Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

wtorek, 29 marca 2016

Car i Stalin ciągle żywi? (W. Radziwinowicz, Crème de la Kreml)

Najnowsza książka Wacława Radziwinowicza to uzupełnienie, ale i kontynuacja znakomitego „Gogola w czasach Google’a”. Autor ponownie oferuje czytelnikom wybór swoich felietonów, w których przygląda się współczesnej Rosji. Obie książki można potraktować jako pewną całość, utrzymane są bowiem w podobnej stylistyce, a choć reagują na to, co „tu i teraz”, pozostają aktualne mimo upływu czasu. Radziwinowicz proponuje czytelnikowi teksty doskonałe literacko, erudycyjne, lekkie wtedy, gdy potrzebna jest pewna anegdotyczność, poważniejsze, gdy wymaga tego opisywany temat. Autor łączy felietonowy styl i puentę z esejem, reportażem, a czasami i portretem biograficznym. Czytelnik czuje się wtajemniczony w sekrety Rosji, jest edukowany jakby mimochodem, zostaje wciągnięty w opowieść o świecie pełnym paradoksów i absurdów. To, co może być śmieszne, staje się szybko straszne, to natomiast, co przeraża, musi być pokonane za pomocą żartu. Klamrą spinającą teksty zamieszczone w tomie jest opowieść autora o wydaleniu go z Rosji. Już w tych dwóch tekstach, otwierającym i zamykającym publikację, widać talent Radziwinowicza. Mamy tu i autoironię, i dynamikę opowieści, i umiejętność zbudowania z jednej sceny metafory całego systemu, i pewną nostalgię za światem, który choć pełen wad, uznawany był za własny. W sposobie opowiadania autora warto docenić umiejętność łączenia tego, co współczesne, z wydarzeniami historycznymi. Dzięki takiej przyjętej perspektywie widzimy ciągłość pewnych postaw, systemowe utrwalanie oczekiwanej mentalności, wreszcie skuteczne próby kształtowania określonego typu człowieka. Widać to chociażby wtedy, gdy Radziwinowicz pisze o kulcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, o alkoholizmie, o mitologizowaniu przeszłości, ale i o dyscyplinowaniu niepokornych za pomocą wieloletniej kary łagru. To, że wolność słowa w Rosji jest ciągle ideą-marzeniem, nie zaś codziennością, stanowi również temat wielu tekstów autora. Natkniemy się więc w książce na prawdziwy rejestr zakazów, które tworzą system kontrolowania społeczeństwa, odmawiając mu prawa wyboru we wszelkich dziedzinach życia. Dowiadujemy się na przykład o przetargu ogłoszonym przez Ministerstwo Kultury na sporządzenie katalogu „muzyki patriotycznej”. Czytamy o wycofaniu z bibliotek baśni o Calineczce i książek Astrid Lindgren. Odkrywamy, że kult Lenina i Stalina jest ciągle żywy. Ze wzruszeniem przyjmujemy informację o notesie autora, w którym coraz więcej jest osób wyeliminowanych przez władze. Tekst „Cena prawdy, czyli ludzie z mojego notesu” to piękne epitafium, dzięki któremu przypominamy sobie, jak trudna i pełna poświęceń bywa dziennikarska walka o słabszych i skazanych na zapomnienie. W książce powraca zresztą temat mediów. Radziwinowicz akcentuje ich ważną rolę, zauważa zmiany zachodzące w ostatnich latach (doniesienia dotyczące wojen czeczeńskich były bardziej uczciwe, gdy funkcjonowało wówczas więcej wolnych mediów), przywołuje wypowiedzi blogerów. Autora interesuje całokształt życia w Rosji – natkniemy się więc na teksty opisujące próby podporządkowania sztuki polityce, portretujące powszechną czułość do kotów i brutalną akcję trucia psów, dokumentujące zwyczaje codzienne (np. brutalizację społeczeństwa lub ekstremalne rozrywki młodych ludzi), piętnujące korupcję w policji, ujawniające praktyki moskiewskich „czyścicieli kamienic” (mordowanie samotnych właścicieli mieszkań, by po ich śmierci móc wystawić mieszkanie na sprzedaż). Radziwinowicz bywa również zabawny i ironiczny – czasami dla lepszego zobrazowania opisywanej sytuacji przytoczy jakiś dowcip, czasami pokaże, że rosyjskie społeczeństwo ma poczucie humoru (np. stworzona w reakcji na niszczenie żywności przywiezionej wbrew obowiązującemu embargu „Pieśń Parmezanu”). Za przesłanie tej przebogatej, zróżnicowanej tematycznie książki można uznać słowa, które autor cytuje za skazanym na 20 lat łagru reżyserem filmowym, Ołehem Siencowem: „[…] nauczcie się nie bać!” (s. 403). Tak naprawdę bowiem opowieść o Rosji okazuje się rejestrem lęków i niepokojów kontrolowanych przez władze i systemowo prowokowanych. Niepokorni, o których Radziwinowicz też pisze, są nadzieją – nawet wówczas, gdy za wyznawane wartości oddają życie.


Wacław Radziwinowicz, Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

poniedziałek, 28 marca 2016

Brak powodów do dumy (Z. Papużanka, On)

„On” to zdecydowanie powieść interesująca, zasługująca na uwagę. Autorka proponuje utwór przemyślany, ciekawy stylistycznie, niebanalny ideowo. Główny bohater powieści, którego poznajemy od urodzin do dorosłości, to chłopiec, a następnie mężczyzna do bólu przeciętny. Do bólu? Do irytacji raczej. Nazywany lekceważąco Śpikiem jest etatowym uczniem, któremu wpisuje się uwagi w dzienniczku i który daje się wrabiać w różne sytuacje rówieśnikom udającym tylko dobrych kolegów. Jest zawsze trochę brudny, trochę w nieładzie, trochę nieprzystosowany. Przydarzają mu się wszystkie możliwe zbiegi okoliczności, w efekcie których jego nieporadność i ciamajdowatość jeszcze bardziej wychodzi na jaw. Matka, która jak każda rodzicielka, marzy o tym, by móc chwalić się dzieckiem, musi przyzwyczaić się do tego, że towarzyszyć jej będzie raczej wstyd i zażenowanie, a nie duma. Powieść Papużanki przypomina „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Lionel Shriver opisuje dziecko, które nie da się kochać pomimo wielu starań. Chłopiec jest tak zły, że w którymś momencie rodzice są całkowicie bezradni. O ile jednak tytułowy Kevin aktywnie pracuje nad tym, by akurat tak na niego reagowano, o tyle Śpik jest kimś niewinnym. Można by powiedzieć, że bohater powieści Papużanki to dziecko, które nie jest świadome tego, że robi coś złego, że poddaje się presji grupy, że jego zachowanie rodzi mnóstwo problemów. Kevin to chłopiec, który jest zły, dlatego trudno go kochać. Śpik to bohater naiwny – to jedyna jego wina. Chłopiec nie będzie się więc rozwijał, bo w swojej naiwności nie rozumie idei rozwoju. Nie będzie próbował stać się inny, bo jego naiwność nie pozwala mu zrozumieć konieczności zmiany. Nie będzie wreszcie czuł nienawiści lub niechęci do tych, którzy wykorzystują jego prostolinijność, bo jako człowiek naiwny nie widzi dwuznaczności wielu relacji. Opowieść Papużanki zapada w pamięć nie tylko z powodu bohatera, który w swojej nijakości jest postacią prowokującą i drażniącą – to dziecko bez właściwości, które swoją nijakością potrafi wywołać więcej zamieszania niż osoba czymś się wyróżniająca. Ciekawa jest również relacja między Śpikiem a jego matką będąca połączeniem miłości i niechęci, przywiązania i odpychania, świadomości i braku zrozumienia, bezinteresownej czułości i oczekiwania na wzajemność. Papużanka nie tylko intrygująco oddaje tę skomplikowaną w swojej przeciętności relację, ale i wiarygodnie portretuje Polskę okresu przełomu. Udaje się jej pokazać osiedlową rzeczywistość jako miejsce bezpieczne w swojej przewidywalności i jednocześnie niepokojące za sprawą ciągle toczonych gier między nawołującymi się pod oknami dziećmi.


Zośka Papużanka, On, Wyd. Znak, Kraków 2016.

niedziela, 27 marca 2016

Nieuchronność losu (P. Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy)

Powieść Patrycji Pelicy wpisuje się w coraz bardziej wyraźną tendencję widoczną w tzw. literaturze kobiecej polegającą z jednej strony na graniu rozwiązaniami bliskimi literaturze środka, z drugiej na budowaniu opowieści na tle szeroko zakrojonego tła społeczno-historycznego. Takimi cechami charakteryzują się np. „Skazy” Izabeli Żukowskiej, trylogia „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej czy „Rozdroża” i „W obcym domu” Sabiny Waszut. Z wielką radością odnotowuję ten fakt, gdyż polskiej literaturze popularnej zdecydowanie brakowało pewnego rozmachu wynikającego z przyjęcia konwencji sagi rodzinnej. Na szczęście, to się zmienia. Patrycja Pelica decyduje się na ciekawy i nieco ryzykowny zabieg fabularny. Wydarzenia, które opisuje, nie są prezentowane czytelnikowi w trybie kategorycznym. Sięganie do przeszłości i rekonstruowanie tego, co przed laty się wydarzyło, odbywa się w trybie przypuszczającym. Nie wiadomo tak naprawdę do końca, co czuli bohaterowie, co myśleli, dlaczego zdecydowali się na taki, a nie inny czyn. Fakt, iż autorka operuje zaledwie szkicami scen, obrazami odtwarzającymi klimat z przeszłości, okazuje się dużym atutem. Dzięki temu pozostawia pewne pole manewru czytelnikowi, który uruchomiwszy wyobraźnię, część spraw musi sobie dopowiedzieć. Jednocześnie taki zabieg pozwala sugestywniej oddać klimat opisywanej luterańskiej plebanii. Autorka opowiada swoją historię w nieco patetycznym stylu. Fakt ten początkowo drażni, potem trochę się do niego przyzwyczajamy – tak jakby pewna teatralność, wzniosłość, umowność wydarzeń miała nas zbliżyć do przypowieści, której przesłaniem jest przekonanie, że to, co ma nadejść, wcześniej czy później się wydarzy, nie ma przed tym ucieczki. Można by powiedzieć, że Pelica, decydując się na taki akurat styl, nazbyt mocno zapatrzyła się w „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë. Tego typu naśladownictwo bywa ryzykowne, ale ponieważ opowieść zaproponowana przez autorkę jest interesująca, trudno byłoby obronić tezę, że maniera ta dyskwalifikuje książkę. Pelica, portretując losy rodziny Ritterów, każe swoim bohaterom mierzyć się z problemem obcości i trudnościami ze zdefiniowaniem własnej tożsamości. Kwestia określenia tego, czy jest się Niemcem, czy Polakiem, i odkrycie, że sąsiedzi mogą nagle stać się wrogami, staje się doświadczeniem reprezentantów kolejnych pokoleń wychowujących się na plebanii. Interesującą postacią jest Martin, założyciel rodu, pastor, człowiek próbujący dbać o rodzinę za wszelką cenę i traktujący mieszkańców mazurskiej wsi jako przedstawicieli jednej wspólnoty. Mężczyzna jest opoką dla wszystkich tych, których ranią ludzie i historia. Warto również zwrócić uwagę na postaci kobiet, które skonstruowane zostają tak, że ma się wrażenie, iż kolejna bohaterka dziedziczy coś z tej, która była przed nią. Książka Pelicy zasługuje na uwagę przede wszystkim z tego powodu, iż skupiając się na codzienności, pokazuje, że bycie w miejscu odizolowanym od wydarzeń wielkiego świata nie chroni przed złem wpisanym w Historię. To, co burzy spokój w wymiarze publicznym, zniszczy też spokój w przestrzeni prywatnej – zależności tej nie da się uniknąć.


