dwóch miesięcy użytkowania nowego czytnika czas na kilka refleksji. Ze sprzętu korzystam dzięki uprzejmości PocketBook, model, który użytkuję to Touch HD2 Ruby Red. Po przeczytaniu na urządzeniu blisko trzydziestu książek zdecydowanie mogę stwierdzić, że czytnik sprawdza się doskonale. Mam porównanie z używanym wcześniej sprzętem i zauważam wiele udogodnień, których wcześniej mi brakowało.
Wbudowane wi-fi pozwala nie tylko na sprawne przerzucanie e-booków, ale również umożliwia doraźne, szybkie sprawdzenie czegoś w sieci. Choć, oczywiście, mam Internet w smartfonie, z tej możliwości tez zdarzało mi się korzystać.
Nie przepadam za audiobookami. W czytniku jest dostępna funkcja Text-to-Speech. Dzięki niej po wybraniu głosu lektora lub lektorki każdą książkę możemy również odsłuchać. Zdarzyło mi się korzystać z tej funkcji, kiedy bolały mnie oczy lub głowa, i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z efektu. Sprawdzałam zarówno męski głos, jak i żeński, oba wypadają ciekawie. Nie ma się wrażenia mechaniczności czytania, raczej jest to czytanie neutralne, bez prób aktorskiej interpretacji, zwracające uwagę na interpunkcję i jej znaczenie (tzn. kiedy jest znak zapytania, słyszymy, że mamy do czynienia z pytaniem).
Sprzęt bardzo dobrze sobie radzi z plikami PDF. Doskonale dopasowuje tekst do wielkości ekranu, nie psuje ciągłości tekstu, bez problemu zmienia wielkość czcionki. Mój poprzedni czytnik miał z tym problemy.
Podobają mi się dość rozbudowane możliwości zaznaczania fragmentów czytanych książek. Wybrany cytat da się zakreślić, skomentować, potem bez problemu dotrzeć do spisu tego, co uznało się za szczególnie ważne, można też robić zrzuty z ekranu. Łatwe i czytelne jest także formatowanie tekstu do własnych preferencji. Doskonale się sprawdza podświetlanie ekranu i jego automatyczne uruchamianie się wtedy, gdy jest to potrzebne.

Mówienie o czytnikach może wydawać się zbędne, bo przecież albo się jest ich zwolennikiem, albo nie. Niektórzy zakładają, że czytanie e-booków oznacza rezygnację z papieru, a przecież wcale tak nie jest. Zwykle jest to czytanie równoległe i takich, i takich książek. Wiele osób podchodzi sceptycznie do czytników, argumentując, że jest to czytanie „bezduszne”. Niekoniecznie, bo możemy mieć przy sobie dość pokaźną bibliotekę, możemy również zaznaczać i podkreślać to, co nas interesuje, możemy wreszcie odkryć całkiem ciekawą perspektywę wybierania w podróży lektury z kilkudziesięciu lub kilku książek, co w przypadku papieru byłoby niemożliwe lub przynajmniej, wziąwszy pod uwagę ciężar, dość przytłaczające. J






środa, 11 lipca 2018

Przeszłość jako teraźniejszość (L. Spit, Szpadel)

Rewelacyjny debiut! Młoda autorka z wielką pisarską dojrzałością myli gatunkowe tropy, całkowicie panuje nad opowiadaną historią, do końca zaskakuje, dawkując napięcie i świetnie łącząc to, co mroczne, z tym, co jasne i niewinne. „Szpadel” to bardzo dobra powieść psychologiczna, wielowymiarowa, nieoczywista, kompozycyjnie przemyślana. Bardzo ważny dla całej opowieści kontekst inicjacyjny ma w tym wypadku zwielokrotniony wymiar – przejścia na stronę zbrodni, opowiedzenia się po stronie zła, zdecydowania się na zniszczenie drugiego człowieka, wreszcie budowania tajemnicy, spod ciężaru której nie da się wyzwolić. Spit niezwykle interesująco rozgrywa symbole. Do tych najważniejszych należy, oczywiście, tytułowy szpadel jako przedmiot, który w tym akurat wypadku niszczy życie i staje się zapowiedzią śmierci. Istotne są również inne przedmioty, zawsze powiązane z życiem i ze śmiercią jednocześnie. Warto wymienić sznur, blok lodu, majtki, szambo czy cukier. Historia opowiedziana przez Spit to przypowieść o nieuchronności tego, co raz poruszone będzie tylko inspirowało do kolejnych działań prowadzących do sprawdzania siebie. Przyjaźń Evy oraz Pima i Laurensa tylko do pewnego momentu opiera się na równości. Z czasem wspólne uczestniczenie w wymyślonej przez chłopców grze doprowadzi do katastrofy. Dojdzie nie tylko do zmiany układu sił, ale i do straszliwej zdrady. Ta zaś wpłynie na całe dalsze życie Evy. Nie ma w tej opowieści niepotrzebnych wydarzeń. Choć początkowo może się wydawać, że autorka nazbyt drobiazgowo opisuje codzienność bohaterów, w miarę rozwoju akcji znajdujemy uzasadnienie dla tych retardacyjnych działań. Zło nie zawsze przychodzi zapowiedziane. Często przyzwyczajamy się do jego obecności i przestajemy się bać tego, że coś zaburzy istniejący stan rzeczy. Taka sytuacja spotyka bohaterów. Przyjaciele stają się dla siebie najgorszymi wrogami. To, co ich połączyło, a następnie podzieliło, nie może zostać zapomniane. Spit rezygnuje z oczywistych rozwiązań. Nie będzie tutaj miejsca na spektakularne gesty tak częste w innych powieściach. Autorka rekonstruuje dramat, którego nikt się nie spodziewał, a który jednak się wydarzył. Mijający czas niczego nie załatwia, przeszłość jest ciągle żywa, a historii sprzed lat nie zwieńczy happy end. Lektura obowiązkowa.


Lize Spit, Szpadel, przeł. Łukasz Żebrowski, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

wtorek, 10 lipca 2018

Ameryka przemian (D. Warakomska, Co się stanie z Ameryką)

„Co się stanie z Ameryką” czyta się świetnie. Że tak będzie można było się spodziewać po lekturze wcześniejszej „Drogi 66”. Dziennikarka pozostaje uważną obserwatorką, interesującą i błyskotliwą komentatorką, decyduje się również na współuczestnictwo w opisywanych wydarzeniach. Przekonanie o konieczności dotarcia do różnych grup społecznych po to, by przedstawić zróżnicowany obraz opisywanego świata, to niewątpliwa zaleta tej publikacji. Dorota Warakomska nie tylko pyta, co się stanie z Ameryką, niebanalnie, bo w nieoczywisty sposób pokazuje również, co się z Ameryką stało. Wspomniałam o byciu częścią opisywanej rzeczywistości. Szczególnie mocno wybrzmiewa ów zabieg w kontekście emocjonalnego, zaangażowanego, ale i precyzyjnego w opisie celów i postulatów Marszu Kobiet na Waszyngton. Autorce udaje się uniknąć tendencyjnego skupiania się na Donaldzie Trumpie. Zadając pytania ludziom, odkrywając, że wskazanie typowego wyborcy obecnego prezydenta nie jest wcale takie łatwe, przyglądając się miejscom, czasom, płci i pozycji społecznej, doskonale rekonstruuje współczesny stan społeczeństwa amerykańskiego. Rezygnuje z łatwego klasyfikowania, nie okazuje zdziwienia, jest otwarta na tę wersję, jaka jest bliska rozmówcy, wykazuje empatię, choć nie przestaje być krytyczna. Dzięki takiej postawie otrzymujemy reportaż będący fascynującą opowieścią o rzeczywistości, która zmienia się i która nie do końca jest gotowa na tak duże zmiany układu sił. Gdzieś w tle bardzo mocno wybrzmiewa bowiem pytanie, co zrobić z naruszeniem obowiązujących wcześniej reguł, kiedy dochodzi do niego na szczytach władzy, jak zaakceptować głos oporu przeciwko demokracji, ale i jak skutecznie przeforsować głos sprzeciwu przeciwko nierówności płciowej, ekonomicznej i rasowej. Bardzo dobre.


