Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

poniedziałek, 16 lutego 2026

Emocje (D. Grzesiek, To był tylko pies. O żałobie po zwierzętach)

 

Książka reporterska Darii Grzesiek okazuje się przykładem tego, jak złudne potrafi być pierwsze wrażenie. Żałoba po zwierzętach to temat trudny, nadal słabo opisany, emocjonalnie angażujący. Któż z nas nie odczuwał smutku po stracie czworonożnych przyjaciół? Wspomniana wspólnota doswiadczeń pozwala na utożsamienie się z opowieścią, jednocześnie wiąże się z pojawieniem się podejrzeń o odautorski szantaż emocjonalny. Ta ostatnia kwestia pojawia się nie bez powodu. Mamy bowiem do czynienia z reportażem nieudanym, poznawczo banalnym, sentymentalnym. Szkoda, że autorka nie wykorzystała potencjału tkwiącego w interesującej ją tematyce. Kilka historii opowiadających o więzi ze zwierzętami (nie tylko z psami i kotami, ale też np. kurami) to jednak za mało, by uznać, że problem został przedstawiony wieloaspektowo. Są w tej książce fragmenty, które – jeśli zostałyby rozwinięte – dobrze pokazałyby wielość kwestii wpisanych w śmierć zwierząt i konieczność pożegnania się z ich obecnością w naszym życiu. Do nich zaliczyć można kwestię przemocy domowej, której ofiarą staje się pies, czy historia psich lub końskich cmentarzy, tworzonych niegdyś przez zamożne rody. Widać tutaj chociażby wart rozwinięcia wątek klasowości, związek ekonomicznych możliwości z utrzymaniem zwierząt, psychologiczne konsekwencje przeżywania straty, publiczne budowanie wizerunku więzi ze zwierzętami, zmiany w podejściu do zwierząt w ogrodach zoologicznych itd. Niestety, autorka na plan pierwszy wysuwa emocje. Te zaś, choć angażują, niewiele wnoszą. Tak ważny temat wymaga czegoś więcej niż ostatecznie banalne w swoim wydźwięku wzruszenie. Niekoniecznie.

 

Daria Grzesiek, To był tylko pies. O żałobie po zwierzętach, Wyd. Dowody, Warszawa 2025.


niedziela, 15 lutego 2026

Spojrzenie (G. Øyehaug, Oto słońce)

 

Norweska pisarka proponuje czytelnikom prozę nieoczywistą formalnie. Na uwagę zasługuje rozgrywanie pozycji pisarskiej oraz świadomości tego, że utwór właśnie powstaje. Formalnie główna bohaterka wie, że jest częścią powieści, ma świadomość, że może stać się bohaterką historii innych pisarzy, wreszcie pisze własną powieść, w której istotne okazuje się zajmowane przez nią miejsce. Motywem powracającym i rozpisywanym na różne sposoby jest kwestia spojrzenia – własnego i cudzego. Øyehaug celnie eksponuje wielość możliwych spojrzeń i wynikające z danego patrzenia konsekwencje. Punkt wyjścia to, żartobliwie rzecz ujmując, prawdziwe zatrzęsienie pisarzy na metr kwadratowy. Główna bohaterka, która jest pisarką i uwielbia samotność, odkrywa, że do sąsiedniego domu wprowadza się małżeństwo pisarzy. Nowi sąsiedzi wzajemnie się obserwują. Jednocześnie Øyehaug komplikuje sytuację, opisując spojrzenia i spostrzeżenia pojawiające się w sytuacji hipotetycznej związanej ze snem. Istotnym elementem patrzenia jest fascynacja mężczyzną. Czy doprowadzi do romansu? Czy może jest po prostu niezbędna, aby bohaterka mogła wreszcie zacząć pisać? Mówiąc inaczej, czy przyjemność fizyczna może być tożsama z satysfakcją twórczą. Ciekawym wątkiem jest korespondencja bohaterki z przyjaciółką. W tym wypadku myśli wywołane spojrzeniem zostają wyartykułowane. Stają się komentarzem społecznym, intymnym dopowiedzeniem, wreszcie pretekstem do rozważenia potencjału literackiego. Intrygujące!