Patrycja Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

sobota, 26 marca 2016

Rewolucja i jej ofiary (C. Fuentes, Nietzsche na balkonie)

W powieści „Nietzsche na balkonie” uważny czytelnik znajdzie wiele elementów, które często powracają w twórczości Fuentesa, są jego, tak można chyba powiedzieć, obsesją, eksplorowane są na różne sposoby celem zbliżenia się do sensów, które bywają trudne do zdefiniowania. Do nich na pewno należy problem rewolucji i kosztów ponoszonych przez tych, którzy ją inicjują, a następnie próbują ujarzmić, wprowadzając nową władzę. Motywem powtarzającym się jest także konflikt rozgrywany jednocześnie na poziomie ideowym i uczuciowym. Wybór między prywatnym a politycznym przy jednoczesnym nagłym odkryciu, że sfery te często się zazębiają, bywa doświadczeniem traumatycznym, ale i oczyszczającym dla bohaterów. W przypadku „Nietzschego na balkonie” pytania o granice władzy, siłę tłumu, gotowość do poświęceń, uprzywilejowaną pozycję demokracji i przetrwanie w historii zostają wplecione nie tylko w wydarzenia, które poznajemy w sposób fragmentaryczny, ale i w filozoficzną dysputę toczoną w tle i pomyślaną jako momenty zdeterminowane pytaniami i refleksją w miejsce dziejących się wydarzeń. Fuentes chętnie rozgrywa swoją opowieść za pomocą spektakularnych gestów, melodramatyzmu, przerysowanej nico wzniosłości. To wszystko jednak wydaje się zabiegiem przemyślanym, a owa patetyczność staje się świadomym gestem twórczym, mającym na celu teatralizację tego, o czym opowiada pisarz. Rewolucja staje się rodzajem spektaklu, rozgrywanego za każdym razem na nowo, choć w powtarzalny i przewidywalny sposób. Prawda ta wybrzmiewa w powieści nadzwyczaj mocno. Poniesione ofiary, choć są dramatyczne, mają więc w sobie pewną typowość. Role, choć pozornie rozdzielane w dynamiczny sposób, tak naprawdę są od początku znane. Fuentes zdaje się bowiem sugerować, że to nie człowiek panuje nad rewolucją, ale rewolucja bawi się człowiekiem.


Carlos Fuentes, Nietzsche na balkonie, przeł. Barbara Jaroszuk, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

środa, 23 marca 2016

W cieniu przeszłości (C. Sánchez-Andrade, Zimowe Panny)

Powieść Sánchez-Andrade porównywana jest przez Carlosa Marrodána Casasa do twórczości Marqueza. Nie ma ona, co prawda, takiego rozmachu fabularnego jak chociażby „Sto lat samotności”, jednak wpisuje się w tendencje typowe dla realizmu magicznego. Wioska, w której dzieje się akcja powieści, jest typowa, ale i niepowtarzalna w swojej niesamowitości. Dwie kobiety, które pewnego dnia przybywają, by zamieszkać w dawnym domu nieżyjącego dziadka, budzą w mieszkańcach dziwne emocje, niezdrowe namiętności, demony przeszłości. Siostry początkowo czują się trochę zagubione i nie rozumieją tego wszystkiego, co się wokół nich dzieje. Szybko jednak odkrywamy, że i one mają swoją tajemnicę, a pamięć w ich przypadku więcej robi złego niż dobrego. Wiedza o pewnych rzeczach, które brutalnie się skończyły, bywa destrukcyjna dla teraźniejszości. Wioska, która przez długi czas żyła swoim rytmem, raptem zostaje zdominowana tym, że kobiety, które niegdyś odwiedzały to miejsce jako dzieci, są tutaj ponownie. Dla niektórych do wyrzut sumienia, dla innych prowokacja, dla jeszcze innych drażniący szczegół. Są i tacy, którzy będą przekonani, że siostry wiedzą dużo więcej, niż to okazują. Tymczasem kobiety mierzyć się będą z tym, czego nie chcą pamiętać, nie przestaną renegocjować własnych relacji, które choć oparte na miłości i trosce dużo mieć będą i z zależności, i z próby sił. Wyzwaniem dla bohaterek będzie konieczność zmierzenia się z własnymi marzeniami – dla jednej z sióstr to niespełnione pragnienie bycia aktorką, dla drugiej szczęście w miłości. Kobiety zderzą się również z próbą najpoważniejszą, a mianowicie z chorobą i odchodzeniem oraz wynikającym z tego osłabieniem lojalności, gotowości do przechowywania sekretów i świadomości własnych czynów. Gdzieś w tle będą nie tylko na poły fantastyczne zachowania, jak na przykład akty zobowiązujące do oddania mózgów po śmierci, które mieszkańcy spisali z dziadkiem bohaterek, lub specyficzne praktyki dentysty, który zęby do wstawiania zdobywa od zmarłych, ale też cień niedalekiej przeszłości związany z bratobójczymi walkami podczas wojny domowej w Hiszpanii. Proza Sánchez-Andrade zapada w pamięć, niepokoi, sugestywnie łączy to, co racjonalne, z tym, co wymyka się rozumowemu pojmowaniu.


Cristina Sánchez-Andrade, Zimowe Panny, przeł. Katarzyna Okrasko, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

poniedziałek, 21 marca 2016

Miejsca (F. Springer, Księga zachwytów)

Najnowsza książka Filipa Springera to przewodnik po miejscach w Polsce, które architektonicznie można uznać za ciekawe, oraz leksykon wiedzy o współczesnych realizacjach i zamierzeniach architektonicznych w jednym. Reporter proponuje czytelnikowi spis budynków, zwykle mieszkalnych lub użyteczności publicznej, w których widać pewien rozmach, koncept, ideę, a wszystko to koresponduje z otoczeniem, przeznaczeniem i swoimi czasami. Wbrew pozorom, choć w tytule mamy położony nacisk na zachwyt, Springer wspomina też o takich miejscach, które miały potencjał, ale nie został on wykorzystany – przykładem może być niefunkcjonalny nowy dworzec w Poznaniu. Każda z krótkich charakterystyk opatrzona jest zdjęciem, często również na końcu tekstu znajduje się kilka zdań dających pewien kontekst dla opowieści lub odsyłających do lektur poszerzających wiedzę na temat zagospodarowania przestrzeni i architektury. Miejsca warte odwiedzenia i zobaczenia pogrupowane są regionami, tak więc ci, którzy zechcą odznaczyć w trakcie swoich podróży budynki polecane przez Springera, docenią zapewne owo uporządkowanie. Książka ta, choć edytorsko zbliżona do albumu (wspomniane fotografie, twarda okładka), ma jednocześnie wyraźny wymiar użytkowy (podział na regiony czy tasiemka-zakładka ułatwiająca korzystanie z publikacji). Z powodzeniem można więc „Księgę zachwytów” czytać fragmentami, na wyrywki, ze szczególnym zwróceniem uwagi na tę część Polski, która nas szczególnie zainteresuje. Warto zwrócić uwagę, że są w publikacji miejsca, w których docenionych projektów jest więcej, np. Wrocław czy Łódź. Jeśli natomiast przyjrzymy się Warmii, Mazurom i Podlasiu takich wyróżnionych punktów jest zdecydowanie mniej. Springer nie tylko krótko opowiada historię każdego z obiektów, ale też stawia tezy, diagnozuje, wyraża własne zdanie. Wszystko to, oczywiście, w nieco felietonowym stylu, na pewno jednak dzięki takiej stylistyce charakterystyki poszczególnych miejsc okazują się bardziej interesujące od haseł typowo encyklopedycznych, które równie dobrze mogłyby towarzyszyć fotografiom. Warte uwagi.


Filip Springer, Księga zachwytów, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

niedziela, 20 marca 2016

Państwo „naj”… (E. Pisani, Indonezja itd.)