Dorota Warakomska, Co się stanie z Ameryką, Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2018.

piątek, 6 lipca 2018

Wspomnienie (M. Kusiba, Ryszard Kapuściński z daleka i z bliska)

Książka Marka Kusiby to połączenie narracji wspomnieniowej z reporterską. Autor opowiada o swojej znajomości z Ryszardem Kapuścińskim. Zresztą tytuł książki w sposób oczywisty i niepozostawiający żadnych wątpliwości informuje o tym, co znajdziemy w publikacji. Ci, którzy znają dobrze twórczość Kapuścińskiego oraz czytali wywiady udzielane przez reportera, raczej nie znajdą tutaj rzeczy nowych i uzupełniających ich stan wiedzy. Książka ta z pewnością nie należy więc do takich tytułów, o których można by powiedzieć, że zmieniają sposób postrzegania tego, kto jest głównym bohaterem opowieści. Ale Kusibie chyba nie o to chodziło. Nie o odkrywanie czegoś nieznanego. Powiedziałabym nawet, że w trakcie lektury bardzo wyraźnie widać, iż autorowi przyświecał cel odwrotny, a mianowicie chęć powrotu do czegoś dobrze znanego, gotowość wspominania tego, co dobre i krzepiące, wreszcie zrekonstruowanie wielu lat przyjaźni – szczególnej, ale i zwyczajnej tak naprawdę. Najciekawsze w tej historii okazuje się pokazanie rozwoju tej relacji, która jest pierwszoplanowa – od fascynacji młodego Kusiby starszym kolegą po kontakty koleżeńskie i przyjacielskie. Ten osobisty ton wydaje się najciekawszy, nakierowuje bowiem uwagę czytelnika nie na wybitnego reportera, ale na człowieka po prostu.


Marek Kusiba, Ryszard Kapuściński z daleka i z bliska, Wyd. Znak, Kraków 2018.

czwartek, 5 lipca 2018

Koszmar manipulacji na co dzień (D. Magariel, Nasz chłopak)

Choć Magariel sięga po literacko wyeksploatowany temat przemocy domowej, to jednak nie ma tutaj ani szantażu emocjonalnego, ani sentymentalizmu, ani epatowania okrucieństwem. To bardzo ważna cecha tej prozy – panowanie nad emocjami, a przez to bardzo silne oddziaływanie za ich pomocą. Powieść ta, choć objętościowo skromna, bardzo dokładnie odtwarza proces uzależniania jednego człowieka od drugiego. Ojciec opuszcza matkę razem z dwoma nastoletnimi synami. Dla kobiety tylko pozornie jest to wyzwolenie. Choć doświadczała od męża przemocy i choć wszystko początkowo wskazuje na to, że się od mężczyzny uwolniła, tak naprawdę jest ciągle pod jego wpływem. Mamy więc do czynienia z ofiarami, które nie tylko są niszczone przez kata, ale również stają się marionetkami w grze, której reguł nie zna chyba nikt. Siłą tej historii nie jest wcale pokazanie tego, jak trudno się wyrwać spod władzy psychopaty. Te fragmenty, które wybrzmiewają najmocniej, dotyczą zdrady. Magariel pokazuje, że ojciec i mąż potrafi tak rozegrać daną sytuację, że brat występuje przeciwko bratu, syn przeciwko matce, matka przeciwko dzieciom. Najbardziej bolesny jest więc obraz samotności tych, którzy zostają zranieni, a następnie zgodnie z perfidnym planem uzależnienia ranią innych bliskich sobie ludzi.


Daniel Magariel, Nasz chłopak, przeł. Dobromiła Jankowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2018.

środa, 4 lipca 2018

(Nie)przemijanie (K. Ryrych, Bombka babci Zilbersztajn)

Adresowana do młodych czytelników powieść Katarzyny Ryrych to bardzo udany przykład literatury nieoczywistej, edukującej bez moralizowania, wprowadzającej w trudne tematy w sposób delikatny i adekwatny do wieku odbiorców. To nie jedyne atuty publikacji. Warto również docenić poetyckość opisu, portretowanie dziecięcej naiwności przełamywanej gwałtownym zdobywaniem wiedzy o świecie, wreszcie przekonujące zrekonstruowanie złamania więzi międzyrówieśniczej oraz stworzenia więzi międzypokoleniowej. Bardzo klimatyczne jest miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści. Dowiadujemy się, że jest to budynek z długą historią, że dzisiaj jest tutaj pięknie, ale o tym, co było kiedyś, świadczą ślady po kulach na ścianach. Co bardzo istotne, autorka nie wprowadza opisów w sposób sztuczny, informacje te pojawiają się niejako przy okazji rozgrywania się poszczególnych scen. Nie ma tutaj fragmentów, które wyjaśniałyby w sposób szkolny nieoczywiste dla młodego czytelnika wątki. Kiedy więc brat głównej bohaterki używa słowa „Żydówa”, potrzebna jest rozmowa z kimś dorosłym. Kiedy między Niną a dziewczynką z szafy rodzi się specyficzna przyjaźń, a dwa nieprzystające do siebie światy na chwilę funkcjonują obok, dodatkowe wyjaśnienie zapewne również się przyda. Nie zaszkodzi i wtedy, gdy brat dziewczynki wspomni o żydowskim złocie, lub wówczas, gdy matka Niny zasugeruje, że informatorka ojca, pomagająca mu w uzupełnianiu brakujących faktów do książki naukowej, pochodzi z rodziny, która dla historii ulicy i jej mieszkańców zapisała się w sposób niechlubny. Powieść Ryrych sugestywnie oddaje przemijanie, ale i trwanie tego, co minęło. W pewnym więc sensie okazuje się metaforycznym zapisem odchodzenia w niepamięć i powracania właśnie dzięki pamięci.


Katarzyna Ryrych, Bombka babci Zilbersztajn, ilustracje: Anna Rudka, Wyd. Ezop, Warszawa 2018.

czwartek, 28 czerwca 2018

Wszystko ma swój koniec – i bardzo dobrze (K. Bonda, Czerwony Pająk)

Dawno nie czytałam tak słabej powieści popularnej. „Czerwony Pająk” kończy tetralogię „Cztery żywioły” autorstwa Katarzyny Bondy. Koniec to marny, na żenująco niskim poziomie literackim, przegadany i koncepcyjnie nieudany. Szkoda, bo zapowiadało się całkiem nieźle. Bardzo liczyłam na to, że ostatnia odsłona serii zatrze niekorzystne wrażenie po lekturze trzeciej części, a mianowicie „Lampionów”. Już tam dało się zauważyć to, co w „Czerwonym Pająku” zostało nie tyle wyolbrzymione, co raczej karykaturalnie wyeksponowane. Przesada w sugerowaniu, że jedna osoba może rozwiązać niemalże wszystkie problemy tego świata, najpierw zadziwia, potem tylko śmieszy. Zwłaszcza że nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że faktycznie Sasza Załuska ma coś z Jamesa Bonda lub Lisbeth Salander. Główna bohaterka serii to zresztą jej największy problem. O ile w bardziej wyciszonych i nastawionych na kwestie obyczajowe „Pochłaniaczu” i „Okularniku” postać ta miała swoje uzasadnienie, o tyle w „Lampionach” i „Czerwonym Pająku” właściwie znika. Załuska wydaje się doklejona na siłę, niepotrzebna, zbędna, a przecież to ona ma być kluczowym punktem odniesienia dla opowieści. Choć przedstawiana jest jako wybitna profilerka, tak naprawdę nie za bardzo wiadomo, na czym polega jej talent i do czego sprowadzają się jej umiejętności. W „Czerwonym Pająku” szczególnie odstraszający jest sposób opisywania emocji i uczuć – melodramatyczny i kiczowaty. Rażą również nieudane dialogi i nieprawdopodobna grzeczność komunikujących się ze sobą przestępców. Wszyscy mówią szkolnym językiem – od początku do końca. Ostatnia odsłona cyklu to powieść niewiarygodna psychologicznie. Pojawia się dość zgrany w kryminałach motyw porwania córki głównej bohaterki. Autorce niestety nie udaje się rozpisanie tego wątku w taki sposób, by budził on napięcie i jakiekolwiek emocje. Interesujący jest za to pomysł podwójnej, czy nawet zwielokrotnionej tożsamości Załuskiej. Wybrzmiałby on jednak dużo mocniej i ciekawiej, gdyby został dokładniej rozpisany i nie gubił się w masie innych wątków, mających służyć stworzeniu wątpliwej jakości atmosfery sensacji. „Czerwony Pająk” nie tylko nie jest udanym połączeniem powieści obyczajowej z kryminałem, ale i okazuje się bardzo słabą powieścią sensacyjną. Książka reklamowana jest hasłem: „Wszystko ma swój koniec”. I bardzo dobrze, chciałoby się powiedzieć. Lektura zbędna.


