Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

środa, 7 października 2015

Nie czytają, czytają, myślą (Szwecja czyta, Polska czyta, red. K. Tubylewicz, A. Diduszko-Zyglewska)

Publikacja pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którym nieobojętny jest fakt, że Polacy z roku na rok coraz mniej czytają. Na szczęście autorki zrezygnowały ze szczegółowej analizy wyników badań ogłaszanych przez Bibliotekę Narodową, postawiły natomiast na pokazanie ludzi, którzy czytają, promują czytanie, są świadomi roli, jaką odgrywa literatura w życiu człowieka. Dzięki takiej przyjętej perspektywie książka ta nie stanowi zbioru ubolewań i narzekań, lecz odsłania swój pozytywny wymiar. W Polsce jest źle, nie ma tutaj więc hurraoptymizmu, ale może być lepiej, pojawia się więc nadzieja. Ważną zaletą tego arcyciekawego zbioru wywiadów okazuje się zderzenie Szwecji z Polską. Natkniemy się na rozmowy z tłumaczami, bibliotekarzami, wydawcami, promotorami czytelnictwa, twórcami. Każde z tych komunikacyjnych spotkań przybliża czytelnikowi różnice w traktowaniu literatury w obu krajach, pojawiają się też postulaty, które okazują się istotne zarówno w realiach polskich, jak i szwedzkich. Jednym z wielkich i ważnych tematów tej publikacji jest rola pełniona przez biblioteki. Rozmówcy zgodnie powtarzają, że potrzeba pieniędzy na zakup nowości, że warto zmieniać przestrzeń, by przyciągać nowych czytelników, że czytanie przypadkowych lektur może prowadzić do bardziej świadomych wyborów w przyszłości. Dostrzeżenie i mocne zaakcentowanie tego, że biblioteka to nie tylko miejsce pełniące funkcje usługowe, ale i miejsce, które powinno z założenia być przyjazne i bliskie, to bardzo ważny postulat. Książkę pod redakcją Tubylewicz i Diduszko-Zyglewskiej da się również czytać jako opowieść o zmieniającej się, malejącej i wypieranej przez działy promocji roli krytyka, agenta literackiego, wydawcy czy redaktora. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na różnice między Szwecją a Polską. Rodzimym autorom przydałby się z pewnością tak skuteczny Związek Pisarzy i Tłumaczy. Szwedom można również pozazdrościć ilości stron poświęcanych na kulturę w prasie codziennej. W rozmowach powracają często nawiązania do historii. Wskazywane są konsekwencje dla czytelnictwa wynikające z tradycji protestanckiej w Szwecji i katolickiej w Polsce. To, co szczególnie mocno wybrzmiewa, to konieczność tworzenia dobrych nawyków czytelniczych oraz inwestowania w podejście traktujące literaturę jako ważną część życia. Nie bez powodu mówi się tutaj i o księgozbiorach prywatnych, i o bibliotekach szkolnych, i o konieczności angażowania się w promocję czytelnictwa władz i podległych im instytucji. Tubylewicz i Diduszko-Zyglewska w trakcie spotkań ze swoimi rozmówcami pokazują bowiem, że czytanie jest nie tylko czynnością prywatną, a nawet intymną, ale że pozostaje również aktywnością społeczną. Ważną, bo wpływającą na sposób myślenia i działania wspólnoty.


Szwecja czyta, Polska czyta, red. Katarzyna Tubylewicz, Agata Diduszko-Zyglewska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

poniedziałek, 5 października 2015

(Nie)solidarność kobiet (A. Nietresta-Zatoń, Pustostan)

Wątek niełatwych, toksycznych nawet, relacji między matką i córką nie jest niczym nowym. Pokazanie, że solidarność kobieca bywa czymś rzadko spotykanym, a nie normą, również. Agnieszka Nietresta-Zatoń częściowo zatem wyważa już otwarte drzwi. Nie można jednak odmówić tej powieści świeżości i urokliwego, zakładam, że świadomego, rozemocjonowania, powodowanego ostatecznością przytłaczającej i doświadczanej na co dzień przeciętności. Debiutancką powieść autorki można więc z powodzeniem uznać za interesującą odsłonę literatury środka. Kobiety jako bohaterki tej historii, kobiecy los i kobiece cierpienie, kobiece skazanie wreszcie na rezygnację z marzeń to motywy eksplorowane w książce na różne sposoby. W trakcie lektury tej, powtórzę, intrygującej powieści trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że czarno-biała wizja świata, na jaką decyduje się debiutantka, nazbyt szybko zaczyna pobrzmiewać fałszem z powodu swojej jednostronności i oczywistości. Dziewczynki tłamszone przez matki stają się kobietami, które nie umieją walczyć o siebie. Choć odejście z rodzinnego domu ma być ucieczką do wolności, tak naprawdę zamienia się w piekło małżeńskiej niewoli. Mężowie okazują się tyranami albo w sensie fizycznym, albo psychicznym, dzieci chętniej się uczą tej wizji świata, od której odcina się matka, a dorosłość kobiet nie ma w sobie nic z wyzwalającego lotu, dzięki któremu niezależność jest usankcjonowana. Trudno mówić w tym przypadku o wiarygodności psychologicznej postaci, raczej o uproszczonym stypologizowaniu bohaterek. Jeden z obmyślonych przez autorkę wątków budzi też pewne wątpliwości. Mąż Zosi jest naukowcem, który zostaje oszukany i okradziony z wyników badań przez współpracującego z nim kolegę. Problem w tym, że wszystko odbywa się na konferencji, kiedy to ów kolega w trakcie prezentacji przypisuje sobie wszystko to, co udaje im razem ustalić. Mąż Zosi czuje się oburzony i oszukany. Sytuacja ta jest mało wiarygodna. Z prostej przyczyny. Uczestnicy konferencji naukowej znają z wyprzedzeniem jej program. Jeśli więc mąż Zosi został pominięty jako współautor, powinien to zauważyć wcześniej, czytając plan wystąpień. Jeśli natomiast w programie figurował jako współautor, nie mógł tak po prostu zostać zignorowany, bo powinien z kolegą referować wyniki badań. Ta istotna dla rozwoju dramaturgii sytuacja za sprawą powyższych nieścisłości traci moc rażenia. Nietresta-Zatoń nie uchroniła się przed typowymi błędami debiutantki, jednocześnie jednak jest na tyle wyrazista i interesująca, że jej pisaniu warto się przyglądać. „Pustostan” to powieść, która wciela w życie typowe feministyczne hasła o cierpieniu wpisanym w „ciało-w-ciało z matką” i o potrzebie solidarności kobiecej. Typowe, bo czytelniczka mająca za sobą lektury o podobnej tematyce, z pewnością nie podda się zachwytowi, dostrzegając w tej opowieści wtórność. Z kolei czytelniczce preferującej tzw. literaturę kobiecą, nieprzyzwyczajonej do tego typu problematyki, powieść na pewno się spodoba.


Agnieszka Nietresta-Zatoń, Pustostan, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. 

niedziela, 4 października 2015

Codzienność i historia (M. Surosz, Ach, te Czeszki)

Pięć lat po znakomitym tomie „Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów” czytelnik może znowu poznawać losy naszych sąsiadów, tym razem tylko w wersji kobiecej. W obu książkach Surosz decyduje się na przewrotny gest. Nadając swoim publikacjom takie a nie inne tytuły w pewnym sensie odwołuje się i do stereotypu, i do radości czy poczucia humoru kojarzonych z Czechami. Tymczasem i w „Pepikach”, i w „Ach, te Czeszki” mamy do czynienia z opisem dramatycznych losów ludzi, których codzienność i prywatność zostaje złamana przez Wielką Historię i politykę. Surosz doskonale łączy to, co zwykłe i powszednie, z tym, co nieprzeciętne i nadzwyczajne. Tak jest w przypadku obu książek. W „Pepikach” tytuły poszczególnych rozdziałów to słowa odwołujące się do zawodu lub roli społecznej pełnionej przez bohatera lub bohaterkę opowieści. W „Ach, te Czeszki” Surosz stawia na większe upodmiotowienie. Tytuły kolejnych rozdziałów to imiona kobiet, których biografie zostają sportretowane. Najnowsza publikacja autora charakteryzuje się, takie mam wrażenie, większymi walorami poznawczymi. Czytelnik z pewnością nie będzie znał wszystkich bohaterek książki. Surosz ciekawie łączy gatunek reportażu biograficznego i historycznego z esejem. W trakcie lektury trzeba na to połączenie zwrócić uwagę. Dużą zaletą narracji zastosowanej przez autora jest przenikanie wprowadzenia społeczno-historycznego z życiorysami konkretnych bohaterek. Dzięki temu poznajemy niebanalne postaci, nie tracąc jednocześnie atmosfery czasów, w których owe kobiety żyły. Surosz pokazuje skomplikowane losy Czechów, nie poprzestając na uwikłaniu w faszyzm lub komunizm. Nie znaczy to, oczywiście, że wspomniane ideologie nie wybrzmiewają tutaj mocno. Zapadają w pamięć dramatyczne przeżycia aktorki Adiny Mandlovej (obowiązkowo trzeba w tym kontekście przypomnieć sobie historię Lídy Baarovej) czy gimnastyczki Vĕry Čáslavskiej. Surosz pisze jednak również o niełatwych doświadczeniach Czechów żyjących na Wołyniu, czy o trudnych kontaktach czesko-polskich na Zaolziu i czesko-niemieckich w Sudetach. Nie unika też pokazywania wyzwań natury religijnej. Mamy więc portret Petry Šáchovej, kapłanki Czechosłowackiego Kościoła Husyckiego, w młodości modelki, czy reportaż o dramatycznych losach historyczki sztuki i zarazem żarliwej katoliczki, Růženy Vackovej, która wiele lat spędziła w więzieniu.