Reporterska opowieść Pisani o Indonezji zasługuje na uwagę z co najmniej kilku powodów. Ten pierwszy, jeden z ważniejszych, to fakt, iż mamy do czynienia z autorką, która umie portretować świat w interesujący sposób, nie boi się rozmawiać z wieloma ludźmi, „wchodzi” w ich świat brawurowo, ale i z delikatnością, umie przyznać się do tego, że dopiero z perspektywy czasu pewne rzeczy widzi lepiej lub dokładniej. Powyższa umiejętność wiąże się z perspektywą, jaką przyjmuje reporterka. To kolejny atut omawianej książki, o którym warto wspomnieć. Autorka nie usuwa się w cień, nie oddaje głosu tylko swoim bohaterom, jest cały czas obecna w tekście. W wielu przypadkach byłoby to wadą reportażu, na szczęście tak nie jest w „Indonezji itd.”. Pisani pragnie pokazać bogactwo opisywanego kraju, podróżując po kolejnych wyspach i portretując specyfikę kulturową miejsc, ich zróżnicowanie, atrakcyjność, zwyczaje i otwartość mieszkańców. Decyduje się więc na zawieranie przypadkowych znajomości, przyjmowanie zaproszeń do domu dopiero poznanych ludzi, wchodzenie w świat prywatny rodzin kultywujących swoje tradycje, wreszcie na ponowne odwiedzanie – z zaskoczenia! – tych, którzy przed laty ją gościli. Autorka zmienia się jak kameleon, dostosowuje się do sytuacji, szanuje panujące obyczaje i pieczołowicie odnotowuje wszystko, co świadczy o specyfice danego miejsca. Dzięki temu – i to kolejna zaleta książki – czytelnik dowiaduje się wiele nie tylko kulturze tego niezwykle zróżnicowanego kraju, ale i, a może przede wszystkim, o codzienności i zwyczajnym życiu tych, którzy tam mieszkają. Na chwilę reporterka staje się częścią rodziny, u której mieszka. Czasami zdarza się jej wpłynąć na los goszczących ją ludzi (np. relacja z niepełnosprawną córką gospodyni), innym razem uczestniczy w pogrzebie lub weselu, jeszcze w innym godzi się na podporządkowanie kobiecie, która sprawuje w familii matriarchalne rządy. Pisani pokazuje czytelnikowi, że nietypowość i wyróżnianie się Indonezji na tle innych krajów wiąże się nie tylko z wiedzą klasyfikowaną jako geograficzna (zróżnicowanie kulturowe, religijne i polityczne wysp), demograficzna (np. czwarte miejsce w grupie najbardziej zaludnionych krajów świata) czy socjologiczna („W Indonezji około sześćdziesięciu czterech milionów osób korzysta z Facebooka – to więcej niż populacja Wysp Brytyjskich”, s. 11), ale przede wszystkim z zadziwiającą i naprawdę zaskakującą gościnnością i otwartością na odmienność dostrzegalną wśród jej mieszkańców.


Elizabeth Pisani, Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu, przeł. Adam Pluszka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 19 marca 2016

Eksponaty i preparaty medyczne (S. Sem-Sandberg, Wybrańcy)

Steve Sem-Sandberg po raz kolejny mierzy się z tematem historycznie ważnym, prowokującym do rozważań natury moralnej i odsłaniającym etyczne uwikłanie tych, którzy powinni stać na straży dobra, bezpieczeństwa i spokoju, a stają po stronie zła i zbrodni. W biograficznej powieści pt. „Teresa”, poświęconej Ulrike Meinhof, rekonstruował rzeczywistość Niemiec z okresu aktywności Frakcji Czerwonej Armii, stawiając w tle istotne pytania o granice zaangażowania społecznego i granice obojętności wobec win z przeszłości. W „Biednych ludziach z miasta Łodzi” interesowała go historia łódzkiego getta i postać Chaima Mordechaja Rumkowskiego, zwanego królem tego miejsca. Z kolei w „Wybrańcach” ciekawi go jeszcze inna perspektywa słabości i siły, a mianowicie relacja między katem a ofiarą, gdzie role te zostają rozpisane między lekarzem a pacjentem. Tematem powieści jest bowiem realizowanie tzw. akcji T4 w jednym z wiedeńskich szpitali psychiatrycznych. W Steinhof utworzono oddział opiekuńczo-wychowawczy Spiegelgrund, do którego przyjmowano dzieci. Sem-Sendberg znakomicie łączy trzymającą w napięciu, poruszającą i przerażającą opowieść z faktami historycznymi. Zarówno Adrian Ziegler, chłopiec, któremu udało się przetrwać w miejscu, gdzie na takich jak on czekała śmierć, jak i lekarze oraz pielęgniarki to bohaterowie wzorowani na autentycznych postaciach przetrzymywanych lub pracujących w szpitalu. Pisarz przywołuje postaci historyczne z nazwiska, odsłaniając paradoks losów lekarzy, którzy wówczas zdecydowali się na znaczne przesunięcie etycznych ograniczeń. Zabijanie dla Hitlera tych, którym potrzebna była pomoc, okazało się wyjątkowo łatwe. Sem-Sendberg z precyzją rekonstruuje uprzedmiotowienie młodych pacjentów, traktowanie ich jako eksponatów, a po śmierci odnoszenie się do ciał dzieci z równie wielką pogardą poprzez wykorzystywanie ich jako preparatów medycznych. Pisarz sugestywnie oddaje lęk, intuicyjne przerażenie i zobojętnienie ofiar przy jednoczesnym braku emocji, racjonalizmie i nietraktowaniu podopiecznych jak ludzi przez katów. Zderzenie tych dwóch światów – bezbronności i nieograniczonej władzy nad czyimś życiem – odsłania okrucieństwo systemu i perfidii społecznego zaufania posiadanego przez ów system. Rodzice oddający dzieci do instytucji liczyli na poprawę ich stanu zdrowia, zdarzało się, że cieszyli się też z tego, że pozbywają się problemu, na pewno jednak nie wiedzieli, że skazują swoje potomstwo na śmierć. Odizolowanie pacjentów od matek i ojców poprzez zakaz odwiedzania i urzędnicze informowanie o śmierci na „zapalenie płuc” to również dowód na przekonanie lekarzy nie tylko o słuszności ich poczynań, ale i dowód pogardy dla tych, którzy urodzili wybrakowanych obywateli. Powieść Sem-Sandberga to ważny, mocno wybrzmiewający głos w sprawie dyscyplinowania Innych poprzez zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym. Ci, którzy stają się ofiarami lekarzy jako osoby, które zgodnie z rozporządzeniem urzędowym nie nadają się do życia, to nie tylko dzieci cierpiące na różnego rodzaju umysłowe dolegliwości, nie tylko niepełnosprawni fizycznie lub chorzy np. na padaczkę, ale i ci, którzy w jakiś sposób źle dostosowywali się do społeczeństwa. Sem-Sandberg pokazuje, jak bezlitosne bywają tryby instytucji przekonanej o swojej misji i gotowej dokonywać selekcji określającej, kto tak naprawdę nadaje się do życia, a kogo należy jak najszybciej wyeliminować. Bardzo dobre.


Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

poniedziałek, 14 marca 2016

Mroczny urok prowincji (M. Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne)

Marcin Kołodziejczyk zdążył przyzwyczaić swoich czytelników do tego, że lektura jego reportaży to jednocześnie prawdziwa literacka uczta. Ci, którzy cenią dobre portrety ludzi przegranych, którym się nie udało lub którzy nie chcą, by im cokolwiek się udało, z pewnością docenią wrażliwość, celność spostrzeżeń, brak zbędnych wzruszeń i autentyczność tego, co opisuje dziennikarz. Ci z kolei, dla których mniej ważny jest temat, a szczególnie cenią formę, będą zachwyceni prawdziwym literackim talentem Kołodziejczyka. Już przy „B. Opowieści z planety prowincja” dało się zauważyć następującą zależność – reportaże autora to jednocześnie świetne opowiadania. Tak było również w „Dysforii. Przypadkach mieszczan polskich”, tak jest i teraz w „Bardzo martwym sezonie”. Kołodziejczyka nie tylko interesuje pokazanie życia zwykłych, przeciętnych ludzi, ich siermiężnego wielokrotnie otoczenia i nieudanych, bo destrukcyjnych wyborów. Widać bardzo wyraźnie, że autor dba o kompozycję tekstu, umiejętnie grupuje poszczególne sceny, dawkuje napięcie, dba o styl wypowiedzi, gra odpowiednimi dla budowania nastroju akcesoriami. Dzięki temu jego teksty reporterskie zamieniają się w miniobrazki życia przegranego, niechcianego, rozczarowującego. Kołodziejczyk nie ocenia swoich bohaterów, choć jednocześnie nie próbuje również być w stosunku do nich nazbyt pobłażliwy. Kiedy więc przykładowo portretowany jest marazm postaci, możemy bez trudu się domyślić, że przekaz tego społecznego obrazka nie jest pozytywny. Stanowi raczej przestrogę i obnażenie beznadziei królującej na własne życzenie zainteresowanych. Prowincja opisywana tak konsekwentnie i brawurowo przez Kołodziejczyka bywa zabawna, jednak dużo częściej jest smutna. Smutna i trochę mroczna, bo przekonanie o przeznaczeniu, którego nie da się odmienić, budowane jest często na własnej niechęci do zmian. Nowe i lepsze nie ma więc szans na zaistnienie, bo stare blokuje dostęp do ludzi i ich świadomości. Mieszkańcy prowincji wolą nie ryzykować. Najbardziej bezpieczny i swojski jest bowiem „bardzo martwy sezon”, gdy wszystko okazuje się dobrze znane, brakuje zaskoczeń i są realne podstawy do narzekania.


