Dorota Danielewicz nie po raz pierwszy opowiada literacko o Berlinie. W 2013 roku ukazał się jej „Berlin. Przewodnik po duszy miasta”. Trzynaście lat później możemy czytać „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi”. To dwie różne książki – trzeba ów fakt zaznaczyć, choć obie grają z konwencją przewodnika. Można je czytać razem jako dwie odsłony opowieści o mieście, można oddzielnie, choć ostatecznie lektura jednej zaprowadzi pewnie czytelnika do drugiej – tak fascynujące są opowieści autorki. Danielewicz przyjechała do Berlina jako nastolatka. Można więc powiedzieć, że dorastała w tym mieście, a zarazem coraz mocniej w to miasto wrastała. Nie bez powodu w podtytułach obu książek pojawiają się określenia personifikujące Berlin, odsłaniające jego niezależność i energię oraz sugerujące dynamikę relacji nawiązywanej z kimś, kto reaguje i kształtuje rodzącą się więź. Atutem obu książek jest nie tylko ogromna wiedza autorki o mieście, ale i talent do rozmawiania z ludźmi, którzy chcą jej opowiadać fragmenty swoich życiorysów. W efekcie czytamy nie tylko o Berlinie Doroty Danielewicz, ale i o Berlinie tych, którzy stali się Berlińczykami na swoich zasadach – z wyboru, z konieczności, w chwili trudnej, w momencie zachwytu światem. W pierwszej książce o Berlinie chyba jest więcej nostalgii, przeszłości oddziałującej na „tu i teraz”, gotowości uchwycenia, jak „dzisiaj” miesza się z „wczoraj”. Najnowsza publikacja zdominowana jest przez warstwy teraźniejszości. To portret miasta, które nie odwraca się od tego, co było, ale ma w sobie intensywny rytm stwarzania, doświadczania, odkrywania na potrzeby chwili. Sugestywne oddanie rytmu Berlina współczesnego to jedna z zalet książki. Inne to umiejętność opowiadania, przechodzenia od historii do historii, od miejsca do miejsca, i pokazywania, jak pozornie odległe punkty na mapie (nie tylko topograficznie, ale np. ekonomicznie czy kulturowo) mogą się ze sobą łączyć i wzajemnie na siebie oddziaływać. Bardzo doceniam też udane połączenie wiedzy o miejscach i ludziach z perspektywą autobiograficzną. Dzięki tej ostatniej poznajemy również ulice, domy i napotkane osoby z perspektywy osobistej. Ponieważ Berlin, miasto autorki, to także miasto, które i ja uznaję za swoje, bardzo ucieszyło mnie spojrzenie inne od mojego, a zarazem częściowo podobne. Część opisanych miejsc znam, część chętnie poznam, ale dzięki Autorce po raz kolejny przekonałam się, że Berlin na wiele twarzy, a każda z nich ma w sobie coś ciekawego. Sztuką jest znalezienie takiej wersji opowieści o mieście, która pozostając autentycznym portretem miejsca, stanie się jednocześnie historią osobistego uwikłania, dzięki któremu nasza biografia będzie częścią żywej tkanki Berlina. Dorocie Danielewicz to się udaje. Proszę czytać.
Dorota Danielewicz, Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2026.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz