Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

piątek, 30 marca 2018

Czytanie lektur i siebie (M. Wyka, Napisane niedawno)

Najnowsza książka Marty Wyki tylko pozornie składa się z tekstów poświęconych książkom oraz ważnym pisarkom i pisarzom. Tak naprawdę widać w tym projekcie, opatrzonym tytułową informacją o czasie, zamysł dużo szerszy niż tylko refleksje po przeczytaniu. Nie bez powodu publikacja rozpoczyna się nieco nostalgicznym, ale i emocjonalnym w swojej wymowie tekstem o charakterze autobiograficznym. Szkic ten, zatytułowany znacząco „Proszę nie czytać przy jedzeniu”, z jednej strony pozwala na powrót do dzieciństwa, z drugiej jest rodzajem wyznania wiary w sens życia z książkami, sens czytania i sens odkrywania, że życie jednak czasami się różni od książek. Tom ma kompozycję klamrową, gdyż tekst zamykający „Napisane niedawno” również utrzymany jest w stylu nostalgicznego powrotu do przeszłości. W tym wypadku chodzi o „Odwiedziny w domu dzieciństwa”, a więc zmierzenie się z ograniczeniami własnej pamięci, z przemijaniem, z poczuciem, że miejsce i rzeczy, niegdyś bliskie i oswojone, poluzowały swój związek z życiem autorki, choć jednocześnie trwale z biografią jej rodziny są związane. Ta dwoistość związana z odczuwaniem istnienia i nieistnienia jednocześnie zostaje pokazana z dużym wyczuciem, bez patosu, delikatnie, z pewnym dystansem nawet. Pomiędzy przywołanymi powyżej tekstami znajdziemy szkice krytyczne będące zapisem refleksji z „Książek przebranych”, szkice biograficzne dotyczące Marii Dąbrowskiej, Wisławy Szymborskiej i Ewy Lipskiej opatrzone słowem „One”, a także „Francuskie opowieści”, w których natkniemy się nie tylko na inspirujący dialog z twórczością Alberta Camusa, ale i namysł nad przemijaniem popularności kultury francuskiej w Polsce. Książki oraz pisarki i pisarze stają się pretekstem do opowieści literaturoznawczyni i krytyczki, ale i do wspomnień – tak po prostu. Marta Wyka pozostaje obecna w tekście, dzieli się swoimi wątpliwościami, odsłania różne możliwości odczytania. Nawiązuje kontakt z odbiorcą, udowadniając, że literatura to pretekst do zadawania pytań, szukania odpowiedzi, nawiązywania relacji i oswajania rzeczywistości.


Marta Wyka, Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

środa, 28 marca 2018

W cieniu tajemnicy (M. Wójcik, Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie)

Michał Wójcik decyduje się na gest ryzykowny – jest obecny w tekście w sposób dość intensywny, a jednak wychodzi z tego obronną ręką. Choć dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami oraz nie ukrywa pojawiających się w trakcie poszukiwań emocji, to właściwe proporcje zostają w książce zachowane. Najważniejsza jest cały czas tytułowa bohaterka. Dziennikarz, który co jakiś czas wysuwa się na plan pierwszy, działa na rzecz odkrycia jej sekretów. Odsłaniając swój warsztat, opowiadając o niełatwych poszukiwaniach, pokazując trudności w dotarciu do faktów lub prawdopodobnych wersji wydarzeń, nie tyle więc eksponuje siebie, co raczej pokazuje, jak skomplikowane było życie bohaterki i jak mistrzowsko umiała kamuflować te elementy swojej biografii, które mogły ją w jakiś sposób odsłonić. Wójcikowi udaje się wydobyć wewnętrzne skomplikowanie postaci, konieczność podejrzliwego traktowania niektórych świadectw, łączące i dzielące Polskie Podziemie sprawy, wreszcie umiejętność manipulowania jako cechę kluczową dla działania Wandy Kronenberg. Najważniejsze jest jednak – i na to autor kładzie nacisk – jest ukazanie tytułowej postaci jako kobiety, która współpracując z kilkoma wywiadami, nie działała na rzecz danego państwa, lecz walczyła przede wszystkim o siebie. Ten prywatny wymiar współpracy podjętej przez Kronenberg wydaje się kluczowy dla widocznego w opowieści odheroizowania i niestygmatyzowania bohaterki. Wójcik stara się bowiem pokazać, że to, co miało wpływ na przestrzeń publiczną, w przypadku interesującej go osoby miało charakter całkiem prywatnego zadania do wykonania – przetrwać za wszelką cenę. Autor po raz kolejny przejawia postawę historyka poszukującego, empatycznego, świadomego nieoczywistości tego, co przynależy do przeszłości. Dzięki takiej perspektywie czytelnik ma okazję odkryć nie czarno-biały, lecz pełen szarości świat. A że dzieje się to również w sposób atrakcyjny literacko, można ów fakt tylko docenić.


Michał Wójcik, Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie, Wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 25 marca 2018

Klimat (nie tylko) tamtych czasów (E. Winnicka, C. Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe)

Reporterska książka Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza okazuje się zróżnicowanym, nieoczywistym, interesująco zrealizowanym projektem uchwycenia atmosfery opisywanych czasów. To reportaż przemyślany, konsekwentnie realizujący przekonanie, że „Nie ma jednej opowieści o roku 1968” (s. 9). Jednak zaletą tej publikacji jest nie tylko niebanalne zaplanowanie opowieści – poprzez zderzanie tego, co polskie, z tym, co europejskie i światowe, ale również udane sportretowanie sytuacji, kiedy rewolucja/zmiana/dramat właśnie się dzieją, ale nie zawsze wiemy, że to właśnie już. Efekt ten udaje się osiągnąć między innymi dzięki przytoczeniu historii Beatlesów czy morderstwa w domu Romana Polańskiego. Pozornie historie te wydają się dość dobrze znane, a jednak w tym przypadku znakomicie służą zrekonstruowaniu ówczesnego życia artystycznego, rodzących się wtedy nadziei, ale i sprzyjającego klimatu dla budowania legend nie tylko tych pozytywnych, ale i negatywnych (przypadek Charlesa Mansona). Ważne wydaje się również przywołanie francuskiej rewolty, zwłaszcza że jej główni bohaterowie po latach nadal dyskutują nad swoim udziałem w protestach i nad gotowością zachowania wierności wyznawanym wtedy ideałom. Obok wielkich nadziei związanych z protestami, prowadzącymi do zmian społeczno-politycznych i obyczajowych, pojawia się również mroczny kontekst tłumienia manifestacji oraz antysemityzmu. Tutaj również reporterzy decydują się na nieoczywiste wybory. Marzec 1968 roku zostaje zobrazowany historią spoza centrum oraz mocnym zaakcentowaniem, że te dwie perspektywy, dużego miasta i mniejszego, znacznie się różniły, jeśli weźmiemy pod uwagę świadomość tego, co się dzieje, szybkość reagowania oraz realne konsekwencje ruchów rządowych. Podobna narracja, akcentująca biografię zwykłych ludzi wrzuconych w Wielką Historię, towarzyszy sportretowaniu interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. To, co powraca w wielu opowieściach, sprowadza się do przypadku, który miał szansę zaistnieć dzięki sprzyjającym okolicznościom. Fakt nieoddzielania tego, co krajowe, od tego, co zagraniczne, skutkuje pojawieniem się w tle mocno wybrzmiewających pytań: dlaczego opisywany rok był szczególny; co pozostało z głoszonych wówczas idei; czy zarówno odradzające się demony antysemityzmu, jak i konieczność postulowania praw kobiet, wolności i równości, nie odsłaniają paradoksu powtórzenia jako obowiązku wpisanego w wychodzenie na ulicę i mówienie „nie” temu, co złe i niszczące społeczeństwo od środka; czy z tego, co miało miejsce w roku 1968, możemy coś wziąć dla siebie dzisiaj; czy umiemy po tylu latach przeciwstawić się nienawiści do Żydów, do kobiet, do Innych; wreszcie czy chcemy i umiemy wziąć sprawy w swoje ręce. Lektura do przemyślenia i do powracania, bo Winnicka i Łazarewicz pokazują, że opowieść o roku 1968 może nam dużo powiedzieć o współczesności.


Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 24 marca 2018

Z tą pamięcią tak trudno żyć (K. Błażyca, Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy)

Książkę Krzysztofa Błażycy można czytać równolegle do znakomitej publikacji Wojciecha Jagielskiego „Nocni wędrowcy”. Co prawda „Krew Aczoli” literacko jest dużo mniej interesująco, ale siła świadectwa ofiar pozostaje równie porażająca. W pewnym sensie to również reportaż, który powinien towarzyszyć lekturze książek Jeana Hatzfelda. O ile ludobójstwo w Rwandzie z perspektywy europocentrycznej narracji wydaje się mało znane, o tyle to, co działo się w Ugandzie, bywa kojarzone jeszcze w mniejszym stopniu. Nie bez powodu w podtytule książki Błażycy pojawia się określenie „zapomniana wojna”. Bohaterowie reportażu nie ukrywają swojego osamotnienia i szczególnej sytuacji, w jakiej się znajdują. Ogrom doznanego cierpienia oraz perfidia wpisana w działania tych, którzy byli zagrożeniem, skutkuje poczuciem niemożności powrotu do lepszych czasów, przekonaniem, że nie da się zapomnieć tego, co się widziało i co się robiło, wreszcie odkryciem, że trauma przeżywana przez tak wielu ludzi nikogo właściwie nie obchodzi. „Krew Aczoli” to opowieść o zarażaniu złem, świadomym i zaplanowanym. Dzieci, które były porywane i wcielane do Armii Bożego Oporu, nie miały wyboru. Jako ofiary musiały zabijać, gwałcić, torturować tych, którzy zostali skazani na usunięcie. Dzisiaj próbują wrócić do normalności, ale owa normalność wydaje się w kontekście wcześniejszych doświadczeń tylko utopią. Bohaterowie reportażu pamiętają, cały czas widzą koszmarne obrazy sprzed lat, mają złe sny, boją się tego, że nie będą umieli funkcjonować w rzeczywistości bez wojny. Mierzą się też z lękiem społeczności, która wie, co powracających spotkało, i nie do końca wierzy w fakt przemiany. Błażyca spotyka się również z tymi, którzy stali po złej stronie od początku. Ich relacja jest, niestety, podobna do tej, na którą często decydują się zbrodniarze – pojawia się motyw konieczności wykonywania obowiązków oraz bycie pod wpływem przywódcy. Autor nie tylko przytacza świadectwa uczestników dramatycznych wydarzeń, ale również rekonstruuje skomplikowane przemiany społeczno-polityczne w regionie oraz specyfikę wierzeń, wprowadzającą w relacje związane z przebaczeniem, nawróceniem, winą i karą. Tutaj ponownie dochodzi do zaakcentowania konieczności zrozumienia i zaakceptowania tego, co kształtuje miejscową społeczność od dawna, oraz odrzucenia pojmowania rzeczywistości w taki sposób, jaki jest charakterystyczny dla kultury Zachodu.


Krzysztof Błażyca, Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy. Spotkania z ofiarami Bożej Armii Oporu i wojsk rządowych, Wyd. Bernardinum, Pelplin 2017.

wtorek, 20 marca 2018

Kobiecy los (Z. Rudzka, Krótka wymiana ognia)

Warto było czekać na prozę Zyty Rudzkiej. Autorka pokazuje swoją pisarską klasę, projektując różnego rodzaju skrajne emocje, ale i nie przestając cały czas czuwać nad językiem. W trakcie lektury uderza dostrzegalna precyzja w posługiwaniu się słowem. Efekt jest bardzo intrygujący, bo okazuje się, że dzięki oszczędności i niemalże ascetyczności opisu, można powiedzieć wiele. Rudzka pozornie operuje zgranymi w literaturze motywami, potrafi jednak wydobyć z nich nowe sensy oraz napięcie, dzięki któremu opowiadana historia nie pozostawia czytelnika obojętnym. „Krótka wymiana ognia” kojarzy mi się z pierwszymi książkami pisarki – pełnymi świeżości, ale i duchoty zarazem, znaczonymi namiętnością, ale i chłodem wynikającym z kontroli sytuacji, która i tak wymyka się racjonalnemu poznaniu. Jest w tej opowieści rodzaj szorstkiej szczerości w stosunku do bohaterek i tego, co je łączy i dzieli. Na uwagę zasługuje relacja między matką i córką. Opowiedziana zostaje w dwóch odsłonach – ta, która dla jednej jest nieudaną córką, dla drugiej pozostaje odrzuconą matką. Próba odnalezienia się w tych niełatwych rolach to jeden z wiodących motywów powieści. Pytania zadawane sobie odsłaniają różnego rodzaju uwikłania. Oto okazuje się, że rozważanie faktu bycia córką zbliża do tragedii ukrywanej przez wiele lat przez matkę, z kolei szukanie odpowiedzi związanych z pełnioną rolą rodzica, zmusza do zmierzenia się z samotnością odczuwaną przez własne dziecko. Smutek i przemijanie wiele razy ukrywają się w tej historii za maskami ochronnymi. Bronią przeciwko litości i użalaniu się nad sobą jest cyniczne komentowanie własnej biografii, brutalne postrzeganie własnego starzenia, ożywczy śmiech i ostrość spostrzeżeń, które stają się celnymi puentami. Rudzka potrafi w krótkich scenach umieścić bardzo wiele. Przykładem może być jednoakapitowy właściwie opis traumy przeżywanej ponownie we wspomnieniach przez matkę bohaterki, ale i opisy odkrywania własnego przemijania i zderzania ich z refleksjami na temat pełnionych ról społecznych. Raptem okazuje się bowiem, że bycie artystką to jeszcze jedna z dobrze pasujących masek – pozwala na odegranie tego, w co właściwie nie trzeba się już angażować, oraz umożliwia ukrycie prawdziwej twarzy.