Marcin Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

niedziela, 13 marca 2016

Dojrzewanie do straty (P. Godwin, Mukiwa. Biały chłopak w Afryce)

Autobiograficzna opowieść Godwina okazuje się nie tylko zapisem jego dzieciństwa i młodości w okresie wyjątkowo trudnym i historycznie ciekawym, a mianowicie wtedy, gdy Rodezja przestawała być krajem rządzonym przez białych i zamieniła się w Zimbabwe. Równie interesujące jest pokazanie końca pewnej epoki poprzez znakomicie rozrysowane sytuacje, w których autor uczestniczy, i portrety ludzi, których spotyka na swojej drodze. Można by więc w tym kontekście powiedzieć, że Godwin wspominając siebie sprzed lat, z jednej strony wraca do czasów, których nie da się przeżyć ponownie, z drugiej mierzy się ze świadomością, że nie wrócą już nigdy ludzie, miejsca, młodość i kraj, który uznawał za swój. Symbolicznym momentem staje się deklaracja rozczarowanego rozwojem wydarzeń autora, który obiecuje sobie, że do Rodezji już nie wróci. Faktycznie tak się dzieje, bo później może przyjechać tylko do Zimbabwe. Nowy kraj, tak to ujmijmy, rozczarowuje jeszcze bardziej niż ten stary, za który walczył i w kontekście którego marzył, że jednak cofnie się przed wielką katastrofą. Zimbabwe odsłania swoją mroczną twarz bezprawia, tortur, morderstw i zapędów dyktatorskich. Godwinowi udaje się świetnie pokazać symptomy zbliżających się nieuchronnie zmian, które jednak na początku nie były traktowane jako istotne. Białym wydawało się, że ich utrwalony przez lata, stabilny, bezpieczny farmerski świat będzie istniał bez żadnych problemów. Kiedy czarnoskórzy rozpoczynają brutalną i nieprzewidywalną walkę, w kraju zaczyna rozprzestrzeniać się chaos. To, co przez lata było pielęgnowane, zostaje stracone i roztrwonione. Rewolucja, która ma inwestować w przyszłość, bezlitośnie rozprawia się z przeszłością. Dorastanie autora to jednoczesne dojrzewanie do świadomości, że świat, jaki pamięta z dzieciństwa, nie ma racji bytu, a nienawiść między białymi właścicielami ziemskimi i czarnoskórymi partyzantami będzie tylko narastać. Tę emocjonalną zmianę perspektywy Godwin odczuje na własnej skórze i przeżyje ją mocno. Nie będzie umiał zrozumieć logiki nienawiści każącej mu wyrzec się miejsca, które uznawał za swój dom. Książkę tę można więc z powodzeniem czytać jako dramatyczną w swojej wymowie opowieść o rozprzestrzenianiu się zła i zarażaniu nim także tych, którzy są jego przeciwnikami. Widać to wyraźnie na przykładzie żołnierskiego epizodu Godwina.


Peter Godwin, Mukiwa. Biały chłopak w Afryce, przeł. Agnieszka Nowakowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 10 marca 2016

Przetrwanie (H. Tobar, Ciemność)

Reportaż Tobara można porównywać z innymi tekstami z kręgu literatury faktu, w których zostaje opisana ekstremalna sytuacja, w jakiej znaleźli się bohaterowie, sytuacja odbierająca nadzieję, ale ostatecznie oferująca, przynajmniej częściowo, szczęśliwe zakończenie. Jest więc w tego typu fabułach i niebezpieczeństwo, i męstwo, i przekonanie, że człowiek może więcej, a więc warto próbować pokonywać własne słabości, by owo „więcej” osiągnąć, jest też wielki pean pochwalny na rzecz nadziei oraz krzepiący przekaz, że nawet wtedy, gdy nie ma szansy na przetrwanie, zdarzyć się może cud. Trzydziestu trzech mężczyzn, którzy spędzili 69 dni pod ziemią, nie są prezentowani jako bohaterowie. To bardzo ważna perspektywa, że górnicy odsłaniają swoją słabości, lęki, bezradność. Jednocześnie jednak jest w tym pewna siła – siła wspólnoty, siła sojuszu zawartego w obliczu zbliżającej się śmierci, siła nadziei. Połączenie tego, co zwyczajne, i tego, co świadczy o mocy tkwiącej w człowieku, okazuje się podstawą opowieści, w której odnaleźć może się każdy z nas. Nie dlatego, że tak łatwo wyobrazimy sobie nasz pobyt pod ziemią, taka wizja nie jest wcale oczywista, ale z tego powodu, że ekstremalne doświadczenie będące udziałem górników ma w sobie wymiar uniwersalny. Raptem okazuje się, jak ważne jest zbudowanie zaufania w grupie, jak konieczne jest wsparcie ze strony współuczestników niedoli, jak liczy się wiedza, że rodzina robiła wszystko, by doprowadzić do ocalenia, jak istotna jest wiara, że ktoś jest na tyle zainteresowany naszym losem, że będzie próbować uruchomić wszelkie możliwe akcje ratunkowe. Mówiąc inaczej, obecność drugiego człowieka w tym wypadku staje się podstawą wiary w przetrwanie. Samotność prawdopodobnie byłaby dużo bardziej destrukcyjna i niszcząca dla fundamentów tożsamości. Tobar w swoim reportażu nie jest skoncentrowany tylko na uwięzionych górnikach. Opowiada również o tym, jak nierówna jest pozycja tego, kto pracuje pod ziemią, w porównaniu z tymi, którzy zarządzają kopalnią. Ukazuje jednocześnie zmiany zachodzące w mediach. Kiedy górnicy wiedzą już, że zostaną uratowani, próbują dojść do porozumienia w sprawie informowania dziennikarzy o swoich przeżyciach. Wiedzą, że niezależnie od tego, iż przeżyli prawdziwy dramat, ich historia znakomicie nadaje się do sprzedaży. Musi więc dojść do uczciwego podziału zysków. Reporter stara się również pokazać, jak wygląda życie bohaterów po wyjściu na powierzchnię, i odpowiedzieć na pytanie, czy możliwy jest całkowity powrót do normalności po tak traumatycznym doświadczeniu.


Héctor Tobar, Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, przeł. Tomasz Bieroń, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

środa, 9 marca 2016

Mykwa (E. Nevo, Samotne miłości)

Nevo okazuje się pisarzem zaskakującym, barwnie snującym opowieść o uczuciach i emocjach, które trwają uśpione do momentu, aż będą mogły narodzić się na nowo, dowcipnym, ale i refleksyjnym. Ci, którzy pamiętają „Neuland” tego autora mogą być nieco zaskoczeni stylistyką „Samotnych miłości”. Tak naprawdę jednak szybko dostrzegą pewne podobieństwa między powieściami. To, co w „Neuland” jest utrzymane w nieco poważniejszym tonie, tutaj zyskuje lekkość, dzięki której trudno czasami oprzeć się wrażeniu, że to, o czym czytamy, dzieje się między snem a jawą. Nevo interesują związki między miłością, pamięcią a historią. Decyduje się na przyjrzenie tym relacjom w kontekście prywatności, dzięki czemu to, co smutne, budzi również uśmiech na twarzy, co bolesne, staje się momentami sprawiedliwe, co przewidywalne, zamienia się w niespodziewane i zaskakujące. Ważnym punktem odniesienia dla całej opowieści jest zamówienie, które musi być zrealizowane. Na osiedlu zbudowanym wbrew wszelkim regułom użyteczności publicznej ma powstać mykwa. To, że ma powstać, nie jest jeszcze problemem, bo przecież jest ktoś, kto chce rytualną łaźnię sfinansować. Trudności pojawiają się wtedy, gdy okazuje się, że mieszkańcy osiedla niewiele mają wspólnego z tradycją przodków i nie zamierzają kultywować jej z tego tylko powodu, że tak chcą urzędnicy. Okazuje się jednak, że mykwa staje się źródłem negocjacji zarówno dotyczących przestrzeni, jak i tego, co może jeszcze się wydarzyć, a co wydawało się, że już nigdy się nie wydarzy w związkach bohaterów. Przeszłość powraca na chwilę w miłości odnowionej i uruchomionej dzięki magicznej sile tkwiącej w niechcianej przez nikogo mykwie. Stęsknione ciała wbrew zaplanowanym w łaźni rytuałom na chwilę spotkają się, choć nawet w marzeniach wydawało się to niemożliwe.


Eshkol Nevo, Samotne miłości, przeł. Magdalena Sommer, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

wtorek, 8 marca 2016

Między Wschodem a Zachodem (S. Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii)

Książka Rausing wydaje się interesująca z co najmniej kilku powodów. Powody te można potraktować i jako wady, i jako zalety zaproponowanej narracji, jest jednak w opowieści skonstruowanej przez autorkę pewien urok naiwności, zdziwienia kulturowego i nieskrywanego zagubienia początkującej badaczki. Po pierwsze, „Wszystko jest cudowne” okazuje się ciekawym poszerzeniem dyskursu naukowego, do którego zaprasza Rausing. Autorka na podstawie badań terenowych prowadzonych w kołchozie w Estonii na początku lat 90. XX wieku napisała doktorat. Ta publikacja jest uzupełnieniem specjalistycznych zapisków o notatki wspomnieniowe, prywatne, intymne, a właściwie potraktowaniem ich w zupełnie inny sposób. Po drugie, Rausing nie ukrywa swojego zagubienia, czasami bezradności, często lęku. Dostrzega własne ograniczenia wynikające z przyzwyczajenia do życia w innych, lepszych warunkach. Jest trochę jak panienka z dobrego domu, która nigdy nie była na wsi i raptem jest zmuszona na wsi zamieszkać. Naiwność Rausing i jej zdziwienie wynikające z różnic kulturowych stopniowo znikają i zostają zastąpione przyjaznym nastawieniem do miejsc i ludzi. Po trzecie, autorka na swoim przykładzie pokazuje, jak zagubiony i nieprzygotowany do pracy jest antropolog, który świetnie zna teorię, ale właściwie nigdy nie sprawdzał jej użyteczności w praktyce. Nic więc dziwnego, Rausing przyznaje się do tego, że taki badacz zachowuje się czasami jak słoń w składzie porcelany. Autorka interesująco łączy opisy siebie jako początkującej antropolożki z opisami świata, który stopniowo oswaja. Ten zaś pokazuje jej, jak niewiele wspólnego ma z rzeczywistością, z której przybyła. Rausing musi więc, tak to ujmijmy, pozbawić siebie zachodnich punktów odniesienia. Dopiero wtedy może próbować patrzeć na Wschód bez ciągłego oceniania i porównywania na niekorzyść, z gotowością uchwycenia tego, co charakteryzuje estońskich Szwedów, co definiuje Estończyków, co stanowi o sednie człowieka radzieckiego.


Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii, przeł. Krzysztof Obłucki, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.

poniedziałek, 7 marca 2016

Sprawy niedokończone (N. Searle, Dobry kłamca)

Roy jest oszustem matrymonialnym. Dowiadujemy się o tym już na początku powieści Searle’a. Bohater okazuje się człowiekiem cynicznym, chętnie mówiącym wprost swoim potencjalnym ofiarom, co sądzi o ich chęci ulepszania się za pomocą informacji przekazywanych w wirtualnym świecie. Oczywiście, na taką prawdomówność pozwala sobie tylko wtedy, gdy wie, że nic z danej relacji nie wyjdzie, a czas jej poświęcony może być tylko czasem straconym. Pewnego dnia na portalu randkowym poznaje Betty. Kobieta wydaje się być ofiarą doskonałą – całkiem atrakcyjna jak na swój wiek, dystyngowana, inteligentna, no i dobrze sytuowana. Nic więc dziwnego, że między Royem a Betty zaczyna iskrzyć, rodzi się między nimi przyjaźń, zamieszkują razem. Czy jednak faktycznie właśnie kobieta jest w tej sytuacji na straconej pozycji? Czy to ona poddaje się urokowi Roya? Czy to Betty odsłania swoją bezradność, pozwalając mężczyźnie, by próbował decydować o jej majątku i przyszłości? Odpowiedzi na powyższe pytania nie są wcale tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Szybko okazuje się, że tajemnicza Betty widzi dużo więcej, niż sugeruje to jej zachowanie. Ma również jakiś plan, który próbuje zrealizować, nie pokazując swojemu partnerowi, że widzi jego grę i że toczy swoją własną. Próba sił między bohaterami zostaje rozpisana w bardzo interesujący sposób. Oboje sądzą, że druga strona nie jest świadoma ich poczynań. Co więcej, Roy jest niemalże do końca przekonany, iż całkowicie panuje nad sytuacją, a wszyscy ci, którzy go wspierają, są w stosunku do niego lojalni. W efekcie to Betty okazuje się mistrzynią kłamstwa, tyle że jej fałszywe zagrania sprowadzają się w rzeczywistości do ujawnienia prawdy sprzed lat. Z kolei Roy o przeszłości nie myśli wcale, nurza się za to w kłamstwie na co dzień, nie dostrzegając tego, że to, co minione, nie zostało do końca zamknięte. Tajemnica, która łączy bohaterów, pozwala odsłonić winy, wobec których ewentualne zadośćuczynienie pozostaje pustym słowem. Searle znakomicie rozgrywa napięcie rodzące się między biografiami bohaterów. W efekcie odkrywamy, że przeszłość upomina się o swój czas także w teraźniejszości. Bez domknięcia tego, co zniszczyło wszystko przed laty, nie da się zaakceptować w pełni swojego życia. Prawda pozostaje czymś bardziej potrzebnym kobiecie. Czyżby to ofiara jej mocniej pragnęła? Niekoniecznie, Roy, który cynicznie odcina się od win przeszłości, jest przez nie zdeterminowany i to one go stwarzają od początku do końca. Choćby nawet więc chciał zapomnieć o minionym, nie jest to możliwe. Na tym między innymi polega ciężar jego winy – na niemożności pozbycia się jej i świadomości, że nawet najlepsza fałszywa biografia, będzie jedynie marnym odbiciem tej prawdziwej.


Nicholas Searle, Dobry kłamca, przeł. Tomasz Kłoszewski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

środa, 2 marca 2016

Wspominanie (I. Górnicka-Zdziech, Franciszek Starowieyski. Bycza krew)

Książka Izabeli Górnickiej-Zdziech adresowana jest przede wszystkim do fanów twórczości i osobowości Franciszka Starowieyskiego. Autorka postanowiła zebrać wspomnienia osób, które były blisko z artystą, i ich historiami opowiedzieć biografię swojego bohatera. Jej celem nie było szukanie spraw przemilczanych, sekretów, momentów dyskusyjnych w życiorysie. Publikacja ma bowiem zdecydowanie panegiryczny charakter, choć, oczywiście, utrzymana jest w stosunkowo swobodnym, popularyzującym stylu. Ci, których wspomnienia autorka przytacza, zazwyczaj są więc dumni, że spotkali w swoim życiu Franciszka Starowieyskiego, są pod wrażeniem jego pracy, deklarują, iż uwielbiali przebywać w jego towarzystwie. Z pewnością nie ma powodu, by im nie wierzyć, niewątpliwie jednak, zważywszy na fakt, iż Starowieyski był arcyciekawą, ale i skomplikowaną postacią, w trakcie lektury pojawia się chęć przeczytania opowieści pełniejszej, w której również te mniej entuzjastycznie komentowane momenty życiorysu zostałyby wyeksponowane. Szczególnie interesujące we wspomnieniach na temat artysty są wypowiedzi dotyczące jego pasji kolekcjonerskiej i niesamowitej wiedzy na temat tego, co decydował się w przeróżnych okolicznościach nabyć. Na uwagę zasługuje również jego umiejętność opowiadania, częściowo wsparta faktami i erudycją, częściowo zdolnością do konfabulacji. Ważnym motywem jest układająca się w pewną całość z fragmentów przytaczanych wypowiedzi opowieść o tworzeniu plakatów i o epoce, w której plakat traktowany był jako ważne dzieło sztuki. Równie intrygujący jest wątek monumentalnych projektów malarskich i tego, co zostało nazwane Teatrem Rysowania. Tworzenie performance’u z dziejącego się na oczach widzów procesu tworzenia oraz wykorzystanie jako modelek w owym publicznym spektaklu nagich kobiet miało swój rewolucyjny, kontestatorski i kontrowersyjny wymiar wtedy, ale i, paradoksalnie, także dzisiaj. Fakt, iż Starowieyski umiał z podziwu godną naturalnością zdecydować się na tego typu prowokację skłania do dyskusji na temat miejsca i roli artysty oraz towarzyszącego mu widza.


Izabela Górnicka-Zdziech, Franciszek Starowieyski. Bycza krew, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Słowem i memem o kulturze (A. Graff, M. Frej, Memy i Graffy. Dżender, kasa i seks; Rozmowy na nowy sezon. Rozmawiają: E. Łętowska & P. Pawłowski o operach, P. Chynowski & E. Krasucka o baletach)

Pozornie obie te książki łączy niewiele. Niewiele i wiele powiedziałby ktoś, nawet wówczas, gdy mowa byłaby ciągle o owym powierzchownym wrażeniu. Ów łącznik to memy Marty Frej – celnie komentujące rzeczywistość, inteligentnie obnażające nasze uwikłanie w płeć na co dzień, wreszcie piętnujące rażące przejawy patriarchalizmu. W przypadku „Memów i Graffów” prace artystki mają wymiar przede wszystkim społeczny. Świetnie pokazują na przykład, jak łatwo odtwarzamy schemat pewnych wzorców i jak uwierające mogą być role, które odgrywamy bez namysłu i w które wchodzimy bez naszej woli i wyboru. Z kolei memy opublikowane w „Rozmowach na nowy sezon” nawiązują do oper i baletów omawianych w książce. Ponieważ same rozmowy utrzymane są w konwencji lekkiej, niezobowiązującej, choć merytorycznej, wymiany zdań, podobny charakter mają prace Frej. Klasyka, tak można by rzec, zyskuje tutaj rys współczesności, dzięki czemu czytelnik książki otrzymuje intrygującą podpowiedź, by kanoniczne teksty kultury traktować jako pretekst do rozmowy o świecie, w którym jesteśmy „tu i teraz”. W efekcie prace artystki tylko pozornie pełnią funkcję uzupełniającą do opublikowanych rozmów. Tak naprawdę komentarze, które są częścią mema, okazują się całkiem ciekawa puentą do refleksji odwołującej się do konkretnych dzieł i są głosem, który dobrze rezonuje, jeśli weźmiemy pod uwagę prezentowane dialogi rozmówców. 
Obie książki łączą jednak nie tylko prace Marty Frej. Ważnym elementem obu pozycji jest kultura i jej refleksyjny odbiór, a także współuczestnictwo w owej kulturze, pojmowane także w wymiarze społecznym i politycznym. W „Rozmowach na nowy sezon” uniknięto hermetycznego dialogu znawców, a postawiono na przystępną wymianę zdań pasjonatów. Merytoryczność krótkich analiz na tym nie traci, ale czytelnik potencjalnie może być bardziej zachęcony. Odkrywa bowiem, że klasyka „żyje”, podlega renegocjowaniu, odkrywa nowe sensy w zależności od czasów, w których jest odbierana przez publiczność. Nie inaczej, mam tu na myśli pasję, jest w „Memach i Graffach”. Zbiór felietonów Agnieszki Graff współgra z memami Marty Frej. Teksty kultury uzupełniają się i wzajemnie ze sobą „rozmawiają”. W książce dochodzi jednak nie tylko do owego symbolicznego dialogu, bo obraz i słowo są ważne dla obu autorek. Graff, pisząc felietony, często przywołuje konkretne sceny z życia społeczno-politycznego lub konkretne tytuły obejrzanych filmów czy przeczytanych książek, częścią składową memów Frej jest natomiast nie tylko to, co wizualne, ale i przekaz słowny, błyskotliwa puenta do tego, co widać. Oprócz powyższego w książce znajdują się także rozmowy Graff i Frej. O kulturze, społeczeństwie, polityce i życiu, tak można by je w skrócie podsumować. Niezależnie jednak od tego, które fragmenty książki czytelnik uzna za najciekawsze, tutaj również widać pasję i zaangażowanie, a to jest chyba najbardziej przekonujące.