Mariusz Surosz, Ach, te Czeszki, Wyd. W.A.B., Warszawa 2015.

piątek, 2 października 2015

Swingować wbrew wszystkiemu (W. Kowalewski, Excentrycy)

Właśnie pojawiło się w księgarniach drugie wydanie powieści „Excentrycy” Włodzimierza Kowalewskiego. Przypominam więc tekst, który w 2007 roku ukazał się na łamach „Portretu”:

            Powieść Włodzimierza Kowalewskiego zatytułowana jest dość przewrotnie. Słowo „Excentrycy”, bo taki tytuł nosi, budzić może przypuszczenia, że autor zrezygnował z upodobania do przeszłości na rzecz nowoczesności, odwrócił się od tego, co było, by skupić się na mniej tradycyjnych, a bardziej nowatorskich rozwiązaniach fabuły. Nic bardziej mylnego. Kowalewski pozostał wierny przeszłości. I choć dokładnie śledząc treść książki, znaleźlibyśmy echa tego, co już u olsztyńskiego autora czytaliśmy w „Świetle i lęku”, czy w „Bóg zapłacz!”, to jednak całość odsłania się jako rzecz świeża, przemyślana i bardzo świadomie zaprojektowana. Kowalewskiemu zamarzył się bowiem, tak można by to ująć, traktat o przemijaniu, ale jednocześnie – o wynikającym z niego przetrwaniu. I trzeba przyznać, że marzenie autora się spełnia.
            W „Excentrykach” mamy do czynienia z opowieścią, będącą zapisem świata tuż przed upadkiem. Nie znajdziemy tu jednak ckliwych pożegnań, histerycznych prób wskrzeszenia minionego, czy rozpaczliwych usiłowań ocalenia teraźniejszości za wszelką cenę. Kowalewskiemu udaje się oszukać czytelnika. Do pewnego momentu liczymy na happy end, spodziewamy się go, jesteśmy szczęśliwego końca niemal pewni. Tymczasem ta akurat historia nie może skończyć się dobrze. Autor nie daje nadziei lub raczej – daje, ale bardzo przewrotną. Koniec jest nieubłagany, nie da się go zatrzymać, ani opóźnić. A wszystko to, co ruch świata wstrzymywało, co dawało złudzenie, że chwila trwać będzie wiecznie, okazuje się fałszem, pozorem, grą. Przemijanie u Kowalewskiego z próby zachowania pamięci zamienia się w pewność porażki, w prywatną katastrofę człowieka, którego nikt i nic nie jest w stanie ocalić, czeka go więc jedno – zapomnienie. Tylko ono jest trwałym punktem odniesienia. Niezależnie więc od tego, gdzie i na jak długo uda się wskrzesić królestwo swingu, koniec czeka na swoją kolej już wtedy, gdy jeszcze trwa początek. Życie musi czuć oddech śmierci, a człowiek – nawet jeśli walczyć będzie od nowa, wskrzeszając ciągle światy przeszłe, to i tak nie ma szansy na zwycięstwo. Może tylko otrząsnąć się po kolejnej porażce i próbować walczyć po raz kolejny. To podstawowa nauka, która wypływa z opowieści Kowalewskiego – człowiek jest w stanie się podnieść, nawet wtedy, gdy wydaje się, że już nigdy nic dobrego nie może go spotkać. Ta potencjalność zaczynania wszystkiego od nowa zamienia się w największe zwycięstwo człowieka – prywatne, ciche, ale pozwalające żyć pomimo wszystko.
            „Exentrycy” to historia w stylu retro. Autor umieszcza akcję powieści w 1957 r. w Ciechocinku. Miejscowość uzdrowiskowa lata świetności ma już za sobą, podobnie jak ludzie, których opisuje Włodzimierz Kowalewski. To inteligencja „ukąszona” jadem doświadczeń wojennych, a potem przeciętności i szarości oferowanej przez komunizm. Mieszkańcy Ciechocinka żyją tak, jak gdyby wszystko, co miało ich spotkać, mieli już za sobą; jak gdyby nic nie miało się już wydarzyć; jak gdyby każdy dzień z przyszłości, miał być taki, jak podobne do siebie dni przeszłości. Tracą wiarę w lepsze jutro. Nie myślą o zmianach, nie marzą, nie wyobrażają sobie odmiany losu. Siermiężność otoczenia skutecznie wymazuje z pamięci fakt, że życie to nie tylko szara codzienność i powtarzane mechanicznie czynności, ale że znajdzie się w nim także miejsce na kolor, śmiech, muzykę, radość. Do czasu jednak. Rewolucja w Ciechocinku musi mieć także miejsce. I ma. Jej prowodyrem jest Fabian, który postanawia wrócić do Polski z Londynu.
            Wanda, siostra Fabiana, jest dentystką w Ciechocinku. Nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, żyje, ale obserwuje siebie z boku, nie umie się zaangażować: „Tylko w chwilach bólu gorączkowo zastanawiała się nad sobą. Bała się tych myśli. Przerażona, odkrywała wtedy, że nie wierzy w swoje własne obecne życie, że naprawdę istnieje gdzieś z boku, obok siebie, nie dzisiejsza, ale nadal ta dawna, z jedynej zachowanej fotografii, oderwanej od ostatniego biletu miesięcznego na „dziewiątkę”; przystanek przy wylocie Fredry. Czasem zrywała się w środku nocy, przekonana, że to tylko przerwa w jakiejś długiej, męczącej podróży; marny hotel albo ławka dworcowej poczekalni. Przytomniała po chwili i opadała na poduszkę z biciem serca i ze łzami w oczach” (s. 8-9). Świat zostaje podzielony na przedwojenny, w którym tętniło życie, i powojenny, w którym zostaje tylko marna wegetacja. Kiedyś życie towarzyskie, miłość, radość, piękno, a dzisiaj jedynie substytuty, „zwykłe śmieci, które teraz stanowiły przedmiot pożądania, zapewniały iluzję luksusu” (s. 14), podupadły pensjonat, zaniedbany pokój. Poczucie bezsensu towarzyszy nie tylko Wandzie, a zapomnieć o wojnie nie jest łatwo. Sanatorium przypomina, w o wiele mniejszej skali, oczywiście, miejsce opisane przez Manna w „Czarodziejskiej górze”. W Ciechocinku mamy do czynienia z życiem w zawieszeniu, w półśnie, w zapomnieniu.
            Fabian przybywa do uzdrowiska z Zachodu. Oto więc jeszcze jeden „inny świat”. Świat wolności, beztroski, łatwego zapomnienia o tym, co było, wszechogarniającego bogactwa i różnorodności. Jako brat Wandy zatrzymuje się w tym samym pensjonacie, w którym zadomowiła się siostra. Fabian staje się, choć brzmi to patetycznie, źródłem życia dla siostry, dla mieszkańców Ciechocinka, dla miasta. Ma odwagę zmagać się z teraźniejszością, cieszyć się codziennością, z premedytacją odsuwa od siebie bolesną przeszłość. Nie znaczy to wcale, że zapomina. Pamięta, ale towarzyszy mu wewnętrzne przekonanie, że pomimo wszystko albo na przekór wszystkiemu trzeba żyć dalej. Dlatego niszczy, nie czytając, dokumenty po żonie i synu, jedyne pamiątki po ich gehennie na Wschodzie. Zostawia jednak sobie szkiełko należące do Edzia. Fabian usiłuje przekonać otoczenie, że nie tylko człowiek może powstać, ale też, że świata nie można tak łatwo złamać. Stara się przywrócić radość, muzykę, chęć spotykania się z drugim człowiekiem. To dlatego oznajmia: „Przyjechałem grać swing. [...] Na puzonie” (s. 64). I dlatego z pasją przekonuje: „Co było, to było, co przepadło, to przepadło, ale swing jest wciąż ten sam. Mogą wszystko zasmarować gównem, wszystko ci odebrać, cały twój świat rozpieprzyć, ale w swingu zawsze jest siła, która jednoczy. Choćby we wspólnym oczarowaniu, marzeniu, fascynacji” (s. 132). Muzyka zamienia się więc w formę walki – o siebie, o swój świat, o prawo do pragnień, o sens.
            Fabianowi udaje się skompletować zespół prawdziwych ekscentryków. Zuppe, który nieustannie tropi wątki homoerotyczne w twórczości klasyków literatury, Vogt, Niemiec, który czuje się Polakiem, policjant o nazwisku Stypa, Modesta – tajemnicza i piękna kobieta, która okaże się wielką fascynacją i – chyba – równie wielkim rozczarowaniem, Wanda, spodziewająca się śmierci, ale na razie coraz mocniej czepiająca się życia. I, oczywiście, Fabian, który konsekwentnie twierdzi, że trzeba „umieć odbijać się od ziemi i wiedzieć, po co wzlatuje się pod chmury. Swing leczy kompleksy. Będziemy swingować na wszystkie tematy świata, póki starczy nam tchu” (s. 140-141).
            Kowalewski w „Excentrykach” miesza dramat i potrzebę radości w odpowiednich proporcjach. Choć gdzieś w tle znajduje się pamięć wojny, to jednak nie ma tu ani martyrologii, ani taniego epatowania patriotyzmem. O wielkich tragediach dowiadujemy się mimochodem – wtedy gdy Wanda idzie do lekarza i pada pytanie: „Czy kiedykolwiek była pani brzemienna?”, a potem odpowiedź: „Tak, w Rosji”. I to wszystko. Nic więcej albo raczej aż tyle. Możemy się przecież łatwo domyślić, że za tą krótką informacją kryje się dramat kobiety, matki, człowieka. Albo wówczas gdy odkrywamy, że odpychająca swoją powierzchownością, wiecznie pijana i wulgarna właścicielka pensjonatu nieszczęśliwie kochała... To doskonałe fragmenty powieści – ból i cierpienie ledwie zarysowane skromną kreską, ale jakże uderzające.
            Równolegle do historii dziejącej się współcześnie poznajemy zapiski z pamiętnika Reichmana. Co ciekawe, tajemnicze notatki mężczyzny są jedynym elementem otoczenia, które widać przez szkiełko Edzia bez zniekształcenia. Czyżby właśnie tam tkwiła prawda? W historii człowieka, który nie idealizuje swojego postępowania, oszukuje, usiłuje ułożyć sobie życie, ma niesamowite wręcz powodzenie u kobiet i u mężczyzn. I choć nikt nie wie, kim był i co się z nim stało, to są osoby, które ciągle go pamiętają, wspominają, kochają... A dziennik? Może dlatego jest tak prawdziwy, że do końca nie wiadomo, co jest w nim fikcją, a co wydarzyło się naprawdę.
            Kowalewski pokazuje, jak mało trzeba, by ludzi obudzić do życia, a jednocześnie – co chyba istotniejsze – jak trudno dostrzec, że człowiek tak naprawdę pochował siebie i teraz tylko odtwarza wyuczone wcześniej czynności. Przyjazd Fabiana porusza we wszystkich cienką i wrażliwą strunę uczuć, emocji, dodaje odwagi do zmagania się z własnymi wspomnieniami, pozwala uwierzyć, że sens codzienności nie umarł razem z przeszłością, że dzisiaj i jutro jeszcze dużo może się wydarzyć.
            Fabian nie tylko wpływa terapeutycznie na swoich towarzyszy i na otoczenie. Również sam poddaje się uwodzącej sile teraźniejszości w osobie Modesty. Jednak w finale (nie będę, oczywiście, zdradzała szczegółów), musi się pogodzić z tym, że to, co wydawało się pewne, teraz sprawia wrażenie czegoś jedynie wyśnionego, nierealnego. Może więc dlatego jest tak naprawdę prawdziwe? A jeśli coś jest prawdziwe, to nie tylko daje radość, ale też czasami boli. Włodzimierz Kowalewski odsłania fundamentalną prawdę – że przywrócić do życia znaczy nie tylko obudzić do miłości, przyjaźni, szczęścia, ale też do cierpienia. Prawo do czerpania z życia pełnymi garściami, ale też prawo do przeklinania tego, co się akurat dzieje – takie prawo przypomina rezydentom Ciechocinka Fabian. Oddaje im wolność, której pozwolili zasnąć, przywraca w swingującym rytmie przekonania, że warto ją przyjąć i pielęgnować, zawsze, nawet gdy później mocno boli. Bo być wolnym, to istnieć.


Włodzimierz Kowalewski, Excentrycy, Wyd. Marginesy, wyd. 2, Warszawa 2015.

sobota, 26 września 2015

Centrum świata (T.J. Mazzeo, Hotel Ritz)

Bohaterem książki Mazzeo jest hotel. Miejsce, które staje się domem dla stałych gości, pozwala na chwilę zapomnieć o tymczasowości, oferuje luksus i bogactwo, wreszcie miejsce, do którego się wraca i które staje się ważnym centrum życia kulturalnego i politycznego okupowanego Paryża. Hotel Ritz, bo o nim mowa, ożywa na kartach tej publikacji, stając się jednocześnie czymś realnym i mitycznym. Mazzeo udaje się bowiem oddać atmosferę tamtych czasów, przemijanie, gotowość chwytania chwili za wszelką cenę, nazbyt swobodnych kontaktów z Niemcami, wreszcie symboliki wpisanej w Paryż i artystów gotowych zawsze przybywać do tego miasta. Autorka łączy narrację biograficzną z próbą pokazania tła społeczno-obyczajowego. W tym pierwszym przypadku interesują ją skandale, miłość i zdrada, rywalizacja, w drugim natomiast fakt, iż hotel stał się wyraźną enklawą dla tych, którzy chcieli żyć z przepychem i przytupem mimo trwającej wojny. Mazzeo zwraca uwagę na stałych rezydentów, na szczególne przywileje niektórych, wreszcie na traktowanie hotelu jako miejsca stanowiącego punkt odniesienia. Ernest Hemingway, Martha Gellhorn, Mary Welsh, Robert Capa, Irwin Shaw, Coco Chanel, Marlene Dietrich, Ingrid Bergman to tylko część bohaterów tej bardzo ciekawej historii. Gdyby Mazzeo poprzestała na ciekawostkach z życia wziętych, mielibyśmy do czynienia z książką dużo mniej intrygującą. Na szczęście autorka wpisuje okupacyjne życiorysy bohaterów w realia panujące wówczas na świecie i w Paryżu. Część książki to na przykład wart uwagi opis pracy korespondentów i fotoreporterów wojennych – ich sposobów działania, konkurowania o relację, wreszcie przyjacielskich i miłosnych relacji. Mazzeo sugestywnie oddaje też atmosferę panującą w mieście podczas wyzwalania Paryża, w tym towarzyszącą radosnemu entuzjazmowi zajadłość w tropieniu kolaborantów, publiczne ich piętnowanie w okrutny sposób oraz golenie głów kobiet.


Tilar J. Mazzeo, Hotel Ritz. Życie, śmierć i zdrada w Paryżu, przeł. Miłosz Habura, Wyd. Znak, Kraków 2015.

piątek, 25 września 2015

Recepty brak, choć chorobę trzeba leczyć (J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa!)

Jan Sowa ma wobec tytułowej Rzeczypospolitej podejście ciekawe i godne naśladowania. Nie tylko próbuje diagnozować widoczne gołym okiem przywary, ale też usiłuje odpowiedzieć na pytanie, jak leczyć choroby, które mutowały się przez wieki do wersji, z jaką mamy współcześnie do czynienia. Badacz nie pozostaje więc błyskotliwym obserwatorem, decyduje się bowiem na gest intelektualnej interwencji – nazywając rzeczy po imieniu i definiując tytułowe „widma przeszłości, wizje przyszłości”. Autor nie ukrywa, że zarówno konserwatyści, jak i liberałowie popełniają błędy. Ci pierwsi zapatrzeni są w przeszłość i w historii upatrują rozwiązań idealnych dla dzisiejszych problemów. Ci drudzy grzeszą naśladownictwem i zapatrzeniem w rozwiązania, które sprawdziły się na Zachodzie, ale nie zawsze da się je przenieść w polskie realia. Sowa zauważa: „Zasadniczo jałowy spór między konserwatyzmem a liberalizmem ujawnia pewną ciekawą cechę naszej kultury, a mianowicie głęboko wrogi stosunek do nowoczesności” (s. 23). W Polsce nie tyle więc dochodzi do otwarcia się na modernizm, co raczej – jak twierdzi socjolog – na modernizację. Ważnym punktem prezentowanej w książce opowieści jest mit „Solidarności”: „Na pierwszym etapie swojego istnienia, czyli w latach 1980-1981, „Solidarność” była, jak postaram się udowodnić, wydarzeniem w swojej istocie komunistycznym” (s. 36). Odwołanie to nie jest z pewnością przypadkowe, gdyż autora interesuje idea wspólnoty i dobra wspólnego. Warto również zwrócić uwagę na kwestie etyczne, o których wspomina autor w kontekście działań gospodarczych. Pytanie o ich istotę i potrzebę wydaje się kluczowe, jeśli weźmiemy pod uwagę i – tak to ujmijmy – satysfakcję obu stron, i wspólnotowy charakter działań opartych na relacyjności. W kontekście rozważań na temat komunistycznego wymiaru ruchu solidarnościowego szczególnie interesujące są rozważania na temat nie tak oczywistej, jak mogłoby się wydawać, roli Kościoła. Dobro wspólne jako idea interesująca Sowę to połączenie korzyści gospodarczych, kulturowych, symbolicznych i społecznych. Kapitał tożsamy z korzyściami materialnymi budowany jest na bazie kapitału będącego źródłem inwestycji intelektualnych, relacji międzyludzkich i świadomości szerszego kontekstu tego, w czym uczestniczymy. Sowa zwraca więc na przykład uwagę na niepokojące konsekwencje prywatyzacji wiedzy lub na inspirującą odsłonę przestrzeni miejskiej jako źródła oporu. Jednocześnie opowieść badacza staje się fascynującą pochwałą marzeń i manifestem na rzecz wyobraźni. Sowa bowiem nie ukrywa, że świat do przodu poruszają ci, którzy wierzą, że może być inaczej i umieją sobie tę inną rzeczywistość wyobrazić.


Jan Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości, Wyd. W.A.B., Warszawa 2015.

czwartek, 24 września 2015

Bez powodu (Ł. Orbitowski, Inna dusza)

Najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego to nie tylko znakomita powieść inicjacyjna, psychologiczna i obyczajowa w jednym, ale również – co dużo ważniejsze – precyzyjne i poruszające studium zła. Pisarz nie bawi się w domorosłego analityka tego, co stało u źródeł morderstwa. Decyduje się na gest trudniejszy, a mianowicie na pokazanie, że zło nie musi mieć przyczyny, może się zdarzyć właściwie bez powodu i jest obecne w człowieku tak po prostu. I właśnie ta diagnoza społeczna – stwierdzenie, że to, co najgorsze, jest potencjalnie na wyciągnięcie ręki – okazuje się szczególnie trafna, ale i niepokojąca. Orbitowski nie próbuje grać sensacyjnością, nie epatuje niesamowitością, rezygnuje z gwałtownych zwrotów akcji i finału, w którym usłyszymy odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. W „Innej duszy” otrzymujemy celny obraz zwyczajności. Ot, trochę biedy, trochę za dużo alkoholu, codzienne problemy, dzielnice, które mają swój specyficzny klimat, wreszcie trzech dorastających chłopaków, którzy marzą o dorosłości, choć tak naprawdę życie rodzinne funduje im przyspieszone dojrzewanie. Kiedy jeden z bohaterów zabije, żaden koniec świata się nie zdarzy. Kiedy zabije drugi raz, również nie wydarzy się nic, co wyjaśni, dlaczego ten miły i sympatyczny chłopak dopuścił się tak okrutnych czynów. Orbitowski z dużym wyczuciem portretuje nastoletnią chłopięcą przyjaźń, która naznaczona zostaje stygmatem morderstwa. Paradoks tej relacji sprowadza się bowiem do tego, że zło – dokonane, podejrzewane, ujawniane – staje się tak naprawdę silniejszym spoiwem niż dobro lub chęć poznania prawdy. Pisarz nie koncentruje się tylko na nastolatkach odgrywających najważniejsze role w dramacie, nie traci również z oczu ich rodziców i znajomych. Dzięki temu mamy do czynienia z wiernym oddaniem rzeczywistości zarówno jeśli chodzi o czas akcji – lata dziewięćdziesiąte XX wieku, jak i atmosferę panującą wśród tych, którym nie udało się odnieść życiowego sukcesu. Choć powieść Orbitowskiego jest częścią projektu „Na f/aktach” i autor inspirował się autentycznymi wydarzeniami, „Inna dusza” nie jest tylko sfabularyzowaną wersją pewnego morderstwa. Pisarzowi udaje się bowiem nadać tej historii wymiar uniwersalny, dzięki czemu tytuł ten staje się ważnym głosem w dyskusji na temat tajemnicy zła.


Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Wyd. Od deski do deski, Warszawa 2015.

środa, 23 września 2015

Przyjaźń (P.R. de Vries, Porwanie Heinekena)

Historia jednego z najsłynniejszych holenderskich przestępstw ostatnich kilkudziesięciu lat zostaje opowiedziana w formie wspomnień Cora van Houta. To on był pomysłodawcą porwania, to on był – tak chyba można powiedzieć – mózgiem operacji, to on wreszcie długo i skutecznie wodził przedstawicieli prawa za nos. Peter R. de Vries zdecydował się na formę reportażu sfabularyzowanego. Relację van Houta czytamy bowiem jak powieść sensacyjną z mocno wyeksponowanym motywem przyjaźni. Wątek ten wydaje się kluczowy dla całej opowieści i tak naprawdę okazuje się dużo ciekawszy od odtwarzania kolejnych kroków prowadzących do skutecznego porwania Alfreda Heinekena i jego szofera Aba Doderera, a następnie żądania dużego okupu za ich uwolnienie. Pomysł, by całkiem zwyczajne i ogólnie dość przyzwoite życie zamienić na aktywność przestępczą, rodzi się podczas tradycyjnego Sylwestra od lat celebrowanego w męskim gronie. Przyjaciele chętnie podchwytują pomysł van Houta i przygotowują się do jego realizacji. Przyjaźń ulega pewnemu rozczłonkowaniu, kiedy po odebraniu okupu część grupy zostaje aresztowana. Ucieczka i walka z systemem jednoczą na tyle mocno, by wierzyć, że przyjaźń jest wieczna. Ostatecznie jednak ów najmocniejszy i najtrwalszy punkt odniesienia okaże się złudny, bo zdradzić może nie tylko wróg, ale i przyjaciel. Autor książki, znany reporter zajmujący się sprawami kryminalnymi, nie ukrywa swojej fascynacji opisywaną sprawą. Jednocześnie z podziękowań dowiadujemy się, że zrekonstruowanie losów van Houta i jego towarzyszy poprzedzone zostało drobiazgowym i żmudnym śledztwem dziennikarskim. De Vries był bardzo blisko opisywanych wydarzeń, stąd – być może – ów powieściowy charakter reportażu. Taka forma pozwala na dawkowanie napięcia, zmierzanie do spektakularnego finału i oddanie atmosfery panującej wokół porwania, którym żyła nie tylko Holandia, ale i cała Europa.


Peter R. de Vries, Porwanie Heinekena, przeł. Krystyna van Eggermond-Krupa, Małgorzata Woźniak-Diederen, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015.

wtorek, 22 września 2015

Niewidoczny (M.-H. Lafon, Joseph)

Krótka, skondensowana, momentami wzruszająca, często poruszająca opowieść o zwyczajności, w której nie będzie fajerwerków, wielkich uniesień i wydarzeń, wywołujących wypieki na twarzy u czekających na upragniony finał. Lafon, tak można by rzec, rezygnuje z typowej akcji na rzecz impresji, wspomnień, możliwości wejrzenia w siebie i zastanowienia się nad tym, czy „nic”, które w tym przypadku znaczy „wszystko”, może być substytutem jakiegokolwiek sensu. Tytułowy Joseph jest robotnikiem rolnym, mężczyzną „od wszystkiego”, który kocha zwierzęta, umie się nimi opiekować, ceni dobry kontakt z gospodarzami i celebruje doświadczany spokój. W jego biografii jest kilka lat innych, szaleńczych można by powiedzieć, kiedy kocha, fascynuje się kobietą, nadużywa alkoholu i zostaje porzucony. Minipowieść Lafon z pewnością nie jest jednak historią miłosną, nie jest również pochwałą pracy, choć bohater właśnie w niej upatruje główny punkt odniesienia dla swojego życia. To, co szczególnie uderza w książce, to samotność Josepha i jego nijakość. Mężczyzna nie wyróżnia się z otoczenia w żaden sposób, ale jednocześnie stanowi owego otoczenia stały element. Nie ma wokół niego ludzi bliskich. Nawet jeśli lubi przebywać w czyimś towarzystwie, to zwykle tkwi również w pewnym oddaleniu. Z rodziną właściwie nie utrzymuje kontaktów. Jego matka wybiera „lepszego” syna, który odnosi materialny sukces i zdobywa pozycję. Josepha, mimo jego samotności, nie można nazwać nieszczęśliwym. Bohater ma w sobie wewnętrzną siłę, dzięki której dostrzega sens we wszystkim, co mu się przydarza. Stałość związana z pracą, powtarzaniem czynności, wpisaniem się w rytm pór roku, odchodzeniem niektórych obyczajów w przeszłość i przyrodą, która pozostaje niezmienna, zdaje się go satysfakcjonować na tyle, by móc powiedzieć, że dobrze przeżył wszystkie te dni, które minęły. Lafon zmusza do zatrzymania się, zastanowienia, refleksji. Precyzyjnie dawkując czytelnikowi nieskomplikowaną fabularnie rekonstrukcję biografii Josepha, pokazuje jednocześnie, jak wiele ukrytego sensu może być w tym, co nijakie, niewidzialne, ignorowane i pomijane.


Marie-Hélène Lafon, Joseph, przeł. Małgorzata Kozłowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

poniedziałek, 21 września 2015

Całodobowo (J. Crary, 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu)

Po lekturze znakomitego eseju Crary’ego nie będzie chyba osoby, która nie zastanowi się nad niepokojącym wydźwiękiem idei dostępności i dyspozycyjności. Tytuł, odwołujący się do możliwości skorzystania z czyichś usług dwadzieścia cztery godziny w każdym dniu tygodnia, z jednej strony oferuje nam poczucie obserwowania idei, która właśnie się ziszcza jako spełnione marzenie, z drugiej natomiast, również jesteśmy tego świadkami, wspomniana idea staje się zagrożeniem dla tych, którzy nie tylko dystrybuują daną ofertę, ale i są jej odbiorcami. Nie bez przyczyny w podtytule książki pojawia się znaczące i dwuznaczne w swojej wymowie określenie „koniec snu”. Sformułowanie to odnosi się nie tylko do oczekiwania, by konieczność snu wyeliminować i traktować jako ludzką słabość, ale też do przekonania, że sen o humanistycznym i humanitarnym wymiarze usług oferowanych w kapitalizmie jest najzwyklejszą naiwną mrzonką. Crary pokazuje, że komponowanie rzeczywistości w taki sposób, by ignorowano rytm dnia i nocy, wiąże się z postępującą władzą, jaką system sprawuje nad istotami rozumnymi. Powszechny dostęp do osiągnięć technologicznych związanych z Internetem powoduje, że człowiek bez walki oddaje kolejne obszary swojej wolności, wyrzekając się i rezygnując ze sfery prywatności. Wspomniana całodobowość staje się synonimem ideału. Paradoks tej sytuacji sprowadza się jednak do tego, że zarówno ci, którzy władzę posiadają, jak i ci, którzy wchodzą w rolę niewolników, poddają się złudnemu urokowi tego, co zabija nie tylko indywidualność, ale i wspólnotowość.


Jonathan Crary, 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Karakter, Kraków 2015.

czwartek, 17 września 2015

Licencja na zabijanie (P. Kohout, Kacica)

Wydanie „Kacicy” z 1995 roku, firmowane przez wydawnictwo Muza w znanej serii Vademecum Interesującej Prozy (VIP), opatrzone było na okładce znaczącym obrazem lekko przybrudzonej siekiery (topora?). Wydawnictwo Dowody na Istnienie, wznawiając tę arcyciekawą powieść po dwudziestu latach, proponuje interesującą, a w kontekście treści niezwykle sugestywną, pracę Kateřiny Sidonovej. Artystka firmuje zresztą całą czeską serię, w ramach której ukazuje się powieść Kohouta. Nie bez powodu zatrzymuję się na chwilę przy okładce, bowiem w tym akurat przypadku i krwiście czerwona kolorystyka, i niepokojąca, bardzo dynamiczna, niemal płomienna twarz ludzka przechodząca w ciało zwierzęcia, a przy tym składająca się z szeregu zwierzęco-ludzkich scen, zapadają w pamięć i niosą szereg znaczeń. Opowieść o tajemniczej, działającej oficjalnie, choć w ukryciu, szkole dla przyszłych katów tylko na początku wydaje się zabawną, groteskową i farsową historią. Niemalże natychmiast wychodzi bowiem na jaw, że mamy tak naprawdę do czynienia z fascynującą przypowieścią o władzy, łatwości usprawiedliwiania i gotowości czynienia zła wtedy, gdy przynosi to nam wymierne korzyści. Kohout pokazuje bowiem, że zasady można nagiąć, idee różnie zinterpretować, a zajmowaną pozycję naświetlić w taki sposób, by dało się ją odpowiednio ocenić i sklasyfikować. Uczenie się różnych sposobów zabijania po to, by wykonywać karę śmierci, to zadanie edukacyjne perfidne z założenia. Założyciele owej nietypowej instytucji upewniają jednak swoich uczniów, że są wybrańcami losu. Teoretyzowanie na temat odbierania życia i zajęcia praktyczne w tym zakresie okazują się nauką nie tylko szkołą przyszłego katowskiego życia, ale i nauką społecznego fałszu, konieczności nieustannego grania i walki prowadzonej na różnych frontach. I nauczyciele, i uczniowie są zafascynowani jedyną w placówce przedstawicielką płci pięknej. To ona staje się milczącą główną bohaterką. Mariusz Szczygieł w oryginalnie zaplanowanym graficznie wstępie przypomina, że Lízinka porównywana jest do Lolity oraz do Iwony, księżniczki Burgunda. Przywołane tropy interpretacyjne nie pozostają bez znaczenia – nastolatka, która staje się siłą sprawczą, pozostając jednocześnie kimś biernym, ma w sobie i nierozwiniętą całkowicie, choć kuszącą seksualność, ma też pewne rozmemłanie i gotowość do poddania się cudzemu zamysłowi kreatorskiemu. Pozornie nie jest niczemu winna, ale to jej pasywność tak naprawdę pieczętuje rozrastające się i karykaturalne w swojej postaci zło. Zło, które można łatwo zafałszować, zintelektualizować, ufilozoficznić, uzasadnić, choć każdy dopisek wyjaśniający do zła będzie i tak jego multplikowaniem. Stwarzanie okrucieństwa odbywa się poprzez bierność. Jakże to aktualne i ponadczasowe przesłanie!


