Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

piątek, 7 czerwca 2019

Biografia podwójna (Ch. Gordon, Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley)


Fascynująca książka! Z pewnością będzie lekturą obowiązkową dla osób zainteresowanych feminizmem, prawami kobiet, ale i kulturą popularną. Któż z tych, którzy interesują się powyższymi zagadnieniami, nie słyszał o Wollstonecraft i Shelley? „Buntowniczki” to jednak książka interesująca nie tylko z powodu swoich bohaterek. Na uwagę zasługują chociażby kwestie gatunkowe. Mamy tu w pewnym sensie do czynienia z dwugłosem, biografią podwójną, biografiami równoległymi, ale i biografią wpisującą się za sprawą linii dziedziczenia (czytamy o matce i córce) w tradycję her-story. Dużym atutem publikacji jest sportretowanie tła społeczno-obyczajowego. Czytając o losach Wollstonecraft i Shelley dowiadujemy się o losie indywidualnym, ale i otrzymujemy celny, rozległy, wieloaspektowy obraz społeczeństwa i epoki. Dzięki temu pionierskość działań obu bohaterek książki wybrzmiewa dużo mocniej i dosadniej, niż w sytuacji, gdyby autorka zrezygnowała z owego kulturowego kontekstu. To, co szczególnie zostaje wyeksponowane, to wizjonerstwo działań matki i córki. Odwaga, przekonanie o sensie podejmowanych aktywności, wreszcie gotowość ryzykowania w sprawach ważnych i przekonanie, że kobietom należą się takie sama prawa jak mężczyznom – to wszystko okazuje się nie tylko trzymającą w napięciu opowieścią z przeszłości, ale i historią niezwykle współczesną. Gordon udaje się w przekonujący, sugestywny, literacko bardzo dobry sposób pokazać, że jej bohaterki wyprzedzały swój czas i zasługują na ponowne prze-czytanie współcześnie. Ich biografie mogą bowiem nam dużo powiedzieć o tym, skąd przychodzimy i w jakim miejscu jesteśmy.

Charlotte Gordon, Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley, przeł. Paulina Surniak, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.

środa, 5 czerwca 2019

Angielskość w pigułce (M. Rachid Chechab, Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym)


Zbiór reportaży Mileny Rachid Chechab to rodzaj ciekawie zaplanowanego, nieoczywistego miniprzewodnika po Wielkiej Brytanii. Oczywiście, określenie „miniprzewodnik” to duże uproszczenie. Faktem jednak pozostaje, że czytelnik niekoniecznie dobrze zorientowany w tym, co charakterystyczne dla opisywanego kraju, dowie się z tekstów autorki i dużo o tym, co bywa mocno kojarzone z Anglikami, i całkiem sporo o tym, co nie jest już tak często przywoływane. W pewnym sensie „Komu bije Big Ben” można by zderzyć z „Angolami” Ewy Winnickiej. Co prawda autorka „Londyńczyków” skupia się przede wszystkim na biografiach polskich emigrantów, jednak z ich historii układa się wyrazisty portret tradycji, klasowości, problemów związanych z koegzystowaniem ludzi reprezentujących różne kultury. Milena Rachid Chechab w pewnym sensie przyjmuje podobną perspektywę. Biografia to dla niej również pretekst do sportretowania całej zbiorowości, reprezentantów jakiejś grupy zawodowej, ludzi, których specyficzne zachowania charakteryzują to, co określamy mianem brytyjskości. To przechodzenie od jednostki do społeczności, której owa jednostka jest częścią, okazuje się nie tylko skuteczne, jeśli chodzi o kompozycyjne zaplanowanie książki, ale też jeśli weźmiemy pod uwagę atrakcyjność tematów i aktualność problemów. Książkę tę po prostu dobrze się czyta.