Katarzyna Bonda, Czerwony Pająk, Wyd. Muza, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 27 czerwca 2018

Niepewność i nadzieja (M. Kalicka, Koniec i początek)

Tych, którzy znają powieść pt. „Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu”, wznowioną później jako „Dziewczyna z kabaretu”, nie muszę zachęcać do lektury „Końca i początku”. Tych natomiast, którzy nie czytali przywołanej powieści Manuli Kalickiej, namawiam do sięgnięcia po oba tytuły. Książki te mogą być potwierdzenie tego, że tzw. popularna literatura kobieca nie musi być utożsamiana z banalną historią miłosną. Oba przywołane tytuły to nie tylko najlepsze powieści w dorobku Kalickiej, ale również jedne z najciekawszych przykładów polskiej literatury środka. Tłem dla opisywanych wydarzeń jest II wojna światowa i jej konsekwencje. Literatura popularna chętnie sięga do tego okresu. Mamy wówczas do czynienia z mało wiarygodnymi zazwyczaj historiami miłosnymi uwikłanymi w hitlerowskie zbrodnie lub obozy koncentracyjne. Choć autorki próbują mówić serio, często osuwają się w banał oraz kicz. Na szczęście tak nie jest w przypadku powieści Kalickiej. Autorka, jak już wspomniałam, z powodzeniem się odnajduje w literaturze środka. Już sam tytuł powieści jest interesujący. Ze smakiem, bez nachalności, nawiązuje do schyłki II wojny światowej i tego, co w podtytule reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej zostało określone jako wojna i pokój, a u Marcina Zaremby jako Wielka Trwoga. Na plan pierwszy wysuwają się losy trzech przyjaciółek, które połączył przypadek. Irka Górecka stara się kurczowo trzymać życia, wierząc, że dopisuje jej szczęście i że kiedyś będzie mogła się cieszyć normalnością. Zofia jest zbuntowana, przerażona wszechobecną śmiercią i przyzwyczajona do tego, że jako Żydowka musi się ukrywać. Helenka jest najmłodsza, prawie dziecko, choć stopniowo dowiadujemy się, że i ona ma na swoim koncie traumatyczne przeżycia. Opisywane wydarzenia dzieją się z jednej strony w podwarszawskich miejscowościach, z drugiej w zniszczonej Warszawie po upadku Powstania Warszawskiego, mieście, w którym życie odradza się wśród ruin. Wielkim atutem tej powieści jest ucieczka od sentymentalizmu i łatwego pocieszenia. Kalicka z jednej strony nie rezygnuje z lekkości i dowcipu tak charakterystycznego dla narracji z „Dziewczyny z kabaretu”, z drugiej nie unika takich obrazów i sytuacji, które pokazują ciągłą grę pamięci i zapomnienia, lęk przed drugim człowiekiem, ale i konieczność zaufania obcemu, zobojętnienie na zło, a następnie nagłe budzenie się gotowości pocieszania, pragnienie miłości i zwyczajności, przymus przyzwyczajenia do tego, że ludzie znikają i że skrywają niejednokrotnie straszne tajemnice. Choć autorka dotyka spraw ostatecznych i opisuje wybory o równie kategorycznym charakterze, nie ma w tej historii patetyzmu i wzniosłości. To dobrze, bo sprawy trudne, odsłaniające wielkie zło i wielkie dobro oraz nieoczywistość ludzkich decyzji, sportretowane zostają wiarygodnie. Szkoda, że o tej książce nie pisano więcej. Szkoda, bo zdecydowanie warto ją przeczytać.

Manula Kalicka, Koniec i początek, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

niedziela, 24 czerwca 2018

Dynamika codzienności (A. Rottenberg, Berlińska depresja. Dziennik)

Dziennik Andy Rottenberg tylko pozornie jest zapisem prywatności. Tak naprawdę bowiem mamy do czynienia z bardzo interesującymi, błyskotliwymi i celnymi intelektualnie zapiskami z niezwykle aktywnego życia publicznego. I w tym miejscu konieczne staje się zaakcentowanie nieoczywistego statusu narratorki, bowiem choć często zaznacza ona swoje aktualne bycie poza gremiami decyzyjnymi, a pobyt w Berlinie jest częściowo usunięciem się w cień, tak naprawdę mamy do czynienia z osobą publiczną, która pozostaje aktywną uczestniczką życia artystycznego i obserwatorką życia społeczno-politycznego. Ten stan „pomiędzy” zostaje przez Rottenberg świetnie uchwycony. Mamy więc do czynienia z ciągłym przemieszczaniem się między Berlinem a Warszawą, a dziennik berliński częściowo jest również dziennikiem polskim. Zresztą autorka bardzo ciekawie komentuje i współczesną podsycaną przez polityków prawicy niechęć Polaków do Niemców, i kulturę pamięci, i niemiecką wieloletnią pracę, której efektem jest współczesne postrzeganie przeszłości. Anda Rottenberg, choć w podtytule książki umieszcza informację o przyporządkowaniu gatunkowym, to jednak deklaruje nieco przewrotnie, że jej dziennik zamienia się w publicystykę. Intymne i prywatne staje się więc polityczne i publiczne. Berlin jest dla autorki możliwością doświadczenia anonimowości, Warszawa natomiast pozostaje tożsama z rozpoznawalnością. Oba stany bywają krzepiące, uspokajające, ale i irytujące. To rozedrganie również zostaje przekonująco uchwycone. Wielkim tematem tej książki jest przemijanie. Rottenberg sięga po częsty i wdzięczny motyw notatnika z adresami. Część zapisanych w nim osób odeszła na zawsze. Rozważania o Berlinie stają się również pretekstem do przywołania innych miast i do poczynienia refleksji na temat końca. Powraca wątek niewiedzy dotyczącej tego, kiedy w danym miejscu jesteśmy po raz ostatni i co uda nam się z tego ostatniego pobytu/spotkania zapamiętać. Obok dynamiki zdarzeń wpisanych w codzienność dużo w tej książce refleksji na temat pokolenia, pamięci, zmiany i nieprzewidywalności. Warto.


Anda Rottenberg, Berlińska depresja. Dziennik, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

piątek, 22 czerwca 2018

Przemiany i odradzanie się (S. Mansfield, Tokio. Biografia)

Mansfield nie pisze reportażu. Gatunkowo stawia przede wszystkim na esej historyczny. Interesuje go Tokio jako miasto szczególne, ale i miasto, które niemalże dosłownie jak Feniks odradza się z popiołów. Przywołanie tego określenia nie jest bezzasadne, ponieważ autor faktycznie buduje swoją opowieść w taki sposób, by zaakcentować rozwój, schyłek, upadek i ponowne narodziny prowadzące ostatecznie do kolejnego upadku. Ów koniec często bywa katastrofą związaną z ogniem. Fragmenty dotyczące pożarów pochłaniających miasto należą do wyjątkowo sugestywnych. I nie o sensacyjność w nich chodzi, raczej o umiejętność uchwycenia i specyfiki kulturowej, i mentalności, i gotowości zmierzenia się ze śmiercią. Bardzo ciekawa okazuje się perspektywa przyjęta przez Mansfielda, a mianowicie konsekwentne charakteryzowanie szczególności miejsc poprzez pokazywanie losów ludzi i opisywanie przemian społecznych, obyczajowych i ekonomicznych. Dzięki temu udaje mu się zasygnalizować dramat przedstawicieli różnych grup przy zachowaniu oszczędności opisu. Tak dzieje się na przykład wtedy gdy autor opowiada o upadku szogunatu lub wówczas gdy opisuje miasto pełne trupów po II wojnie światowej. Książka ta może być doskonałą inspiracją do sięgania po inne publikacje dotyczące Japonii. Przyjęty tok narracji wyraźnie bowiem zachęca do szukania bardziej rozbudowanych informacji. W tej akurat publikacji podane są one w tzw. pigułce, ale ciekawie i atrakcyjnie.


Stephen Mansfield, Tokio. Biografia, przeł. Maria Moskal, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

wtorek, 19 czerwca 2018

Rzeczywistość w rytmie hip-hopu (D. Masłowska, Inni ludzie)

Trzeba poczuć rytm, by tę książkę czytać z przyjemnością. Trzeba dostrzec umowność takiego opowiadania świata, ale i zaskakujący realizm tego, co wydawać się może tylko kpiną czy ironią. Trzeba uwierzyć, że to, co da się postrzegać jako rodzaj językowej zabawy i dowód na kunsztowność (tak!, tak!) stylu, jest także siermiężne i pospolite. Masłowska dokonuje bardzo ciekawego zabiegu. Po raz kolejny udowadnia, że ma znakomity słuch językowy, ale i, co równie ważne, że obserwuje rzeczywistość i nie jest od rzeczywistości oderwana. Choć stawia na hip-hopowy sposób opowiadania, to jednak nie o eksperyment tutaj chodzi. Bunt wpisany w rytm hip-hopu w tym wypadku zostaje unieważniony. Bohaterom tej książki właściwie o nic nie chodzi. Są to ludzie nijacy nie tyle z powodu przeznaczenia, co raczej własnych wyborów. Nijakość, pospolitość, infantylność nie jest przedstawiana jako problem. To po prostu część rzeczywistości, ta część, której nie dostrzegamy często i w której istnienie nie wierzymy. Masłowska gra więc tą naszą niewiarą, zmuszając czytelnika do oczywistego, ale i oryginalnego tak naprawdę odkrycia, że taki świat istnieje. Jednocześnie mamy tu do czynienia nie tylko ze znakomitym projektem okładki i ciekawymi rysunkami w środku, ale również z bardzo świadomym operowaniem różnego rodzaju konwencjami – w tym powieści realistycznej, romansu i melodramatu zwłaszcza. Warto.


Dorota Masłowska, Inni ludzie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wędrówka (J. Maślanek, Góra Miłości)

Najnowsza powieść Jarosława Maślanka okazuje się projektem bardzo interesującym nie tylko w kontekście wcześniejszej twórczości autora. Pisarz decyduje się na intrygujące umieszczenie swoich bohaterów w świecie niejednoznacznym, jeśli chodzi o przyporządkowanie. Niebanalny, choć pozornie całkiem zwyczajny, jest czas akcji. Mamy bowiem dzień wolny, święto. Autobusy jeżdżą rzadziej, ludzi jest mniej na ulicach, centrum handlowe zamknięte, a wszystko jest bardzo podobne do tego co zwykle, a jednak też trochę inne, znajome, ale i obce. Maślankowi udaje się uchwycić zaistniały stan nieoczywistości. Jednak nie tylko na tym zasadza się ów koncept dziania się w rzeczywistości trudnej do zdefiniowania. Tak naprawdę w miarę rozwoju akcji wychodzi również na jaw to, że opisywane sytuacje „wydobyte” zostają z czegoś, co znajduje się pomiędzy życiem a śmiercią, prawdą a kłamstwem, przeszłością a teraźniejszością, czy nawet klątwą i jej odczarowywaniem. Główny bohater, który szuka zaginionej żony i próbując znaleźć jakiś jej ślad, dowiaduje się przede wszystkim tego, że tak naprawdę chyba nie tak dobrze ją znał, jak mu się wydawało. Maślanek na szczęście rezygnuje i z konwencji romansowej, i melodramatycznej. Nie idzie również w kierunku kryminału, nie próbuje też epatować czymś w rodzaju psychologicznego ekshibicjonizmu. W książce tej nie ma wielu postaci, a główny bohater jest wyraźnie potraktowany jako jeszcze jedna, przede wszystkim mocno naznaczona zwyczajnością, wersja mitycznego wędrowca. Zdecydowanie ów miejscami bardzo symboliczny, metaforyczny, przypowieściowy w swojej wymowie świat ma dużą siłę przekonywania.


Jarosław Maślanek, Góra Miłości, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

piątek, 15 czerwca 2018

Czekanie (T. González, Trudne światło)

Powieść Tomása Gonzáleza jest reklamowana w przedziwny sposób. Mamy do czynienia z prozą artystyczną, znakomicie rozgrywającą kwestie ostateczne, niebanalnie zderzającą miłość (małżonków pozostających kochankami, rodziców do dzieci i dzieci do rodziców, rodzeństwa, przyjaciół) ze śmiercią i chorobą. Nie ma tu miejsca na sentymentalizm, kicz, patetyczność. A jednak to wszystko, czego nie ma w utworze kolumbijskiego pisarza, znajduje się na okładce książki. Z niewiadomego powodu Gabriel Garcia Marquez zostaje porównany do Wagnera (sic!), a González do Boba Dylana. Trudno również znaleźć uzasadnienie dla pretensjonalnych zdań: „Nieszczęście jest jak wiatr. Zjawia się w sposób naturalny i nieprzewidywalny”. Jest jednak również blurb autorstwa Elfriede Jelinek, ten zaś potencjalnie zachęci tych, których odstraszyć mogą powyższe zabiegi reklamowe. Pozornie w powieści Gonzáleza nie dzieje się wiele, a jednak dużo w niej emocji, poczucia, że ma się do czynienia z czymś najważniejszym, przekonania, że milczenie w tym wypadku bywa krzykiem, a słowa niekoniecznie znaczą to, na co nas ukierunkowują. Historia opowiedziana przez kolumbijskiego autora to wielka pochwała miłości. Nie o romans jednak w tym wypadku chodzi, ale o okazywanie uczucia w chwili próby. Największym egzaminem dla miłości okazuje się śmierć. Jak zaakceptować czyjś wybór? Jak zgodzić się na rozstanie w imię miłości? Jak kochać, działając wbrew sobie i godząc się na czyjeś odejście? Jak być blisko, kiedy porozumienie oparte na podobieństwie doznań staje się niemożliwe? Jak towarzyszyć, pozwalając jednocześnie na samotność? I jak przeżyć razem i osobno czekanie na śmierć? Lektura obowiązkowa.


Tomás González, Trudne światło, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wyd. Znak, Kraków 2018.

czwartek, 14 czerwca 2018

Codzienność i zwyczajność (M. Zahradniková, Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem)

To, w jaki sposób książka jest reklamowa, okazuje się dużo ciekawsze od tego, co się na nią składa. Wywiad-rzeka z popularnym w Czechach polskim księdzem, Zbigniewem Czendlikiem, ma w sobie potencjał. Bohater książki przypomina trochę księdza Tischenra. Jest osobą bardzo medialną, która znakomicie odnajduje się w popkulturze. Jednocześnie potrafi mówić o wierze i Bogu w taki sposób, by właściwie żaden temat nie był dla niego czymś gorszącym. To z pewnością zaleta. I właśnie te fragmenty, które dotyczą codzienności z Bogiem, są stosunkowo ciekawe. Wypowiedziom Czendlika daleko jednak do błyskotliwości księdza Tischnera. Kapłan jest, oczywiście, osobą bardzo otwartą, jednak w swoich diagnozach współczesnych relacji, zwłaszcza tych damsko-męskich, bywa nieco archaiczny. Publikacja ma tradycyjny układ i rozpoczyna się od dzieciństwa Czendlika. Umieszczenie w początkowych partiach książki fragmentów typowo biograficznych to niezbyt dobry pomysł. Życiorys bohatera książki nie jest jakoś szczególnie ciekawy, zwłaszcza że rekonstruowany jest w sposób dość tendencyjny. Po lekturze właściwie trudno stwierdzić, co kieruje Czechami, którzy zachwycają się Czendlikiem w mediach. Bez rewelacji.


Markéta Zahradniková, Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

środa, 13 czerwca 2018

Niechęć do wysłuchania cudzej historii (V. Hjorth, Spadek)

Vigdis Hjorth sięga po temat dosyć często się pojawiający w literaturze. Co prawda na okładce ów problem, wokół którego narastają przez lata emocje i za sprawą którego coraz większy mur dzieli członków rodziny, zostaje przemilczany, to jednak domyślenie się, o co chodzi, jest łatwe. Na uwagę zasługuje nieoczywistość tytułowego spadku. Na plan pierwszy wysuwa się testament, jaki stanie się powodem sporu między dorosłymi dziećmi a rodzicami oraz między rodzeństwem. Podjęcie decyzji dotyczącej dziedziczenia majątku to rodzaj otwartej właśnie puszki Pandory. Prowadzi do uruchomienia wspomnień, nawiązania nowych sojuszy, przypomnienia sobie powodów odrzucenia i odtrącenia, odczucia na nowo okrucieństwa, odkrycia, że jest się ciągle zranionym dzieckiem. Głowna bohaterka jest nie tylko ignorowaną w swoim jestestwie córką i siostrą, okazuje się również zranionym i zmuszonym do ucieczki dzieckiem. Owa ignorancja sprowadza się przede wszystkim do odmowy. Bohaterce odmawia się prawa do wyrażania uczuć, do opowiedzenia własnej wersji historii, do zdania relacji z tego, co ją ukształtowało i zniszczyło jednocześnie. I właśnie ten wątek zostaje przez Hjorth znakomicie rozegrany. Nie tylko na poziomie odczuwalnego wręcz namacalnie napięcia, ale i poprzez odniesienia kulturowe. Fakt, iż pisarka każe swojej bohaterce odnosić się do wstrząsającego filmu „Festen” nie jest w tym wypadku bez znaczenia. Próba odbudowania, tak to ujmijmy, siebie, odbywa się więc poprzez odzyskiwanie języka oraz walkę o język. Bardzo dobre.


Vigdis Hjorth, Spadek, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 10 czerwca 2018

Siła pamięci (Irena: 2/3 Sprawiedliwi, 3/3 Warszawa, scenariusz: J.-D. Morvan, S. Tréfouël, rysunek: D. Evrard, kolor: Walter)


Kolejne dwie odsłony komiksu „Irena” okazują się równie ciekawe jak część pierwsza. Mamy tu do czynienia z intrygującym połączeniem komiksu biograficznego i historycznego z konwencją przystosowania opowieści trudnej i niejednokrotnie skomplikowanej emocjonalnie do potrzeb młodego czytelnika. Co ciekawe, choć postaci w czytelny sposób zostają poddane uwiarygodnieniu wizualnemu na potrzeby dziecka, to jednak te tematy, które dotyczą hitlerowskiego zagrożenia, przemocy, heroizmu Ireny Sendlerowej i jej pomocników nie ulegają infantylizacji. To bardzo ważne, gdyż dzięki temu portretowanego świata nie pozbawiono prawdopodobieństwa i realności. Kiedy Irena przebywa w więzieniu, wiemy, że jest torturowana, kiedy odbiera dzieci z getta, wiemy, że naraża własne życie, kiedy „widzi” obok siebie zmarłego ojca, domyślamy się, że tęskni i że czasami czuje się samotną małą dziewczynką, kiedy podaję rękę potrzebującym, dostrzegamy, jak ważna była dla niej wierność wyznawanym wartościom. Szczególnie ważne we wszystkich trzech tomach cyklu jest operowanie barwami. W pierwszej części znakomicie rozegrano kolorami ciemność rzeczywistości getta i jasność świata poza jego murami. Tutaj w podobny sposób sportretowane zostają realia więzienne i wspomnienia z dzieciństwa. Słoneczne, pełne jasnych, wyrazistych kolorów są też sceny, kiedy Sendlerowa spotyka dorosłą kobietę, którą uratowała, gdy ta była dzieckiem. Córka ocalonej w entuzjastyczny sposób wita wybawczynię matki. Znakomicie zostaje tutaj pokazana ożywcza i krzepiąca siła pamięci oraz przetrwania. Mocno wybrzmiewają też te rysunki, na których widać Irenę wśród ruin Warszawy, a dawne tereny getta zaludniają duchy tych, którym Sendlerowa okazała pomoc. Znowu kolory, wyważona symbolika, odwołanie do rozpoznawalnych obrazów dają efekt – nie waham się użyć tego słowa – porażający. Bez tanich wzruszeń, ale wzruszająco, bez egzaltacji, ale emocjonalnie, bez epatowania okrucieństwem, ale z odpowiednim zaakcentowaniem grozy tamtych czasów. Warto.


Irena: 2/3 Sprawiedliwi, scenariusz: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël, rysunek: David Evrard, kolor: Walter, przeł. Małgorzata Fangrat, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2017; Irena: 3/3 Warszawa, scenariusz: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël, rysunek: David Evrard, kolor: Walter, przeł. Małgorzata Fangrat, Wyd. www.timof.pl, Warszawa 2018.

sobota, 9 czerwca 2018

Władza jako wyzwolenie i zagrożenie (N. Alderman, Siła)

Naomi Alderman nie bez powodu zyskała poparcie Margaret Atwood. Jej powieść można potraktować jako głos wchodzący w dialog z „Opowieścią Podręcznej”. „Siła” jest bowiem wariacją na temat tego, co z uzyskaną niespodziewanie totalną władzą robią kobiety. Fakt, iż ostatecznie także w wersji kobiecej dochodzi do sojuszu polityczno-religijnego, wspierającego dyktaturę, okazuje się bardzo ważny. Pozwala bowiem traktować antyutopijną opowieść Alderman jako historię zagrożeń związanych z przekonaniem, że do nas należy nieograniczona władza. To, co na początku jest zaskoczeniem, dobrą zabawą, słuszną zemstą, realizacją marzeń o lepszym świecie, zamienia się stopniowo we własną karykaturę. Widzą to nie tylko ci, którzy w tym wypadku stają się ofiarami, a więc mężczyźni, fakt ten dostrzegają również kobiety – te, które zapoczątkowały rewolucję. Nie do nich jednak już należy siła, nad którą jeszcze nie tak dawno panowały. Te, które przychodzą po nich są jeszcze bardziej radykalne i dużo mniej przewidywalne. Alderman decyduje się opowiedzieć czytelnikom bardzo odważną wersję wydarzeń – z jednej bowiem strony pozwala poczuć ducha zwycięskiej kobiecej walki, z drugiej zrozumieć strach, jaki ogarnia tych, którzy widzą, że nowy wspaniały świat stopniowo zamienia się w dziejącą się właśnie Apokalipsę. „Siła” ma więc w swojej feministycznej wymowie wydźwięk głęboko humanistyczny. Jest powieścią stanowiącą ostrzeżenie przed upojeniem się władzą, przed pogardą dla Innych, przed czynieniem z drugiego człowieka zabawki. Trochę zbędne wydaje się tylko wkomponowanie całej historii w konwencję powieści, która jest przez kogoś czytana, nad którą się dyskutuje i która ma się ukazać pod pewnym, związanym z konkretną płcią, pseudonimem. Niezależnie jednak od tego „Siłę” warto i trzeba poznać. Bardzo dobre.


Naomi Alderman, Siła, przeł. Małgorzata Glasenapp, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

piątek, 8 czerwca 2018

Różnorodność (E. Wanat, Deutsche nasz. Reportaże berlińskie)

Nie tylko Berlin jako miasto, które za pomocą przestrzeni „mówi” i „dokumentuje” swoje przemiany jest bohaterem tej książki. Nie tylko berlińczycy, a przynajmniej nie ci, dla których Berlin jest miejscem zamieszkania z pokolenia na pokolenie. Nie tylko ludzie, ale i polityka oraz społeczne i obyczajowe aspekty definiowania wspólnoty. Ewa Wanat nie traci z oczu historii, ale i nie przecenia jej znaczenia. To bardzo ważna perspektywa, gdyż dzięki niej otrzymujemy zróżnicowany i nieoczywisty portret społeczeństwa, składającego się i z tych, którzy pamiętają, i z tych, którzy rozpamiętują, i z tych, którzy stawiają na zapomnienie, bo muszą wszystko zacząć od nowa. Odpowiedzialność za to, co się wydarzyło podczas II wojny światowej, budowa i następnie zburzenie muru berlińskiego, wreszcie polityka przyjmowania imigrantów i otwierania się na różnorodność, odmienność, nieprzewidywalność, zostają zaprezentowane dzięki historiom konkretnych ludzi, dla których zazwyczaj niewiele doświadczeń ma coś wspólnego z czarno-białymi rozstrzygnięciami. Opowieść Ewy Wanat toczy się dwutorowo – z jednej strony mamy portrety tych, którzy opowiadają o swoich przeżyciach, a ich wielogłos układa się w narrację pozbawioną uprzedzeń, a przynajmniej w większości przypadków niechętnie do uprzedzeń nastawioną, z drugiej poznajemy część biografii autorki, która na podstawie własnej przeszłości porównuje Niemcy sprzed lat z Niemcami współczesnymi. Nie chodzi tutaj o gloryfikowanie Berlina. W tym pozytywnym ostatecznie obrazie miasta nie ma miejsca ma łatwe odczytania, na reklamową wizytówkę, czy na ukierunkowane na jedną wersję świadectwo. Wręcz przeciwnie, Wanat nie ukrywa, że Niemcy musieli i muszą mierzyć się z wieloma problemami, a jednak zarówno w kontekście nazistowskiej przeszłości, jak i dramatycznego podziału związanego z powstaniem muru berlińskiego, wykonana została jednostkowa i wspólnotowa praca, dzięki której te wyzwania, które w Polsce bywają w histeryczny i cyniczny sposób demonizowane, w Berlinie okazują się częścią dialogu, próby zrozumienia i poznania, wreszcie otwartości, dzięki której dochodzi się często do wiedzy. Ewa Wanat stawia na spotkanie z człowiekiem, wychodząc z założenia, że tylko w ten sposób można zbliżyć się do prawdy. Widzi w tym korzyści nie tylko dla reprezentantów grup z różnych powodów dyskryminowanych, ale przede wszystkim dla siebie – łatwiej jest przecież odczuwać ciekawość w stosunku do Innego, niż się go bać lub nienawidzić. Ten pozytywny przekaz książki wybrzmiewa bardzo mocno.