Pavel Kohout, Kacica, przeł. Józef Waczków, wstęp: Mariusz Szczygieł, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

poniedziałek, 14 września 2015

Komunista rozczarowany (S. Stein, Moja wojna w Hiszpanii)

Wspomnienia Sygmunta Steina to przejmujące świadectwo z okresu walk w wojnie domowej w Hiszpanii. Niezależnie od tego, jak ocenimy literackość tekstu, opowieść ta broni się dzięki swojej niejednokrotnie bolesnej szczerości, świadomości ideowej oraz drobiazgowej rekonstrukcji rozczarowania komunizmem w miejscu, gdzie teoretycznie zachwyt nad Związkiem Radzieckim powinien wzrastać. Stein pokazuje naiwność – swoją i tych, którzy dla Hiszpanii byli gotowi oddać życie. Szybko bowiem okazuje się, że to, co miało być piękną walką osób zjednoczonych wspólną ideą, staje się własną karykaturą. Wsparcie Związku Radzieckiego to po prostu farsa, której oficjalnie nikt nie zauważa. Konserwy ze spleśniałym jedzeniem, archaiczny sprzęt bojowy, samochody, które prędzej się rozpadną, niż gdzieś pojadą – to przykłady bratniej pomocy. Leki potrzebne rannym żołnierzom nie trafiają do szpitali, ale od razu wywożone są do Rosji. Na froncie trwa walka nie tylko ze zwolennikami generała Franco. I chyba właśnie ten wątek należy do szczególnie porażających, choć jednocześnie i typowych dla wielkich ideologii. Gdy żołnierze głodują, dowódcy urządzają prawdziwe uczty, jednocześnie zabraniając przekazywania pożywienia swoim podwładnym. Gdy większość żołnierzy ruszających do ataku nie ma broni, każe się im walczyć za pomocą tego, co zdobędą od swoich przeciwników. Ruszają więc w bój z gołymi rękami. Gdy kogoś podejrzewa się o nieprawomyślność (np. że jest trockistą), jest rozstrzeliwany. Gdy ktoś próbuje mieć inne zdanie, zostaje zniszczony (przykładem może być rozbicie i brutalne spacyfikowanie POUM w Barcelonie). Stein w wyważony, choć miejscami emocjonalny sposób, relacjonuje kolejne etapy własnego rozczarowania, ale i rozczarowania innych, które widzi i obserwuje na co dzień. W efekcie wojna domowa w Hiszpanii i Brygady Międzynarodowe, choć pokazać miały siłę i skuteczność komunistycznej wspólnoty, tak naprawdę odsłaniają jej słabość. Walka przygnębia. Smutek przynosi nie tylko porażka, ale i odkrycie, że ideały, które były czymś najważniejszym, tak naprawdę nie istnieją, a robotnik staje się zwykłą marionetką w rękach tych, którzy mają władzę. Stein dokumentuje fałsz wpisany w komunizm i obojętność na losy zwykłych ludzi. Odkrywana na co dzień zdrada ideałów staje się zdradą człowieka.


Sygmunt Stein, Moja wojna w Hiszpanii. Brygady Międzynarodowe – koniec mitu, przeł. Bella Szwarcman-Czarnota, posłowie: Jean-Jacques Marie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

niedziela, 6 września 2015

Siła i słabość (G. Swarthout, Eskorta)

Mocna, zapadająca w pamięć proza, o postępkach i zachowaniach niejednoznacznych etycznie, o pięknie i grozie dzikich terenów, o tchórzostwie i bohaterstwie, ale i o sile, która zupełnie niespodziewanie może być pokonana przez słabość. Ci, którzy myślą, że doskonale znają gatunek westernu, powinni sięgnąć po tę książkę, by przekonać się, że nie wiedzą o nim wiele. Swarthout, korzystając bowiem z westernowej konwencji, konstruuje opowieść, w której nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły, nikt nie jest do końca bohaterem ani łotrem, a każdy w chwili próby może okazać się kimś innym, niż wcześniej sądził, że jest. Pory roku nie tylko wyznaczają rytm życia osadników, dając im zielone światło do określonych działań lub czerwone do ich zaniechania. Zima bywa czasem szczególnie okrutnym dla tych, którzy z trudem znoszą samotność, odizolowanie, lęk, poczucie bycia na krańcu świata. Okazuje się, że cztery kobiety popadły w szaleństwo. Różne są ich losy i różne cierpienie, jedno pozostaje identyczne – niemożność pozostania wśród swoich ze względu na brak odpowiedniej opieki. Miejscowy pastor postanawia zarządzić losowanie – ten mąż, który wylosuje czarne ziarno kukurydzy, będzie zobowiązany odwieźć kobiety do miasta, pozostali natomiast mają zapewnić transport i wyżywienie na drogę. Obserwując zachowania mężczyzn odkrywamy, że niejednokrotnie są równie słabi, a nawet słabsi niż kobiety, którymi mają zajmować się w chorobie. Sytuacja pozornie bez wyjścia, a już na pewno sytuacja próby, przerasta ich wszystkich bez wyjątku. Najsilniejsza okazuje się Mary Bee Caddy, niezależna, wykształcona kobieta, która mieszka samotnie i radzi sobie z osadniczym życiem nie gorzej od mężczyzn. To ona decyduje się na odwiezienie oszalałych osadniczek. Kiedy podróż się zaczyna, Mary odkrywa, że potrzebuje pomocy. Znajduje ją, ratując pewnego mężczyznę, który w ramach długu wdzięczności ma jej towarzyszyć. Swarthout okazuje się świetnym psychologiem, a jednocześnie oszczędnym portrecistą emocji. Dzięki takiej przyjętej perspektywie szaleństwo kobiet rozrasta się, przeraża, wydaje się zrozumiałe, bliskie, by za chwilę zmienić się w dalekie i obce. Autor doskonale oddaje dramatyzm losów tych, które skazane na osadnicze życie, zaznały koszmaru samotności, opuszczenia, niewyobrażalnego zagrożenia ze strony otoczenia. Szaleństwo w tej opowieści przypomina więc dobrowolną ucieczkę przed tym, co niszczy bezlitośnie i nie pozwala na podniesienie się po katastrofie. Podróż, jaką odbywają bohaterowie, nie ma w sobie nic z wyprawy zwieńczonej sukcesem. Cierpienie towarzyszy nie tylko eskortowanym kobietom, ale i ich dobrowolnym przewodnikom i strażnikom. Nie ma tu szansy na dobre zakończenie, nie ma też miejsca na triumf związany z wykonanym zadaniem. Jest tylko uparta walka z życiem, którą i tak, wcześniej czy później, się przegrywa.


Glendon Swarthout, Eskorta, przeł. Stanisław Tekieli, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

sobota, 5 września 2015

Rewolucja z Kubusiem Puchatkiem w tle (D. Lain, Mężczyzna ze Stumilowego Lasu)

Powieść Laina to warta uwagi impresja na temat losów dorosłego Krzysia, budzącego sympatię chłopca, który był przyjacielem misia o małym rozumku. Dorosły syn pisarza prowadzi księgarnię i nie chce mieć nic wspólnego z bohaterami swojego dzieciństwa i dzieciństwa tysięcy ludzi na całym świecie. Choć próbuje otrząsnąć się z tego, co było, choć nie chce myśleć o ojcu i o jego twórczości, choć pragnie uciec od siły wyobraźni, która w jego przypadku krzepi i rani jednocześnie, to wszystkie te usiłowania okazują się mało skuteczne. Przeszłość powraca i nie tak łatwo się z niej wyzwolić. To, co dla czytelników wydaje się miłym i zabawnym wspomnieniem, dla bohatera jest synonimem rzeczy mało przyjemnych, a nawet koszmarnych. Pamięć dzieciństwa nie pozwala mężczyźnie na pełne i świadome przeżywanie dorosłości. Wszystko zmienia się wtedy, gdy bohater w wyniku niespodziewanego splotu okoliczności wyjeżdża do Paryża i bierze udział w rewolcie studenckiej 1968 roku. Bycie w centrum wydarzeń pozwala nie tylko na zapomnienie o sobie, ale i na przypomnienie siebie takim, jakim być może jest się naprawdę. Bohater uczestniczy więc, ale i obserwuje. Usiłuje dorosnąć, choć wie, że zabić w sobie Krzysia nie jest wcale tak łatwo. Lain opowiada o poszukiwaniu, które nie może mieć dobrego zakończenia. To raczej poruszanie się trochę po omacku z tego tylko powodu, że kiedyś ktoś nie pokazał, że są drogi, dzięki którym możemy iść dużo pewniejszym niż zwykle krokiem. Dorosły Krzyś musi więc ciągle troszczyć się o siebie, ale i o Kubusia Puchatka, cokolwiek troska ta może oznaczać.