Milena Rachid Chechab, Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym, Wyd. Agora, Warszawa 2019.

poniedziałek, 13 maja 2019

Pionierki odwagi i determinacji (O. Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet)


Książka Olgi Wiechnik to nie tylko ciekawy reportaż historyczny, ale również bardzo ważna odsłona biografii tych kobiet, które walcząc o prawa swojej płci, właściwie zostały zapomniane przez historię. „Posełki” zresztą świetnie korespondują z filmem Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego „Siłaczki”. Obu projektom towarzyszy podobna atmosfera – odpominania, przypominania, zaakcentowania bezduszności historii, położenia nacisku na potrzebę ciągłej walki w kontekście tego, kto przetrwa, a kto zostanie zapomniany, wreszcie bezdyskusyjnej wagi poczynań tych kobiet, dla których prawo do samostanowienia w przestrzeni prywatnej i publicznej stanowiło przed laty podstawowy punkt odniesienia i cel walki. Autorka w bardzo przemyślany sposób zaplanowała i tytuł swojej książki, i jej zawartość. Mamy więc zasygnalizowanie pierwszeństwa, mamy podaną dokładną informację, mamy wreszcie stopniowe odsłanianie tego, jak działalność społeczna i polityczna opisywanych kobiet korespondowała z określoną postawą w rodzinie i wśród bliskich. Wiechnik nie ukrywa, że dla bohaterek książki ważne było wsparcie otrzymywane w najbliższym otoczeniu. Z kolei sposób komentowania zaistnienia w sejmie pierwszych kobiet to ciekawy pretekst do rozważań na temat tego, jak trwałe są stereotypy płciowe i jak współcześnie wybrzmiewają niektóre komentarze, które mając ugodzić boleśnie posłanki, tak naprawdę odsłaniają mizerię myślenia posłów. Do czytania i do zapamiętywania – ta książka jest bowiem świetną lekcją historii!

Olga Wiechnik, Posełki. Osiem pierwszych kobiet, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.

piątek, 10 maja 2019

Miejsce do zaangażowania (się) (K. Tubylewicz, Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą)



Czytelnicy znają Katarzynę Tubylewicz jako pasjonatkę Szwecji z jej wcześniejszych publikacji. Mam tutaj na myśli znakomitą opowieść o wprowadzaniu na co dzień idei czytania, czyli napisaną wspólnie z Agatą Diduszko-Zyglewską „Szwecja czyta. Polska czyta”, oraz historię szwedzkiej mentalności w wielu odsłonach, czyli „Moralistów”. „Sztokholm” to kolejna książka autorki, w której dochodzi do postawienia pytania: Jak Szwedzi to robią? Katarzyna Tubylewicz rezygnuje z oczywistych odpowiedzi. Fakt ten nie powinien nikogo dziwić, bo gdyby książka autorki była po prostu przewodnikiem turystycznym z pewnością nie okazałaby się tak ciekawym pretekstem do wielu rozważań. Bo „Sztokholm”, owszem, jest przewodnikiem, ale osobistym, w kontrze do typowych książek o miastach, z naciskiem na przeżycie i przemyślenie, z deklarowaną potrzebą przemyślenia miejsc i ich historii, z umiejętnością łączenia zachwytu z krytycznym namysłem nad tym, co niekoniecznie było dobrym rozwiązaniem. Ale przede wszystkim jest to książka – deklaracja miłości autorki do miasta i książka – zbiór notatek, w których pytanie o Szwecję pozostaje w tle pytaniem o Polskę. Nie znaczy to, oczywiście, że Tubylewicz próbuje w łatwy i komercyjny sposób zderzać Szwecję z naszym krajem, bo wiadomo, że z takiego zestawienia nie moglibyśmy wyjść zwycięsko. Chodzi raczej o obecną w opowieści o Sztokholmie troskę o koncepcję państwa i miasta, o koncepcję społeczeństwa, o wprowadzanie w życie spójnej wizji koegzystowania tego, co prywatne, i tego, co publiczne. W efekcie nieoczywiste, bo faktycznie opowiedziane z innej i nieturystycznej perspektywy, historie o mieście składają się na szereg problemów i pytań dotyczących miejsca, w którym żyjemy i w którym moglibyśmy żyć, gdybyśmy tylko przestrzeń traktowali nie jako coś, co należy podbić i pokonać, ale jako coś, co stanowi część naszego życia i o co powinniśmy dbać dla własnego i innych dobra. Warto.

Katarzyna Tubylewicz, Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2019.