Ewa Wanat, Deutsche nasz. Reportaże berlińskie, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 31 maja 2018

To, co niewidoczne (R. Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry)

Tekst pełen pasji i zaangażowania, jednocześnie bardzo logiczny i precyzyjnie prezentujący ideowe przesłanie autorki – tak można by skwitować książkę Reni Eddo-Lodge. Publikacja ta jest nie tylko ciekawa z racji mówienia tego, co tożsame jest z pójściem pod prąd, zwraca również uwagę za sprawą intrygującego autobiograficznego uwikłania autorki w tekst oraz wyraźnego zbliżenia do takich form jak manifest czy esej krytyczny. Punktem wyjścia dla rozważań autorki jest blogowy wpis, który okazał się niezwykle popularny. Wskazanie istnienia rasizmu strukturalnego oraz napiętnowanie łatwości ignorowania tego faktu przez białych skutkuje gestem odmowy. Eddo-Lodge oznajmia, że nie będzie rozmawiać z białymi o kolorze skóry, ale tak naprawdę, i nie ukrywa tego w książce, wkracza na drogę wyjątkowo intensywnej dyskusji. Wielkim atutem książki jest połączenie racjonalnej i umotywowanej faktami argumentacji z osobistymi wspomnieniami autorki. Kiedy więc Eddo-Lodge rekonstruuje udział Wielkiej Brytanii w procederze niewolnictwa oraz pokazuje współczesne przejawy skrywanego rasizmu, to jednocześnie akcentuje, że do pewnego momentu sama nie miała pojęcia o niechlubnej historii własnego kraju oraz że jako dziecko wierzyła, iż kiedyś będzie biała, bo tylko biali są dobrzy. Bardzo inspirujące są te fragmenty wywodu autorki, w których pokazano rasizm w wymiarze klasowym oraz w kontekście feminizmu. Rozdziały te mogłyby z powodzeniem stać się pretekstem do wielu burzliwych polemik, dyskusji, sporów.

Reni Eddo-Lodge, Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, przeł. Anna Sak, posłowie: Monika Bobako, Wyd. Karakter, Kraków 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

środa, 30 maja 2018

Uczenie się siebie (S. Kubryńska, Mama)

Powieść Sylwii Kubryńskiej to ciekawy przykład literatury środka. Autorka koncentruje się na tytułowej roli matki i próbuje pokazać nieprzewidywalność tego wszystkiego, co wiąże się z macierzyństwem. Nie jest to, oczywiście, temat nowy, jednak pisarce udaje się zachować świeżość opisu, lekkość przekazu przy jednoczesnej powadze tematu. Widać konsekwentną dbałość o unikanie przesłodzonej wizji oraz chęć zaznaczenia tego, co w wielu przekazach medialnych jest przemilczane, a mianowicie konieczności uczenia się bycia z dzieckiem i uczucia do dziecka. Kubryńska stawia na ewolucję bohaterki. Najpierw więc poznajemy nieco naiwną studentkę, potem obserwujemy emocje dziewczyny, która nie może uwierzyć, że będzie w ciąży, wreszcie przyglądamy się temu, jak niechciane dziecko zamienia się w dziecko ukochane. Jak już wspomniałam, autorka opisuje macierzyństwo jako proces, w którym jest miejsce na zaskoczenie, niechęć, zmęczenie, wiele sprzecznych uczuć oraz – co chyba szczególnie istotne – walkę o własną podmiotowość. W efekcie szczególnie interesujące okazują się fragmenty, w których dochodzi do zderzenia roli troskliwej matki z rolą atrakcyjnej i gotowej na spotkanie mężczyzny kobiety. „Mama” to opowieść o przełamywaniu samotności – najpierw, kiedy trzeba zaakceptować wpadkę, potem, gdy pojawia się konieczność zawsze za szybkiego w tym wypadku zaakceptowania faktu, że dziecko jest już na świecie, później, gdy przychodzi odkrycie, że bycie matką wiąże się z tym, iż jest się wyjątkowo chętnie ocenianym przez innych. Kubryńska pokazuje, w jaki sposób dyscyplinowana bywa przez otoczenie matka sama wychowująca dziecko oraz jak kluczowym sprawdzianem dla dalszej znajomości z mężczyzną bywa informacja o macierzyństwie. Warto.

Sylwia Kubryńska, Mama, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.


[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

czwartek, 24 maja 2018

Codzienność (Ch. Hesselholdt, Vivian)

Vivian Maier to postać niezwykle interesująca. Wybitna fotografka, o której świat usłyszał przypadkiem. Autorka 150 tysięcy zdjęć, dokumentująca codzienność i to wszystko, co było wokół niej. Artystka, która postawiła na anonimowość i która okazała się niezwykle wrażliwą rejestratorką tego, co się dzieje na ulicy. Dzisiaj bohaterka m.in. znanego filmu „Szukając Vivian Maier” oraz powieści Christiany Hesselholdt. Czy duńskiej pisarce udaje się uchwycić to, co definiowałoby tajemniczą fotografkę? Pisarka stawia na niedopowiedzenie, przypuszczenie i hipotetyczne stwierdzenia. Rozpisuje swoją opowieść na głosy, zbliżając swoją prozę częściowo do dramatu, częściowo do rozmowy tych, którzy mogliby wzajemnie się uzupełniać, a jednak poprzestają na monologowaniu. Hesselholdt udaje się pokazać introwertyzm Vivian Maier oraz nieustannie odsłaniające się w jej zachowaniu zderzanie niezależności z potrzebą opieki oraz dominacji z podporządkowaniem. Szczególnie interesujące są te fragmenty, w których autorka próbuje oddać naturalność i obsesyjność fotografowania jako aktywność najbardziej definiującą bohaterkę książki. W efekcie Maier staje się czymś w rodzaju egzotycznego ptaka, który zachwyca, fascynuje, ale trudno go zrozumieć. Ten pośredni stan widać w wypowiedziach zatrudniającego ją małżeństwa czy jej młodej podopiecznej. Intrygujące.


Christina Hesselholdt, Vivian, przeł. Justyna Haber-Biały, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

środa, 23 maja 2018

Matka i córka (S. Oksanen, Norma)

Po znakomitym „Oczyszczeniu” i doskonałym „Gdy zniknęły gołębie” pojawia się w Polsce trzecia książka autorki. Po lekturze przywołanych tytułów mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z pisarką, która nie schodzi poniżej pewnego poziomu. A jednak, co z ogromną przykrością stwierdzam, tak nie jest. O ile we wcześniejszych powieściach mieliśmy do czynienia z finezyjnym, koncepcyjnie skomplikowanym, ale zawsze świetnie finalizowanym zapętleniem emocjonalnym, historycznym i personalnym, o tyle w „Normie” podobnego zwielokrotnienia sensów i zróżnicowania możliwych odczytań nie odnajdziemy. Owszem, można proponować pewne interpretacje na temat relacji matki i córki oraz metafory wpisanej we włosy, które w tej powieści odgrywają kluczową rolę, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Oksanen tym razem nazbyt dużo rzeczy mówi wprost. „Norma” odbiega również poziomem literackim od „Oczyszczenia” i „Gdy zniknęły gołębie”. W przypadku tej powieści można raczej mówić o literaturze popularnej, pretendującej do poziomu literatury środka, jednak nie zawsze skutecznie. Fińska pisarka być może chciała spróbować poeksperymentować z powieścią kryminalną. I punkt wyjścia, i późniejsze prywatne śledztwo córki, tytułowej Normy, wskazywałoby na to. Jeśli jednak faktycznie tak jest, to próba ta Oksanen się nie udała. Lektura niekonieczna.


Sofi Oksanen, Norma, przeł. Katarzyna Aniszewska, Wyd. Znak, Kraków 2018.

wtorek, 22 maja 2018

Bezradność (Å. Seierstad, Dwie siostry)

Åsne Seierstad po raz kolejny pokazuje swoją pisarską klasę. „Dwie siostry” to bardzo dobrze napisany, świetnie udokumentowany, dramaturgicznie bez zarzutu i kompozycyjnie przemyślany reportaż. Bohaterkami książki są dwie somalijskie nastolatki, wychowane w Norwegii, dobrze odnajdujące się w kulturze zachodniej, które w tajemnicy przed rodziną wyjeżdżają do Syrii, aby dołączyć do bojowników ISIS. Reporterka rekonstruuje proces przemiany, choć jednocześnie nie daje łatwych odpowiedzi. Obie dziewczyny zachowywały się jak typowe nastolatki. Starsza doskonale sobie radziła w szkole, marzyła o tym, aby być pierwszą osobą w rodzinie, która pójdzie na studia. Młodsza miała trochę problemów z nawiązywaniem kontaktów z rówieśnikami, jednak i w jej przypadku nic nie wskazywało na to, że stanie się osobą o radykalnych poglądach. To, że Seierstad pokazuje, iż fundamentalizm uwodzi także tych, którzy potencjalnie powinni być na jego zakusy odporni, jest wielkim atutem książki. Tak naprawdę bowiem okazuje się, że nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Nie ma też gotowych reguł postępowania, bo obie siostry nie rezygnują ze swoich celów nawet wówczas, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo ich ojca oraz gdy rodzą się im dzieci. Reporterka odsłania więc bolesny paradoks oddalania się, obcości między najbliższymi oraz niemożności zrozumienia tego, co właściwie jest nie do pojęcia. „Dwie siostry” to nie tylko reportaż o ucieczce dziewcząt, ale i historia cierpienia i rozpadu rodziny. Rodziny opuszczonej, zdradzonej, podejrzewanej o współudział, pozbawionej ważnego punktu odniesienia. Autorka dużo miejsca poświęca rodzicom oraz bratu uciekinierek. Ojciec wyrusza na pomoc, ale pomocy od niego nikt nie chce, matka domaga się od męża reakcji i czuje, że zawiodła, brat odcina się od religii, widząc w niej formę zniewolenia i ograniczenia – w efekcie wszyscy członkowie rodziny zmieniają się w wyniku ucieczki córek i sióstr. Na uwagę zasługuje sposób opowiadania przyjęty przez Seierstad. Przypomina on powieść, pojawiają się obszerne fragmenty rozmów prowadzonych za pomocą mediów społecznościowych. Zresztą dokumentowanie reportażu to oddzielny temat. Autorka w tekście na końcu książki wyjaśnia, w jaki sposób docierała do swoich bohaterów, jak odtworzyła dialogi, na czym się opierała, jak sobie poradziła z niemożnością rozmowy z tytułowymi siostrami, jakie jest jej zdanie a propos różnego rodzaju uwikłań natury etycznej. Opis ten powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich adeptów reportażu, widać w nim bowiem, jak ważne jest sprawdzanie informacji i żmudna, rozłożona w czasie praca. Lektura obowiązkowa.


Åsne Seierstad, Dwie siostry, przeł. Iwona Zimnicka, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 21 maja 2018

Kilka wersji życia (P. Auster, 4 3 2 1)

„4 3 2 1” Paula Austera nie bez powodu określana jest jako powieść monumentalna. O zasadności używania tego epitetu świadczyć może nie tylko objętość książki – blisko osiemset pięćdziesiąt stron formatu B5, ale i kompozycyjny zamysł towarzyszący pisarzowi. Próba rozpisania losów Archibalda Isaaca Fergusona na cztery równoważne historie okazuje się bowiem i intrygującą grą z biografią bohatera, i nieoczywistym potraktowaniem jego losów w kontekście wielkich wydarzeń XX wieku. Tak naprawdę „4 3 2 1” można z powodzeniem czytać jako powieść o Ameryce i tym co ją ukształtowało. Auster w pewnym więc sensie pisze różne wersje opowieści o amerykańskim spełnionym śnie. Natkniemy się więc tutaj m.in. na historię imigrantów, dla których Stany Zjednoczone mają być nowym wspaniałym światem, na ciekawie zobrazowany motyw emancypacji kobiet, na niechlubny epizod polowania na komunistów, na rewoltę studencką i protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, na rasizm i zabójstwo Martina Luthera Kinga. Zresztą amerykańskość powieści nie ulega wątpliwości. Ten styl i sposób opowiadania jest rozpoznawalny właściwie już po kilku stronach lektury. „4 3 2 1” Austera to również pasjonująca powieść o dojrzewaniu, o uczeniu się siebie i innych, o odkrywaniu własnych ograniczeń. Pisarz szczegółowo opisuje codzienność, nie unika skupiania się na rozterkach swojego bohatera, koncentruje się na jego odczuciach i dylematach. Drobiazgowo opisane zostają także inne postaci i ich sposób widzenia świata, dzięki czemu można o tej książce mówić także jako o pochwale zwyczajności. Pytanie o to, skąd się wywodzimy, co nas ukształtowało i jakie wydarzenia i osoby są dla nas stałym punktem odniesienia, pozostaje tą kwestią, która nieustannie, w różnych konfiguracjach, powraca. Motywem, który okazuje się bardzo ważny, jest pisanie. Auster nie tylko bierze pod uwagę rozterki związane z powstawaniem pierwszej powieści, ale również przygląda się dziennikarskiemu portretowaniu rzeczywistości. W każdym z tych przypadków słowo jako to, co powołuje do życia, wymyśla, sprzyja zapamiętaniu, ale i niszczy, zakłamuje, zostaje pomyślane jako coś niemalże żywego. Bardzo dobre.


Paul Auster, 4 3 2 1, przeł. Maria Makuch, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Historia a intymność i prywatność (P. Adamczyk, Ferma blond)

W literaturze popularnej można odnotować istnienie nurtu chętnie sięgającego do okresu II wojny światowej i traktującego wydarzenia tego okresu jako scenerii dla historii miłosnej. Rzadko kiedy powieści reprezentujące ów nurt zasługują na uwagę, zwykle bowiem korzystają z inspiracji historycznych bardzo schematycznie. Na szczęście Piotr Adamczyk nie popełnia takich błędów. „Ferma blond” to interesująca powieść z kręgu literatury środka, dla której punktem odniesienia jest historia ośrodków Lebensbornu. Autor nie po raz pierwszy próbuje w popularny sposób pokazać dramat wynikający z wpływu Wielkiej Historii na życie zwyczajnego człowieka, a w tym wypadku czyni to w sposób bardzo udany. Pisarz nie ukrywa, że korzystał ze źródeł historycznych i literatury faktu, bibliografię umieszcza zresztą na końcu książki. Obok bohaterów fikcyjnych pojawiają się tutaj postaci historyczne – te, dzięki którym można pokazać rodzenie się faszyzmu, niszczenie dzieł sztuki, dyscyplinowanie twórców i intelektualistów oraz funkcjonowanie ośrodków Lebensbornu. Adamczyk akcentuje swoje szczególnie zainteresowanie tematem, przypominając, że tak naprawdę problematyka ta ciągle domaga się dopowiedzenia, uzupełnienia i ujawnienia. W „Fermie blond” stara się więc z jednej strony zrekonstruować proces stopniowego pochłaniania człowieka przez fanatyzm i faszyzm, z drugiej odsłonić naiwność tych, którzy sądzili, że zdołają ochronić prywatność przed zakusami państwa hitlerowskiego. Korzysta ze sprawdzonego motywu kompozycyjnego, a mianowicie odnalezionych z przeszłości zapisków. To dzięki nim udaje się zrekonstruować losy pewnej naiwnej dziewczyny, która niespodziewanie znajduje się blisko ważnych dla Trzeciej Rzeszy wydarzeń i otrzymuje przyspieszoną lekcję dorastania. Historia owej młodej kobiety będzie pretekstem do znalezienia ważnych odpowiedzi na pytania istotne z punktu widzenia współczesności. Wspominałam już o tym, że napisanie dobrej powieści środka na taki temat przy jednoczesnym uniknięciu zagrożeń wynikających z koniecznego uproszczenia i chęci nadania rozrywkowego charakteru nie jest łatwe. Potwierdzeniem może być na przykład także nawiązująca historii Lebensbornu powieść Nicolasa d'Estienne’a d'Orvesa „Sieroty zła” – wyjątkowo nieudana i tendencyjna. Adamczykowi udaje się uniknąć i powtórzenia, na które był narażony z racji wybrania takiego tematu, i sensacyjności, tak częstej przy podobnej problematyce, i melodramatyczności, o którą także łatwo w tego typu historiach. Warto.