Zyta Rudzka, Krótka wymiana ognia, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

niedziela, 18 marca 2018

(Nie)przemijanie (M. Dzido, Frajda)

Lektura „Frajdy” Marty Dzido przywodzi na myśl dwa inne, objętościowo niepozorne, ale pełne sensów i różnych odniesień, utwory, a mianowicie „Kochanka” Marguerite Duras i „Bo to jest w miłości najstraszniejsze” Nicole Müller. Autorce udaje się uciec przed banalnością związaną często z pisaniem o miłości. Proponuje czytelnikom utwór stawiający na portretowanie emocji, bogaty w różne odsłony namiętności i pożądania, radosny, będący pochwałą życia, ale jednocześnie niezwykle smutny. Oto bowiem okazuje się, że nawet miłość nie jest w stanie wymyślić dobrego zaklęcia na zatrzymanie czasu. W pewnym więc sensie „Frajda” zamienia się w historię przemijania i przetrwania jednocześnie – pozornie nic się nie może zmienić, skoro miłość jest tak wielka, a jednak zmienia się wszystko, choć uczucie i tak pozostaje. Dzido bardzo świadomie używa słów, unika patetyczności, czuwa nad swoją opowieścią w taki sposób, że to, co intymne, choć wypowiedziane, nie staje się naiwne ani pretensjonalne. To niewątpliwie sztuka. Nie bez powodu opisywanie miłości i seksu, choć częste w literaturze, rzadko kiedy się udaje. W tym wypadku możemy podziwiać dużą wrażliwość autorki i jej umiejętność operowania słowem. Dzido nie tylko pisze historię miłosną, rozpisuje również na wspomnienia historię związku, który – tak się wydawało – nie potrzebował zapewnień, że będzie trwał wiecznie. W powieści wybrzmiewa kilka ważnych pytań: czy wolność, jaką sobie zapewniają bohaterowie, nie staje się tak naprawdę rodzajem niewoli?, czy granice, które przekraczają, faktycznie wzbogacają ich więź, czy może są potwierdzeniem tego, że gdy się coś wypala, potrzeba nowych bodźców?, czy czas, który mija, jest w stanie metaforycznie zatrzymać się i cofnąć nas do uczuć i emocji sprzed lat?, czy to, co dzieje się teraz, jest powtórzeniem tego, co miało miejsce kiedyś, czy może jednak czymś nowym, co zmusza do mierzenia się z dzisiaj, a nie z wczoraj?. Dużym atutem historii opowiedzianej przez Dzido jest umiejętność zasygnalizowania tego, że każda intymność rozgrywa się w relacji z tym, co publiczne. Mówiąc inaczej, nawyki związane z funkcjonowaniem w takiej a nie innej kulturze kształtują doświadczenie prywatności. Fragmentem potwierdzającym ów fakt, może być wspomnienie listu napisanego na papierze i wysłanego pocztą oraz zaakcentowanie tego, że współcześnie potrzeba kontaktu zostałaby zasygnalizowana w inny sposób – pewnie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Z obu sposobów komunikowania wynikają podobieństwa, ale i różnice. Oba są świadectwem swoich czasów. Lektura obowiązkowa.


Marta Dzido, Frajda, Wyd. korporacja ha!art, Kraków 2018.

piątek, 16 marca 2018

Litery, które nie są niewinne (A. Szydłowska, Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989)

Praca Agaty Szydłowskiej to publikacja, w której refleksja na temat kroju pisma zostaje potraktowana w sposób niebanalny. Na uwagę nie tylko zasługuje analiza liter jako nośników znaczeń o charakterze kulturowym, społecznym i politycznym, ale również uwzględnienie aktualnych kontekstów, dzięki którym proponowana opowieść zyskuje charakter zaangażowany. Widać to chociażby w tych partiach książki, w których autorka prezentuje problemy, jakie pojawiły się w kontekście prób zawłaszczenia solidarycy przez związkowców oraz przekonania pozostałych obywateli, że ten krój pisma może być wykorzystywany do firmowania protestów związanych np. z prawami kobiet. Dzięki zrekonstruowaniu sporów badaczka pokazuje polityczność wpisaną w używanie danej czcionki w określonym kontekście, ale i odsłania rzadko uświadamiany fakt, iż to, w jaki sposób komunikujemy poglądy, rozgrywa się i na poziomie znaczeń słów, i na poziomie wybranego typu liter. Warto zauważyć, że Szydłowska przygląda się czcionkom, pytając również o otoczenie, w których są one wykorzystywane. Mamy więc solidarycę jako przykład pisma mocno nasyconego zaangażowaniem społecznym oraz potencjalną walką o rodzaj owego zaangażowania, mamy Silesianę jako krój regionalny generujący nowe znaczenia i budujący nawiązania do tradycji, mamy pytanie o możliwość i potrzebę tworzenia kroju narodowego, mamy TypoPolo jako mniej lub bardziej świadomą pochwałę brzydoty, przypadkowości, braku spójności i braku estetyki. Książkę Szydłowskiej da się więc czytać jako opowieść o potrzebie dostrzegania tego, jakie litery są obecne w przestrzeni publicznej, ale i o obojętności na to, w jaki sposób to, co jest komunikatem przez nas odczytywanym, zostaje zapisane. Widzenie w tym wypadku staje się deklaracją świadomego uczestnictwa, gotowością renegocjowania znaczeń, umiejętnością prze-pisywania rzeczywistości. W pewnym więc sensie jest to historia tego, w jaki sposób można w przestrzeni publicznej zaznaczyć swoją wyjątkowość, przeciętność lub też swoje zaangażowanie. Bardzo dobre.


Agata Szydłowska, Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2018.

czwartek, 15 marca 2018

Być u siebie (K. Naszkowska, Ani tu, ani tam. Marzec ’68 - powroty)

Krystyna Naszkowska decyduje się na ciekawą i bardzo oryginalną perspektywę. Oryginalną, bo przyzwyczajeni jesteśmy w kontekście Marca 1968 roku do rozmowy o rozstaniach i opuszczeniu Polski. Tymczasem autorka postanawia porozmawiać z tymi, którzy pomimo wyjazdu wtedy, potem do kraju wrócili. Pozornie mogłoby się wydawać, że historie bohaterów są w swojej wymowie bardziej optymistyczne od tych opowieści, które naznaczone są przymusowym i dokonanym na zawsze pozostawieniem swojego miejsca. I choć faktycznie rozmówcy autorki niuansują swoje przeżycia w taki sposób, że kładą nacisk przede wszystkim na to, że tam, w nowym kraju, im się udało, to jednak jest w tle tych opowieści coś niezwykle wzruszającego. Niedopowiedzenie, wyparcie tego, co złe, próba bagatelizowania, odmowa pamiętania, dumne podniesienie głowy, honor i godność, które nie dały się złamać – wielkie słowa, które w przypadku marcowych biografii rzadko bywają przesadą. Naszkowskiej udaje się pokazać, jak w zwykłe, pozornie przeciętne życie, wkrada się coś wielkiego – coś, co jest złe, ale i coś, co budzi nieznane pokłady siły, woli i przetrwania mimo wszystko. Tytułowe powroty to rodzaj prywatnego zwycięstwa nad przeszłością. Można je również odczytywać jako rodzaj przypomnienia i konieczności zmierzenia się ze wstydliwą karą polskiej historii. Rozmowy Krystyny Naszkowskiej uświadamiają rzecz oczywistą, ale łatwo zapominaną, a mianowicie bolesny wydźwięk tytułowego rozdwojenia. Odnaleźć się w tej niełatwej sytuacji wtedy to również zmierzyć się z demonami pamięci rodziców, tych, dla których wspomnienie wojny było całkiem świeże. Powrócić do Polski po latach to z kolei symbolicznie pokonać to, co było, ale i obnażyć obecne w minionym okrucieństwo.