środa, 8 maja 2019

Tego świata nie chcemy widzieć (J. Michalczenia, Gigusie)


Znakomita książka! Jedna z ciekawszych ostatnich lat, jeśli weźmiemy pod uwagę tych, którzy dopiero zaczynają swoja pisarską drogą. Jakub Michalczenia ma już co prawda na swoim koncie równie interesujące „Korszakowo”, jednak w „Gigusiach” udaje mu się rzecz niezwykle ciekawa. Oto opisywany świat jest w swoim realizmie tak mocny i absurdalny zarazem, że okazuje się, iż zyskuje wymiar nadrealny. To, co prawdziwe, siermiężne, dosadne, niekiedy bardzo wulgarne, zostaje na co dzień zepchnięte na margines. W prozie Michalczeni wysuwa się na plan pierwszy, a jednak dla czytelnika może być czymś nierzeczywistym. Jeśli bowiem mówimy dzisiaj o przekraczaniu granic, zwykle mamy do czynienia z dyskursem dominującym, który czerpie głównie z tego, co szokuje w mediach społecznościowych. Tymczasem bohaterom książki bliżej do dzisiejszych patostreamerów. Oni jednak nie tylko nigdy nie zostaną gwiazdami, ale i nie mają nic wspólnego z kreowaniem patologii we własnym życiu. Bohaterowie tak po prostu funkcjonują, a przywołani patostreamerzy mogą ich tylko próbować naśladować. Michalczenia z zaskakującą energią i wiarygodnością odświeża to, co nazwalibyśmy prozą społecznie zaangażowaną, ale i udowadnia, że ma świetny słuch językowy. Jego dialogi „żyją”, są ostre jak brzytwa, uderzają, ale i, jeśli autor tego akurat chce, zadają razy po omacku. Opisany przez Michalczenię świat to małe miasteczko – zapomniane, niechciane, porzucone, mało interesujące dla tego wszystkiego, co zaczyna się tuż za rogiem. Nie bez znaczenia jest metafora niegdyś tętniącego życiem węzła kolejowego. Ważne jest nie tylko zmarginalizowanie miejsca, ale i świadomość, że nic się nie wydarzy, nie ma na co czekać, nie ma za czym tęsknić, nie będzie lepszych czasów, może być tylko gorzej. Ten stan Jakub Michalczenia portretuje bardzo celnie. Lektura obowiązkowa.

Jakub Michalczenia, Gigusie, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2019.

piątek, 12 kwietnia 2019

Pamięć miejsca (D. Brauntsch, Domy bezdomne)

Znakomity debiut! I bardzo dobry pod względem literackim, i świetny, jeśli weźmiemy pod uwagę wybór tematu, i arcyciekawy pod względem niuansowania tego wszystkiego, co w tej historii mogłoby być powiedziane wprost. Bohaterami reportażu Doroty Brauntsch są ceglane domy ziemi pszczyńskiej z XIX i początku XX wieku – te, które są przez niektórych ludzi pamiętane, te, które zniknęły z powierzchni ziemi, te wreszcie, dzięki którym spotykają się różne rodzaje pamięci. Miejsce zamienia się w opowieściach reporterki w fundament tożsamości, źródło wiedzy o przeszłości, archiwum codzienności, przeobrażającej się na naszych oczach, odsłaniającej przemijanie dopiero wtedy, gdy się wydarzy i nie jest już do odwrócenia. Brauntsch okazuje się nie tylko wrażliwą słuchaczką, czułą obserwatorką, zdeterminowaną poszukiwaczką śladów. To również osoba bardzo świadoma tego, jak wiele w każdej opowieści „robi” język. Dbałość o słowo widać tutaj na każdym kroku. „Domy bezdomne” napisane są stylem poetyckim, ale jednocześnie bliskim konkretowi, wiele tutaj zmysłowości opisu, dużo momentów, w których czujemy smak, dotyk lub zapach. Reporterka bardzo interesująco rozgrywa kwestie związane z pamięcią i zapomnieniem. Nieuchronność przemijania zderza z potrzebą działania na rzecz przetrwania. Pokazuje kolejnych ludzi, dla których dom nie jest pustym znaczeniowo słowem. Rekonstruuje reguły codzienności, dla których przestrzeń staje się niezbędnym do zaistnienia konkretem. Odsłania samotność krajobrazu, którego ważną częścią były niegdyś ceglane domy. Upomina się, choć bez publicystycznego zacięcia, delikatnie i przekonująco, o to, by ratować, chronić i pielęgnować wtedy, gdy jest jeszcze na to czas. Tym samym postuluje potrzebę zdobywania wiedzy o tym, co jest i było, bo dopiero wtedy, gdy przeszłość i teraźniejszość potraktujemy jako części tej samej historii, możliwe będzie uczciwe potraktowanie tego, co dopiero nadejdzie. Lektura obowiązkowa.


Dorota Brauntsch, Domy bezdomne, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2019.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Banał goni banał (M. Obama, Becoming. Moja historia)

Rozczarowujące. Zaskakująco słabe, stereotypowe i konwencjonalne. I nie, nie oczekuję wcale tego, aby autobiografia jakiejkolwiek Pierwszej Damy była wielką literaturą. Mogłaby jednak być czymś więcej niż schematyczną narracją kobiecą (nawiązuję do negatywnych skojarzeń z literaturą popularną), w której banał goni banał. Gdybyśmy mieli do czynienia z filmem, użyłabym w tym miejscu powiedzenia: „Jak bardzo szkoda, że nie można tego odzobaczyć!”. Opowieść Michelle Obamy stoi w sprzeczności z tym, co autorka prezentuje w przestrzeni publicznej. Ta wizerunkowa nieprzystawalność kłóci się z oczekiwaniami społecznymi w stosunku do Pierwszej Damy i, niestety, kreuje jej wizerunek jako kobiety nie tyle niezależnej, co raczej przede wszystkim wspierającej i towarzyszącej. Kogo? Swojego męża, oczywiście, bo książka ta jest jedną wielką pieśnią pochwalną na cześć Baracka Obamy. Zanim jeszcze Michelle pozna wymarzonego mężczyznę, ona i jej brat wychowują się „omywani wzburzonymi falami zmian społecznych” (s. 39). W którymś momencie i nasza bohaterka, i Craig dostają telefony: „Ja dostałam telefon jasnoniebieski i dopasowany do nowej stylistyki, natomiast Craig, jak na mężczyznę przystało, czarny” (s. 71). Młoda Michelle ma nadzieję, że pewnego dnia poczuje „tak odurzającą miłość do mężczyzny, że porwie ją niczym tsunami opisywane w najlepszych historiach miłosnych” (s. 93). Czeka więc na tsunami, ale chłopcy, którzy jej się podobają, mogą liczyć np. na bieganie po łące: „I tak robimy. Biegniemy przez łąkę. Docieramy do jej skraju i zawracamy, wymachując ramionami jak dzieci, przerywając ciszę radosnymi okrzykami. Brniemy przez suchą trawę i przeskakujemy kwiaty. Może na początku ten pomysł nie był dla mnie oczywisty, ale teraz już jest. Trzeba biegać po łąkach! To jasne i proste!” (s. 113). Tsunami miłosne w postaci Baracka w końcu przychodzi. Jeszcze zanim się poznają, Michelle słyszy od innych kobiet, że jest to osoba utalentowana i atrakcyjna fizycznie. Jak charakteryzowany jest przyszły mąż i prezydent? Ma „głęboki, wręcz seksowny baryton” (s. 122), jest podziwiany przez autorkę „za pewność siebie i szczerość intencji. Był niebanalny, niekonwencjonalny i osobliwie elegancki” (s. 124), „był świetną partią. Przystojny, zrównoważony, u progu kariery. Wysportowany, interesujący i uprzejmy” (s. 127). Podobnych zdań, w których następuje wymienianie zalet Baracka Obamy jest w tej książce dużo. Pierwszą część publikacji kończy dialog miłosny: „Być może Barack wyczytał coś w mojej twarzy albo zachowaniu, może odkrył, że wszystko się we mnie rozluźnia i rozpuszcza. Popatrzył na mnie z ciekawością i cieniem uśmiechu. – Czy mogę cię pocałować? – spytał. Po tych słowach nachyliłam się ku niemu i nagle wszystko stało się jasne” (s. 134). Wszystko jest jasne również dla czytelnika. W tym momencie wie już na pewno, że nie ma co oczekiwać takiego poziomu refleksji, jaki prezentuje chociażby Hillary Clinton, czy – skoncentrowana w dużej mierze na miłosnej relacji – Valerie Trierweiler (partnerka prezydenta Francji Françoisa Hollande’a), czy nawet Danuta Wałęsa. Na Hawajach Barack i Obama siedzą „na skraju oceanicznego przestworu” (s. 153). W nocy Barack rozmyśla nad „nierównościami dochodowymi” (s. 138). Po zajściu w ciążę po wcześniejszych nieudanych próbach autorka „jaśnieje” (s. 226). Wygranie wyborów prezydenckich zostaje skwitowane: „jakby ktoś naszą rodzinę wystrzelił z armaty wprost w dziwaczny podmorski świat” (s. 345). Pomijając jednak naiwny, sztuczny i stylistycznie drętwy język opowieści, Obama nie potrafi opowiedzieć swojej biografii w taki sposób, by historia ta była czymś więcej niż rozbudowanym wypracowaniem na temat. Refleksja, jaką proponuje, sprowadza się do odnotowania cudownego życia w Białym Domu. Zmiany, jakie zachodzą po końcu kadencji, to przede wszystkim skupienie się na nieobecności ludzi wcześniej usługujących na każdym kroku, a wybory – pamiętamy przecież jak emocjonujące zwłaszcza przed pierwszą kadencją – zostają odarte z jakichkolwiek kontrowersji. I konkurowanie wcześniej z Hillary Clinton, i obserwowanie zwycięstwa następcy, Donalda Trumpa, komentowane są wyjątkowo banalnie. Dziwi w takiej sytuacji fakt decydowania się na pisanie autobiografii. Nie ratuje tej książki nawet świadomość istnienia uprzedzeń rasowych i klasowych. Życie Michelle ostatecznie jest jednak „bajeczne” (ten epitet bywa w książce również nadużywany). Poza korzyściami finansowymi dla autorki nie widzę żadnych pozytywnych aspektów tej książki. Lektura zbędna.


