Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

sobota, 30 kwietnia 2016

Nierówna walka (A. Sundaram, Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie)

Reporterska książka Sundarama to znakomite uzupełnienie tego wszystkiego, co znamy z innych tekstów na temat ludobójstwa w Rwandzie. Tytuł książki nie pozostawia złudzeń – w kraju naznaczonym tak wielką i totalną traumą nie dzieje się dobrze. Autor pokazuje bowiem, jak pod podszewką pozornie odradzającego się po katastrofie państwa kryje się zupełnie inny, zdecydowanie mniej optymistyczny niż tego chciałby Zachód, obraz Rwandy. Sundaram rekonstruuje swoją walkę o stworzenie grupy dziennikarzy, którzy nie baliby się mówić, pisać, działać krytycznie. Nie chodzi wcale, autor to zaznacza, o konfrontację, raczej o możliwość portretowania rzeczywistości takiej, jaką faktycznie jest, o zdolność zadawania pytań, zmuszających do myślenia, o oprotestowywanie tego, co niesie ludziom krzywdę, o upominanie się o prawdę. Niestety, jego opowieść okazuje się wyjątkowo przygnębiająca. Ci wszyscy, którzy próbują coś robić, są niszczeni przez dyktaturę. Po kolei przegrywają. Albo przechodzą na stronę władz, albo paraliżuje ich strach uniemożliwiający normalne funkcjonowanie, albo są zamykani w więzieniach, albo ukrywają się, by całkiem realne groźby nie zostały wprowadzone w czyn. Sundaram jako reprezentant świata Zachodu pozostaje bezradny. Nie wie, komu może ufać. Czuje się rozczarowany tym, że państwo pokonuje ludzi, którzy mogliby wnieść coś dobrego w codzienność, której są częścią. Jest rozdrażniony z powodu blokady niektórych wiadomości oraz budowania sztucznie optymistycznego wizerunku kraju i prezydenta w mediach. Ma poczucie, że nie tylko przegrywają jego podopieczni, ale i on przegrywa, a z nim Zachód, który reprezentuje. Sundaram nie ukrywa, że w walce z dyktaturą największą siłę rażenia ma słowo. Można je rozpowszechnić, ale i można długo ukrywać, kto za nimi stoi. Radio i telewizja za sprawą głosu oraz obrazu umożliwiają szybszą identyfikację. Słowo, o które walczy Sundaram i które próbował zaszczepić swoim uczniom staje się coraz bardziej bezużyteczne. Największą przegraną jest bowiem mówienie, że nic złego się nie dzieje i traktowanie łamania praw jako normy, z którą trzeba się pogodzić. Takie postawy zaczynają wykazywać uczniowie autora. Rwanda przegrywa więc w walce o wolność słowa.


Anjan Sundaram, Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie, przeł. Iga Noszczyk, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Smutek nie do przezwyciężenia (K.J. Fowler, Nie posiadamy się ze szczęścia)

Fowler proponuje czytelnikom opowieść, która nie tylko wzrusza, zaskakuje, ale i prowokuje do zadania sobie kilku ważnych pytań. Powiedzenie, że historia ta jest opowieścią o zranionej, złamanej przez kłamstwo rodzinie, stanowi zaledwie część prawdy. Pisarka postanawia bowiem zmierzyć się z dużo głębszymi pokładami traumy, zawiedzionego zaufania, koszmaru, którego nie da się cofnąć, wreszcie ostateczności, z którą tak do końca nie da się pogodzić. W trakcie lektury książki czytelnik jest cały czas zaskakiwany. Kiedy wydaje się, że już wszystko wiadomo, ujawnione zostają kolejne fakty, które odwracają wszystko do góry nogami. Zasadne wówczas staje się zastanowienie nad granicami winy i kary. Portretowane przez Fowler postaci, niezależnie od tego, czy należą do świata ludzi, czy do świata zwierząt, zachowują się bardzo podobnie – kochają, nienawidzą, naśladują się wzajemnie, zdradzają, rozpaczają, przeżywają dramat kłamstwa, który burzy wszystko to, co wcześniej zbudowano i co wydawało się trwałe. Główna bohaterka powieści, Rosemary Cooke, pozornie wydaje się całkiem przeciętną dziewczyną z problemami. Nie spodziewamy się tego, co przed nami się odsłoni, a specyfika przeżyć młodej kobiety utrudnia nam utożsamienie się, jednocześnie wywołując smutek, przerażenie i współczucie. Fowler, wbrew temu, co można by sądzić na podstawie tego, co napisałam powyżej, nie epatuje okrucieństwem, nie zmusza do bycia świadkiem koszmaru trudnego do wyobrażenia. Zarówno wtedy, gdy opowiada o maskach włożonych przez członków rodziny, jak i wówczas, gdy zostajemy dopuszczeni do tajemnicy, pozostaje delikatna, dyskretna, a przez to niezwykle wymowna. Kluczowym elementem biografii Rosemary i całej rodziny jest zniknięcie Fern. O siostrze, traktowanej wcześniej jak bliźniaczka bohaterki, nikt nic nie mówi. Jej istnienie, a następnie nieistnienie, stają się tematem tabu. Dowiedzenie się, kim była Fern, na co zgodzili się w imię nauki rodzice Rosemary, co zrobiła bohaterka, a co odkrył później jej brat, to kluczowe elementy tego poruszającego, budzącego niepokój, rozdrapującego rany dramatu. Jesteśmy świadkami mniej lub bardziej skrywanej tragedii matki, która traci tę, którą uważała za swoje dziecko, ojca, który próbuje uzasadniać wszystko nauką i koniecznością, syna, który odkrywa prawdę i nie może znieść jej koszmaru, wreszcie córki, która wypiera wszystko z pamięci, uciekając od wiedzy, wspomnień i poczucia winy. To znakomita powieść o granicach, które gotowi jesteśmy przekroczyć, by uwierzyć w międzygatunkowe więzi, o bólu, którego nie da się ukoić, bo na zawsze jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoimy, o zapomnieniu, które niczego nie załatwia, bo pamięć i tak upomni się o swoje, sprawi, że przeszłość zaboli, ale i da ukojenie. Bardzo dobre.


Karen Joy Fowler, Nie posiadamy się ze szczęścia, przeł. Kamila Sławińska, Wyd. Poradnia K, Warszawa 2016.

środa, 27 kwietnia 2016

Sztuka, głód i śmierć (B. Moynahan, Leningrad. Oblężenie i symfonia)

Znakomicie napisana, trzymająca w napięciu, porażająca, świetne oddająca dramat oblężonego Leningradu, koszmar głodu i jednocześnie ciągle istniejącą tęsknotę za sztuką – takimi słowami można określić książkę Briana Moynahana. Autor z wielką precyzją, literackim talentem, umiejętnością łączenia tego, co zwyczajne, z tym, co wydarza się w czasie szczególnym, rekonstruuje losy miasta skazanego na nierówną walkę z dojmującym brakiem tego wszystkiego, co potrzebne do życia. Jednocześnie częścią tej historii staje się biografia wybitnego kompozytora Dmitrija Szostakowicza i jego „VII Symfonii” powstałej ku chwale Leningradu. Można by więc powiedzieć, że to, co wzniosłe, pełne ideałów, piękne cały czas towarzyszy temu, co poraża swoją brzydotą, okrucieństwem, paraliżującym strachem. Wielkim atutem tej zapadającej w pamięć książki jest pieczołowite odtworzenie atmosfery panującej w mieście naznaczonym klęską głodu. Moynahan nie tylko opisuje wygląd ulic, trupy ludzi i koni na ulicach, masowe umieranie, ale też rozpaczliwe próby szukania pożywienia. Mamy więc historie zjadanych szczurów, kotów i psów, ale też porażające w swojej wymowie świadectwa powtarzających się aktów kanibalizmu. Autor koncentruje się nie tylko na dramacie oblężonego miasta, pokazuje również, jak traktowano artystów za rządów Stalina i jak próbowano tłumić idee w imię karykaturalnego pojmowania sztuki jako służby państwu. Wyjątkowo dramatycznie wybrzmiewają informacje o losach twórców – zniszczonych przez system, umierających z głodu, odchodzących z powodu wyziębienia organizmu. Finał książki, w którym „VII Symfonia” Szostakowicza zostaje wykonana w Leningradzie, mieście, któremu utwór został poświęcony, okazuje się wielkim zwycięstwem sztuki nad pozornie niedyskutowaną siłą zniszczenia. Wzruszenie budzi zachowanie muzyków, ich gotowość grania wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko, wreszcie spełnione pragnienie upodlonych ludzi, by choć na chwilę dotknąć tej rzeczywistości, która była czymś zwyczajnym przed rozpoczęciem oblężenia. Moynahan, choć pokazuje wiele momentów, o których można mówić, że portretują przekroczenie granic człowieczeństwa (wspomniane akty kanibalizmu), jednocześnie nie przestaje opisywać niepojętej tak naprawdę mocy tkwiącej w ludziach, umożliwiającej przetrwanie i dającej nadzieję, że cywilizacja nie została jednak doszczętnie zniszczona. Przeżycia jednostek, świadectwa konkretnych ofiar wojny sąsiadują tutaj z opowieścią o charakterze uniwersalnym – rozrysowującą zasady funkcjonowania państwa totalitarnego, odsłaniającą reguły rządzące złamanym społeczeństwem, wreszcie pokazującą zadziwiającą wręcz miłość do sztuki, która nie ginie w cieniu realnego zagrożenia własnego życia. Pozycja obowiązkowa.


Brian Moynahan, Leningrad. Oblężenie i symfonia, przeł. Jerzy Korpanty, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Chwilo trwaj (M. Głowiński, Carska filiżanka)

Tom wspomnieniowej prozy Michała Głowińskiego rozpoczyna się tekstem pt. „Epifania”, w którym natkniemy się na intrygujące rozważania dotyczące przemijania. Starość skojarzona zostaje ze zmęczeniem, które przychodzi nagle, zdradziecko, sprawia, że praca, jaką wcześniej mogliśmy wykonywać godzinami, zaczyna zajmować nam trochę więcej czasu, bo poprzetykana jest koniecznością odpoczynku. Jednocześnie pojawia się krótkie wspomnienie z przeszłości, jakby niedokończone, na pewno niedopowiedziane, a wszystko z tego tylko powodu, że czasu, co oczywiste, nie da się cofnąć, nie można więc wiernie zrekonstruować tego, co umknęło częściowo w mrokach niepamięci. Michał Głowiński nie ukrywa zresztą, że są doświadczenia, których nie da się zapomnieć, a osoby, sytuacje, rzeczy uruchamiają chwile i sceny z przeszłości, które wydawały się zniknąć całkowicie w czasie minionym. Autor pisze: „Jeśli zaznało się Zagłady nawet w dzieciństwie, to nie można się od niej zdystansować. Naznacza ona na całe życie” (s. 14). Kolejne opowieści przypominają obrazy, które wyłaniają się z cienia, mgły, pewnego zamazania skazującego na przypatrywanie się ze wzmożoną uwagą. Oddają emocje trudne do uchwycenia i zdefiniowania. Naznaczone są utratą i poczuciem, że coś ważnego umknęło, nie wydarzyło się, choć mogło mieć miejsce, albo wręcz przeciwnie, stało się, choć nie zostało do końca uświadomione. Tak jest na przykład wtedy, gdy Głowiński przypomina sobie dni urodzin z okresu, gdy ukrywał się w czasie wojny, a jego prawdziwa data urodzenia nie była znana. W „Kaszance i śniegu” to, co w świecie zwyczajnym byłoby może mało znaczące, staje się chwilą, której się nie zapomina. W cieniu Zagłady nawet padający śnieg może okazać się fantastycznym prezentem. W „Zabójczym chlebie” przywołane zostaje wspomnienie, które odwraca tradycyjne skojarzenia. Chore, wygłodzone dziecko zostaje nakarmione chlebem przez ojca, który cudem go odnajduje u sióstr zakonnych. Niestety, ta historia nie ma happy endu, jak zresztą wiele podobnych z czasów wojny. Opowieść zatytułowana „Carska filiżanka” nie jest pochwałą kolekcjonerstwa ani kruchości wpisanej w niektóre przedmioty. Michał Głowiński deklaruje: „[…] filiżanka interesuje mnie jako ślad przeszłości, jako swego rodzaju świadectwo, a przede wszystkim – paradoksalnie – to, że w istocie nie wiadomo, o czym […] miałaby świadczyć” (s. 67). W „Najstarszym” pojawia się postać studenta i podziwianego przez niego profesora. To, w jaki sposób młody mężczyzna mówi o swoim mentorze, okazuje się ujawnieniem pewnego drugiego dna – podziału, który nie został zniesiony, słownictwa, które nie przez każdego byłoby użyte, wreszcie szacunku specyficznego rodzaju, który nie przez wszystkich właśnie tak byłby wyrażony. „Helmut (Z opowieści Dawida W.)” to historia przyjaźni w miejscu, które zmuszało do mierzenia się z ostatecznością. Wyjście z obozu staje się nie tylko rozpoczęciem nowego życia, ale i próbą wypełnienia zobowiązania w stosunku do tego, kto okazał się bliski w chwilach najtrudniejszych. Niestety, okazuje się również koniecznością zetknięcia się z wyjątkowym okrucieństwem i pogardą człowieka dla człowieka. „Rapsodia rumuńska” to z kolei przejmujący portret niespełnienia, erotycznej fascynacji, zakazanego uczucia, niemożności osiągnięcia stanu, który jest upragniony. Z podobną sytuacją homoseksualnego zachwytu, a jednocześnie odebrania sobie samemu szansy na spełnienie pragnień mamy do czynienia w opowieści „I ja miałem stracone noce”. Przeszłość, brak możliwości cofnięcia czasu, wyraziste obrazy tego, co miało miejsce przed laty, wreszcie namacalne wręcz odczuwanie sensualności minionego – taki ton dominuje w zamieszczonych w tomie tekstach.


Michał Głowiński, Carska filiżanka. Szesnaście opowieści, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Obowiązek (Pamiętnik Mary Berg. Relacja o dorastaniu w warszawskim getcie)

„Pamiętnik Mary Berg” to bardzo wczesne świadectwo tego, jaki los Niemcy zaplanowali Żydom. Książka ukazała się po raz pierwszy drukiem już w 1945 roku. Autorka zapisków po dotarciu do Stanów Zjednoczonych stała się zresztą bardzo aktywnym świadkiem Zagłady. Dzięki jej opowieściom wielu ludzi dowiedziało się, jak wyglądało życie w getcie i jak dramatyczne przeżycia były udziałem Żydów. Pamiętnik nastolatki okazuje się wyjątkowo dojrzały. Mary Berg jest nie tylko świadoma tego, że sytuacja Żydów staje się coraz trudniejsza, umie również dostrzec liczne niuanse znakomicie charakteryzujące relacje międzyludzkie i codzienność panującą w warszawskim getcie. Mocnym akcentem w relacji autorki jest opis działań Polaków wskazujących Niemcom Żydów. Mary Berg wyraża zdziwienie i przerażenie faktem, iż mimo wspólnoty doświadczeń wojennych istnieje aktywna grupa tych, którzy w imię nienawiści gotowi są na traktowanie innych w brutalny i pogardliwy sposób. Autorka nie sili się na interpretację tych faktów, nie próbuje tłumaczyć miedzysąsiedzkiej zdrady, z lękiem natomiast odnotowuje, że wrogami Żydów są nie tylko Niemcy, ale i niektórzy Polacy. Ważnym wątkiem, który powraca w dzienniku Mary Berg jest kwestia różnic ekonomicznych i klasowych podtrzymywanych wśród ludzi zamkniętych w getcie. Nastolatka ma świadomość, że jest osobą uprzywilejowaną chociażby z tego powodu, że nie brakuje jej jedzenia. Razem ze znajomymi dosyć szybko stara się odtworzyć normalne towarzyskie życie. Młodzi spotykają się więc by rozmawiać, przygotowują sztukę, uczestniczą jako twórcy i widzowie w życiu artystycznym getta. Mary Berg jest również, tak chyba można powiedzieć, szczęściarą z innego powodu. Jej matka to obywatelka Stanów Zjednoczonych i dzięki temu cała rodzina ma szansę na ocalenie. Autorka dzienników zdaje się odczuwać ogromny ciężar z tego powodu – z jednej strony jest pełna nadziei, z drugiej wie, że zderza się na co dzień z ostatecznością i niczego z dawnego świata tak naprawdę nie da się odtworzyć. Szczególnie dramatyczna jest wymiana listów między Mary a jej chłopakiem, który wie, że po rozstaniu nigdy już się nie zobaczą i że w getcie czeka go śmierć. Nastolatka mimo młodego wieku czuje się zobowiązana do pamiętania i przekazania możliwie największej ilości faktów tym, którzy nie umieją sobie wyobrazić koszmaru codzienności za wzniesionymi w środku miasta murami. Obowiązek ten wypełnia pisząc, a następnie, już po ocaleniu, dając świadectwo.

Pamiętnik Mary Berg. Relacja o dorastaniu w warszawskim getcie, przeł. Adam Tuz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Wybrane, by latać (A. Sulińska, Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u)

Reportaż Anny Sulińskiej można by porównać z popularnym serialem amerykańskim pt. „Pan Am”. Bohaterkami książki są stewardesy LOT-u, natomiast serial opowiada o losach kobiet pracujących w liniach lotniczych Pan Am. W obu przypadkach mamy do czynienia ze zderzeniem faktycznej ciężkiej pracy z wyobrażeniem na temat tego zawodu. Ludzie zazwyczaj uważali, że stewardesy przede wszystkim są ozdobą każdego lotu. Stereotyp ten podtrzymywał zawsze nieskazitelny wizerunek pracownic linii lotniczych, ich pojawianie się na okładkach pism, wreszcie podwójnie uprzywilejowany status zawodu za sprawą dostępności do dóbr Zachodu oraz niewielka liczba kobiet, które tę pracę wykonywały. Sulińska proponuje czytelnikowi bardzo ciekawy wycinek her-story. Wiele wspomnień, które udało się jej usłyszeć, zostały opowiedziane po raz pierwszy. Za sprawą hermetyczności środowiska autorka miała trudności z dotarciem do swoich rozmówczyń i z namówieniem ich na zwierzenia. Najciekawsze bowiem, jak to często bywa, zdarzało się nie w oficjalnej opowieści, ale w tej towarzyskiej, prywatnej, czasami intymnej. Bardzo znaczący jest fakt, iż w przypadku „Wniebowziętych” mamy możliwość wysłuchania głosu tych, które wcześniej milczały. Byłe stewardesy opowiadają o tym, co w wersji zachodniej możemy oglądać we wspomnianym serialu. Tyle że tutaj słuchamy historii naznaczonych życiem w systemie komunistycznym. Stewardesy wspominają na przykład przewożenie różnych towarów, dzięki którym mogły się wzbogacić, opowiadają o dostępności do strojów i produktów z krajów, do których przeciętny obywatel nie mógł wyjechać, wspominają kupowanie leków dla tych, którzy w medykamentach z Zachodu widzieli często ostatni ratunek dla chorych bliskich. Oprócz licznych anegdot bohaterki reportażu przywołują również chwile dramatyczne, jak np. porwania samolotów, awaryjne lądowania, katastrofy lotnicze czy ucieczki z kraju. Książka Sulińskiej to interesujący reportaż o stewardesach w okresie PRL-u, jednocześnie lektura ta staje się ciekawym świadectwem funkcjonowania w komunizmie i doświadczania odrobiny tego, co tak bardzo pociągało w Zachodzie, a mianowicie wolności. Autorce udaje się uchwycić klimat tamtych czasów, oddać atmosferę ciągłego braku rzeczy najpotrzebniejszych, ale i tych, które można by określić mianem dostępnego luksusu, wreszcie pokazać odwagę i siłę charakteru często bardzo młodych kobiet, które zdecydowały się latać.

Anna Sulińska, Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 23 kwietnia 2016

Kłopotliwi (M. Caparrós, Głód)

W przypadku „Głodu” Caparrósa mamy do czynienia z reportażem społecznie zaangażowanym. Autor zresztą nie ukrywa tego faktu. Co więcej, niektóre momenty kojarzyć się mogą nawet z manifestem wzywającym do działania i nakazującym odrzucenie dotychczasowej bierności. Jednocześnie Caparrós próbuje pokazać problem głodu na świecie w możliwie szerokim kontekście. Reportaż ten jest nie tylko bogaty w fakty, dramatyczne historie konkretnych bohaterów, portrety całych grup społecznych dotkniętych tragedią braku odpowiedniej ilości jedzenia, ale również we wspomniane wezwania do zrobienia czegoś w tej sprawie, oskarżenie systemu, wreszcie bezpośrednie zwroty do czytelnika, by poczuł, że to również jego prywatna sprawa. O ile emocjonalne deklaracje odautorskie na początku książki są dobrym wprowadzeniem do problemu, pokazującym konieczność włączenia się w próby zmieniania świata na lepsze, o tyle powtarzające się co jakiś czas pełne oburzenia i zdziwienia fragmenty oskarżające świat, wszystkich ludzi, system wydają się kompozycyjnie i ideowo zbędne. Wbrew oczekiwaniom autora stają się tym, co można by nazwać nadmiarem słów. Fakty przytaczane przez autora są na tyle mocne, porażające i dramatyczne, że nie ma najmniejszej potrzeby, by je dodatkowo w ten sposób wzmacniać. Caparrós opisuje przeludnienie, osłabienie organizmu, brak szansy na jakąkolwiek zmianę, umieranie z głodu, wreszcie szukanie pożywienia na ogromnych wysypiskach śmieci. Akcentuje płciowy charakter głodu, zwracając uwagę, iż dramat ten dużo częściej dotyczy kobiet, często bardzo młodych, i ich dzieci. Pokazuje estetyzowanie problemu przez państwa syte, które unikają słowa głód, a zamiast tego chętnie decydują się na używanie różnego rodzaju eufemizmów. Portretuje złożoność rzeczywistości, odwiedzając Niger, Indie, Bangladesz, Argentynę, Sudan Południowy i Madagaskar. Na przykładzie Stanów Zjednoczonych przygląda się otyłości jako znakowi biedy (efekt taniego, niezdrowego jedzenia), nie zaś zamożności. Ujawnia systemowy charakter głodu, przypominając, że chodzi tak naprawdę o niesprawiedliwą reglamentację dostępu do pożywienia. Ci, którzy nie mają, co jeść, traktowani są jak ludzie zbędni, niepotrzebni, kłopotliwi. Syte społeczeństwa najczęściej nie dostrzegałyby tego, że gdzieś na świecie, a często i wśród nich, są ci, którzy mogą nie dożyć jutra z powodu doświadczanego głodu. Caparrós, mimo wielkiego zaangażowania w sprawę, nie jest naiwny. Pozostawia czytelnika bez łatwych odpowiedzi, za to z drażniącym poczuciem, że jeśli wszyscy rozłożymy bezradnie ręce, w pewnym sensie będziemy współwinni.


Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

środa, 20 kwietnia 2016

Bez zachwytu (R. Foryś, Gambit hetmański)

Powieść Roberta Forysia obliczona jest na komercyjny sukces – piękne wydanie, atrakcyjna kobieta na okładce, sugestia, iż poznawać będziemy historie mężczyzn, którzy mają władzę, ale tak naprawdę rządzeni są przez kobiety, wreszcie imponująca objętość książki (ponad tysiąc stron, trzy tomy w jednym). Brak jakiejkolwiek informacji o autorze na okładce jest w powyższym kontekście dziwny i, tak bym to nawet ujęła, karygodny. „Gambit hetmański” to próba połączenia stylistyki charakterystycznej dla opowieści spod znaku płaszcza i szpady (Dumas się kłania) z powieścią historyczną, przygodową i teoriami spiskowymi. Akcja książki rozgrywa się za panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Marysieńka Sobieska marzy o tym, by zdetronizować króla i wprowadzić na tron męża. Jesteśmy świadkami walk o wpływy, licznych knowań, plotek i nieuczciwych poczynań, planów, w których życie ludzkie okazuje się mało ważne, oraz igrania z emocjami i kupczenia ciałami w imię zdobywania kolejnych sojuszników. Książka Forysia niewątpliwie ma potencjał. Niestety, nie został on w dużej mierze wykorzystany. Autor sięga po zgrane chwyty i bardzo szybko można się zorientować, w jaki sposób będą eliminowani ci, którzy stoją na drodze do realizacji niecnych planów. Owa przewidywalność nie byłaby może tak rażąca, gdyby nie to, jak powieść została napisana. Foryś właściwie zrezygnował z jakiejkolwiek stylizacji, cała historia opowiedziana jest więc tak, jakby działa się współcześnie. Taki zabieg można by jeszcze momentami próbować zrozumieć, gdyby nie stosunkowo szkolny, mało literacki język. Niektóre sformułowania w ustach osób żyjących w XVII wieku brzmią po prostu śmiesznie. Dodatkową wadą powieści są opisy scen seksu – wyjątkowo kuriozalne i zabawne. Próba oddania erotycznych uniesień to często duże wyzwanie dla autora. U Forysia fragmenty te przypominają sceny rodem z marnego harlequina, są zdecydowanie nieudane, pretensjonalne, kiczowate. Finał trylogii również rozczarowuje. Okazuje się bowiem, że kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością będą żyć długo i szczęśliwie w sielankowej atmosferze, a wszystko to, co działo się wcześniej, zostaje zapomniane. Tak po prostu, bez żadnego psychologicznego uzasadnienia. Dla kogo jest więc książka Forysia? Na pewno nie dla wielbicieli powieści historycznych, bo od takiej Elżbiety Cherezińskiej Foryś mógłby się dużo nauczyć. Raczej dla fanów romansów i to tych mniej wymagających.


Robert Foryś, Gambit hetmański, Wyd. Otwarte, Kraków 2016.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Wrzucone w nieistnienie (M. Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu)

Książka Marty Abramowicz to publikacja ważna, pionierska, niezwykle mocna w swoim przekazie. Pokazuje bowiem nie tylko, jak wygląda świat kobiet decydujących się na życie w zakonie, ale – co dużo ważniejsze – odsłania okrucieństwo budujące fałszywe podstawy służby Bogu. Autorka nie ukrywa, że dotarcie do kobiet, które zdecydowały się zrezygnować z bycia zakonnicą, przypominało działanie skazane od początku na porażkę. Nie dlatego, że takich kobiet nie ma, ale z tego powodu, że decydują się one zazwyczaj na milczenie i nie opowiadają o trudnych, często traumatycznych, przeżyciach. Fakt, iż udaje się autorce znaleźć bohaterki, które chcą się podzielić swoimi doświadczeniami, jest więc wielkim sukcesem. Nie chodzi, oczywiście, o sukces związany z możliwością sfinalizowania projektu, jakim jest książka. Mam na myśli raczej wagę tego, o czym mówią byłe zakonnice. Każde z tych świadectw to istotny głos na temat prawdziwej twarzy Kościoła oraz niechęci tej instytucji do wykorzystywania zapału i inteligencji kobiet. W relacjach bohaterek książki powracają te same momenty: nagłe odkrycie, że ich wiara nie liczy się, a najważniejsze jest posłuszeństwo; nagłe poczucie, że jest się przedmiotem, nie zaś podmiotem, bo myślenie podlega w zakonie karze; nagłe wątpliwości, czy jest się we właściwym miejscu, skoro potencjał zakonnic marnuje się na wykonywanie zbędnych, powtarzalnych czynności, zamiast inwestowania w głoszenie Dobrej Nowiny wśród ludzi. To, co szczególnie uderza w opowieściach byłych zakonnic, to próby uczynienia kobiet bezwolnymi poprzez odbieranie im tego, co jest ich prywatną własnością, kontrolowanie korespondencji, niszczenie rodzących się więzi przyjaźni i osłabianie relacji rodzinnych, ubezwłasnowolnienie prowadzące do konieczności pytania się o pozwolenie w każdej, nawet najbłahszej sprawie (np. zakup środków higienicznych). Szczególnie interesującym wątkiem jest zderzenie upokorzenia zakonnic polskich z zupełnie innym statusem zakonnic na Zachodzie oraz zakonników w naszym kraju. W tle tych opowieści wybrzmiewa dramat podeptanej godności, zniszczonej wiary i zawiedzionych ideałów. A wszystko to, rzekomo, w imię posłuszeństwa sile najwyższej. Bardzo dobre.


Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Migawkowo (M. Hawranek, Sz. Opryszek, Tańczymy już tylko w Zaduszki)

Zbiór reportaży Marii Hawranek i Szymon Opryszka z pewnością budzi zaciekawienie. Potencjalnie interesująca jest bowiem informacja z podtytułu. Ameryka Łacińska ciągle wydaje się miejscem dosyć mało znanym, zdecydowanie rzadziej opisywanym niż inne rejony świata. Niestety, choć autorzy odwiedzili różne kraje, choć odwołują się do zainteresowania człowiekiem deklarowanego przez Ryszarda Kapuścińskiego, choć czasami stają się częścią opowieści, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, iż książce tej czegoś brakuje. Postawiono tutaj na migawkowość i mozaikowość, trochę podobne w swoim zamyśle do tego, co dostrzegalne jest u Artura Domosławskiego w „Gorączce latynoamerykańskiej”. O ile jednak u autora „Wykluczonych” przeplatanie historii z różnych miejsc układa się w zwartą całość, mocny głos na temat dyktatur wojskowych, o tyle u Hawranek i Opryszka pomysł ten realizowany jest trochę przypadkowo, tak, jakby reporterzy chcieli napisać o wszystkim, co ich zaciekawiło. W efekcie zamiast intrygującego tomu odsłaniającego nam nieoczywisty obraz takich krajów jak Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Meksyk, Brazylia, Wenezuela i Paragwaj, otrzymujemy dość chaotyczny zbiór, w którym dominuje powierzchowny przekaz turystyczny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że część problemów zostało potraktowanych nazbyt anegdotycznie. Szkoda, bo zasługują często na dużo pełniejszy i bardziej zniuansowany obraz. Owszem, jest tutaj kilka całkiem dobrych tekstów, odsłaniających uniwersalność pewnych doświadczeń, ale i ich szczególność, zważywszy na przeżycia jednostek. Mam tu na myśli chociażby tekst „Mój tato jest głupiutki”, gdzie kwestia pamięci sprowadzona zostaje do choroby, przeznaczenia i nierównej walki o to, by znaleźć antidotum na zapomnienie. Warto też zatrzymać się przy reportażu „Lepiej nago”, opisującym akcję solidarności z upokorzonym przez policję studentem, i przy tekście „Zgniłe jabłka” portretującym zamkniętą, małą społeczność, w której dochodzi do powtarzalnych gwałtów na śpiących kobietach.