Agnieszka Graff, Marta Frej, Memy i Graffy. Dżender, kasa i seks, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015; Rozmowy na nowy sezon. Rozmawiają: Ewa Łętowska & Krzysztof Pawłowski o operach, Paweł Chynowski & Ewa Krasucka o baletach, Wyd. Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa 2015.

sobota, 27 lutego 2016

Spełniona Apokalipsa (A. Šlepikas, Mam na imię Marytė)

Opowieść Šlepikasa oparta jest na faktach. Autor inspirował się autentycznymi przeżyciami ludzi, którzy w dzieciństwie byli tzw. wilczymi dziećmi. W ten sposób określano tułające się po Litwie, żebrzące, bezdomne, pozbawione opieki dzieci niemieckie, które straciwszy rodziców, musiały próbować przetrwać, narażając się na obelgi, niebezpieczeństwo i pogardliwe określanie mianem faszystów. Prusy Wschodnie zajęte przez czerwonoarmistów zostają sportretowane jako świat spełnionej Apokalipsy. Sugestywność przerażających obrazów, w których życie i śmierć przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, zostaje wzmocniona krótkimi, mocnymi zdaniami, jakimi posługuje się Šlepikas. Poszczególne sceny to opis świata pozbawionego nadziei, w którym każde zło, które zdążyło się jakoś oswoić, zamienia się w większy koszmar, tym razem nie do zaakceptowania. Pogarda człowieka dla człowieka, nienawiść zwycięzców do pokonanych, matki, które choć same wygłodzone, poruszają się po ruinach jak w transie, szukając pożywienia dla własnych dzieci, brutalne, zbiorowe gwałty, które mogą stać się udziałem nie tylko dorosłych kobiet, ale i dziewczynek, wreszcie wszechobecne zdziczenie i bezsilność – taki jest świat ludzi opisywanych w książce. Jesteśmy świadkami tego, jak w chwili ekstremalnej rozpada się człowieczeństwo. Dziecko nie może liczyć na pomoc dorosłego, matka musi słuchać błagań dziecka o jedzenie, dzieci wchodzą w rolę dorosłych i wyruszają z domu, by znaleźć coś do jedzenia, matki są gwałcone przy własnych dzieciach i nawet jeśli umiały wykrzesać w sobie optymizm, tracą go bezpowrotnie po tym, czego doświadczają. Wszyscy obojętnieją na śmierć – trupy są wszędzie, trupy powszednieją, trupy stają się codziennym elementem powojennego otoczenia. Wilcze dzieci muszą nie tylko szybciej dorosnąć, ale i zmierzyć się z ogromną samotnością, opuszczeniem, cierpieniem. Ci najmniejsi stają się obiektem nienawiści, którą muszą przechytrzyć, by przetrwać. Mocne, znakomicie napisane, do zapamiętania.


Alvydas Šlepikas, Mam na imię Marytė, przeł. Paulina Ciucka, Wyd. Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego, Wrocław-Wojnowice 2015.

piątek, 26 lutego 2016

(Nad)zwyczajność (S. Hertmans, Wojna i terpentyna)

Hertmansowi udaje się rzecz niebywała. Oto otrzymawszy z rąk dziadka jego dzienniki, decyduje się opowiedzieć o losach mężczyzny, przytaczając jego zapiski i rekonstruując jego biografię. Pozornie w życiu Urbaina nie dzieje się wiele. Najważniejszym momentem, kształtującym całe późniejsze życie jest doświadczenie I wojny światowej. Mężczyzna pokazuje, jak straszne, bezsensowne, brudne i okrutne jest to, co tak chętnie gloryfikuje się w gabinetach polityków. Bycie w centrum wydarzeń, na froncie, w okopach, w bliskim sąsiedztwie wszechobecnej śmierci, w ciągłym zagrożeniu i niebezpieczeństwie daje zupełnie inną perspektywę. Lektura dzienników dziadka to dla autora spotkanie z przeszłością, próba zrozumienia przodka, ale i możliwość pojęcia tego wszystkiego, co przed laty składało się na mało znaczące szczegóły, a obecnie odsłania swoje znaczenie i ważność. Historia, jaką opowiada nam niderlandzki pisarz, toczy się niespiesznie, bez większych wzlotów i upadków, bez zaskoczeń i zadziwień, spokojnie. Można by więc rzec, że „Wojna i terpentyna” to pochwała codzienności i zwyczajności. Można by, choć w pamięci czytelnika zostaje kilka emocji dużo intensywniejszych od tych, które łatwo zapominamy i których nie staramy się nawet definiować. Mam tu na myśli zwłaszcza relację między matką a ojcem Urbaina, rozpacz kobiety po śmierci męża, wreszcie odkrywanie więzi między ojcem a synem i matką a synem. To nie jedyne kwestie, które wydają się w tej opowieści szczególnie warte uwagi. Hertmans z dużą wrażliwością, przejmująco i sugestywnie portretuje miłość przeżywaną przez Urbaina – tę intensywną, ale utraconą, z lat młodości, i tę z rozsądku, na całe życie, pielęgnowaną i szanowaną. Zapisywaną w pamięci, ale i w obrazach malowanych przez mężczyznę. „Wojnę i terpentynę” z powodzeniem można więc traktować jako pean pochwalny życia jako takiego. Niezależnie bowiem od cierpienia, strachu, żalu, wszystkich tych emocji, które są negatywne, życie dziadka pisarza ma sens. I ten sens celebrowany jest w codzienności i zwyczajności właśnie.


Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna, przeł. Alicja Oczko, Wyd. Marginesy, Warszawa 2015.

czwartek, 25 lutego 2016

Osaczeni przez lód (M. Zuckoff, Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii)

Wielki mróz, zagrażające życiu lodowe szczeliny, brak przygotowania do przebywania w ekstremalnych warunkach przez dłuższy czas, trudności z powiadomieniem tych, którzy mogą pomóc, o miejscu rozbicia samolotu i stanie jego pasażerów – to wszystko Zuckoff rekonstruuje bardzo wiarygodnie, oddając strach i niepokój przeradzające się w nadzieję, a następnie rozpacz. Autor nie próbuje epatować emocjami, wie doskonale, że warunki, w jakich znajdują się rozbitkowie, są wystarczającym elementem fabuły, dzięki któremu czytelnik nie traci zainteresowania akcją ratowniczą i dramatami z nią związanymi. Wielkim atutem tej opowieści jest znakomite oddanie atmosfery osaczenia i chłodu oraz poczucia, że jest się w sytuacji bez wyjścia. Zuckoffowi udaje się też pokazać paradoks mierzenia się z naturą, kiedy to ci, którzy ruszają na pomoc osobom z rozbitego samolotu, sami tracą łączność ze światem, z którego przebywają, i z poszukujących stają się poszukiwani. Akcja tego arcyciekawego, zbeletryzowanego reportażu toczy się dwutorowo. Z jednej strony poznajemy wydarzenia sprzed lat, kiedy to w 1942 roku rozbił się samolot, a członkowie jego załogi (nie wszyscy) przeżyli na Grenlandii 148 dni, czekając na pomoc i momentami tracąc wiarę w to, że kiedykolwiek jeszcze zobaczą wokół siebie coś innego niż oślepiającą biel. Obok przeżyć rozbitków dowiadujemy się też wiele o emocjach i decyzjach podejmowanych przez tych, którzy próbowali mężczyznom pomóc. Z drugiej strony Zuckoff opisuje współczesną wyprawę na Grenlandię, której celem było znalezienie samolotu, który niosąc pomoc rozbitkom rozbił się i zaginął. Historia z przeszłości jest w ciągłym symbolicznym dialogu z wydarzeniami z teraźniejszości. Ci, którzy szukają śladów dzisiaj, kończą, tak można by rzec, to, co zaczęło się w 1942 roku. Wypełniają zobowiązanie w stosunku do tych, którzy oddali życie, niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebowali.


Mitchell Zuckoff, Lodowe piekło. Katastrofa na Grenlandii, przeł. Mariusz Gądek, Wyd. Znak, Kraków 2016.

środa, 24 lutego 2016

Naznaczeni (P. Smoleński, Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie)

Najnowszą książkę Pawła Smoleńskiego dobrze jest czytać równolegle z „Irakiem” tego samego autora, bowiem opowieść o Kurdach spleciona jest z opowieścią o tym kraju. Reporter mocno eksponuje mroczną część historii, wzmacniając swój przekaz mocnymi, zapadającymi w pamięć obrazami tych, którzy ginęli w cierpieniach od ataku trującymi gazami. Miasto Halabdża zostaje w tym miejscu przywołane nie tylko jako symbol, ale i przestrzeń ciągle żywa swoim cierpieniem, bólem, pamięcią i walką z zapomnieniem. Smoleński zresztą z jednej strony rekonstruuje najważniejsze dla historii Kurdów fakty, pozwalając czytelnikowi na zrozumienie aktualnej sytuacji swoich bohaterów, jednocześnie rozmawia z konkretnymi ludźmi, rezygnuje z jednoznacznych ocen, pokazuje, jak skomplikowana jest sytuacja w opisywanym rejonie świata. Oczywiście, nie tylko kontekst iracki jest w tym przypadku istotny. Ważnym punktem odniesienia staje się to, co dzieje się w Syrii. Smoleńskiemu udaje się oddać niepokój towarzyszący wspomnieniom ludzi, miejsc i zdarzeń. Ci, których poznał, mogli bowiem stać się ofiarami Państwa Islamskiego. Kurdystan, kraina zamieszkiwana przez Kurdów, staje się przestrzenią-metaforą. Bohaterowie opowieści Smoleńskiego żyją bowiem w stanie zawieszenia, tożsamościowego wykorzenienia, a jednocześnie tożsamościowej permanentnej walki.


Paweł Smoleński, Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Wybór (Zawsze nie ma nigdy. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak)

Rozmowy, jakie przeprowadziła Ewelina Pietrowiak z Jerzym Pilchem, z jednej strony mają w sobie pewien ton rozliczeniowy, z drugiej naznaczone są zauważalnym dystansem, samokontrolą. Pisarz pozwala na dotykanie prywatności, ale to on określa granice, które wolno przekroczyć. W efekcie ci, którzy szukają w tego typu publikacjach ujawniania nieznanych wcześniej faktów, najlepiej obyczajowych, mogą być zawiedzeni. Ci natomiast, którzy cenią charakterystyczny styl komentarzy Pilcha, jego (auto)ironiczne podejście, wreszcie gotowość wyrażania niebanalnych, często celnych ocen będą zadowoleni. Pietrowiak nie decyduje się na rozmowę, tak to ujmijmy „ciągłą”, zaplanowaną chronologicznie, odwołującą się często do konkretnych faktów z życiorysu pisarza. Owszem, są tutaj fragmenty dotyczące dzieciństwa i młodości, są intrygujące opisy krakowskiego środowiska kulturalnego, są wreszcie rozpoznania dotyczące recepcji twórczości. Trudno jednak byłoby uznać tę rozmowę za celowe rekonstruowanie przeszłości z zamierzeniem finalnym w postaci diagnoz dotyczących teraźniejszości. Pietrowiak stawia raczej na wielowątkowość przejawiającą się we fragmentaryczności późniejszego zapisania rozmowy. Wątkiem, który wydaje się interesujący w kontekście historycznoliterackim, ale i egzystencjalnym, jest wyraźny podział biografii Pilcha na okres krakowski i warszawski. Opisywanie momentu przejściowego okazuje się intrygującym uchwyceniem tego wszystkiego, co się wiąże z klimatem miejsc i ludzi w nich mieszkających. Na uwagę zasługuje tytuł książki – „Zawsze nie ma nigdy”, świetnie oddający płynność istnienia, tęsknotę za trwałością, przy jednoczesnym uświadomieniu sobie, że – zabrzmi to banalnie – trwała jest tylko nietrwałość. Mocno wybrzmiewającym motywem jest samotność – z wyboru, dla wygody, z czasem nieco uwierająca. Kompozycyjnie na uwagę zasługuje to, co zostaje wyeksponowane w „Epilogu”. Odzyskanie głosu, możliwość mówienia, poczucie ponownego zapanowania nad językiem staje się czymś symbolicznym, zwłaszcza że Pilch nieco przewrotnie sugeruje, że być może choroba była w jego przypadku ocaleniem od nałogu. W książce natkniemy się na wiele zdjęć, które korespondują z treścią i układają się w oddzielną, biograficzno-wizualną opowieść. Warto!