Michelle Obama, Becoming. Moja historia, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2019.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Uzupełnienie (S. Grzesiuk, Klawo, jadziem!)

To publikacja adresowana przede wszystkim do wielbicieli Stanisława Grzesiuka. Błędem byłoby zaczynanie swojej przygody czytelniczej z prozą i biografią autora właśnie od tej pozycji. „Klawo, jadziem!” mogłoby w takiej sytuacji rozczarować odbiorcę. I nie byłoby w tym nic dziwnego. Dla tych, którzy znają „Pięć lat kacetu”, „Boso, ale w ostrogach” i „Na marginesie życia” książka ta stanowić będzie ciekawe uzupełnienie wątków dobrze znanych oraz pretekst do refleksji na temat sensu i potrzeby publikowania utworów rozproszonych, niekoniecznie pomyślanych jako część większej całości. Opowiadania i felietony zamieszczone na początku „Klawo, jadziem!” są raczej powtórzeniem tego, co pamiętamy ze znakomitego trójksięgu. Wspomniane krótkie teksty dużo lepiej wypadłyby, gdyby znalazły się w książkach Grzesiuka. Publikowane oddzielnie literacko nie robią większego wrażenia. W opowiadaniach na szczególną uwagę zasługuje wątek byłych więźniów obozów koncentracyjnych mających po wojnie trudności z odnalezieniem się w zwyczajnym życiu i biorących udział w sytuacjach, w których bycie w zgodzie z prawem jest co najmniej iluzją. Znaczną część „Klawo, jadziem!” zajmują zdjęcia przedstawiające Grzesiuka oraz skany dokumentów i rękopisów. W efekcie książka zyskuje, tak chyba można powiedzieć, albumowy charakter. Jest rodzajem kolażu tekstów rozproszonych, fotografii i piosenek, które stały się znakiem rozpoznawalnym Grzesiuka.


Stanisław Grzesiuk, Klawo, jadziem!, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

piątek, 5 kwietnia 2019

Zapis codzienności (A. Peri, Leningrad. Dzienniki z oblężonego miasta)

Ta książka powinna być lekturą obowiązkową na lekcjach historii. Nie tylko dlatego, że znakomicie pokazuje, jak ważne jest dokumentowanie codzienności w chwili ekstremalnej, ale również z tego powodu, że wskazuje, jak istotna dla opowieści o przeszłości jest codzienność i los zwykłych ludzi. Na czym skupia się Alexix Peri, dowiadujemy się z podtytułu. I już na tym etapie wyraźnie widać, jakie będzie podejście autorki – precyzyjne, bez nadmiaru słów, bez epatowania okrucieństwem i sensacyjnością, za to z szacunkiem i zainteresowaniem dla tych, którym udało się przetrwać trwającą wiele dni Apokalipsę. Peri pozostaje badaczką uważną, znakomicie wydobywającą sensy z analizowanych zapisków, wreszcie z namysłem odsłaniającą konsekwencje takiej a nie innej perspektywy przyjętej bez bohaterów. Autorka nie ukrywa, że w wielu notatkach zaakcentowane zostaje poczucie odpowiedzialności za historię i za przyszłość. Stąd pisanie dzienników, a w konsekwencji analizowanie własnych stanów, obserwowanie innych, dokumentowanie rzeczywistości, świadomość zmian zachodzących w ludziach w wyniku głodu oraz refleksje na temat powszechnego odhumanizowania. Ci, którzy prowadzą zapiski, często wywodzą się z inteligencji, fakt operowania słowem w ramach zobowiązania społecznego jest dla nich oczywistością. Przeżywają więc swoją traumę i traumę miasta nie tylko w wymiarze intymnym, ale i nie tracą z oczu swoich obowiązków wobec pamięci i konieczności stanięcia po jej stronie. Peri bardzo mocno kładzie nacisk na odczuwane przez swoich bohaterów przekonanie, że są odizolowani od całego świata i że cały świat jest bardzo daleko. Pojawia się metafora kręgu i wyspy. Paradoks odcięcia sprowadza się nie tylko do bycia poza resztą świata, zwłaszcza resztą Związku Sowieckiego, ale i do bycia poza realnym kontaktem z wrogiem. Błokadnicy, bo tak o nich mówiono, odczuwają zwielokrotnioną samotność – są osamotnieni wśród bliskich, bo ci często konkurują o pożywienie i stają się wrogami, są samotni wśród leningradczyków, bo każdy jest skupiony przede wszystkim na swoim głodzie, są samotni jako mieszkańcy osamotnionego miasta. Lektura obowiązkowa.


Alexis Peri, Leningrad. Dzienniki z oblężonego miasta, przeł. Grzegorz Siwek, Wyd. Znak, Kraków 2019.

środa, 3 kwietnia 2019

Wolność i przyzwyczajenie (B. MacLaverty, Przed końcem zimy; I. H. Gowar, Syrena i Pani Hancock)


To w pewnym sensie dwie wersje tej samej historii – umiejscowione w innym czasie, w innych konfiguracjach personalnych, różniące się też poziomem literackiego kunsztu reprezentowanego przez autorów. Powieść MacLaverty’ego jest zdecydowanie bardziej wyciszona, intymna, skupiona na tym, co dzieje się między dwiema osobami. Artystycznie reprezentuje też dużo wyższy poziom. Książka Imogen Hermes Gowar to raczej utwór z kręgu literatury środka, umocowany w barwnym (przynajmniej na powierzchni) świecie kurtyzan, wielkich kupieckich wypraw i nieprawdopodobnych zdobyczy z owych dalekich podróży. Tak naprawdę jednak i w tej debiutanckiej powieści znajdzie się miejsce na skupienie i emocjonalne skomplikowanie tego, co łączy bohaterów. W przypadku obu przywoływanych w tym miejscu tytułów mamy do czynienia z kobietami, które postanawiają zmienić swoje życie. Obie podejmą decyzję, obie się z nią zmierzą i obie odkryją, że spełnione marzenia bywają wyzwaniem rzuconym samej sobie. MacLaverty z wielką wrażliwością rekonstruuje losy związku, który, jak sądzi bohaterka, dawno się już wypalił. To wszystko jednak, co pokazuje kruchość więzi, jest dowodem również na jej trwałość. Zmiana na gorsze odsłania istniejące przywiązanie i rodzaj impasu, na który godzą się obie strony – razem nie jest już tak dobrze jak kiedyś, rozdzielenie się jest jednak w ostatecznym rozrachunku czymś niemożliwym. U Gowar z kolei zmiana jest zapowiedzią samotności i pozornej tylko niezależności. Wybór związku z rozsądku będzie więc miał bardzo nieracjonalne tak naprawdę podwaliny, a syrena jako synonim egzotyki, romantyczności i potworności jednocześnie okaże się czymś (kimś?), co wyzwala i zniewala zarazem.


Bernard MacLaverty, Przed końcem zimy, przeł. Jarek Westermark, Wyd. Agora, Warszawa 2019; Imogen Hermes Gowar, Syrena i Pani Hancock, przeł. Anna Dobrzańska, Wyd. Albatros, Warszawa 2019.