Piotr Adamczyk, Ferma blond, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]

sobota, 19 maja 2018

Pomyłka (W. Chmielarz, Żmijowisko)

„Żmijowisko” to chyba najsłabsza książka Wojciecha Chmielarza. Autor zdecydował się na sięgnięcie po zgrany w kryminałach motyw. Tłem dla toczących się wydarzeń są wynajmowane na wakacje domki w bliskim sąsiedztwie jeziora i lasu, do których przyjeżdża grupa przyjaciół znających się jeszcze z czasów studenckich. Obecnie są starsi, mają rodziny, pokonują trudności związane z wychowywaniem dzieci. Po latach tak naprawdę więcej ich dzieli, niż łączy. Kiedy znika nastoletnia córka jednej z par, pojawiają się problemy. Skrywane dotychczas emocje zaczynają rządzić, a odpowiedź na pytanie, co stało się z dziewczyną, cały czas pozostaje tajemnicą. Tak wyeksploatowany literacko motyw wymaga pomysłowości i oryginalności. Widać, że pisarz próbuje coś z tym zrobić, wprowadzając wątek rasizmu, tabloidowości mediów czy demoniczności jednej z młodych bohaterek, jednak niewiele z owych zabiegów wynika. W efekcie trudno mówić w przypadku tej książki o napięciu towarzyszącym zwykle lekturze thrillera. Mamy raczej do czynienia z powieścią obyczajową, bardzo przeciętną, by nie powiedzieć – słabą. Nie warto.


Wojciech Chmielarz, Żmijowisko, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

piątek, 18 maja 2018

Moment (W. Pieniążek, To, co zostaje)

Książka Wojciecha Pieniążka to debiut, chciałoby się powiedzieć, w starym stylu. Dobrym stylu, dodajmy. Autor proponuje czytelnikowi prozę niespieszną, skupioną, pozbawioną koncepcyjnych błyskotek, unikającą eksperymentów, stawiającą na (auto)refleksję tego, kto do czytelnika mówi. „To, co zostaje” składa się z dwóch minipowieści, może nawet nowel, w których nieuchronność tego, co się zdarzyło i zdarzy stanowi motyw wiodący. Pieniążka interesuje moment, chwila, błysk, ta sytuacja, w której niespodziewanie odkrywamy rodzaj ujawnionej prawdy i doznajemy olśnienia. W obu opowiedzianych historiach wyeksponowane zostaje przemijanie, odchodzenie, konieczność mierzenia się z tym, czego nie da się zmienić, wreszcie świadomość, która wcale nie ratuje, że pewne wydarzenia można było przewidzieć i trzeba było się na nie zgodzić. „Pompes funèbres” to tekst mniej ciekawy od „Porucznika Golicyna”. W delikatnym stylizowaniu na czasy nieco dawniejsze Pieniążek sprawdza się lepiej od umocowania we współczesności. Trudno jednak „Temu, co zostaje” odmówić pewnego uroku, zawierającego się przede wszystkim w owej powolności, ukierunkowującej odbiorcę na namysł o sprawach ważnych i mniej ważnych, jednak zwykle kluczowych dla tego, co nazwalibyśmy pamięcią chwili.


Wojciech Pieniążek, To, co zostaje, Wyd. JanKa, Pruszków 2018.

niedziela, 13 maja 2018

Samotność (M. Tsitas, Bóg mi świadkiem)

Tsitas idzie na łatwiznę i nie inwestuje w sympatię czytelnika. Proponuje bowiem opowieść o bohaterze, który nie budzi pozytywnych emocji lub, tak to ujmijmy, wywołuje co najmniej mieszane reakcje. Taki zabieg zwykle jest ryzykowny, bo odbiorcy wolą postaci, z którymi w jakiś sposób mogą się utożsamić. Antypatyczny Chrisowalandis raczej takiej szansy nie daje. Tsitas opowiada jednak o nim w taki sposób, że powieść tę czyta się nie tylko z dużym zainteresowaniem, ale i zaangażowaniem. Gdzieś w tle towarzyszy bowiem pytanie: czy historia ta faktycznie jest tylko o nieudaczniku, któremu się wydaje, że jest doskonały, czy może o kimś, kto tak naprawdę ma w sobie nieco pokory i jest w stanie dostrzec w innych coś pozytywnego. Autorowi udaje się więc wciągnąć czytelnika w grę, polegającą na nieustannym zderzaniu rzeczywistości z naiwnymi nieco oczekiwaniami. Bo ostatecznie Chrisowalandis wcale nie próbuje się zmienić, chętnie krytykuje wszystkich dookoła, łatwo ocenia swoich współpracowników, z pogardą wypowiada się o kobietach, będąc przekonanym o nadzwyczajności swojej wątłej męskości. Jest samotny, ale czy nie dzieje się tak trochę na własne życzenie? I czy bohater potrafi wyjść z impasu, w którym funkcjonuje, nie chcąc widzieć nic więcej poza czubkiem własnego nosa? Tsitas nie daje łatwych odpowiedzi. Zderza czytelnika z samotnością bohatera, odsłaniając niejednoznaczność sytuacji, w której mężczyzna się znajduje. Dzięki temu odkrywamy różne oblicza wykluczenia i dostrzegamy nieoczywistość wpisaną w (auto)kreację. Intrygujące.


Makis Tsitas, Bóg mi świadkiem, przeł. przeł. Michał Bzinkowski, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2018.

piątek, 11 maja 2018

Rozterki codzienności (K. Sandberg, Być rodziną)

„Być rodziną” to druga część sagi o Maj – to ona jest główną bohaterką, ale i sagi o kobiecości, a raczej o możliwości renegocjowania jej kształtu. Choć pozornie mamy do czynienia z opowieścią bardzo tradycyjną, to jednak tkwi w niej bardzo nowoczesne przesłanie. Sandberg pisze bowiem o tym, jak role żony i matki stwarzają kobietę, ale i ją niszczą. Autorka koncentruje się na codzienności – tej żmudnej, powtarzalnej, niedostrzeganej i niedocenianej. Emocje Maj pozostają często niewypowiedziane, a jednak myśli, które ją zajmują, dotyczą spraw kluczowych związanych z definiowaniem swojego miejsca w społeczeństwie, opisywaniem sprzecznych uczuć do męża, godzeniem się z nie zawsze idealnym podejściem do dziecka, a potem dzieci. Można by więc powiedzieć, że „Być rodziną” to historia codziennego przeżywania i akceptowania na nowo tego, co Jolanta Brach-Czaina, nazywa krzątactwem i metafizyką ścierek. Gdzieś w tle cały czas jest obecny również inny postulat feministyczny, a mianowicie potrzeba posiadania własnego pokoju, o którym pisała Virginia Woolf. Maj co prawda nie jest artystką, jednak jej codzienność naznaczona jest kluczowym problemem, z którym nie umie sobie poradzić. Czasami chciałaby być sama – bez męża i jego zmagań z nałogiem, bez marudzących i domagających się uwagi dzieci, bez znajomych, którzy oceniają i porównują. Własny pokój w tym kontekście były wołaniem o podmiotowość, o czas i miejsce, w którym Maj mogłaby odsunąć role matki i żony, zastanawiając się nad tym, kim tak naprawdę jest. Druga część sagi jest równie dobra jak pierwsza, opatrzona tytułem „Urodzić dziecko”. Jest w niej dużo więcej mroku w porównaniu z odsłoną pierwszą. Widać więc, że Sandberg konsekwentnie bardzo mocno unika fałszywej, lukrowanej wizji zwyczajności. „Być rodziną” jest kontynuacją odsłaniającą gorzki smak rodzinnego życia, gorzki, ale arcyciekawy.


Kristina Sandberg, Być rodziną, przeł. Elżbieta Frątczak, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

[przeczytana jako e-book na czytniku PocketBook Touch HD2 Ruby Red]