Zawsze nie ma nigdy. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

piątek, 19 lutego 2016

Aresztowanie (R. Saberi, Między światami. Moje życie i niewola w Iranie)

Książka Saberi, choć jest publikacją dziennikarki, gatunkowo bliższa jest wspomnieniom niż reportażowi z tego kraju. Nic w tym dziwnego, bo autorka koncentruje się przede wszystkim na swoim niespodziewanym aresztowaniu i uwięzieniu, a Iran portretuje niejako przy okazji owych traumatycznych przeżyć. Efektem tego jest próba opisania własnych emocji, najpierw niedowierzenia, potem strachu, wreszcie rodzącego się przekonania, że prawda jest czymś najważniejszym. Historia Saberi, młodej kobiety planującej napisanie książki o Iranie, a oskarżonej o szpiegowanie na rzecz Stanów Zjednoczonych, pokazuje specyfikę działania służb w kraju, który dziennikarkę tak bardzo zachwycił. Różnych wersji podobnych, absurdalnych aresztowań jest w tej książce opisanych wiele. Współtowarzyszki niewoli Roxany mogłyby również napisać wspomnienia, w której niesprawiedliwość byłaby motywem dominującym. Najciekawsze w relacji Saberi są fragmenty opisujące próby wymuszenia zeznań na dziennikarce. Mamy tu do czynienia z próbą sił między totalnie zaskoczoną sytuacją młoda kobietą a doświadczonym śledczym, którego nie interesuje prawda, ale odpowiednio spreparowane oświadczenie, umożliwiające przeprowadzenie pokazowego procesu. Ciekawy są również te fragmenty, w których Saberi nie ukrywa swojej słabości, tego, że w chwili strachu, wciągnęła w śledztwo osoby, które nie miały nic wspólnego z działaniami, do których pod przymusem się przyznała. Gdyby nie walka medialna zainicjowana przez rodzinę dziennikarki, w którą zaangażowały się również wysoko postawione osoby amerykańskiego świata polityki, uwolnienie kobiety wcale nie byłoby czymś oczywistym. Doświadczenie Saberi okazuje się istotnym świadectwem bezkarności irańskich służb oraz niepewności, która czyha na każdym kroku na tych, którzy są bez winy. I właśnie z tego powodu książka ta, choć literacko mało interesująca, zasługuje na uwagę i zainteresowanie czytelników.


Roxana Saberi, Między światami. Moje życie i niewola w Iranie, przeł. Marta Markocka-Pepol, Wyd. Sine Qua Non, Kraków 2015.

wtorek, 16 lutego 2016

W oparach alkoholu (M.L. Schrad, Imperium wódki. Pijana polityka od Lenina do Putina)

Druga część znakomitej historii Rosji w kontekście jej związków z wódką i konsekwencji wynikających z pijaństwa okazuje się równie fascynująca jako odsłona pierwsza. Ponieważ Schrad skupia się głównie na XX wieku, wkraczając w wiek XXI, czytelnik wiele z opisywanych wydarzeń może pamiętać z doniesień medialnych. Dzięki położeniu nacisku na aspekt wizerunkowo ukrywany, mniej lub bardziej skutecznie, łatwo dostrzec, iż mamy tu do czynienia z alternatywną opowieścią o współczesności. Schrad podtrzymuje tezę obecną w pierwszej części „Imperium wódki”, kiedy to przygląda się carskiej Rosji. Jest przekonany, że nadmierne spożycie mocnych alkoholi jest w ścisłym związku z tendencją do rządów autokratycznych. Wódka pozwala kontrolować społeczeństwo, „usypia” je ideowo, degraduje człowieka, a tym samym skazuje go na obywatelską bierność i niemożność włączenia się w jakąkolwiek próbę zmiany rzeczywistości. Widać to chociażby na przykładzie barwnych i przerażających w swojej wymowie obrazów pijaństwa, jakie nastało po przejęciu władzy przez bolszewików. Upodlenie rewolucjonistów wraz ze wzrostem śmiertelności i brutalności przynosi odsłony niemalże apokaliptyczne. Ciekawym wątkiem jest działalność Lenina na rzecz obniżenia ilości spożywanego alkoholu. Działalność, co warto zaakcentować, porzucona po dojściu Stalina do władzy i wznowiona dopiero za czasów Gorbaczowa. Na uwagę zasługuje również wątek dotyczący Miedwiediewa, który, co pokazuje Schrad, okazał się prezydentem usiłującym zwalczyć problem niszczący naród od lat. Destrukcyjny charakter spożywania wódki w nadmiernych ilościach jest w przypadku Rosjan bogato udokumentowany. Fragmenty dotyczące konsekwencji społeczno-obyczajowych i politycznych udowadniają totalny wpływ wódki na przywódców państwa i na przeciętnych obywateli. Schrad opisuje konsekwencje zdrowotne, zwiększenie śmiertelności, rozpad związków, wzrost przemocy domowej, zachwianie podstawowych relacji ekonomicznych, wreszcie skutki wizerunkowe, których efekty nierzadko trudno jest w pełni zdefiniować. Publikacja badacza stanowi dowód na to, że w historii nic nie jest do końca niewinne, a już na pewno niewinne nie jest to, co prowadzi do upojenia i utraty kontroli nad samym sobą. Bardzo dobre.


Mark Lawrence Schrad, Imperium wódki. Pijana polityka od Lenina do Putina, przeł. Aleksandra Czwojdrak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2015.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Denazyfikacja (F. Taylor, Wypędzanie ducha Hitlera)

Taylor, rekonstruując czas okupacji Niemiec przez aliantów oraz przeprowadzanie procesu denazyfikacji, nie ukrywa, że wszystko to, co miało miejsce na terenie państwa kierowanego wcześniej przez Adolfa Hitlera było inne, szczególne, nie do powtórzenia. Na uwagę zasługuje obecny nieustannie w tle opowieści wątek próby sił – sił ideowych i fizycznych. Kwestie ideowe sprowadzały się przede wszystkim do założenia, że ukarać należy cały naród, tymczasem Niemcy, zwłaszcza ci bardziej konserwatywni i mieszkający na wsi niechętnie się z tym utożsamiali. Interesującym dla tej problematyki fragmentem jest chociażby próba podzielenia ludzi na grupy, dzięki który możliwe miało być określenie stopnia zaangażowania się danej osoby w nazizm. Nie dość, że tego typu ankiety prowokowały do fałszowania swojej przeszłości, to ponadto ze względu na biurokrację zmuszały do bagatelizowania problemu i przez aliantów. Taylor pokazuje również, że systemowe karanie Niemców wpływało również na podtrzymywanie mitu lepszego świata istniejącego w okresie wojny. Wtedy Niemcy nie mieli na przykład większych problemów z zaopatrzeniem, za to po nastaniu pokoju masowo zaczęli cierpieć głód. Fizyczność wspomnianej powyżej próby sił sprowadza się nie tylko do takich doświadczeń jak znaczne pogorszenie sytuacji materialnej lub trudności ze zdobyciem pożywienia. Badacz opisuje zbiorowe gwałty, których doświadczały Niemki. Ważne okazuje się pokazanie okrucieństwa w tym względzie nie tylko ze strony Rosjan, ale i przedstawicieli innych okupujących krajów (jako gwałcicieli Taylor wskazuje zwłaszcza Francuzów). Pojawia się również wątek okrucieństwa w stosunku do jeńców. W tym przypadku historyk akcentuje przede wszystkim brutalność Brytyjczyków, którzy – jak twierdzi – przenosili na Niemcy zachowania typowe dla kolonizatorów. To, co wyjątkowo zapada w pamięć, to osamotnienie narodu, który wcześniej za sprawą ideologii nazistowskiej próbował zapanować nad światem. Taylor pozostaje badaczem wrażliwym. Niuansuje postawy i zachowania zaangażowanych w proces denazyfikacji stron. Na uwagę zasługuje fakt sportretowania sytuacji w taki sposób, by pokazać, że przy odrobinie dobrej woli możliwe są relacje przyjacielskie lub przynajmniej cywilizowane, natomiast pielęgnowanie nienawiści prowadzi tylko do eskalacji tego wszystkiego, co określilibyśmy mianem zła. Nie znaczy to, oczywiście, że historyk próbuje wybielać nazistów. Pokazuje jednak, że zemsta nigdy nie jest niewinna, a karanie wrogów nie procesami sądowymi, ale systemowo jako całego narodu, zwykle prowokuje do przekraczania moralnych granic także tych, którzy deklarują, że będą stać na ich straży.