Maria Hawranek, Szymon Opryszek, Tańczymy już tylko w Zaduszki. Reportaże z Ameryki Łacińskiej, Wyd. Znak, Kraków 2016.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Zagrożeni (J. Ambroziewicz, Zaraza)

Przypomnienie reportażu Ambroziewicza współczesnym czytelnikom to pomysł doskonały. Nie tylko z tego powodu, że mamy do czynienia ze znakomitym tekstem, ale również z tego powodu, że zbeletryzowany dokument autora świetnie wpisuje się w całkiem aktualne lęki i niepokoje odsłaniając uniwersalność strachu przed śmiercią i bezradność człowieka w niektórych potyczkach z chorobą. Już na początku jesteśmy zaintrygowani – najpierw mocny, zapadający w pamięć, pozornie tylko oczywisty tytuł, potem pełen niemalże namacalnego niepokoju początek, sugestywne oddanie lęku z powodu stanu chorej kobiety, wreszcie ostateczność tego, co się wydarza. Mamy zatem trzęsienie ziemi – nagłą śmierć zdrowej osoby na trudną do zidentyfikowania dolegliwość, no a potem, zgodnie z regułą Alfreda Hitchcocka, napięcie tylko rośnie – natkniemy się na lekarza, który głośno dzieli się podejrzeniami, rozpoczyna się akcja odizolowania pacjentów, którzy mogli zostać zarażeni, i próby walki z chorobą. Walki nierównej, na wszystkich frontach, obejmującej różne sfery życia, zmuszającej do przewartościowania planów oraz nawyków. Mieszkańcy Wrocławia jednak nie protestują. Wiedzą, że chodzi nie tylko o ich zdrowie, ale i życie. Choroba, którą próbują pokonać lekarze, to ospa prawdziwa. Sytuacja jest więc poważna i tę powagę udaje się Ambroziewiczowi znakomicie oddać. Będą ofiary śmiertelne, będzie poszukiwanie tych, którzy mogą zarażać, ale nie stawili się w szpitalu, będą organizowane izolatoria, w których pojawią się trudności typowe dla funkcjonowania w zamknięciu wśród obcych sobie ludzi. Można by więc powiedzieć, że ów fabularyzowany reportaż stanowi oryginalne połączenie powieści psychologicznej, thrillera medycznego i powieści sensacyjnej. Duszną atmosferę miasta naznaczonego zarazą i skazanego na osamotnienie będące skutkiem przymusu izolacji dodatkowo wzmaga fakt, iż trwa właśnie gorące lato 1963 roku. Opowieść o Wrocławiu ma więc w sobie coś apokaliptycznego, a jednocześnie przedziwnie krzepiącego. Ci, którzy podejmują walkę z wrogiem trudnym do opanowania, nie są wielkimi bohaterami, lecz zwykłymi ludźmi. W chwili próby odnajdują jednak w sobie cechy, których sami się nie spodziewają. Stają się przywódcami, którzy dowodzą w poszczególnych bitwach na tyle skutecznie, że pewnego dnia można już powiedzieć, że zaraza została pokonana. Pozycja obowiązkowa.


Jerzy Ambroziewicz, Zaraza, posłowie: Szymon Słomczyński, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

sobota, 16 kwietnia 2016

Wrzuceni w niepewność (W. Lord, Titanic. Pamiętna noc)

Dla tych, którzy interesują się historią „Titanica”, książka ta stanie się lekturą obowiązkową. Dla tych natomiast, którzy wcześniej wiedzieli o katastrofie niewiele, znali tylko podstawowe fakty, książka Lorda pozwoli wyobrazić sobie panującą na statku atmosferę oraz uświadomić sobie, jak różne były postawy ludzi w chwili krytycznej. Dla jednych i drugich to z pewnością tekst potencjalnie istotny. Mamy przecież do czynienia z klasyczną pozycją, jeśli chodzi o portretowanie ostatnich chwil pasażerów „Titanica”. Fakt, iż autor rozmawiał z wieloma ocalonymi z katastrofy, jest dodatkowym atutem (książka ukazała się w 1955 roku). Zwłaszcza że Lord jest świadomy względności pamięci. Opisując różne momenty, kluczowe dla rozwoju sytuacji, świetnie oddaje to, iż są one odmiennie wspominane przez pasażerów. Autor koncentruje się na nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, kiedy to „Titanic” po zderzeniu z górą lodową tonie. W trakcie lektury widać wyraźnie, iż mamy do czynienia z intrygującym przykładem literatury faktu. Lord proponuje zbeletryzowaną opowieść o ostatnich chwilach transatlantyku, który podobno był niezatapialny. Nie tylko z dużą wrażliwością dawkuje napięcie – sceny, gdy wszyscy myślą, że tak naprawdę nic się nie stało, gdy bagatelizowany jest fakt otarcia się o górę lodową, gdy obserwujący „Titanica” ze stosunkowo niedużej odległości statek „Californian” nie reaguje na dziwne sygnały, to prawdziwy majstersztyk. Udowadniają bowiem, jak trwale w umysłach pasażerów zakorzenił się mit o możliwości pokonania natury. Równie interesujące są fragmenty pokazujące, w jaki sposób ci, którym dano szansę na ratunek, zachowywali się wobec namacalnego, tak można by rzec, doświadczenia ostateczności. Lord opisuje i bohaterstwo, i tchórzostwo, i próby oszustwa, i brutalne odwracanie się od drugiego człowieka, by przypadkiem nie narazić własnego życia. Zwraca również uwagę na klasowy i ekonomiczny kontekst otrzymania szansy na ratunek. Choć pomagano najpierw kobietom i dzieciom, to jednak pasażerom trzeciej klasy było dużo trudniej dotrzeć do szalup i otrzymać w nich miejsce. W efekcie proporcje dotyczące tych, którzy zginęli i którzy przetrwali, odtwarzają istniejącą hierarchię społeczną. Wśród bogatych przedstawicieli elit ci, którzy przeżyli, byli najliczniej reprezentowani. Ciekawym wątkiem, na który zwraca uwagę Lord, jest reakcja mediów na to wydarzenie, które – jak powszechnie uważano – nie powinno mieć miejsca. Na podstawie kilku stron poświęconych temu problemowi można wysnuć kilka ciekawych wniosków na temat tego, jak opisuje się wielkie tragedie i jak traktuje się osoby, które choć mogą być dostarczycielami informacji, jednocześnie, a może przede wszystkim, są ofiarami. Pozycja obowiązkowa.


Walter Lord, Titanic. Pamiętna noc, przeł. Maria Zawadzka, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

środa, 13 kwietnia 2016

Kto kogo potrzebuje? (L. Groff, Fatum i furia)

Pomysł, by podzielić książkę na dwie części i pokazać tę samą historię jako inną, bo opowiedzianą z perspektywy dwóch różnych osób, nie jest, oczywiście, niczym nowym. Mówienie zatem o pewnym nowatorstwie, jeśli chodzi o formę, jest w tym przypadku nadużyciem. Groff proponuje czytelnikom opowieść o małżeństwie – doskonałym na pokaz, doskonałym w czterech ścianach domu, a jednocześnie karykaturalnym, gdy weźmiemy pod uwagę prawdziwe myśli i ukrywane czyny obojga. Jeśli więc potraktowalibyśmy tę historię jako świadectwo niemożności porozumienia się ludzi sobie najbliższych, otrzymalibyśmy historię, w której związek oparty jest na kłamstwie i prawdzie jednocześnie. Mathilde, jak się okaże, jest świetną kreatorką – kształtuje więc swoje życie po to, by uciec od traum nad nią ciążących, kształtuje codzienność męża, by stworzyć mistrza i aby trwać w poczuciu spełnienia, próbuje wreszcie swoich sił w panowaniu nad innymi ludźmi, prowadząc chociażby grę z matką partnera. Powieść tę można jednak z powodzeniem czytać jako świadectwo nierównomiernego podziału zadań. Lancelot od dzieciństwa szykowany jest na kogoś wielkiego, nie rozpatruje więc nawet wersji, że może być mężczyzną zwyczajnym. Z kolei jego żona godzi się na rolę towarzyszącą, choć tak naprawdę okazuje się demiurgiem tego wszystkiego, co w ich życiu się przydarza. Obserwujemy dramat samotności w tłumie – każda z osób, które są częścią biografii bohaterów, w jakiś sposób nie jest sobą, wkłada maskę i szybko się do niej przyzwyczaja. Zresztą imprezy i spotkania ze znajomymi są tutaj przedstawione w specyficzny, typowo amerykański sposób. Przyglądamy się ludziom znudzonym, sztucznym, bogatym, mającym zwykle pozorne problemy. Pierwsza część powieści jest w związku z tym dosyć pretensjonalna. Na uwagę zasługuje relacja Lancelota z matką i Mathilde z teściową. Toksyczna więź nie przestaje być uzależnieniem nawet wówczas, gdy jest kontrolowana i ostatecznie przerwana. Książka Groff to jeszcze jedna wersja opowieści o małżonkach, którzy mają przed sobą tajemnice i nie umieją pokazać się partnerowi w wersji prawdziwej. Całkiem ciekawa, na pewno jednak klasyfikowanie jej jako lektury, której nie da się zapomnieć, jest dużą przesadą.


Lauren Groff, Fatum i furia, przeł. Mateusz Borowski, Wyd. Znak, Kraków 2016.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Człowiek człowiekowi (P. Short, Pol Pot. Pola śmierci)