Krystyna Naszkowska, Ani tu, ani tam. Marzec ’68 – powroty, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.

wtorek, 13 marca 2018

Rzeka jako paradoks sprzeczności (C. Magris. Dunaj)

Książka Magrisa to oryginalne połączenie eseju, prozy poetyckiej, narracji typowo podróżniczej i biografii miejsca. Istotnym wyznacznikiem owej gatunkowej mieszanki jest erudycja oraz swoboda wpisana w przemieszczanie się, obserwowanie, przeżywanie i przypominanie. Autor rezygnuje z chronologicznego odtworzenia historii rzeki oraz tego, co wokół niej się działo. Dunaj cały czas przywoływany jest jako pretekst, nie przestając być jednocześnie kluczowym punktem odniesienia. Służy porządkowaniu opowieści, ale i zarazem rozbija ów porządek od środka – tak, jakby nurt rzeki swoją nieprzewidywalność przenosił na ludzi, miasta i czas. Magrisowi udaje się oddać klimat miejsca poprzez zasugerowanie niemożności zdefiniowania do końca, zdefiniowania pełnego, zdefiniowania zamykającego. To, co się skończyło, wydaje się ciągle trwać. Wielkie miasta, Wielka Historia, tylko pozornie mali i mało znaczący ludzie – opisani i przypisani do Dunaju zyskują nowy kontekst. Pojawiają się odniesienia do konkretnych biografii, dzieł literackich, kulturowych przemian, budowli. Barwy, kształty oraz wydawane przez rzekę dźwięki stają się źródłem pamięci. Dunaj jest świadkiem wydarzeń, ale i rodzajem żywego pomnika, który przeciwstawia się zapomnieniu. Wczoraj miesza się z dzisiaj, a pytaniu o przestrzeń w kontekście nośników pamięci towarzyszy pewność znaczenia, wpisanego w rzekę jako niemą, ale jednak i aktywną towarzyszkę, obserwatorkę, uczestniczkę tego, co zmienia otoczenie oraz je utrwala. Intrygujące.


Claudio Magris, Dunaj, przeł. Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 11 marca 2018

Chaos jako zapowiedź nowego porządku (M. July, Pierwszy bandzior)

Wyzwalająca! – to pierwsze słowo, które przychodzi na myśl po lekturze książki Mirandy July. Autorka z zadziwiającą swobodą porusza się na krawędzi, gra z różnymi schematami, zaskakuje czytelnika, a jednocześnie pozostaje ciągle kimś, kto panuje nad swoją niepokorną opowieścią. Wspomniane zaskoczenie pojawia się i na poziomie języka, i gatunku, i ewolucji portretowanych postaci. Książka, która mogłaby się stać przeciętną popularną powieścią kobiecą, celnie dyskutuje ze stereotypami wpisanymi w tego typu literaturę. July idzie o kilka kroków dalej niż w latach dziewięćdziesiątych XX wieku Helen Fielding w „Dzienniku Bridget Jones”. Więcej tutaj dyskusji z feminizmem, więcej polemiki z wielkomiejskim wzorcem rozwiązywania problemów w gabinetach psychoterapeutów, więcej krytyki korporacyjnej codzienności. Symbolicznym początkiem, ale i końcem dla czterdziestotrzyletniej Cheryl, jest moment wprowadzenia się do jej mieszkania Clee, rozpuszczonej do granic możliwości dwudziestokilkulatki. Ta pierwsza funkcjonuje w świecie, w którym wszystko ma swoje miejsce. July zabawnie portretuje moment, kiedy Cheryl objaśnia swojej nowej współlokatorce reguły. Clee za chwilę, błyskawicznie i z dużym tupetem, zacznie je łamać. Pisarka potrafi być w opisie relacji kobiet dowcipna, złośliwa, ale i niepokojąca, mroczna, wzruszająca, a także boleśnie szczera. Jest w tej historii miejsce na lęk, zachowania przemocowe, przedziwną próbę sił, miłość, obojętność, porzucenie i dorastanie. July ucieka od czarno-białych rozwiązań. Odsłaniając niedojrzałość obu bohaterek, pokazuje jednocześnie umowność i rzeczywistą nieskuteczność wielu strategii, na jakie decydują się kobiety po to, by podjąć walkę o siebie. Obnaża nieprzystawalność teorii do praktyki, ale też pokazuje, że dopiero wtedy, gdy przychodzi zmierzyć się z wyzwaniami, odkryć można własne możliwości. Warto!


Miranda July, Pierwszy bandzior, przeł. Łukasz Buchalski, Wyd. Pauza, Warszawa 2018.

czwartek, 8 marca 2018

Być sobą czy ukryć prawdziwego siebie? (K. Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island)

„Wszyscy jesteśmy dziwni” tylko pozornie odbiega tematycznie od „Modnych”, wcześniejszej książki reporterskiej Karoliny Sulej. W „Modnych” autorka skupia się na postaciach znanych – portretuje zmieniającą się modę i jej projektantów, rekonstruując jednocześnie przemiany obyczajowe i społeczne w Polsce. We „Wszyscy jesteśmy dziwni” bohaterami są osoby, tak to ujmijmy, zwyczajne, jednak ich pomysł na siebie i na kreowanie rzeczywistości okazuje się na tyle oryginalny i barwny, że pozwala na opowiedzenie o walce normalności z dziwnością, cokolwiek obie kategorie by nie oznaczały, oraz na świadectwo czasów, które mijają, choć ciągle istnieją ci, którzy próbują niepowtarzalny klimat przeszłości ocalić. W przypadku obu publikacji Sulej próbuje pokazać ludzi z wizją, osoby, którym nieobce jest odrzucenie, ale i determinacja związana z konsekwencją realizowanej wizji artystycznej, osoby, które mają popularność, ale ta – jak wszystko – bywa ulotna. Nie bez powodu, jak sądzę, tytułowa deklaracja „wszyscy jesteśmy dziwni” uzupełniona zostaje o podtytuł sugerujący fakt snucia opowieści na temat miejsca. Coney Island jest jednak szczególnym punktem odniesienia. Bywa miejscem przyjmującym wykluczonych, staje się miejscem oporu i walki z deweloperami, okazuje się enklawą pamięci i konsekwentnego działania przeciwko zapomnieniu, odsłania swoje przyjazne oblicze dla tego, co zaskakujące, zadziwiające, przerażające i fascynujące. Istotne wydaje się w tym kontekście zaznaczenie, iż reporterka nie przyjmuje pozycji obserwatora przybywającego z zewnątrz. W opowiadanych historiach da się zauważyć przyjazne nastawienie, akceptację, brak oceniania i gotowość otwarcia się na cudze wybory. Tak naprawdę bowiem Coney Island w opowieści Sulej urasta do rangi spełnionej, choć ciągle atakowanej z zewnątrz, utopii. To właśnie tutaj można próbować być sobą, można doświadczyć przekraczania tabu, można odkryć w sobie siłę, a słabość zastąpić mocą wynikającą z odnalezionych w sobie umiejętności. To, co poza wyspą, byłoby nieprzydatne, jak różnego rodzaju przebieranki, odgrywanie ról, uczestniczenie w mniej lub bardziej absurdalnych konkursach, mierzenie się z ograniczeniami własnego ciała, absurd i satyra wymieszane z cielesnością, tutaj stają się czymś, co pozytywnie wyróżnia, oferuje sens, nadaje znak jakości. Kult rozrywki nie jest w tym wypadku tylko i wyłącznie peanem na cześć przyjemności, ma drugie dno – zaangażowania społecznego, osamotnienia, tożsamościowych poszukiwań. Sulej proponuje również ciekawe rozwiązane konstrukcyjne – poszczególne opowieści, składające się na rozdziały, poprzedzone są wezwaniem przypominającym fragment dziejącego się spektaklu. Choć reportaż ten mógłby być zdecydowanie dłuższy, Karolinie Sulej udaje się w tej niewielkiej objętościowo książce pokazać wielość, różnorodność i bogactwo osobowościowe i historyczne Coney Island. Jest bowiem w tej publikacji miejsce i na wzruszenie związane z nierówną walką o przetrwanie, i na irytację z powodu bezduszności tych, którzy każde miejsce próbują poddać unifikacji, i na zachwyt nad pięknem człowieka – tego, który nie boi się być sobą nawet wtedy, gdy bycie sobą oznacza dziwność.