Frederick Taylor, Wypędzanie ducha Hitlera. Okupacja i denazyfikacja Niemiec, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

niedziela, 14 lutego 2016

Pasja życia i grania (Krafftówna w krainie czarów. Barbara Krafftówna w rozmowie z Remigiuszem Grzelą)

Remigiusz Grzela po raz kolejny udowadnia, że potrafi wybierać na swoich bohaterów postaci pod wieloma względami fascynujące, oraz że umie rozmawiać w taki sposób, dzięki któremu odczuwalna jest atmosfera uważności, szacunku, wzajemnej sympatii. W przypadku aktorki znakomicie zostaje zachowana równowaga między arcyciekawą tendencją do dygresyjności w wydaniu artystki, a umiejętnością zadawania pytań intymnych, choć nigdy wścibskich, ze strony dziennikarza. Barbara Krafftówna okazuje się postacią bardzo żywiołową. Choć w 2016 roku będzie obchodziła 88 rocznicę urodzin, błyskawicznie zapominamy o jej wieku, mając wrażenie, że tak energiczny i energetyczny może być tylko ktoś młody. Aktorka w swoich wspomnieniach łączy życiową mądrość z ogromnym poczuciem humoru i dużym dystansem do siebie. W jej opowieści natkniemy się na opis szczęśliwego, choć przerwanego wojną, dzieciństwa. Opisuje Warszawę po powstaniu i późniejsze ekshumacje, za sprawą których nad miastem unosił się odór trupów. Choć przywołuje momenty dramatyczne ze swojego życia, nie tylko z okresu dzieciństwa, pozostaje osobą bardzo pogodną, niezłomną w pochwale codzienności jako takiej, angażującą się w grę aktorską z wielką radością, talentem i pasją. Rozmowa z Barbarą Krafftówną okazuje się fascynującą podróżą po XX wieku. Ważnym etapem jej biografii jest przecież czas wojny i okres powojenny, kiedy uczyła się zawodu i uczestniczyła w odradzaniu się kultury teatralnej. Opowieści aktorki to także bardzo interesujące świadectwo tego, w jaki sposób kształtował się talent artystki i jej zawodowy kunszt. Książkę tę można również czytać jako zapis pewnej epoki, czasu Mistrzów i kolegów spotykanych na co dzień, atmosfery, która dzisiaj powoli odchodzi w przeszłość, wreszcie życia pełną piersią – i w sensie artystycznym, i prywatnym. Krafftówna, choć jest niekwestionowaną gwiazdą – zachwycającą, mądrą, ale i przesympatyczną, nie zapomina o Remigiuszu Grzeli. Traktuje go partnersko, ale i okazuje mu swoją przyjaźń. Ich rozmowa staje się więc również zapisem tej relacji.


Krafftówna w krainie czarów. Barbara Krafftówna w rozmowie z Remigiuszem Grzelą, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

sobota, 13 lutego 2016

Każdy początek może być końcem (W. Bauer, Przez morze)

Ten krótki, choć niezwykle bogaty w treści, reportaż wcieleniowy jest nie tylko opisem losu Syryjczyków uciekających przez morze do Europy, ale i mocno wybrzmiewającym apelem o nieodwracanie się od cudzego cierpienia, o okazywanie pomocy, o miłosierdzie i litość. Autor książki wraz z fotografem Stanislavem Kruparem postanawiają sportretować los uchodźców od środka. W tym celu udają mężczyzn marzących o dotarciu do Starego Kontynentu i gotowych za tę podróż zapłacić. Choć wyprawa dziennikarzy kończy się stosunkowo szybko, już na tym etapie widać, jak wiele wyzwań czyha na osoby decydujące się porzucić wszystko, by rozpocząć nowe lepsze życie. Dużym atutem opowieści Bauera jest możliwość poznania konkretnych bohaterów – dowiadujemy się, jak wyglądała ich historia, poznajemy ich sposób bycia, dowiadujemy się o wadach, widzimy ich na zdjęciach. Dzięki temu nie myślimy o uchodźcach jako o bezimiennej masie, ale możemy ich biografie postrzegać z empatią i zrozumieniem. Widzimy w nich ludzi, którzy doznają cierpienia, którym chcielibyśmy pomóc i którzy muszą pokonywać straszliwe przeszkody tylko z tego powodu, że urodzili się w takim, a nie innym miejscu. Bauer bardzo mocno zaznacza, że znalezienie przemytników gotowych podjąć się przewiezienia, to dopiero początek problemu. Na uchodźcach chcą bowiem zarobić wszyscy. Przemytnicy traktują więc ich z pogardą, policjanci są często brutalni, konkurencyjne grupy przemytników planują porwania uciekinierów, aby zdobyć dodatkowe pieniądze. Nikogo tak naprawdę nie interesuje to, co uchodźcy czują i jaki dramat przeżywają. Wraz z decyzją o morskiej podróży zaczyna się więc ich gehenna. Bezpowrotnie kończy się życie, które dotychczas prowadzili, nie ma natomiast żadnej pewności, że rozpocznie się etap, o którym tak marzą. Bauer opowiada o dalszych losach swoich współtowarzyszy, pokazując, że determinacja pomaga, lecz potrzebny jest jeszcze szczęśliwy zbieg okoliczności. Zakończenie reportażu to zaangażowany społecznie manifest, w którym Bauer nie ukrywa, że nasza postawa w stosunku do uchodźców jest sprawdzianem człowieczeństwa. Ważnym, bo definiującym każdego z nas.


Wolfgang Bauer, Przez morze. Z Syryjczykami do Europy, przeł. Elżbieta Kalinowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

środa, 10 lutego 2016

Zmiana (P. Theroux, Ostatni pociąg do zona verde)

Książka Paula Theroux to z jednej strony fascynujące dopełnienie wcześniejszej publikacji zatytułowanej „Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu”, z drugiej bardzo przygnębiający opis podróży, dokumentującej świat, który zmienił się na gorsze. Autor pozostaje interesującym obserwatorem. Znakomicie łączy własne, teraźniejsze spostrzeżenia z tym, co zapamiętał z wyprawy sprzed lat. Jednocześnie portretuje specyfikę obyczajów i kultury, zachowując szacunek dla inności, ale i dzieląc się wątpliwościami wtedy, gdy odkrywa, że w świat wcześniej pełen prawdziwości wkradł się fałsz. Na uwagę zasługują również komentarze podróżnika do lektur, akcentowanie przydatności niektórych książek i zbędności innych. Warto również zapamiętać te momenty, gdy Theroux nie ukrywa swojego krytycyzmu dla ignorancji pewnych osób parających się działalnością charytatywną. Negatywnie w takim akurat kontekście zostaje opisany Bono. „Ostatni pociąg do zona verde” jest nie tylko publikacją, w której widać zachłanność poznawczą towarzyszącą kolejnym etapom wyprawy. To również bardzo przygnębiający zapis odchodzenia w przeszłość rzeczywistości, której współcześnie nikt już nie jest w stanie obudzić do życia. Nic więc dziwnego, że mocnym postulatem wybrzmiewającym w tle jest konieczność dyskutowania o dawnych zwyczajach i budowania wspólnoty poprzez rekonstruowanie minionego. Jednym z piękniejszych wyznań, na jakie natknie się czytelnik w trakcie lektury, jest stwierdzenie o chęci, gotowości i konieczności dotknięcia świata w sposób fizyczny. Czytanie o jakiś kraju okazuje się więc zawsze tylko substytutem. Dopiero bycie w danym miejscu, rozmowa z ludźmi, odczucie zimna lub gorąca, zapach tworzą wartą zapamiętania mieszankę. Theroux pozostaje człowiekiem ciekawym świata, choć jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że książka ta jest rodzajem pożegnania. Niezależnie od tego, czy podróżnik opisuje slumsy, czy trudności z przekroczeniem granicy, czy wrażenie, że czas już wracać do domu, jest w swoim świadectwie wiarygodny, szczery wobec siebie i opisywanej rzeczywistości, bezradny w stosunku do nieuchronności przemijania.


Paul Theroux, Ostatni pociąg do zona verde. Lądem z Kapsztadu do Angoli, przeł. Michał Szczubiałka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

wtorek, 9 lutego 2016

Lektura obowiązkowa (K. Varga, Setka)

Wśród tych, którzy sięgną po „Setkę”, będą zapewne i ci, którzy regularnie i wiernie czytają felietony Krzysztofa Vargi w „Dużym Formacie”. I choć właśnie oni wiele tekstów zamieszczonych w tomie mogą doskonale pamiętać, nie wątpię, że z przyjemnością do nich wrócą w książce, w której komentarze pisarza do rzeczywistości zostały zebrane. Nic w tym dziwnego, bo zarówno wcześniejszy zbiór „Polska mistrzem Polski” z 2012 roku, jak i ukazująca się właśnie „Setka” to lektura obowiązkowa dla tych, którzy cenią dobre pióro, celność komentarza, inteligencję i ironię. Swoimi felietonami Varga z pewnością przyciągnie osoby, które umieją zachwycić się ponadczasowością tekstów pomyślanych jako doraźny dopisek do tego, co się akurat dzieje. A pisarz pokazuje, że dzieje się bardzo dużo – i w jego znakomicie spuentowanych opowieściach, i w kulturze, i w świecie, który autor opisuje. Wśród felietonów zamieszczonych w „Setce” dominują te, które stanowią reakcję na różnego rodzaju wydarzenia dotyczące literatury, filmu, i seriali. Zdarzają się jednak i takie teksty, w których pisarz odnotowuje absurdy polityki. Zawsze jednak gdzieś w tle jest kultura, ta natomiast staje się pretekstem do szerszego komentarza społeczno-obyczajowego. Varga nie tylko wypowiada się na temat przeczytanych książek i obejrzanych filmów, ale również prowokująco kwituje absurdy życia literackiego. Potrafi obnażyć głupotę niektórych działań, czy dyskusyjność tego, czym się interesują media. Zdarza się, że upomni się o czyjąś twórczość lub przypomni o kolejnej książce jakiegoś pisarza. Nie unika wyrażania własnych emocji, bywa bardzo przekonującym krytykiem zarówno wtedy, gdy poleca, jak i wówczas, gdy odradza. Bawi, niektórych irytuje, zaskakuje skojarzeniami, jest erudytą, ale i – to kreacja – czytelnikiem naiwnym. Zdarza się, że jego teksty wywołują burzliwe reakcje czytelników. Tak było, przypomnijmy, chociażby wtedy, gdy Varga komentował użalanie się Kai Malanowskiej nad własnymi niskimi zarobkami („Ja piszę tylko dla hajsu, czyli Malanowska obrażona”). „Setka” to, powtórzę, lektura obowiązkowa nie tylko dla fanów felietonistyki pisarza, ale również dla tych, którzy chcą poznać to wszystko, co współcześnie w felietonie najlepsze. Varga bowiem, który równie inteligentnie komentuje współczesność, jak i kanoniczne teksty kultury, niepostrzeżenie stał się klasykiem gatunku.


Krzysztof Varga, Setka, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.