Douglas Lain, Mężczyzna ze Stumilowego Lasu, przeł. Piotr Geriant, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

piątek, 4 września 2015

Władza realna czy pozorna? (J. de Saint Victor, Niewidoczna siła)

De Saint Victor opowiadając o historii mafii, nie poprzestaje na prezentowania zmian zachodzących w przestępczym systemie przez nią stworzonym. Dużym atutem książki okazuje się umiejętność łączenia narracji typowo faktograficznej z łatwością syntezy opartej na zasadniczym założeniu, że ci, którzy łamią prawo, są jednocześnie częścią państwa i społeczeństwa, w których wspomniane prawo obowiązuje. W efekcie mafia staje się czymś w rodzaju alternatywnego rozwiązania. Ściśle określony reguły, zasady, które regulują postępowanie członków, pilnowanie tajemnicy, dzięki której osoby z zewnątrz nie znają praw rządzących działalnością, wreszcie bezwzględność i gotowość postawienia wszystkiego na jedną kartę po to tylko, by przeciwnik przekonał się, że w tej walce nie ma żartów – de Saint Victor udowadnia procesualność obrastania mafii w siłę oraz istnienie społecznego przyzwolenia dla rozrostu jej władzy. Szczególnie interesujące w opowieści autora jest właśnie śledzenie ewolucji organizacji, dzielących ją różnic oraz łączących fundamentów ideowych, a także mutowanie się mafii w innych krajach i wzorowanie się naśladowców na Włochach. Publikacja francuskiego historyka to również znakomite studium na temat związków miedzy ekonomią a przestępczą działalnością. Kwestie związane z bogaceniem się, nielegalnym przepływem środków oraz źródłami zwiększającego się stanu posiadania należą do najciekawszych w książce. Pokazują bowiem intrygującą ewolucję od nieco amatorskich wymuszeń i kontaktów z właścicielami ziemskimi do profesjonalnego zarządzania międzynarodowym i nielegalnym biznesem, który mimo oficjalnego zwalczania ma się całkiem dobrze. Intrygujące.


Jacques de Saint Victor, Niewidoczna siła. Mafia w społeczeństwach demokratycznych, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

środa, 2 września 2015

Los (W. Jagielski, Wszystkie wojny Lary)

To chyba najbardziej poetycka książka Wojciecha Jagielskiego. Przez poetyckość nie można jednak w tym wypadku rozumieć nastrojowości, emocjonalności czy jedynie próby uchwycenia istotności. Poetyckość „Wszystkich wojen Lary” jest bowiem mroczna, nieuchronna, niepokojąca, ostateczna w swoim wymiarze. Historia opowiedziana przez reportera ma bowiem w sobie coś z przypowieści o złu, które jeśli zamierza się narodzić, to i tak znajdzie ujście, nawet wówczas, gdy dobro uczyni wszystko, by nie doprowadzić do konfrontacji ze złem. Jagielski, oddając głos kobiecie, konstruuje tak naprawdę intymny manifest pacyfistyczny. Intymny, bo Lara nie szuka wielkiego świata. Nawet, gdy marzy o byciu aktorką, interesuje ją przede wszystkim to, co jest bliskie, dotykalne, angażujące emocjonalnie. Najważniejsza jest dla kobiety rodzina. To dla niej jest w stanie budować wszystko od nowa, ruszyć tam, gdzie trwa wojna, by próbować wydrzeć syna śmierci, lub zostawić cały swój dobytek po to, by ratować swoje dzieci przed złem. Na nic się jednak zdają działania matki i ojca. Ta pierwsza usiłuje pokazać dzieciom, że śmierć zadawana w walce niesie cierpienie i ból, ten drugi chce zapewnić synom normalność na Zachodzie, pracuje więc ponad siły. Specyficzny sojusz matki i ojca, żyjących oddzielnie, ale jednoczących siły na rzecz potomków, okazuje się złudny. Zło rodzi się cicho, niespodziewanie, dojrzewa tam, gdzie pozornie dzieją się sprawy dobre, takie jak modlitwa, tradycja, szacunek dla własnego narodu. Na szczególną uwagę zasługuje znakomicie uchwycona przez reportera nieuchronność katastrofy. Jagielski pokazuje jej symptomy, triumf i konsekwencje zarówno w miejscu idyllicznym, w dolinie, w której znaczną część życia spędza Lara, jak i w realiach Zachodu. „Wszystkie wojny Lary” to nie tylko dosłownie opowieść o wojnach (czeczeńskich lub tej toczonej w Syrii), ale też świadectwo bitew stoczonych o normalność, zwyczajność, bezpieczeństwo i spokój. Książka Jagielskiego jest również intrygującą przypowieścią – ponownie używam tego słowa – o tożsamości, jej ograniczeniach, pułapkach, związanych z nią wyborach i decyzjach, z których nie zawsze da się wycofać i tym samym ocalić siebie.


Wojciech Jagielski, Wszystkie wojny Lary, Wyd. Znak, Kraków 2015.

wtorek, 1 września 2015

Mieszkanie (F. Springer, 13 pięter)

Filip Springer pozostaje wierny swoim zainteresowaniom. „13 pięter” to kolejna publikacja reportera o architekturze, nadziejach z nią związanych, wypaczeniach systemu i społecznych konsekwencjach takiego a nie innego zarządzania budynkami. Podobnie jak w przypadku „Źle urodzonych”, „Zaczynu” oraz „Wanny z kolumnadą” autora interesuje człowiek, idea oraz to, co prowadzi do zamienienia marzeń na substytuty. Teksty zamieszczone w książce w pewnym sensie można potraktować jako literaturę zaangażowaną. Springer nie ukrywa bowiem, że zabiera głos w sprawie. Nie próbuje jednak moralizować, lecz złożoność problemu ukazuje poprzez losy konkretnych jednostek oraz historię różnego rodzaju inicjatyw mieszkaniowych. Warto docenić przyjętą przez reportera perspektywę historyczną. Obszerny tekst poświęcony próbie rozwiązania problemu braku mieszkań w przedwojennej Warszawie, a także gettoizacji tych, których nie było stać na własny kąt, należy do najciekawszych w książce. Springera interesuje nie tylko to, w jaki sposób politycy i przedstawiciele władzy walczyli z bezdomnością oraz ciągle niezaspokojoną potrzebą posiadania swojego mieszkania. Koncentruje się bowiem na zaniechaniach prawnych lub obojętności, a także na pomysłach chybionych, bezradności, odcinaniu się od dramatów ludzkich i niedostrzeganiu tego, że posiadać lub wynajmować i mieć pieniądze na jedno lub drugie stanowi prawo obywatela, a nie jego przywilej. Poznamy historię ludzi, którzy decydują się na kredyt i są w tym wyborze rozsądni, ale i czasami zbyt niefrasobliwi, poznamy opowieści o tych, którym odebrano wszystko i którzy na długo musieli zadowolić się tymczasowością, dowiemy się, że podejście do kredytu może być dla niektórych synonimem dojrzałości lub jej braku, przeczytamy o dramatycznych losach ofiar brutalnych i stojących poza prawem czyścicieli kamienic. Springer, co ważne, nie gra emocjami, raczej zmusza czytelnika do samodzielnej oceny sytuacji, pokazując mu, że problem mieszkań jest problemem i jednostek, i całego społeczeństwa. Nie da się więc go ignorować i udawać, że nas nie dotyczy.


Filip Springer, 13 pięter, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

środa, 26 sierpnia 2015

Wojna jako czyste zło (S. Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy)

To dobrze, że wydawnictwo Czarne przypomina książkę, która w 2007 roku ukazała się po polsku jako „Ołowiane żołnierzyki”. Oba tytuły wydają się wiernie oddawać przekaz publikacji. „Ołowiane żołnierzyki” to czytelne zasugerowanie, że ludzie byli na wojnie tylko zabawką, ktoś decydował o ich losie, skazywał na śmierć, a potem o ofiarach wojny zapominał. Żołnierzykami przecież można się świetnie bawić, pokazując potęgę i władzę, można też łatwo zająć się czymś innym, nie myśląc wiele o bohaterach wcześniejszej dobrej zabawy. Z kolei „Cynkowi chłopcy” kierują nasze skojarzenia w stronę śmierci. To w cynkowych trumnach przywożono do kraju poległych żołnierzy. Epitet „cynkowi” może również sugerować ostateczność wpisaną w biografię tych, którzy przeżyli. Choć wrócili do kraju, to jednak śmierć pozostaje z nimi na zawsze jako wspomnienie tego, co robili i co widzieli. Swietłana Aleksijewicz pokazuje, jak tworzy się mit i jak upada. Ofiarą fałszu wpisanego w hiperbolizowanie zwycięstwa jest zawsze zwykły człowiek. W tym przypadku ci, którzy wyjechali do Afganistanu, by wypełnić – określenie to często w książce się pojawia – obowiązek internacjonalistyczny. Trwająca 10 lat (1979-1989) zbrojna interwencja radziecka to tysiące życiorysów naznaczonych złem w różnych odcieniach: zapomnieniem, ideowym kłamstwem, zbędnym poświęceniem, okrucieństwem ze strony współtowarzyszy, straconymi nadziejami i szansami, przegraną młodością. Podobnie jak w poprzednich publikacjach reporterka oddaje głos tym, którzy decydują się na powierzenie jej swojej opowieści. Słucha więc matek, które cieszyły się, że syn jedzie na wojnę, a teraz opłakują stratę dziecka; słucha byłych żołnierzy, którzy nie ukrywają, że nikt ich wojny nie nauczył, nikt też nie przygotował ich na brutalność rozlewu krwi, zmęczenia, strachu, ale też wszechobecnej fali wojskowej; słucha kobiet, które również zgłaszały się na wojnę, wierząc, że dzięki temu mogą służyć krajowi tak, jak za czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Aleksijewicz nie ocenia i nie oskarża, ale jej tekst traktować można jako wielki manifest na rzecz pokoju oraz deklarację bezsensu wpisanego w działania wojenne. Z opowieści przytaczanych w książce wynika rzecz straszliwa i często pomijana w relacjach o zwycięstwie lub klęsce na polu walki, a mianowicie to, że wojna niszczy każdego – i tego, kto zabija, i tego, kto atakuje, i tego, kto się broni, i tego, kto wychodzi z potyczki cało, i tego, kto poległ, i tego, kto przetrwał. Na wojnie nie ma niewinnych, bo każdym zmysłem czuć wszechobecną śmierć. I jeszcze coś. Reporterka pokazuje również, że człowiek przyzwyczajony jest do kłamstwa na temat wojny. Woli słyszeć, że była ona potrzebna, niż dowiedzieć się, że stracił część swojego życia lub po prostu życie nadaremno. To dlatego relacja z procesu wytoczonego Aleksijewicz przez jej rozmówców okazuje się portretem wyjątkowo rozpaczliwej próby zachowania pozorów i jednoczesnego oszukiwania siebie. Pozycja obowiązkowa!


Swietłana Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy, przeł. Jerzy Czech, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Ślady i dowody (W. Tochman, M. Szczygieł, Krall)

To zadziwiające, jak wiele treści można zawrzeć w tak niepozornej przecież objętościowo książce! „Krall” z powodzeniem może więc być czytana nie tylko przez osoby znające i ceniące twórczość tytułowej reporterki. Publikacja nie zawiedzie również tych, którzy interesują się dziennikarstwem i literaturą. Hanna Krall, opowiadając o swojej pracy w „Polityce”, daje tak naprawdę wgląd w życie redakcji, historię pisma oraz losy ludzi z nim związanych (np. znakomity portret Mieczysława Rakowskiego). Ważnymi kwestiami, pojawiającymi się właściwie już w pierwszych zdaniach, są tożsamość i ostateczność. W obu przypadkach człowiek zmuszony jest mierzyć się z tymi problemami z powodu wojny. Krall wielokrotnie wspomina, jak ważna w pisaniu jest forma i odsłania w rozmowie tajniki własnego warsztatu. Zamieszczony w książce zapis zajęć ze studentami, polegających na analizie tekstu Józefa Mackiewicza, pokazuje ponadto, że język jest czymś żywym, zmienia się, przemija, kształtowany bywa przez wydarzenia niewyobrażalne i bywa archiwum trudnych do wyartykułowania emocji. Wspólny projekt Krall, Tochmana, Szczygła okazuje się również intrygującą refleksją na temat cenzury oraz tego, jak w okresie komunizmu trzeba było dbać o ocalenie każdego słowa. Książkę tę, jeśli pozostaniemy jeszcze przy języku, można traktować jako opowieść o zniszczeniu i tworzeniu nowego sposobu opisywania, a tym samym objaśniania świata. Nie bez powodu Hanna Krall mówi o nieumiejętności znalezienia formy na to, co przyszło po wojnie, i co próbowano budować dzięki odniesieniu do tego, co dobrze znane, a więc do rzeczywistości sprzed wojny. To, w jaki sposób reporterka, opowiada, odsłania niepowtarzalną umiejętność pokazania za pomocą kilku słów lub zdań dramatu ludzkiego. Tak dzieje się chociażby, gdy Krall wspomina losy młodych podopiecznych domu dziecka w Otwocku. Na plan pierwszy w książce wysuwa się szczegół – jest ważny dla zindywidualizowania opowieści, wokół niego budowana jest reporterska historia, wspomnienie, zapis. Mamy więc na przykład kawę, którą starsze kobiety poją zmęczonych żołnierzy Armii Czerwonej; mamy zegarki, które młode kobiety zabierają ze sobą, gdy idą schronić się do piwnicy; mamy za wysoki rower, na którym mała dziewczynka może jeździć dzięki, jak się okaże, „faszyście”; mamy pralkę automatyczną zdobytą w arcyciekawy i dość karkołomny sposób; mamy meble w dawnym mieszkaniu Marii, które tylko w pamięci stoją tam, gdzie zawsze; mamy brulion znaleziony w dzieciństwie, no i „Szufladę” pełną notatek, tekstów, pocztówek, listów, zdjęć, słów ważnych na zawsze, ale i istotnych jedynie w swoim czasie. Podobne szukanie śladów, jakie rozgrywa się dzięki rzeczom uruchamiającym przeszłość, odbywa się za sprawą miejsc. Czasami wśród wysokich traw widać fundamenty, czasami na ścianie kamienicy pozostało odbicie domu, który stał obok; czasami jest to brama; czasami dawna siedziba redakcji „Polityki” lub mieszkanie w bloku na Ursynowie – w przypadku wszystkich tych miejsc natkniemy się i na fragmenty biografii Hanny Krall, i na istotne epizody z życia innych ludzi. Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza to rozmowa Wojciecha Tochmana z reporterką, podróż po minionym pojmowana metaforycznie jako wspominanie, ale i dosłownie, jako odwiedzanie miejsc ważnych i dających początek. Druga, zatytułowana znacząco „Szuflada”, przygotowana została przez Mariusza Szczygła. To, co okazuje się szczególnie ważne, to spójność widoczna w kompozycji książki. Krall mówi bowiem najpierw o tym, co później w tej bardziej wizualnej (pełnej zdjęć i skanów listów, artykułów, okładek) części pojawia się jako ważne materialne świadectwo sprzed lat. Nic nie jest tutaj przypadkowe, a to, co dzisiaj, koresponduje z tym, co wczoraj.


Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Krall, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Zabawnie o przemijaniu (J. Pilch, Zuza albo czas oddalenia)

Najnowsza książka Pilcha, utrzymana w konwencji odnalezionego i upublicznionego rękopisu, pełna tropów autobiograficznych, skłania do kilku, wartych uwagi spostrzeżeń. Po pierwsze, Pilch, pisząc tę minipowieść, rozmawia z samym sobą, tekstem tym wracając do dobrze znanych wątków z własnej twórczości. Dla mnie książka ta najbliższa jest „Innym rozkoszom” i „Spisowi cudzołożnic”, choć nie mam na myśli oczywistego i jednoznacznego podobieństwa. Po drugie, temat fascynacji dojrzałego, powiedzmy wprost – starszego, mężczyzny młodą kobietą nie od dziś jest chętnie eksplorowany w literaturze. Pilch nie wymyśla więc nic nowego, choć potrafi zarazem zachwycić stosowaną frazą, błyskotliwością, dowcipem. Jeśli miałabym tę książkę zderzyć z podobnymi publikacjami, które całkiem niedawno ukazały się na naszym rynku wydawniczym, to „Zuza albo czas oddalenia” bezdyskusyjnie wygrywa z „Magdaleną” Tomasza Piątka i „Kuratorem” Zbigniewa Kruszyńskiego. Po trzecie wreszcie, warto docenić tę publikację za umiejętność wzięcia wszystkiego, co się opisuje, w nawias. Choć Pilch opowiada o przemijaniu i stracie (zdrowia, męskości, atrakcyjności, żywotności itp.), nie przestaje być autoironiczny, zabawny, dowcipny. I właśnie głównie dzięki temu ta krótka opowiastka warta jest uwagi.


Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

sobota, 22 sierpnia 2015

Skaza (W. Nowicki, Odbicie)

Zbiór esejów Nowickiego to nie tylko przykład zapadającej w pamięć refleksji nad fotografią, ale i intrygujące rozważania na temat tego, co dziwne, nietypowe, w jakiś sposób różniące się, zapadające w pamięć. Autora interesuje to, co funkcjonuje na pograniczu piękna i brzydoty, oczywistości i nadzwyczajności, czystości i brudu, zdrowia i choroby, życia i śmierci. Tak jest w przypadku zdjęć hermafrodyty, tak jest w przypadku amatorskiego aktu męskiego, tak jest wreszcie w przypadku fotografowania zmarłych lub czynienia siebie obiektem sztuki. Zarówno wtedy, gdy Nowicki analizuje zdjęcia anonimowych twórców, jak i wtedy, gdy fascynująco opowiada o Jerzym Lewczyńskim, Michale Greimie, Wilhelmie von Blandowskim, Michaelu Ackermanie, czy Anecie Grzeszykowskiej, w centrum jego zainteresowań pozostaje skaza, to, co jest błędem i co psując, tak naprawdę wydobywa nowe treści. Ta interesująca perspektywa za każdym razem odsłania opowieść wpisaną w fotografię. Dzięki uwiecznionemu obrazowi przemijanie zostaje unieważnione przez przetrwanie. Czasami nie wiadomo, jak fotografowany obiekt się nazywał, nie ma żadnych dokumentów na temat tego, kto robił zdjęcie, ale przeszłość zostaje uchwycona. Właściwie każda z analizowanych przez Nowickiego fotografii naznaczona jest paradoksem uwiecznienia tego, co dzisiaj minione, a wtedy teraźniejsze. Na zdjęciach zostaje więc specyficznie zmaterializowany czas – ten, który próbuje być triumfem życia, i ten, który nieuchronnie zbliża do śmierci.


Wojciech Nowicki, Odbicie, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

piątek, 21 sierpnia 2015

Konieczność opowiadania pozytywnych historii (P. Pomerantsev, Jądro dziwności. Nowa Rosja)

Pomerantsev wraca do kraju swojego wczesnego dzieciństwa, by z perspektywy człowieka Zachodu opisać absurdy i dramaty współczesnej Rosji. Wielkim atutem tej opowieści jest sportretowanie kraju w cieniu nowoczesności, tyle że nowoczesność rosyjska nie przestaje być ciągle nowoczesnością sowiecką. Autor pokazuje bowiem, jak w świecie pozornie niekomunistycznym, pełnym bogactwa i karier spod znaku kapitalizmu, całkiem dobrze ma się mentalność minionej epoki. Pomerantsev przygotowuje materiały dla telewizji. To, co szczególnie uderza i powraca w książce jak bumerang, to oczekiwania zleceniodawców, by dokumentalista dostarczył im pozytywną opowieść. Zadanie nie jest łatwe i nie za bardzo ma sens. Widać to chociażby na przykładzie przerażającej historii rosyjskich modelek, które popełniły samobójstwo, a wcześniej uczestniczyły w seansach Róży Świata. Reporter rekonstruuje działanie sekty, odsłaniając niszczenie psychiki tych, którzy potrzebują wsparcia. Tekst ten znakomicie oddaje paradoks współczesnej Rosji, a więc wielość funkcjonowania różnego rodzaju wierzeń, a obok oddawanie się konsumpcji, poszukiwanie sensu i spełnianie marzeń, które okazują się tylko złudzeniami. Rosja w reportażach Pomerantseva to fascynujące połączenie wstydliwej tęsknoty za duchowością i rozpasanego kultu materializmu. Ci, którzy mają wszystko, w jednej chwili wszystko mogą stracić. Ci, którzy nie mają nic, na chwilę zyskują wszystko, by potem w niezrozumiały dla siebie sposób być zmuszonym do zapomnienia snu, który się ziścił. Mocne, smutne i zabawne jednocześnie, straszne i śmieszne, małe i wielkie dramaty – bardzo dobra książka!.


