Świetnie napisany esej Jan Morris pozwala nie tylko na zbliżenie się do fenomenu włoskiego miasta, które ma w sobie tak wiele z klimatu monarchii austro-węgierskiej, ale też na ucieczkę od utartych skojarzeń i zbudowanie portrety Triestu opierającego się na słowie „nigdzie”. Rzadko zdarzają się opowieści tak dobrze łączące teraźniejszość z przeszłością, wyobrażenie z realnie istniejącym konkretem, osobność z uchwyceniem ducha charakterystycznego dla czegoś większego, melancholię z tęsknotą, zmianę z trwałością, wreszcie zakorzenienie z obietnicą. Jan Morris z jednej strony obserwuje, z drugiej jest cały czas częścią tego miejsca. Jej spojrzenie na historię Triestu wiąże się z Wielką Historią (znakomite fragmenty udowadniające przetrwanie w tym miejscu ducha wiedeńskiego), ale i z historią prywatną. Morris wraca do miasta wiele razy, ale po raz pierwszy przybywa jako mężczyzna i żołnierz. Esej pisze wiele lat po tranzycji jako kobieta. To tożsamościowe uwikłanie o charakterze autobiograficznym wydaje się także mieć znaczenie w kontekście postrzegania Triestu. To miasto, które pamięta i zapamięta – to, co było, i to, bo właśnie jest, to, co należy do minionego, i to, co przynależąc do współczesności, minione dopiero tworzy, to, co przetrwało, i co nie mogło istnieć, bo jest tylko wyobrażeniem. Lektura obowiązkowa!
Jan Morris, Triest, czyli nigdzie, przeł. Jarek Westermark, Wyd. Czarne, Wołowiec 2026.


