Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Tego się nie zapomina (B. Clegg, Koniec dnia)

 

Powieść Billa Clegga opiera się na wielogłosowym przedstawieniu losów bohaterów, prowadzącym w efekcie do odsłonięcia istniejących powiązań. To zabieg oczywiście w literaturze dość znany i często stosowany. Biorąc pod uwagę formę, trudno więc tutaj mówić o jakimś zaskoczeniu. To, co najciekawsze, dzieje się natomiast we wspomnianych losach. Clegg bazuje raczej na tym, co zwyczajne i co potencjalnie mogłoby się przytrafić wszędzie. Sekret sprzed lat, kilka nietrafnych decyzji, przerwana przyjaźń, nieudana miłość, braki, których nie da się zrekompensować, odtrącenie i nadrabianie zaległości – to wszystko, pozostańmy na poziomie pewnej ogólności, znamy przecież dobrze z niejednego tekstu kultury. A jednak jest w tym uwikłaniu coś niezwykłego. Raptem bowiem okazuje się, że zniesione różnice klasowe odradzają się wtedy, gdy mamy do czynienia z upływem czasu, brakiem świadomości, zanikami pamięci, ale i zazdrością oraz zawiedzionymi uczuciami. Zrekonstruowanie tego procesu zasługuje na uwagę. Clegg pokazuje mimowolność podtrzymywanych podziałów, ich trwałość, łatwość odradzania się. Jednocześnie jednak odsłania również ciekawą zależność – odwoływanie się do klasowości bywa rodzajem tarczy ochronnej, rozpaczliwą próbą nieujawniania prawdziwych emocji, jedyną możliwą receptą na schowanie się za opartą na hierarchizacji formą.

 

Bill Clegg, Koniec dnia, przeł. Dobromiła Jankowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2021.

niedziela, 6 czerwca 2021

Czy spuścić na to zasłonę milczenia? (I. Karpowicz, Cicho, cichutko)

 

To jedna z tych powieści, których mogłoby nie być. Lektura niekonieczna. Przykład z jednej strony instrumentalnego wykorzystania znanego wydarzenia, z drugiej takiego rozgrywania głównego tematu, który można by określić mianem pisarskiego pokazu bezradności. A szkoda, bo przecież Ignacy Karpowicz nieraz już udowodnił, że potrafi opowiadać i to w różnym stylu. „Cicho, cichutko” okazuje się jednak podobnie mało interesującą i nieudaną książką jak wcześniejsza „Miłość”. A wydawało się, że będzie inaczej, bo widać, że w tej opowieści autor stara się raczej przerobić, prze-pisać konwencję, która tak świetnie się sprawdziła w „Sońce”. Niestety, tylko się wydawało. Powieść tę można by podzielić na dwie części – w obu chodzi o umieranie i mierzenie się ze śmiercią. W pierwszym przypadku to zderzenie z chorobą przyjaciela, chorobą, która przewartościowuje własną pamięć, zmusza do wejrzenia w przeszłość, każe zastanowić się nad sensem tych relacji, które gdy trwają, wydają się niemalże wieczne, kiedy natomiast przeminą, okazują się ulotne. Niełatwy temat śmierci, choroby, ostateczności Karpowicz rozpisuje dość zgranymi scenami, niewiele się tutaj dzieje i językowo, i emocjonalnie, pozostajemy wobec tej historii obojętni, ale nie dlatego, że tak wymyślił to sobie autor, raczej z tego powodu, że nijakie w swojej wymowie sceny wywołują przede wszystkim wzruszenie ramion. Tej historii mogłoby nie być, tak po prostu. W drugim przypadku przenosimy się w czasie i poznajemy losy kobiety, która wychowywała owego umierającego przyjaciela. W jej biografię zostają wpisane wydarzenia sportretowane w reportażu Wiesława Łuki „Nie oświadczam się”. To oczywiście wersja zmodyfikowana, jednak łatwo rozpoznać, że właśnie o zbrodni połanieckiej jest mowa. Nie czynię zarzutu z tego, że autor sięgnął po tę inspirację, jednak z dużym zażenowaniem czytałam, jak instrumentalnie owe autentyczne dramaty zostały wykorzystane. Nie polecam. Odradzam.

 

Ignacy Karpowicz, Cicho, cichutko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021.

sobota, 5 czerwca 2021

Własne (M. Grzenkowicz, Tycipaństwa. Księżniczki, bitcoiny i kraje wymyślone)

 

Maciej Grzenkowicz ma ciekawy pomysł na reportaż. Interesują go tytułowe tycipaństwa, które nazywa tak „bynajmniej nie dlatego, że są godne pożałowania, nie – to dlatego, że te historie są jak z bajek” (s. 17). Książkę tę można by porównać z publikacją Tomasza Grzywaczewskiego „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych”, choć obu autorom chodzi o zupełnie inne rejony. Porównanie tych pozycji byłoby ciekawe, bo pokazywałoby różnice między marzeniem spełnionym a trudnym lub niemożliwym do zrealizowania, między pomysłem na sformalizowanie mającym w sobie coś z anegdoty a politycznym uwikłaniem i tkwieniem w centrum konfliktu. Grzenkowicz rozpoczyna swoją opowieść od powrotu do dzieciństwa i podróży palcem po mapie. Następnie portretuje takie miejsca, jak Kobuto, Liberland, Królestwo Północnego Sudanu, Christianię, Republikę Zarzecza, Ladonię, Imperium Romanowów i Księstwo Seborgi. Reporter nie ukrywa, że pytanie o mikronacje, to zarazem pytanie o cudze marzenia, o podstawy i sens tworzenia owych maleńkich, przedziwnych państw, o brawurę i fantazję twórców, o reguły życia społecznego i politycznego wreszcie. Grzenkowicz zarysowuje te i kilka innych kwestii, jednak jego książka ma kilka niedociągnięć. Przede wszystkim razi dość konwencjonalny i przewidywalny sposób opisu. Nieco rozczarowuje również zakończenie – niepotrzebnie patetyczne, jakby bez pomysłu na dobre podsumowanie.

 

Maciej Grzenkowicz, Tycipaństwa. Księżniczki, bitcoiny i kraje wymyślone, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2021.