Karolina Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.

poniedziałek, 5 marca 2018

Czy da się uciec od przeznaczenia? (J.D. Vance, Elegia dla bidoków)

Choć Vance nie ukrywa autobiograficznego charakteru swojego tekstu, to jednocześnie dość wyraźnie sugeruje, że to, co stanowi część jego biografii, jest doświadczeniem pewnej grupy społecznej – owych tytułowych bidoków, białych z rodzin robotniczych i często patologicznych, skazanych od początku na niemożność wyrwania się ze swojego środowiska i gotowych powtarzać to wszystko, co w dzieciństwie napawało strachem i obrzydzeniem. Autorowi udaje się to, co dla większości pozostaje chwilową mrzonką. Opisując losy własnej rodziny, przywołując emocje pamiętane z przeszłości, szczerze mierząc się z ograniczeniami, próbuje pokazać, że akurat w tym wypadku biografia prywatna jest tak naprawdę biografią całej grupy społecznej – niedostrzeganej, pogardzanej, wykluczanej. Książka reklamowana jest jako lektura umożliwiająca zrozumienie tych, którzy poparli w wyborach Donalda Trumpa. Owszem, można ją czytać jako uzupełnienie książki Arlie Russell Hochschild „Obcy we własnym domu”, jednak w opowieści Vance’a jest pewien żar charakterystyczny dla narracji opierającej się na własnych przeżyciach. Żar, nie bójmy się tego słowa, piękny w swojej szczerości i gotowości do pokazania mrocznej strony tego wszystkiego, co konstytuowało jego rodzinę. Natkniemy się więc i na bezpośredni opis trybu życia matki, kobiety chętnie sięgającej po różne używki i często zmieniającej partnerów, i na portret skomplikowanych relacji z przyrodnim rodzeństwem, i na zapadający w pamięć pean pochwalny na cześć babci i dziadka, zwanych przez autora Mamaw i Papaw. Zwłaszcza ten ostatni jest kluczowy dla zrozumienia całej opowieści i nieuchronności beznadziei wpisanej w los tych, którzy stają się częścią takich rodzin. Jeśli przeczytamy tę książkę właśnie jako opowieść o babci – kobiecie silnej, szorstkiej, niekiedy szaleńczo bezpośredniej, innym razem wzruszająco dyskretnej, często wulgarnej, ale zapatrzonej w swoich bliskich ponad wszystko, otrzymamy jeden z bardziej interesujących, bo nieoczywistych, kobiecych portretów w literaturze ostatnich lat. Literacko może nie najlepszych, ale biograficznie fascynujących.


J.D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, przeł. Tomasz S. Gałązka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2018.

niedziela, 4 marca 2018

Rodzina czy zbiór przypadkowo związanych ze sobą ludzi? (K. Wojtaszczyk, Słońce narodu)

Najnowsza publikacja Kuby Wojtaszczyka to intrygująca próba wykorzystania sytuacji społeczno-obyczajowej sprzed lat jako pretekstu do zadania kilku istotnych i całkiem współczesnych pytań. To pierwsze i podstawowe dotyczy rodziny oraz relacji wiążących na zawsze, ale i dzielących jej członków. Wojtaszczyk zdaje się świadomie sięgać do tradycji sytuującej losy jednostek blisko tego, co wiąże się z wpływem Wielkiej Historii na zwykłego człowieka. Dzieje się to zarówno na poziomie relacji małżeńskich – znakomicie pokazany postępujący rozpad związku, którego źródłem jest m.in. fanatyczna fascynacja matki faktem wyboru Polaka na papieża, ale i relacji rodziców z dziećmi – pokazanie rodzącej się między pokoleniami obcości oraz wpisany w biografię każdego epizod mniej lub bardziej drastycznego odrzucenia. Wartą uwagi kwestią jest w przypadku tej książki sprawa formy pojmowanej dosłownie jako sposób organizacji tekstu, ale i metaforycznie jako coś, co wpływa na stan kontaktów między bohaterami. Autor informuje na początku książki, że inspiracją dla jej napisania był znaleziony na pchlim targu dziennik. Niezależnie od prawdziwości tej deklaracji, poprzedzając w ten sposób powieść, Wojtaszczyk wpisuje się w długą tradycję literatury grającej z konwencją odnalezionego pamiętnika i pisarza, który staje się rodzajem medium przekazującego innym powierzone mu cudze treści. Zważywszy na fakt, iż w powieści natkniemy się na fragmenty i prozy psychologicznej, i literatury socrealistycznej, i powieści obyczajowej, i przygodowej, i poetyki absurdu, i prozy – tak to nazwijmy – marzenia sennego, wielość ta kieruje czytelnika w stronę umowności, istotnego pytania o zmieniającą się wraz z doświadczeniami tożsamość oraz fałszu wpisanego w oficjalną, pozornie bez żadnych rys, narrację. To, co można by określić mianem prawdy – historycznej, intymnej, rodzinnej, religijnej i politycznej, zostaje zakwestionowane poprzez pokazanie drugiego dna, które nie wszyscy chcą dostrzegać. Warto.


Kuba Wojtaszczyk, Słońce narodu, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2018.

czwartek, 1 marca 2018

Pomiędzy najbliższymi (E. Kurniawan, Człowiek tygrys)

Kurniawan tylko pozornie umieszcza swoją opowieść w kontekście magii, sił osadzających się w człowieku czy odradzania się jednych istot w drugich. Tytułowy człowiek tygrys staje się bardzo pojemną metaforą – dojrzewania, tożsamościowego zdefiniowania, wiary we własną moc, gotowości do przeciwstawienia się temu, co złe i pełne pogardy. Indonezyjskiemu pisarzowi udaje się połączyć opowieść o brutalnej zbrodni z opowieścią o wielkiej, lecz nieszczęśliwej, namiętności. Z dużą sugestywnością odsłania emocje pojawiające w relacjach między bohaterami. Choć są one skrywane przed otoczeniem i wybuchają w czterech ścianach domu, to jednak jest w nich, pomimo owej skrytości, rodzaj uniwersalnego przesłania. Czytamy o nadziejach, które można zniszczyć, o konsekwencjach przemocy, o możliwym samoodrodzeniu związanym z pojawieniem się dawno zapomnianych pragnień, o współzależności, która może budować, ale i burzyć z powodu obecnego gdzieś w tle fałszu i zakłamania. Obudzenie się tygrysa w człowieku to rodzaj zemsty, ale i kary – za zdradę, ale nie tę pojmowaną dosłownie, lecz opartą na wyrzeczeniu się zwykłej uczciwości. Zakończenie książki okazuje się bowiem bardzo przewrotne. Kurniawan skutecznie przekonuje czytelnika, by odwrócił się od ofiary i stanął po stronie agresora.


Eka Kurniawan, Człowiek tygrys, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

niedziela, 25 lutego 2018

Pamięć o człowieku (A. Applebaum, Czerwony głód)

Najnowsza książka Applebaum to efekt niesłabnącego zainteresowania autorki historią najnowszą Europy Środkowo-Wschodniej oraz potwierdzenie gotowości mierzenia się z tematami trudnymi. Podobnie jak było to w „Gułagu” oraz „Za żelazną kurtyną”, tak i teraz badaczka przedstawia szeroką panoramę zagadnienia, nie tracąc z oczu tego, co zapowiadało katastrofę, pokazując wielowymiarowość tragedii wtedy, gdy trwa, korzystając z dokumentów, świadectw i odwołań do pracy naukowców, wreszcie akcentując symboliczną trwałość tego, co należy do historii, ale jest przechowywane w dyscyplinowanej przez lata pamięci. Wielkim atutem narracji historycznej uprawianej przez Applebaum jest jasność wywodu, erudycja, umiejętność pokazania absurdalnej logiki komunistycznej władzy, wreszcie mocne, dosadne, ale i delikatne za sprawą nieepatowania okrucieństwem opisanie ludzkiego dramatu. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia wydaje się rzadko spotykana. Sportretowanie ukraińskiego Hołodomoru odbywa się w tym przypadku bez unikania tego, co jest bolesną prawdą. Natkniemy się więc na opisy niewyobrażalnego zła zadawanego człowiekowi przez człowieka, dowiemy się o brutalnym i paradoksalnym tak naprawdę rozkułaczaniu tych, którzy często mieli niewiele, a jedyną ich winą była niechęć do kołchozów, przeczytamy o cynicznym odbieraniu wszystkiego, co mogłoby być źródłem pożywienia, o nocnych i niespodziewanych przeszukaniach i odbieraniu nawet ostatnich okruchów chleba, o stopniowym obojętnieniu na śmierć z głodu innych, ale i na bliskość własnego końca, o przypadkach kanibalizmu i obcości swojego ciała i umysłu. Choć powyższe fakty zostają przedstawione, to jednak Applebaum udaje się uniknąć fetyszyzacji przemocy. Jej nadmiar jest oczywisty, nie wymaga wzmocnienia wielością opisów, wybrzmiewa bardziej sugestywnie, gdy zachowany zostaje umiar między świadectwami ludzi, dokumentami i historyczną diagnozą. Autorka, co ważne i warte zaznaczenia, nie tylko rekonstruuje istotne dla Ukrainy, ale i dla współczesnego człowieka w ogóle, wydarzenia. Pokazuje, jak mogło dojść do zaplanowania i wyniszczenia tak wielu ludzi przez głód oraz akcentuje dramat niemożności mówienia o tych wydarzeniach przez lata. W efekcie książka ta staje się głosem na rzecz pamięci i konieczności walki z zapomnieniem. Jest również próbą pokazania ciągłości wydarzeń, bo nic, co jest częścią historii, nie funkcjonuje w odizolowaniu od tego, co było i co będzie. Lektura obowiązkowa.


Anne Applebaum, Czerwony głód, przeł. Barbara Gadomska i Wanda Gadomska, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 24 lutego 2018

Poetyckość rzeczywistości (W. Jagielski, Na wschód od zachodu)

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego bardzo różni się od tych odsłon jego twórczości, które mogliśmy poznać wcześniej. Formalnie „Na wschód od zachodu” jest reportażem najbardziej poetyckim, a jednocześnie najbliższym literaturze. I nie chodzi o organizację tekstu, dzięki której fakty wybrzmiewają dosadniej i z większą siłą rażenia. Książka pod względem tematu i bohaterów napisana jest w taki sposób, że gdybyśmy nie mieli na okładce nazwiska Jagielskiego i ktoś zapewniłby nas, że to powieść, nie mielibyśmy powodów, by mu nie wierzyć i by doszukiwać się w utworze właśnie reportażu. Taka niejednoznaczność może być, oczywiście zaletą. W tym jednak wypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że nadmiar poetyckich opisów próbuje ukrywać niedosyt związany z zaprezentowanymi w książce historiami. Oczywiście, mówienie o Indiach jako miejscu, do którego chcą zdążać wszyscy ci, którzy szukają doskonałości, jest zapewne pociągające dla wielu, jednak biografie Świętego oraz Kamal, mimo niewątpliwej dramatyczności w znaczeniu prywatnym, ostatecznie są stosunkowo wątłe. Najciekawszy pozostaje ostatni rozdział, poświęcony wspomnianej Kamal, w której intrygująco pokazany zostaje rozdźwięk między pragnieniem ukształtowania drugiej osoby na swoje podobieństwo a zainteresowaniami i wolą tego kogoś, kto ma być naśladowcą, a prawdopodobnie wybierze swoją drogę. Pewne wątpliwości budzi rozpisanie autorstwa książki na okładce. Na stronie otwierającej „Na wschód od zachodu” znajdziemy informację, iż część portretująca losy Kamal została napisana przez żonę reportera, Grażynę Jagielską. Uszczegółowienie to umieszczono również na stronie redakcyjnej. Zważywszy jednak na fakt, iż ów rozdział zajmuje jedną trzecią książki, właściwsze z punktu widzenia czytelnika byłoby zaznaczenie współautorstwa Jagielskiej także na okładce. Można było to zrobić mniejszą czcionką, można było wyodrębnione części książki oznaczyć odpowiednimi imionami i nazwiskami. Wyeksponowanie tylko autorstwa Wojciecha Jagielskiego wprowadza niepotrzebne zamieszanie i niezamierzony zapewne efekt fałszu.


Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu, Wyd. Znak, Kraków 2018.

piątek, 23 lutego 2018

Triumf i rozpad (A. Proulx, Drwale)

Monumentalna powieść Proulx to znakomita metafora tego, w jaki sposób zaczynają się i kończą marzenia człowieka o lepszym świecie. Najpierw jest często zachwyt i idea, szacunek dla tego, co może przynieść korzyści i sukces, z czasem zaczyna się lekceważenie wcześniej niedostępnych dóbr, a z racji podporządkowania trwa eksploatowanie bez myślenia o tym, co będzie kiedyś. Koncentracja na doraźnym wzbogaceniu się i przekonanie, że „tu i teraz” jest najważniejsze powodują często nieodwracalne straty. Nawet gdy dochodzi do opamiętania, zwykle jest już za późno, a czasu nie da się cofnąć, by naprawić zło, które się już dokonało. Ci, którzy próbują ograniczyć szkody, traktowani są często jak szaleńcy i wrogowie. Pomimo tego, że narażają się często na niebezpieczeństwo, ich działania są zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Proulx pokazuje właśnie taki proces. Mamy więc do czynienia z fascynującą sagą rodzinną. Losy członków familii poznajemy na przestrzeni kilku setek lat. Dowiadujemy się o różnego rodzaju koligacjach, dla których podstawą nie zawsze jest miłość, a często korzyści materialne, obowiązujące normy lub też po prostu wygoda. Obok budowania potęgi firmy specjalizującej się w przemyśle obserwujemy zmiany zachodzące w społeczeństwie, ale i wśród tych, którzy rzekomo przybywają z cywilizowanego świata. Z czasem barbarzyństwo (tak, tak) białych staje się mniej akceptowane. Jesteśmy świadkami rodzenia się przekonania, że bujny i potężny las jest wieczny, oraz stopniowego odkrywania, że drzew na drewno może zabraknąć. Proulx nie tylko jednak opowiada o rosnącej potędze materialnej rodziny i malejących zasobach środowiska naturalnego, znakomicie niuansuje również relacje między białymi a Indianami oraz akcentuje przemijanie świata tych ostatnich. Bardzo dobra, choć smutna i niepozostawiająca złudzeń, powieść.


Annie Proulx, Drwale, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

środa, 21 lutego 2018

Przyciąganie i odtrącanie (P. Lewis, Ziemia przeklęta)

„Ziemia przeklęta” Lewisa to intrygujące połączenie powieści inicjacyjnej, powieści o małej, zamkniętej społeczności, powieści o pisaniu i elementów powieści gotyckiej. Wszystkie te elementy pojawiają się w sposób przemyślany, układając się w zapadającą w pamięć historię dorastania, niechcianego przywiązania, tożsamościowych dylematów i odbudowywanych po latach więzi. Choć wspomnianych wyżej motywów jest niemało, Lewisowi udaje się uniknąć chaosu i patetyczności. Z zadziwiającą delikatnością odsłania okrucieństwo, jakie może się pojawić między tymi, którzy się kochają, ale i niewypowiedzianą niejednokrotnie siłę przywiązania, poświadczaną nie słowami, ale czynami właśnie. Ważnym punktem odniesienia dla losów rodziny głównego bohatera staje się małe miasteczko w Appalachach, od którego się ucieka i do którego nie da się nie wrócić. W skali mikro równie istotny jest dom – z mroczną tajemnicą, o której się nie mówi głośno, a która wybrzmiewa w lękach i szeptem przekazywanych opowieściach. Codzienność bohatera determinowana jest przez marzenie o ucieczce, gotowość odcięcia się od przeszłości i jednoczesną niemożność zapomnienia. To pamięć miejsca, ale i pamięć traumy okazują się kluczowym punktem odniesienia. Pisanie i czytanie porządkujące życie całej rodziny staje się źródłem awansu społecznego, protestem przeciwko fanatyzmowi, krzepiącym potwierdzeniem sensu, elementem codziennych rytuałów, wreszcie poszukiwaniem tego, co skazuje na porażkę.


Phillip Lewis, Ziemia przeklęta, przeł. Ewa Kleszcz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

wtorek, 20 lutego 2018

Przeciętność jako norma (D. Szalay, Czym jest człowiek)

Na okładce książki Szalaya znajdziemy informację: „Dziewięciu mężczyzn na zakręcie życia”. Warto zaznaczyć, że ów zakręt w każdym przypadku jest dość specyficzny – nie tyle stanowi zwrot w codzienności bohatera, co raczej uświadamia mu, że nic już się nie zmieni, a to, co najlepsze albo jest nieuchwytne, albo dawno minęło. Szalay portretuje opisywane postaci w podobny sposób. Za każdym razem bohaterowie są w ruchu, gdzieś się przemieszczają. Mają problem z zaakceptowaniem tego, co im się przydarza na co dzień. Oczekują czegoś nadzwyczajnego, tymczasem przytłacza ich przeciętność, także ta, której źródłem są oni sami. Szalay używa krótkich, zazwyczaj pojedynczych zdań, często stosuje też równoważniki zdań. Stara się z jednej strony pokazać, jak rzeczywistość opisywanej postaci jest widziana przez innych, ale i nie unika ujawniania tego, w jaki sposób widzi otoczenie ten, kto odgrywa główną rolę w opisywanej historii. Fragmenty życiorysów mężczyzn przypominają nie tyle opowiadania, co raczej wyrwane z kontekstu, ale jednocześnie tworzące pewien spójny wycinek całości, części powieści. Urwanie każdej z historii dzieje się tak po prostu, często bez sygnalizowania, że oto zbliża się koniec, za to z wyraźną intencją odsłonięcia triumfu przeciętności, którego postaci nie są w stanie renegocjować. Tytułowe pytanie „czym jest człowiek”, można by więc zamienić na inne, równie retoryczne, a mianowicie: „czym jest przeciętność”. Szalay zdaje się sugerować, że być może przeznaczeniem, a przynajmniej normą, która częściowo dotyczy wszystkich.


David Szalay, Czym jest człowiek, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Ojciec i syn (D. Vann, Legenda o samobójstwie)

Książka Davida Vanna pozornie ma w sobie wszystkie elementy gwarantujące sukces. Nie tylko rynkowy, ale i czytelniczy. Fakt ten został zresztą wykorzystany w informacjach reklamujących ukazanie się publikacji na polskim rynku wydawniczym – entuzjastyczne recenzje w prasie, częściowo autobiograficzny charakter opisanej historii, gotowość autora do opowiadania o swoim życiu, trudny i emocjonalnie angażujący temat samobójstwa, wreszcie niełatwe relacje rodzinne i ciągnące się latami konsekwencje uczuciowych zależności, które choć przerwane wydają się ciągle żywe. Czy faktycznie mamy do czynienia z publikacją, która ma tak wielką siłę rażenia? Chyba jednak nie. Duże wątpliwości budzi forma, na jaką zdecydował się autor. „Legenda o samobójstwie” składa się z krótkich opowiadań rozdzielonych w środku częścią najdłuższą. To ona ma stanowić centrum całej historii i to ona ma najbardziej metaforyczny charakter. Widać to w wykorzystaniu motywu samotnego przebywania na opuszczonej wyspie, w wyeksponowanej więzi między ojcem a synem, więzi ciągle rezonującej, w której nie wiadomo do końca, kto jest tak naprawdę dzieckiem, a kto dorosłym, wreszcie w odwróceniu samobójczego gestu i wkomponowaniu owego odwrócenia w narrację o charakterze kryminalnym. Kompozycyjnie opowieść wybrzmiałaby dużo sugestywniej niż obecnie, gdyby autor zdecydował się na poprzestanie na krótkich obrazach, scenach, kolejnych odsłonach z życia. Jest w tej historii kilka fragmentów zapadających w pamięć. Należy do nich chociażby rozdział otwierający tom. Całość natomiast rozczarowuje.