W angielskiej wersji podtytułu monumentalnej biografii Pol Pota natkniemy się na określenie „Anatomia koszmaru”. W wersji polskiej zdecydowano się na czytelne odniesienie do jednego z najważniejszych świadectw na temat dyktatury Czerwonych Khmerów, a mianowicie do książki Hanga Ngora „Pola śmierci”. W obu przypadkach zaakcentowany zostaje dramat mieszkańców Kambodży, co w tym kontekście jest najistotniejsze, sam Pol Pot natomiast jawi się jako sprawca, demiurg, okrutny ideolog. Philip Short na początku swojej książki mocno akcentuje fakt, iż historyk bardzo przypomina detektywa. Tym samym opisuje swój sposób pracy oraz wyzwania czyhające na badacza zajmującego się historią XX wieku: „Współczesne dokumenty, zeznania świadków, ich późniejsze wspomnienia, porównane i połączone z innymi źródłami dostarczają zasadniczych wskazówek co do natury ukrytej za nimi »zbrodni«, czyli prawdy historycznej. Badacz stara się wydobyć z tej amorficznej masy szczegółów portret bohatera lub antybohatera opowieści” (s. 9). Deklaracja Shorta każe nam się zastanowić nad pułapkami czyhającymi na tego, kto czerpie ze świadectw osób, które były świadkami, ofiarami lub uczestnikami wydarzeń. W zależności od tego, jaką rolę ludzi ci pełnili i jaki jest ich stosunek do wydarzeń z przeszłości, takie są też ich wypowiedzi. Historyk, co sugeruje Short, musi więc być czujmy i uważny. W przypadku Pol Pota mamy do czynienia z człowiekiem odpowiedzialnym za, jak podają niektóre źródła, śmierć blisko 2,5 miliona ludzi. Mówienie o nim jako o zbrodniarzu wydaje się oczywiste. Tymczasem Short pokazuje, że nie dla wszystkich ocena decyzji przywódcy jest jednoznaczna. Są i tacy, którzy nadal go podziwiają. Wielkim atutem sposobu opowiadania historyka jest więc pokazanie dwuznaczności ocen wpisanej w wydarzenia, które określamy mianem ludobójstwa. W efekcie więc Pol Pot – antybohater – dla niektórych staje się bohaterem. Oprócz szczegółowej rekonstrukcji wydarzeń prowadzących do objęcia władzy w państwie przez Czerwonych Khmerów Short skupia się na barwnych, intrygujących, nieoczywistych portretach twórców rewolucji. Relacjonując wprowadzane przez nich w życie idee pokazuje, jak nasiąkli ideami komunistycznymi we Francji, by następnie stworzyć niepowtarzalną, wyjątkowo okrutną i bezlitosną wersję komunizmu w Kambodży. Rekonstruowanie kolejnych składowych ideologii, a także pokazywanie w jaki sposób los Kambodżan powiązany był z decyzjami Zachodu (Francja i USA) oraz Chin, Wietnamu i Tajwanu, okazuje się arcyciekawą lekturą ujawniającą wzajemne zależności, uwikłania i wyrzeczenia związane z chęcią uzyskania korzyści. Bardzo interesujące są na przykład różnego rodzaju kwestie kulturowe wyjaśniane przez autora. Na uwagę zasługuje na przykład wątek traktowania kraju przez monarchę jako prywatnej własności lub motyw praktykowania pewnych obyczajów w Kambodży, które można porównać z niektórymi zwyczajami w Afryce. Książka Shorta to nie tylko znakomicie opisana biografia Pol Pota, ale również opowieść o idei, której celem było zniszczenie człowieka jako jednostki i uczynienie z niego bezmyślnej maszyny pracującej na rzecz, rzekomo będącej wcieleniem doskonałości, wspólnoty. To, że człowiek uczynił takie rzeczy człowiekowi, oczywiście, przeraża. Short jednak nie pozwala nam pozostać w zadziwieniu i oburzeniu jako reakcjach na okrucieństwo, sugeruje bowiem, że zło jest cały czas obecne wśród nas, ciągle czyha na swój czas i zawsze może się obudzić. Także dzisiaj. W efekcie więc jego historyczna opowieść staje się również ostrzeżeniem natury moralnej.


Philip Short, Pol Pot. Pola śmierci, przeł. Sebastian Szymański, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Z ogłoszenia (K. Oprzędek, Polak sprzeda zmysły)

Konrad Oprzędek wzoruje się na najlepszych. Inspiruje się książką Krzysztofa Kąkolewskiego „Trzy złote za słowo” i podobnie jak znany reporter przed laty buduje swoje opowieści w taki sposób, że początkiem historii jest ogłoszenie. Oprzędek, wbrew pozorom, wcale nie próbuje ośmieszyć swoich bohaterów. Nawet gdy opisuje kobietę handlującą swoją używaną bielizną lub gdy jego bohaterka sprzedaje własny mocz, próbuje zrozumieć tych, których słucha. Klienci obu pomysłowych bizneswoman, choć mają dość specyficzne upodobania, nie są zabawni, raczej smutni, przygnębieni, przekonani, że ponieśli życiową porażkę. Wątek ten zresztą często w książce powraca. Samotni i przegrani są nie tylko ci, którzy wydają pieniądze na czyjś intymny zapach i podniecają się złudzeniem erotycznych namiętności, ale również te osoby, które ogłaszają, że chciałaby sprzedać nerkę. Czasami taki anons jest rozpaczliwym wołaniem o pomoc, innym razem próbą zwrócenia na siebie uwagi lub prośbą o ratowanie życia, które właśnie znajduje się na zakręcie. Oprzędkowi udaje się zachować lekkość nawet wówczas, gdy w tle pojawiają się całkiem poważne tematy. Reporter umie pokazać, że absurd towarzyszy tragedii, a śmieć może istnieć w sąsiedztwie rozpaczy. Jednocześnie łatwo zauważyć warte docenienia zachowanie proporcji. Tam, gdzie ogłoszenie sugerować może banał, pojawia się historia całkiem poważna – jak w przypadku kobiety poszukującej swoich kolegów sprzed lat, choć ci od dawna nie żyją. Czasami ogłoszenie odsłania upływ czasu i zmieniające się priorytety tych, którzy są właścicielami przedmiotu, którego dotyczy anons – tak jest chociażby w tekście o zużytym od pocałunków Jezusie na krzyżu, ważnym punktem odniesienia dla matki, mało znaczącym przedmiotem dla syna. Reporterską książkę Oprzędka można więc uznać za portret Polaków zdominowany ich samotnością, pomysłowością i historiami kryjącymi się za pozornie mało istotnymi przedmiotami. Cóż bowiem ciekawego może być w używanych majtkach, lodówce, suplementach diety czy mającym wiele lat, zmechaconym kocyku? – spytałby ktoś lekceważąco i zrezygnowawszy z lektury, na pewno popełniłby błąd.


Konrad Oprzędek, Polak sprzeda zmysły, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Wiele różnych traum (Antologia studiów nad traumą, red. T. Łysak)

„Antologia studiów nad traumą” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy specjalizują się w badaniach nad Zagładą. To również intrygująca inspiracja do nowych dróg interpretacyjnych oraz pretekst do dyskusji dla tych, których zajmuje problematyka ludobójstwa, kulturowego postrzegania zbrodni, wpisania świadectw w nierozerwalną grę pamięci i zapomnienia, wreszcie popkulturowego zawłaszczania niektórych wizerunków i sposobów narracji. Teksty zamieszczone w tomie można więc uznać za uniwersalne w swojej wymowie – nawet jeśli dotyczą konkretnego, szczegółowego zagadnienia, da się je odnieść do szczerszych kontekstów i wykorzystać do wpisania danego problemu w przestrzeń znaków mówiących inaczej, zaskakująco, w nieoczywisty sposób. Antologia intryguje już na początku za sprawą refleksji nad różnymi sposobami definiowania traumy, jej rozróżniania i umieszczania na tle zagadnień, dzięki którym wybrzmiewa mocniej lub zaczyna być wymazywana. W książce natkniemy się na przykład na rozważania dotyczące emocjonalności pamięci powiązanej z traumatycznym doświadczeniem (Bessel A. van der Kolk, Onno van der Hart, Natrętna przeszłość: elastyczność pamięci i piętno traumy), na wątek powiązania woli widzenia z traumą, a więc na rozważania dotyczące fotografii (Ulrich Baer, Ku spojrzeniu demokrytejskiemu), na opis pionierskich badań nad fotografiami z miejsca zbrodni i wpisanymi w nie relacjami władzy związanymi z udostępnianiem zdjęć (Henry Bond, Twardy dowód), na refleksje dotyczące filmu i tego, na ile pokazana w nim trauma bliska jest tej doświadczonej (Joshua Hirsch, Postmodernizm, drugie okolenie i międzykulturowe kino posttraumatyczne), na próbę analizy współczesnego horroru jako opowieści kompensującej traumy historyczne (Adam Lowenstein, Moment alegoryczny), na przemyślenia dotyczące seryjnych morderstw i związków miedzy katem a ofiarą (Mark Seltzer, Kultura rany). Pozycja obowiązkowa.


Antologia studiów nad traumą, red. Tomasz Łysak, przeł. Tomasz Bilczewski, Katarzyna Bojarska, Jan Burzyński, Anna Kowalcze-Pawlik, Agnieszka Rejniak-Majewska, Wyd. Universitas, Kraków 2015.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Upomnieć się o najsłabszych (A. Dziewit-Meller, Góra Tajget)

Anna Dziewit-Meller w swojej najnowszej książce decyduje się zmierzyć z tematem ważnym i poruszającym z punktu widzenia wywoływanych w czytelniku emocji. Formalnie proponuje czytelnikowi raczej zbiór opowiadań niż klasyczną powieść, popularyzuje zagadnienie. Teksty powiązane są ze sobą dramatem wynikającym z wojennej traumy i świadomością, że brutalność w stosunku do najsłabszych bywa szczególnie trudna do zrozumienia. Taki zamysł formalny ma swoje wady i zalety. Pierwszy tekst, którego akcja dzieje się współcześnie, z jednej strony sygnalizuje temat, który będzie w książce powracał, z drugiej sprawia wrażenie zaplanowanego na większą całość, ale z jakiegoś powodu urwanego. Aptekarz, któremu rodzi się dziecko, jest zachwycony faktem, iż stał się ojcem, ale i przerażony tym, co może jego dziecko spotkać. Wszędzie widzi zagrożenie, wyobraża sobie różne niebezpieczeństwa, obsesyjnie myśli o tym, co niepokoi i przeraża. Jego emocje są dodatkowo podsycane świadomością tego, że w pobliskim szpitalu psychiatrycznym w okresie II wojny światowej w ramach akcji T4 zabito dwieście dzieci. Szkoda, że tego akurat motywu autorka nie zdecydowała się rozrysować trochę inaczej. Rosnące przerażenie odnośnie do teraźniejszości nie jest w przypadku bohatera przekonujące, świadczy raczej o jego niedojrzałości, a ponieważ problem ten zostaje wyeksponowany także poprzez długość tekstu, czytelnik niepotrzebnie otrzymuje na początku jeden ze słabszych fragmentów książki. Drugi tekst, na którego pozbyciu się książka by zyskała, to opowiadanie ostatnie, w którym pojawia się wątek „co by było gdyby” w kontekście Hitlera. Tak więc klamrowa budowa tomu osłabia jego wymowę, a szkoda. Szkoda, bo pozostałe opowiadania można uznać za bardzo interesujące. Autorce udaje się stworzyć intrygujące portrety kobiet. Warto zwrócić uwagę na Gertrudę Luben, lekarkę, która aktywnie działała w ramach akcji T4, nie została ukarana, a po latach nie czuje żadnych wyrzutów sumienia. Dziewit-Meller przekonująco oddaje napięcie, jakie rodzi się między dziennikarzem a odpytywaną z przeszłości kobietą. Pokazuje, iż między bohaterami nie może dojść do porozumienia, pochodzą bowiem z innych światów, a wyznawane przez nich wartości nie mają ze sobą nic wspólnego. Dziennikarz, choć oczekuje pokajania się ze strony lekarki, tak naprawdę kompletnie nie rozumie jej sposobu myślenia. Z kolei Luben jest przekonana, że spotykają ją niesłusznie szykany, przecież wykonywała tylko swoje obowiązki i pracowała na rzecz nauki. Najciekawszą postacią opisaną w książce jest Zefka, stara kobieta, która leży w szpitalu i jest ciężko chora. Ta, która ją odwiedza, symbolicznie stanowi jej przeciwieństwo – jest młoda i w ciąży. Życiorys ciotki, który poznajemy stopniowo od dzieciństwa, przez dorastanie, po dramatyczne przeżycia wojenne zmuszające ją do przyspieszonego dojrzewania, to zapadający w pamięć opis losu wielu kobiet. Tutaj oprócz naznaczenia problemem tożsamościowej identyfikacji, oprócz odrzucenia przez matkę i doznania miłości ze strony tych, którzy mieli być wrogami, dochodzi jeszcze gwałt zbiorowy i pogarda dla kobiecych ciał ze strony radzieckich zwycięzców. Stara, schorowana ciotka, kiedy dotyka brzucha ciężarnej, na chwilę staje się znowu młoda, jeszcze nie zniszczona przez zło, jeszcze marząca o lepszym życiu. Dziewit-Meller nadaje tej scenie ważny, symboliczny wymiar. Z kolei chłopiec o imieniu Ryszard to dziecko pozostawione, by umrzeć, tylko dlatego, że nowy partner matki uznał je za niepotrzebne. Zaprowadzony do szpitala psychiatrycznego skazany zostaje na doświadczenie tego, co jest udziałem innych pacjentów – leczenie prowadzić miało nie do ratowania, lecz do uśmiercania tych, których uznano za niepotrzebnych dla społeczeństwa. Dziewit-Meller pisze dla dzieci-ofiar akcji T4 rodzaj modlitwy pożegnalnej. Postać Ryszarda z jednej strony ma w sobie jasność, bo ktoś z oprawców wyciąga do niego pomocną dłoń, jednocześnie jest potwierdzeniem tego, że wiele innych dzieci umarło w bólu i samotności. Autorce udaje się więc pokazać, że biografia tej akurat postaci nie jest typowa, choć chciałoby się, by właśnie tak było. Paradoksalnie jednak ocalenie Ryszarda stanowi potwierdzenie braku nadziei doświadczanego przez innych młodych pacjentów.


Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

sobota, 2 kwietnia 2016

(Nie)znośne towarzystwo (G. Uzdański, Wakacje)

Powieściowy debiut Uzdańskiego to powieść specyficzna – nie ma tu szybko rozwijającej się akcji, wspomnienia nie są jakieś szczególnie traumatyczne, a wspólne bycie bohaterek, matki i córki, opiera się na codzienności, w której tak naprawdę niewiele się dzieje. Antyreklama? Niekoniecznie. Autorowi udaje się świetnie oddać emocje łączące kobiety. Dwugłos, którego jesteśmy świadkami, zarówno ten wypowiadany, jak i rozgrywany w myślach, znakomicie pokazuje więź, która choć istnieje, to jednak opiera się nie na czułości, miłości i radości z możliwości przebywania razem, ale na tłumionej niechęci, przewrażliwieniu, sztucznej uprzejmości i nieumiejętności prawdziwej rozmowy. „Wakacje” to zresztą powieść, która obnaża brak komunikacji miedzy najbliższymi. Wyjazd do gospodarstwa agroturystycznego, który ma zbliżyć do siebie matkę i córkę, okazuje się zupełnie czymś innym. Na pewno nie rewolucją w ich relacjach, ale i nie rozczarowaniem. Być może, historia opowiedziana przez Uzdańskiego wyraźnie to sugeruje, czasami nie da się nic zmienić, a zwyczajność może być tylko zapowiedzią kolejnej sztucznej, niewiele wnoszącej wymiany zdań. Dialogi, które mogą śmieszyć, obnażają przecież paradoks, który dotyczy wielu ludzi, stają się nie tylko zabawne, ale i tragiczne w swojej wymowie. Wychodzi bowiem na jaw, że nawet wspomniana uprzejmość, gdy jest przerysowana i nie opiera się na szczerości, może irytować i budzić zdenerwowanie. Zresztą bohaterki powieści Uzdańskiego nie przestają się wzajemnie oceniać. Jednocześnie zapewniają same siebie w myślach, że akceptują i tak naprawdę nie odczuwają tej niechęci, która tak naprawdę w nich jest. Codzienność okazuje się w tym przypadku pretekstem do pokazania, że czasami najbliżsi – matka i córka – nie potrafią się zrozumieć i nie umieją ze sobą być. Tak jest wówczas, gdy każde słowo, zachowanie, przewidywalna reakcja drugiej osoby drażnią, a nad owym rozdrażnieniem trudno jest zapanować.


Grzegorz Uzdański, Wakacje, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

wtorek, 29 marca 2016

Car i Stalin ciągle żywi? (W. Radziwinowicz, Crème de la Kreml)

Najnowsza książka Wacława Radziwinowicza to uzupełnienie, ale i kontynuacja znakomitego „Gogola w czasach Google’a”. Autor ponownie oferuje czytelnikom wybór swoich felietonów, w których przygląda się współczesnej Rosji. Obie książki można potraktować jako pewną całość, utrzymane są bowiem w podobnej stylistyce, a choć reagują na to, co „tu i teraz”, pozostają aktualne mimo upływu czasu. Radziwinowicz proponuje czytelnikowi teksty doskonałe literacko, erudycyjne, lekkie wtedy, gdy potrzebna jest pewna anegdotyczność, poważniejsze, gdy wymaga tego opisywany temat. Autor łączy felietonowy styl i puentę z esejem, reportażem, a czasami i portretem biograficznym. Czytelnik czuje się wtajemniczony w sekrety Rosji, jest edukowany jakby mimochodem, zostaje wciągnięty w opowieść o świecie pełnym paradoksów i absurdów. To, co może być śmieszne, staje się szybko straszne, to natomiast, co przeraża, musi być pokonane za pomocą żartu. Klamrą spinającą teksty zamieszczone w tomie jest opowieść autora o wydaleniu go z Rosji. Już w tych dwóch tekstach, otwierającym i zamykającym publikację, widać talent Radziwinowicza. Mamy tu i autoironię, i dynamikę opowieści, i umiejętność zbudowania z jednej sceny metafory całego systemu, i pewną nostalgię za światem, który choć pełen wad, uznawany był za własny. W sposobie opowiadania autora warto docenić umiejętność łączenia tego, co współczesne, z wydarzeniami historycznymi. Dzięki takiej przyjętej perspektywie widzimy ciągłość pewnych postaw, systemowe utrwalanie oczekiwanej mentalności, wreszcie skuteczne próby kształtowania określonego typu człowieka. Widać to chociażby wtedy, gdy Radziwinowicz pisze o kulcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, o alkoholizmie, o mitologizowaniu przeszłości, ale i o dyscyplinowaniu niepokornych za pomocą wieloletniej kary łagru. To, że wolność słowa w Rosji jest ciągle ideą-marzeniem, nie zaś codziennością, stanowi również temat wielu tekstów autora. Natkniemy się więc w książce na prawdziwy rejestr zakazów, które tworzą system kontrolowania społeczeństwa, odmawiając mu prawa wyboru we wszelkich dziedzinach życia. Dowiadujemy się na przykład o przetargu ogłoszonym przez Ministerstwo Kultury na sporządzenie katalogu „muzyki patriotycznej”. Czytamy o wycofaniu z bibliotek baśni o Calineczce i książek Astrid Lindgren. Odkrywamy, że kult Lenina i Stalina jest ciągle żywy. Ze wzruszeniem przyjmujemy informację o notesie autora, w którym coraz więcej jest osób wyeliminowanych przez władze. Tekst „Cena prawdy, czyli ludzie z mojego notesu” to piękne epitafium, dzięki któremu przypominamy sobie, jak trudna i pełna poświęceń bywa dziennikarska walka o słabszych i skazanych na zapomnienie. W książce powraca zresztą temat mediów. Radziwinowicz akcentuje ich ważną rolę, zauważa zmiany zachodzące w ostatnich latach (doniesienia dotyczące wojen czeczeńskich były bardziej uczciwe, gdy funkcjonowało wówczas więcej wolnych mediów), przywołuje wypowiedzi blogerów. Autora interesuje całokształt życia w Rosji – natkniemy się więc na teksty opisujące próby podporządkowania sztuki polityce, portretujące powszechną czułość do kotów i brutalną akcję trucia psów, dokumentujące zwyczaje codzienne (np. brutalizację społeczeństwa lub ekstremalne rozrywki młodych ludzi), piętnujące korupcję w policji, ujawniające praktyki moskiewskich „czyścicieli kamienic” (mordowanie samotnych właścicieli mieszkań, by po ich śmierci móc wystawić mieszkanie na sprzedaż). Radziwinowicz bywa również zabawny i ironiczny – czasami dla lepszego zobrazowania opisywanej sytuacji przytoczy jakiś dowcip, czasami pokaże, że rosyjskie społeczeństwo ma poczucie humoru (np. stworzona w reakcji na niszczenie żywności przywiezionej wbrew obowiązującemu embargu „Pieśń Parmezanu”). Za przesłanie tej przebogatej, zróżnicowanej tematycznie książki można uznać słowa, które autor cytuje za skazanym na 20 lat łagru reżyserem filmowym, Ołehem Siencowem: „[…] nauczcie się nie bać!” (s. 403). Tak naprawdę bowiem opowieść o Rosji okazuje się rejestrem lęków i niepokojów kontrolowanych przez władze i systemowo prowokowanych. Niepokorni, o których Radziwinowicz też pisze, są nadzieją – nawet wówczas, gdy za wyznawane wartości oddają życie.


Wacław Radziwinowicz, Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

poniedziałek, 28 marca 2016

Brak powodów do dumy (Z. Papużanka, On)

„On” to zdecydowanie powieść interesująca, zasługująca na uwagę. Autorka proponuje utwór przemyślany, ciekawy stylistycznie, niebanalny ideowo. Główny bohater powieści, którego poznajemy od urodzin do dorosłości, to chłopiec, a następnie mężczyzna do bólu przeciętny. Do bólu? Do irytacji raczej. Nazywany lekceważąco Śpikiem jest etatowym uczniem, któremu wpisuje się uwagi w dzienniczku i który daje się wrabiać w różne sytuacje rówieśnikom udającym tylko dobrych kolegów. Jest zawsze trochę brudny, trochę w nieładzie, trochę nieprzystosowany. Przydarzają mu się wszystkie możliwe zbiegi okoliczności, w efekcie których jego nieporadność i ciamajdowatość jeszcze bardziej wychodzi na jaw. Matka, która jak każda rodzicielka, marzy o tym, by móc chwalić się dzieckiem, musi przyzwyczaić się do tego, że towarzyszyć jej będzie raczej wstyd i zażenowanie, a nie duma. Powieść Papużanki przypomina „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Lionel Shriver opisuje dziecko, które nie da się kochać pomimo wielu starań. Chłopiec jest tak zły, że w którymś momencie rodzice są całkowicie bezradni. O ile jednak tytułowy Kevin aktywnie pracuje nad tym, by akurat tak na niego reagowano, o tyle Śpik jest kimś niewinnym. Można by powiedzieć, że bohater powieści Papużanki to dziecko, które nie jest świadome tego, że robi coś złego, że poddaje się presji grupy, że jego zachowanie rodzi mnóstwo problemów. Kevin to chłopiec, który jest zły, dlatego trudno go kochać. Śpik to bohater naiwny – to jedyna jego wina. Chłopiec nie będzie się więc rozwijał, bo w swojej naiwności nie rozumie idei rozwoju. Nie będzie próbował stać się inny, bo jego naiwność nie pozwala mu zrozumieć konieczności zmiany. Nie będzie wreszcie czuł nienawiści lub niechęci do tych, którzy wykorzystują jego prostolinijność, bo jako człowiek naiwny nie widzi dwuznaczności wielu relacji. Opowieść Papużanki zapada w pamięć nie tylko z powodu bohatera, który w swojej nijakości jest postacią prowokującą i drażniącą – to dziecko bez właściwości, które swoją nijakością potrafi wywołać więcej zamieszania niż osoba czymś się wyróżniająca. Ciekawa jest również relacja między Śpikiem a jego matką będąca połączeniem miłości i niechęci, przywiązania i odpychania, świadomości i braku zrozumienia, bezinteresownej czułości i oczekiwania na wzajemność. Papużanka nie tylko intrygująco oddaje tę skomplikowaną w swojej przeciętności relację, ale i wiarygodnie portretuje Polskę okresu przełomu. Udaje się jej pokazać osiedlową rzeczywistość jako miejsce bezpieczne w swojej przewidywalności i jednocześnie niepokojące za sprawą ciągle toczonych gier między nawołującymi się pod oknami dziećmi.


Zośka Papużanka, On, Wyd. Znak, Kraków 2016.

niedziela, 27 marca 2016

Nieuchronność losu (P. Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy)

Powieść Patrycji Pelicy wpisuje się w coraz bardziej wyraźną tendencję widoczną w tzw. literaturze kobiecej polegającą z jednej strony na graniu rozwiązaniami bliskimi literaturze środka, z drugiej na budowaniu opowieści na tle szeroko zakrojonego tła społeczno-historycznego. Takimi cechami charakteryzują się np. „Skazy” Izabeli Żukowskiej, trylogia „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej czy „Rozdroża” i „W obcym domu” Sabiny Waszut. Z wielką radością odnotowuję ten fakt, gdyż polskiej literaturze popularnej zdecydowanie brakowało pewnego rozmachu wynikającego z przyjęcia konwencji sagi rodzinnej. Na szczęście, to się zmienia. Patrycja Pelica decyduje się na ciekawy i nieco ryzykowny zabieg fabularny. Wydarzenia, które opisuje, nie są prezentowane czytelnikowi w trybie kategorycznym. Sięganie do przeszłości i rekonstruowanie tego, co przed laty się wydarzyło, odbywa się w trybie przypuszczającym. Nie wiadomo tak naprawdę do końca, co czuli bohaterowie, co myśleli, dlaczego zdecydowali się na taki, a nie inny czyn. Fakt, iż autorka operuje zaledwie szkicami scen, obrazami odtwarzającymi klimat z przeszłości, okazuje się dużym atutem. Dzięki temu pozostawia pewne pole manewru czytelnikowi, który uruchomiwszy wyobraźnię, część spraw musi sobie dopowiedzieć. Jednocześnie taki zabieg pozwala sugestywniej oddać klimat opisywanej luterańskiej plebanii. Autorka opowiada swoją historię w nieco patetycznym stylu. Fakt ten początkowo drażni, potem trochę się do niego przyzwyczajamy – tak jakby pewna teatralność, wzniosłość, umowność wydarzeń miała nas zbliżyć do przypowieści, której przesłaniem jest przekonanie, że to, co ma nadejść, wcześniej czy później się wydarzy, nie ma przed tym ucieczki. Można by powiedzieć, że Pelica, decydując się na taki akurat styl, nazbyt mocno zapatrzyła się w „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë. Tego typu naśladownictwo bywa ryzykowne, ale ponieważ opowieść zaproponowana przez autorkę jest interesująca, trudno byłoby obronić tezę, że maniera ta dyskwalifikuje książkę. Pelica, portretując losy rodziny Ritterów, każe swoim bohaterom mierzyć się z problemem obcości i trudnościami ze zdefiniowaniem własnej tożsamości. Kwestia określenia tego, czy jest się Niemcem, czy Polakiem, i odkrycie, że sąsiedzi mogą nagle stać się wrogami, staje się doświadczeniem reprezentantów kolejnych pokoleń wychowujących się na plebanii. Interesującą postacią jest Martin, założyciel rodu, pastor, człowiek próbujący dbać o rodzinę za wszelką cenę i traktujący mieszkańców mazurskiej wsi jako przedstawicieli jednej wspólnoty. Mężczyzna jest opoką dla wszystkich tych, których ranią ludzie i historia. Warto również zwrócić uwagę na postaci kobiet, które skonstruowane zostają tak, że ma się wrażenie, iż kolejna bohaterka dziedziczy coś z tej, która była przed nią. Książka Pelicy zasługuje na uwagę przede wszystkim z tego powodu, iż skupiając się na codzienności, pokazuje, że bycie w miejscu odizolowanym od wydarzeń wielkiego świata nie chroni przed złem wpisanym w Historię. To, co burzy spokój w wymiarze publicznym, zniszczy też spokój w przestrzeni prywatnej – zależności tej nie da się uniknąć.


Patrycja Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

sobota, 26 marca 2016

Rewolucja i jej ofiary (C. Fuentes, Nietzsche na balkonie)

W powieści „Nietzsche na balkonie” uważny czytelnik znajdzie wiele elementów, które często powracają w twórczości Fuentesa, są jego, tak można chyba powiedzieć, obsesją, eksplorowane są na różne sposoby celem zbliżenia się do sensów, które bywają trudne do zdefiniowania. Do nich na pewno należy problem rewolucji i kosztów ponoszonych przez tych, którzy ją inicjują, a następnie próbują ujarzmić, wprowadzając nową władzę. Motywem powtarzającym się jest także konflikt rozgrywany jednocześnie na poziomie ideowym i uczuciowym. Wybór między prywatnym a politycznym przy jednoczesnym nagłym odkryciu, że sfery te często się zazębiają, bywa doświadczeniem traumatycznym, ale i oczyszczającym dla bohaterów. W przypadku „Nietzschego na balkonie” pytania o granice władzy, siłę tłumu, gotowość do poświęceń, uprzywilejowaną pozycję demokracji i przetrwanie w historii zostają wplecione nie tylko w wydarzenia, które poznajemy w sposób fragmentaryczny, ale i w filozoficzną dysputę toczoną w tle i pomyślaną jako momenty zdeterminowane pytaniami i refleksją w miejsce dziejących się wydarzeń. Fuentes chętnie rozgrywa swoją opowieść za pomocą spektakularnych gestów, melodramatyzmu, przerysowanej nico wzniosłości. To wszystko jednak wydaje się zabiegiem przemyślanym, a owa patetyczność staje się świadomym gestem twórczym, mającym na celu teatralizację tego, o czym opowiada pisarz. Rewolucja staje się rodzajem spektaklu, rozgrywanego za każdym razem na nowo, choć w powtarzalny i przewidywalny sposób. Prawda ta wybrzmiewa w powieści nadzwyczaj mocno. Poniesione ofiary, choć są dramatyczne, mają więc w sobie pewną typowość. Role, choć pozornie rozdzielane w dynamiczny sposób, tak naprawdę są od początku znane. Fuentes zdaje się bowiem sugerować, że to nie człowiek panuje nad rewolucją, ale rewolucja bawi się człowiekiem.


Carlos Fuentes, Nietzsche na balkonie, przeł. Barbara Jaroszuk, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

środa, 23 marca 2016

W cieniu przeszłości (C. Sánchez-Andrade, Zimowe Panny)

Powieść Sánchez-Andrade porównywana jest przez Carlosa Marrodána Casasa do twórczości Marqueza. Nie ma ona, co prawda, takiego rozmachu fabularnego jak chociażby „Sto lat samotności”, jednak wpisuje się w tendencje typowe dla realizmu magicznego. Wioska, w której dzieje się akcja powieści, jest typowa, ale i niepowtarzalna w swojej niesamowitości. Dwie kobiety, które pewnego dnia przybywają, by zamieszkać w dawnym domu nieżyjącego dziadka, budzą w mieszkańcach dziwne emocje, niezdrowe namiętności, demony przeszłości. Siostry początkowo czują się trochę zagubione i nie rozumieją tego wszystkiego, co się wokół nich dzieje. Szybko jednak odkrywamy, że i one mają swoją tajemnicę, a pamięć w ich przypadku więcej robi złego niż dobrego. Wiedza o pewnych rzeczach, które brutalnie się skończyły, bywa destrukcyjna dla teraźniejszości. Wioska, która przez długi czas żyła swoim rytmem, raptem zostaje zdominowana tym, że kobiety, które niegdyś odwiedzały to miejsce jako dzieci, są tutaj ponownie. Dla niektórych do wyrzut sumienia, dla innych prowokacja, dla jeszcze innych drażniący szczegół. Są i tacy, którzy będą przekonani, że siostry wiedzą dużo więcej, niż to okazują. Tymczasem kobiety mierzyć się będą z tym, czego nie chcą pamiętać, nie przestaną renegocjować własnych relacji, które choć oparte na miłości i trosce dużo mieć będą i z zależności, i z próby sił. Wyzwaniem dla bohaterek będzie konieczność zmierzenia się z własnymi marzeniami – dla jednej z sióstr to niespełnione pragnienie bycia aktorką, dla drugiej szczęście w miłości. Kobiety zderzą się również z próbą najpoważniejszą, a mianowicie z chorobą i odchodzeniem oraz wynikającym z tego osłabieniem lojalności, gotowości do przechowywania sekretów i świadomości własnych czynów. Gdzieś w tle będą nie tylko na poły fantastyczne zachowania, jak na przykład akty zobowiązujące do oddania mózgów po śmierci, które mieszkańcy spisali z dziadkiem bohaterek, lub specyficzne praktyki dentysty, który zęby do wstawiania zdobywa od zmarłych, ale też cień niedalekiej przeszłości związany z bratobójczymi walkami podczas wojny domowej w Hiszpanii. Proza Sánchez-Andrade zapada w pamięć, niepokoi, sugestywnie łączy to, co racjonalne, z tym, co wymyka się rozumowemu pojmowaniu.


Cristina Sánchez-Andrade, Zimowe Panny, przeł. Katarzyna Okrasko, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

poniedziałek, 21 marca 2016

Miejsca (F. Springer, Księga zachwytów)

Najnowsza książka Filipa Springera to przewodnik po miejscach w Polsce, które architektonicznie można uznać za ciekawe, oraz leksykon wiedzy o współczesnych realizacjach i zamierzeniach architektonicznych w jednym. Reporter proponuje czytelnikowi spis budynków, zwykle mieszkalnych lub użyteczności publicznej, w których widać pewien rozmach, koncept, ideę, a wszystko to koresponduje z otoczeniem, przeznaczeniem i swoimi czasami. Wbrew pozorom, choć w tytule mamy położony nacisk na zachwyt, Springer wspomina też o takich miejscach, które miały potencjał, ale nie został on wykorzystany – przykładem może być niefunkcjonalny nowy dworzec w Poznaniu. Każda z krótkich charakterystyk opatrzona jest zdjęciem, często również na końcu tekstu znajduje się kilka zdań dających pewien kontekst dla opowieści lub odsyłających do lektur poszerzających wiedzę na temat zagospodarowania przestrzeni i architektury. Miejsca warte odwiedzenia i zobaczenia pogrupowane są regionami, tak więc ci, którzy zechcą odznaczyć w trakcie swoich podróży budynki polecane przez Springera, docenią zapewne owo uporządkowanie. Książka ta, choć edytorsko zbliżona do albumu (wspomniane fotografie, twarda okładka), ma jednocześnie wyraźny wymiar użytkowy (podział na regiony czy tasiemka-zakładka ułatwiająca korzystanie z publikacji). Z powodzeniem można więc „Księgę zachwytów” czytać fragmentami, na wyrywki, ze szczególnym zwróceniem uwagi na tę część Polski, która nas szczególnie zainteresuje. Warto zwrócić uwagę, że są w publikacji miejsca, w których docenionych projektów jest więcej, np. Wrocław czy Łódź. Jeśli natomiast przyjrzymy się Warmii, Mazurom i Podlasiu takich wyróżnionych punktów jest zdecydowanie mniej. Springer nie tylko krótko opowiada historię każdego z obiektów, ale też stawia tezy, diagnozuje, wyraża własne zdanie. Wszystko to, oczywiście, w nieco felietonowym stylu, na pewno jednak dzięki takiej stylistyce charakterystyki poszczególnych miejsc okazują się bardziej interesujące od haseł typowo encyklopedycznych, które równie dobrze mogłyby towarzyszyć fotografiom. Warte uwagi.


Filip Springer, Księga zachwytów, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

niedziela, 20 marca 2016

Państwo „naj”… (E. Pisani, Indonezja itd.)

Reporterska opowieść Pisani o Indonezji zasługuje na uwagę z co najmniej kilku powodów. Ten pierwszy, jeden z ważniejszych, to fakt, iż mamy do czynienia z autorką, która umie portretować świat w interesujący sposób, nie boi się rozmawiać z wieloma ludźmi, „wchodzi” w ich świat brawurowo, ale i z delikatnością, umie przyznać się do tego, że dopiero z perspektywy czasu pewne rzeczy widzi lepiej lub dokładniej. Powyższa umiejętność wiąże się z perspektywą, jaką przyjmuje reporterka. To kolejny atut omawianej książki, o którym warto wspomnieć. Autorka nie usuwa się w cień, nie oddaje głosu tylko swoim bohaterom, jest cały czas obecna w tekście. W wielu przypadkach byłoby to wadą reportażu, na szczęście tak nie jest w „Indonezji itd.”. Pisani pragnie pokazać bogactwo opisywanego kraju, podróżując po kolejnych wyspach i portretując specyfikę kulturową miejsc, ich zróżnicowanie, atrakcyjność, zwyczaje i otwartość mieszkańców. Decyduje się więc na zawieranie przypadkowych znajomości, przyjmowanie zaproszeń do domu dopiero poznanych ludzi, wchodzenie w świat prywatny rodzin kultywujących swoje tradycje, wreszcie na ponowne odwiedzanie – z zaskoczenia! – tych, którzy przed laty ją gościli. Autorka zmienia się jak kameleon, dostosowuje się do sytuacji, szanuje panujące obyczaje i pieczołowicie odnotowuje wszystko, co świadczy o specyfice danego miejsca. Dzięki temu – i to kolejna zaleta książki – czytelnik dowiaduje się wiele nie tylko kulturze tego niezwykle zróżnicowanego kraju, ale i, a może przede wszystkim, o codzienności i zwyczajnym życiu tych, którzy tam mieszkają. Na chwilę reporterka staje się częścią rodziny, u której mieszka. Czasami zdarza się jej wpłynąć na los goszczących ją ludzi (np. relacja z niepełnosprawną córką gospodyni), innym razem uczestniczy w pogrzebie lub weselu, jeszcze w innym godzi się na podporządkowanie kobiecie, która sprawuje w familii matriarchalne rządy. Pisani pokazuje czytelnikowi, że nietypowość i wyróżnianie się Indonezji na tle innych krajów wiąże się nie tylko z wiedzą klasyfikowaną jako geograficzna (zróżnicowanie kulturowe, religijne i polityczne wysp), demograficzna (np. czwarte miejsce w grupie najbardziej zaludnionych krajów świata) czy socjologiczna („W Indonezji około sześćdziesięciu czterech milionów osób korzysta z Facebooka – to więcej niż populacja Wysp Brytyjskich”, s. 11), ale przede wszystkim z zadziwiającą i naprawdę zaskakującą gościnnością i otwartością na odmienność dostrzegalną wśród jej mieszkańców.


Elizabeth Pisani, Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu, przeł. Adam Pluszka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 19 marca 2016

Eksponaty i preparaty medyczne (S. Sem-Sandberg, Wybrańcy)

Steve Sem-Sandberg po raz kolejny mierzy się z tematem historycznie ważnym, prowokującym do rozważań natury moralnej i odsłaniającym etyczne uwikłanie tych, którzy powinni stać na straży dobra, bezpieczeństwa i spokoju, a stają po stronie zła i zbrodni. W biograficznej powieści pt. „Teresa”, poświęconej Ulrike Meinhof, rekonstruował rzeczywistość Niemiec z okresu aktywności Frakcji Czerwonej Armii, stawiając w tle istotne pytania o granice zaangażowania społecznego i granice obojętności wobec win z przeszłości. W „Biednych ludziach z miasta Łodzi” interesowała go historia łódzkiego getta i postać Chaima Mordechaja Rumkowskiego, zwanego królem tego miejsca. Z kolei w „Wybrańcach” ciekawi go jeszcze inna perspektywa słabości i siły, a mianowicie relacja między katem a ofiarą, gdzie role te zostają rozpisane między lekarzem a pacjentem. Tematem powieści jest bowiem realizowanie tzw. akcji T4 w jednym z wiedeńskich szpitali psychiatrycznych. W Steinhof utworzono oddział opiekuńczo-wychowawczy Spiegelgrund, do którego przyjmowano dzieci. Sem-Sendberg znakomicie łączy trzymającą w napięciu, poruszającą i przerażającą opowieść z faktami historycznymi. Zarówno Adrian Ziegler, chłopiec, któremu udało się przetrwać w miejscu, gdzie na takich jak on czekała śmierć, jak i lekarze oraz pielęgniarki to bohaterowie wzorowani na autentycznych postaciach przetrzymywanych lub pracujących w szpitalu. Pisarz przywołuje postaci historyczne z nazwiska, odsłaniając paradoks losów lekarzy, którzy wówczas zdecydowali się na znaczne przesunięcie etycznych ograniczeń. Zabijanie dla Hitlera tych, którym potrzebna była pomoc, okazało się wyjątkowo łatwe. Sem-Sendberg z precyzją rekonstruuje uprzedmiotowienie młodych pacjentów, traktowanie ich jako eksponatów, a po śmierci odnoszenie się do ciał dzieci z równie wielką pogardą poprzez wykorzystywanie ich jako preparatów medycznych. Pisarz sugestywnie oddaje lęk, intuicyjne przerażenie i zobojętnienie ofiar przy jednoczesnym braku emocji, racjonalizmie i nietraktowaniu podopiecznych jak ludzi przez katów. Zderzenie tych dwóch światów – bezbronności i nieograniczonej władzy nad czyimś życiem – odsłania okrucieństwo systemu i perfidii społecznego zaufania posiadanego przez ów system. Rodzice oddający dzieci do instytucji liczyli na poprawę ich stanu zdrowia, zdarzało się, że cieszyli się też z tego, że pozbywają się problemu, na pewno jednak nie wiedzieli, że skazują swoje potomstwo na śmierć. Odizolowanie pacjentów od matek i ojców poprzez zakaz odwiedzania i urzędnicze informowanie o śmierci na „zapalenie płuc” to również dowód na przekonanie lekarzy nie tylko o słuszności ich poczynań, ale i dowód pogardy dla tych, którzy urodzili wybrakowanych obywateli. Powieść Sem-Sandberga to ważny, mocno wybrzmiewający głos w sprawie dyscyplinowania Innych poprzez zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym. Ci, którzy stają się ofiarami lekarzy jako osoby, które zgodnie z rozporządzeniem urzędowym nie nadają się do życia, to nie tylko dzieci cierpiące na różnego rodzaju umysłowe dolegliwości, nie tylko niepełnosprawni fizycznie lub chorzy np. na padaczkę, ale i ci, którzy w jakiś sposób źle dostosowywali się do społeczeństwa. Sem-Sandberg pokazuje, jak bezlitosne bywają tryby instytucji przekonanej o swojej misji i gotowej dokonywać selekcji określającej, kto tak naprawdę nadaje się do życia, a kogo należy jak najszybciej wyeliminować. Bardzo dobre.


Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.