Peter Pomerantsev, Jądro dziwności. Nowa Rosja, przeł. Iga Noszczyk, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Wolność i odpowiedzialność (A. Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak)

Odtrącone dziecko i izolująca się od społeczeństwa dorosła kobieta – tak można by krótko, choć stereotypowo, skwitować historię życia Simony Kossak. Trzeba by jednak, uciekając od uproszczeń, dodać także następujące określenia: silna osobowość, wybitna badaczka psychologii zwierząt, osoba potrafiąca nawiązać niebywałe relacje z naszymi braćmi mniejszymi, zaangażowana ekolożka, znawczyni przyrody i wielka promotorka Białowieży. Kamińska wybiera na bohaterkę swojej książki postać niebanalną. Nic więc dziwnego, że biografię Simony Kossak poznajemy z dużym zainteresowaniem. Miała zostać dziedziczką talentu trzech pokoleń Kossaków, zamiast jednak malować, poświęciła się badaniu zachowań i emocji zwierząt. Choć opowieść o kobiecie, która decyduje się rzucić mieszczańskie życie w Krakowie i zamieszkać w puszczy, zapraszając m.in. ptaki, dzika czy owce do własnego domu, pod względem atrakcyjności broni się sama, to jednak jest w niej i kilka momentów niepokojących. Mam na myśli rodzaj autorskiego posłowia, przyjmującego formę listu do Simony Kossak, w którym Anna Kamińska pisze m.in.: „O wielu rzeczach nie napisałam z szacunku do osób, które mogłyby na tym coś stracić, i z szacunku do Pani. Może zrzuci to ze mnie etykietkę hieny” (s. 312). Po pierwsze, nie widzę powodu, aby taka etykietka do autorki miała przylgnąć. Po drugie, ciekawi mnie, co dziennikarka przemilczała, choć nie uważam, że w ten sposób to ja staję się hieną. Po trzecie wreszcie, deklaracja ta, skoro padła, trochę mnie niepokoi, bo rodzi wątpliwości dotyczące zaprezentowanego portretu Simony Kossak. Sugeruje bowiem chęć wybielenia postaci. Niezależnie jednak od tego, jak potraktujemy ów wystylizowany list Kamińskiej, daje on dobry pretekst do kolejnego zastanowienia się nad ograniczeniami i możliwościami tkwiącymi w biografii. Kolejnego, bo prowokuje do takiej refleksji właściwie każda biografia lub reportaż biograficzny dotyczący osoby, która odeszła niedawno (Simona Kossak zmarła w 2007 roku). Opowieść o życiu Simony z pewnością warto poznać – bo to fascynująca historia walki o prawo do własnych wyborów, bo to intrygujący portret osoby wrażliwej, ale zamkniętej w sobie, kochającej zwierzęta, ale nieufnej w stosunku do ludzi, bo to piękna gawęda o pasji, dla której warto poświęcić całe życie.


Anna Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dziennikarstwo jako zobowiązanie (U. Chincz, A. Morawska, 7 dni. Świat Andrzeja Turskiego)

Opowieść o życiu i pracy Andrzeja Turskiego to ładne, świadomie używam tego słowa, i inteligentne połączenie wspomnień związanych z biografią dziennikarza i historii polskich mediów. Efekt ten z pewnością nie jest przypadkowy – widać to i w tytule książki, nawiązującym do programu „7 dni świat”, i w kolejnych rozdziałach, zaplanowanych właśnie jako dni tygodnia, naprzemiennie koncentrujących się na prywatności i aktywności zawodowej bohatera publikacji, i w literackim sojuszu autorek, córki prezentera „Panoramy”, Urszuli Chincz, i „córki telewizyjnej”, wychowanki, Anny Morawskiej. Trzeba również docenić jeszcze coś, a mianowicie fakt czuwania nad proporcjami prezentowanych wiadomości. Choć współpracownicy Andrzeja Turskiego, jego wychowankowie, przyjaciele i znajomi, wypowiadają się o nim z dużym szacunkiem i zawsze dobrze, czytelnik nie znajdzie tutaj przesady. Ewentualna panegiryczna narracja zostaje zastąpiona czułą anegdotą, świadomością tego, co daje uczenie się od najlepszych, odkryciem, że to, co przed laty było bagatelizowane, wraz z upływem czasu okazuje się częścią ważnej historii. Książkę Chincz i Morawskiej można więc z powodzeniem czytać nie tylko jako ciekawie pomyślaną biografię Andrzeja Turskiego, ale też jako próbę uchwycenia pewnego etosu, który choć pozostaje potrzebny, odchodzi stopniowo w niepamięć. To, w jaki sposób bohater publikacji traktował swój zawód, powinno być przytaczane jako wzorzec na zajęciach z etyki dziennikarskiej. „7 dni” to także interesująco sportretowana od kulis historia kilkudziesięciu ostatnich lat polskich mediów. Usatysfakcjonowani lekturą będą więc i ci, którzy słuchają Trójki, i ci, którzy oglądali „7 dni świat”, i ci, którzy dostrzegali różnicę między sposobem prowadzenia „Panoramy” a innych programów informacyjnych. W trakcie lektury książki trudno oprzeć się wrażeniu, że śmierć Andrzeja Turskiego to koniec pewnej epoki, epoki, jakiej nie powinniśmy zapominać, jeśli zależy nam na mediach.


Urszula Chincz, Anna Morawska, 7 dni. Świat Andrzeja Turskiego, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Widać go z daleka (B. Chomątowska, Pałac. Biografia intymna)

Reporterska opowieść Chomątowskiej o Pałacu Kultury i Nauki na szczęście nie jest tylko rocznicową publikacją. Autorka bowiem w zajmujący sposób rekonstruuje początki budowli, jej stopniowe wtapianie się w krajobraz stolicy przy jednoczesnym ciągłym drażnieniu swoją obecnością. Pokazuje, że biografia Pałacu to również życiorysy ludzi, którzy trwale związali się z tym miejscem. Warto docenić fakt, iż autorka rezygnuje z tonu rozliczeniowego i bardzo interesująco, w początkowych partiach książki, opowiada o tym, jak funkcjonowali ówcześni architekci, jak próbowano łączyć ideologię, funkcjonalność, ale i piękno, jak wreszcie budowla ta fascynowała mieszkańców i stawała się symbolem podnoszenia miasta z ruin. Chomątowska w wielu fragmentach swojej publikacji sugestywnie oddaje panujący wówczas w społeczeństwie klimat – podziw dla nowoczesnej myśli technologicznej, monumentalność, bicie kolejnych rekordów sąsiadują z próbami samobójczymi na XXX piętrze czy magicznym, zabobonnym nieco, personalizowaniem Pałacu. Opowieść o Pałacu to nie tylko odtworzenie historii, ale i pokazanie, że są ludzie, dla których Pałac stał się czymś ważnym nie tylko w wymiarze zawodowym, ale i prywatnym. Wśród osób, dla których biografia budowli jest jednocześnie częścią ich własnego życiorysu są i architekci, i przedstawiciele władzy, i kronikarka Pałacu, i kolekcjonerzy pamiątek z nim związanych, i kociary, odkrywające tajemnice podziemnego królestwa zwierząt. Chomątowska zachowuje równowagę między barwnymi anegdotami a faktami typowo historycznymi, dzięki temu książkę tę nie tylko dobrze się czyta, ale i na długo się ją zapamiętuje.


Beata Chomątowska, Pałac. Biografia intymna, Wyd. Znak, Kraków 2015.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wojna jako konieczność czy wojna jako wybór? (P. Ham, 1914. Rok końca świata)

Monumentalne dzieło Hama poświęcone rokowi 1914 zasługuje na podziw i czytelnicze uznanie. Gdyby wszystkie książki historyczne były w taki sposób pisane, nie tylko z wypiekami na twarzy poznawalibyśmy przeszłość, ale i z dużym upodobaniem sięgalibyśmy właśnie po taki typ lektury. Ham koncentruje się na roku, w którym wybuchła I wojna światowa, rekonstruując przyczyny konfliktu, politykę wielkich mocarstw, nastroje społeczne oraz panujące obyczaje. W powszechnej świadomości bardziej znane są wydarzenia związane z II wojną światową. Działania Hitlera zdecydowanie przyćmiły to, co działo się dwadzieścia pięć lat wcześniej. A szkoda, bo jak udowadnia Ham, wiele z prowadzonych w 1914 roku w ramach polityki międzynarodowej działań stanowiło zapowiedź tego, co wydarzyło się później. Wielkim atutem książki jest drobiazgowe odtworzenie atmosfery panującej na świecie tuż przed wybuchem wojny. Ham pokazuje, że konflikt zbrojny stał się końcem pewnej epoki, zapoczątkował również nowy typ prowadzenia walki, odsłonił rodzaje praktyk promujących zgłaszanie się mężczyzn do wyjazdu na front (np. poruszający opis szantażu moralnego stosowanego przez działaczki Stowarzyszenia Białego Pióra). Badacza interesuje człowiek – i ten, który rozdaje karty, bo ma władzę, i ten, który anonimowo oddaje życie na polu walki. W pierwszym przypadku otrzymujemy świetne, barwne, bogate charakterystyki możnych tego świata, którzy doprowadzili do wybuchu wojny. W drugim przyglądamy się zwykłym żołnierzom, którzy stali się ofiarami ideologii gloryfikującej wojnę i umieranie za ojczyznę. Na szczególną uwagę zasługuje opis walk toczonych na terenie Belgii, państwa, które choć było neutralne, zostało zaatakowane przez Niemcy. Agresorzy wsławili się wyjątkową brutalnością i wobec ludności cywilnej, i w stosunku do miejscowego dziedzictwa narodowego. Ham konsekwentnie broni tez tezy, że I wojna światowa wcale nie musiała wybuchnąć. Przyczyną konfliktu, co udowadnia przekonująco, wcale nie był słynny zamach w Sarajewie, traktowany w podręcznikach jako powód rozpoczęcia działań zbrojnych, ale przede wszystkim chęć sprowokowania konfliktu międzynarodowego przez tych, którzy kierowali ówczesną polityką. Wielka Wojna okazuje się więc nie dziejową koniecznością, ale wyborem tych, którzy postanowili wpłynąć na losy świata.


Paul Ham, 1914. Rok końca świata, przeł. Adam Tuz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.