 

Gunnhild Øyehaug, Oto słońce, przeł. Karolina Drozdowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2026.


sobota, 14 lutego 2026

Okiełznać chaos (L. Miller, Dlaczego ryby nie istnieją)

 

Znakomita książka! Lulu Miller łączy prozę autobiograficzną z esejem, biografię z prozą zaangażowaną społecznie. Zagadnieniem porządkującym opowieść jest pytanie o sens życia i o możliwość opanowania chaosu. Autorka z jednej strony sięga do własnych przeżyć i do momentów kryzysowych, próbując zmierzyć się ze zwątpieniem, zagubieniem i symptomami depresji, z drugiej – i to dominuje w publikacji – rekonstruuje losy Davida Starra Jordana, naukowca z przełomu XIX i XX wieku, zajmującego się ichtiologią. Ryby będą w tym kontekście nie tylko badawczym konkretem, ale i ważną metaforą determinacji, szukania sposobów na wyeliminowanie chaosu, wreszcie praktykowaniem działań na rzecz triumfu rozumu. Jordan razem ze współpracownikami wyrusza na wyprawy, z których przywozi, opisuje i gromadzi w uniwersyteckich murach obiekty. Specjalnie używam tego uprzedmiotawiającego słowa, bo praca naukowa bohatera książki to przykład popularnego w tamtych czasach podejścia do przyrody. Zwierzęta traktowane są jako zdobycze, które można wyeksponować we własnym kraju i prezentować publiczności. Liczba opisanych przez Jordana ryb jest imponująca. Odkrywa nieznane i nazywa świat od początku. Jest niemalże bogiem. Całą jego pracę niszczy jedno wydarzenie – trzęsienie ziemi, które wymazuje wprowadzony ład i przynosi spełnioną apokalipsę. Jednak naukowiec nie poddaje się. Próbuje odbudować to wszystko, czego nie ma. Na uwagę zasługują poruszające, częściowo poetyckie, częściowo mocne i niemalże brutalne, opisy zaistniałej katastrofy. Miller dobrze pokazuje, jak złudna i zawodna potrafi być pamięć, a także jak ostatecznie bezradny jest człowiek wobec sił przyrody. Pierwsza śmierć ryb, kiedy są zdobyczami, to zwycięstwo, druga śmierć, kiedy trzęsienie ziemi niszczy słoje, w których obiekty się znajdują, to klęska i potwierdzenie ostateczności końca. Bardzo interesujące są te fragmenty opowieści o życiu Jordana, które pokazują go jako wielkiego zwolennika eugeniki. Panowanie nad zwierzętami wiąże się z milczeniem ryb, panowanie nad ludźmi, których uznaje się za zbędnych i niegodnych dalszego rozmnażania, to z kolei odbieranie głosu tym, których klasyfikuje się jako gorszych. Gdzieś w tle istotne więc będzie pytanie o władzę będącą siłą napędową działalności ichtiologa. Na uwagę zasługuje również jego wytrzymałość na trudne doświadczenia w życiu prywatnym. Utrata bliskich osób z rodziny czy problemy w pracy uniwersyteckiej zdają się schodzić na dalszy plan, kiedy naukowiec rusza na jedną ze swoich wypraw. Praca staje się ogarnianiem chaosu, ale i – tego Jordan nie zauważa – niekiedy również ten chaos wprowadza w jego życie. Świetnie rozegranym literacko wątkiem jest tytułowe pytanie. Okazuje się motywem zwrotnym, bo pozwala zwątpić we wszystkie wcześniejsze, stojące po stronie racjonalności starania ichtiologa. Lektura obowiązkowa!

 

Lulu Miller, Dlaczego ryby nie istnieją, przeł. Hanna Pasierska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2026.