David Vann, Legenda o samobójstwie, przeł. Dobromiła Jankowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2018.

niedziela, 18 lutego 2018

Świadectwo (Assiatou, Mina Kaci, Uprowadzona przez Boko Haram)

Publikacja ta może być uzupełnieniem tych biografii, które poznajemy w znakomitym reportażu „Porwane” Wolfganga Bauera. Mina Kaci poprzestaje co prawda na interwencyjno-prezentacyjnym charakterze opowieści, jednak fakt oddania głosu ofierze oraz niezwykła siła relacjonującej Assiatou wybrzmiewają mocno, układając się w rodzaj oskarżenia świata za to, że nie robi nic, by pomóc porywanym dziewczętom. „Uprowadzona przez Boko Haram” to typowa w formie odsłona świadectwa. Literacko tekst pozostawia wiele do życzenia, jednak na plan pierwszy wysuwa się autobiograficzność oraz cierpienie, które próbuje ubrać w słowa ofiara. Docenić trzeba gotowość Assiatou do zmierzenia się z własną traumą poprzez opowiedzenie tego, co jej się przydarzyło. Na uwagę zasługuje szczególność doświadczeń bohaterki – jej ojciec uważa, że powinna się uczyć, udaje jej się uciec z niewoli Boko Haram, rodzina przyjmuje ją z powrotem z radością i okazuje jej troskę, udaje się jej przełamać kulturowy wstyd i powiedzieć głośno o seksualnym upodleniu. Zazwyczaj losy porwanych dziewcząt są inne – rzadko kiedy mają dostęp do edukacji, zostają u swoich oprawców na długo lub ich przeżycia są nieznane, jeśli wyrwą się z niewoli, to fakt, iż zostały zgwałcone, powoduje, że bliscy się od nich odwracają.


Assiatou, Mina Kaci, Uprowadzona przez Boko Haram, przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2018.

czwartek, 15 lutego 2018

Przeszłości nie da się nigdy pożegnać (S. Sem-Sandberg, Burza. Opowieść)

Sem-Sandberg zdążył przyzwyczaić swoich czytelników do zabiegu fabularyzowania tego, co ma swoje źródło w faktach i w autentycznych biografiach. Również w „Burzy” sięga do wydarzeń, które faktycznie zaistniały. W wywiadach akcentuje, że tytułowa wyspa inspirowana jest miejscem, gdzie mieszkali jego dziadkowie. Autor interesująco łączy odpryski Wielkiej Historii, które rezonują w opisywanej przestrzeni, z historią intymną. Próba zmierzenia się z własną przeszłością, na jaką decyduje się główny bohater, powracając na wyspę po śmierci swojego dawnego opiekuna, staje się pretekstem do zadania sobie pytań o trwałość istniejących więzi, rzeczywistość zagrożeń, grozę rodzącą się w codzienności. Jednocześnie „Burza” jest niebanalną, bo bardzo wyciszoną, poetycką niemal, opowieścią o małej społeczności, która potrafi napiętnować, zniszczyć i wykluczyć, wcześniej okazując owym biegunowo odmienne uczucia. Ważna okazuje się pamięć i odległość oraz wynikające z nich granice. Pamięć przeszłości to z jednej strony pamięć kolonii robotników organizowanej przez właściciela wyspy, sanatorium dla dzieci i przeprowadzanych przez niego eksperymentów, z drugiej polityka i nazistowskie związki oraz siła tego, co zostaje uwiecznione w wielu zeszytach. To, co zapisano, przechowywane jest poza majątkiem. Żółty Dom, w którym mieszkał bohater z niepokorną i zbuntowaną siostrą oraz opiekunem, zostaje więc powiązany z posiadłością właściciela nie tylko poprzez zależności pracownicze. Choć mamy do czynienia z przestrzenią odizolowaną, fakt ten nie znosi granic, które wytyczone są na wyspie. Przenikanie się różnych światów odbywa się więc zawsze z łamaniem obowiązujących zakazów i przekraczaniem tabu. Mierzenie się z tym, co należy do sfery walki zapomnienia z pamiętaniem odsłania bezradność bohatera. Oto lęki, obsesje i demony powracają, lecz wydają się jedynie słabym odblaskiem dawnej siły. Przemijanie unieważnia trwałość i zmusza do przewartościowania tego, co sprawiało wrażenie spraw fundamentalnych.


Steve Sem-Sandberg, Burza. Opowieść, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

środa, 14 lutego 2018

Skutki nienawiści (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce)

Książka Brykczyńskiego to publikacja historyczna poświęcona zamordowaniu prezydenta Gabriela Narutowicza oraz atmosferze towarzyszącej temu wstydliwemu dla przeszłości Polski wydarzeniu. Książka nie byłaby tak ciekawa, gdyby odnosiła się tylko do czasów minionych. W trakcie lektury wysuwa się natomiast na plan pierwszy jej uniwersalność. Autorowi udaje się bowiem pokazać nie tylko specyfikę tamtych czasów, ale i pewne reguły życia społecznego i politycznego, które sprzyjają narodzinom nienawiści i antysemityzmu. Kluczowa dla całej opowieści jest tytułowa metafora „gotowych na przemoc”. Brykczyński udowadnia odpowiedzialność polityczną endecji za uliczne zamieszki i antysemickie marsze. Mocno zostaje zaakcentowany negatywny udział w tych wydarzeniach studentów oraz łatwość uczynienia kogoś adresatem bezpodstawnej agresji z racji tylko i wyłącznie uznania, ze ów ktoś jest Żydem. Bardzo interesująco i mrocznie zarazem wybrzmiewa z jednej strony światowość Narutowicza, z drugiej zaściankowość protestów, napędzanych oskarżeniem o wybór przez mniejszości narodowe. Na uwagę zasługuje symboliczna wina tych, którzy umywali ręce, udając, że nic się nie dzieje, rozmywając wcześniej udzielone poparcie, wycofując się na pozycje, które pozwalały na niewyrażanie swoich poglądów. Brykczyński bardzo mocno akcentuje polityczne stanowisko Piłsudskiego, który odcinał się od antysemityzmu i długo blokował ewentualne ujawnianie się takich tendencji we własnym obozie. Bardzo ciekawie prezentuje się wątek zamachowca. Autor nie tylko przedstawia sylwetkę Eligiusza Niewiadomskiego, antysemicki charakter zabójstwa, ale i rekonstruuje postrzeganie w mediach i w społeczeństwie jego czynu. Wyraźnie widać przejście od przymusu potępienia do coraz chętniej wyrażanego poparcia i dążenia do uczynienia przestępcy bohaterem.


Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

wtorek, 13 lutego 2018

Miejsce, czas i pamięć (M. Płaza, Robinson w Bolechowie)

Maciej Płaza potwierdza swoją pisarską klasę. „Robinson w Bolechowie” to jedna z najciekawszych polskich powieści minionego roku. Płaza konsekwentnie pozostaje przy budowaniu emocji za pomocą opisu, a nie akcji. Niespiesznie dziejące się wydarzenia mają swój czas, rytm, a słowa je portretujące trzymają się szczegółu, unikając upraszczających uogólnień. Płazę zdaje się interesować miejsce wymykające się konkretowi. Prawdziwa historia, ta Wielka, przemyka gdzieś obok, a jeśli narusza przestrzeń-enklawę to tylko za sprawą rykoszetu. Autora interesuje kilka istotnych kwestii, powiązanych ze sobą w powolną, wysmakowaną, ale i pełną emocjonalnego napięcia, opowieść. Mamy więc do czynienia z książką o miejscu dzieciństwa i dorastania oraz o symbolicznym porzuceniu tego punktu odniesienia i późniejszych powrotach. Czytać tę powieść możemy z powodzeniem jako historię inicjacyjną – znaczącym przekroczeniem granic i wejściem w dorosłość będzie w tym wypadku sztuka, wiedza i widzenie. To także wariacja na temat starości, starzenia się własnego, przemijania, ostateczności, ale i odkrywania ograniczeń ciała będących niekiedy próbą cenzurowania ducha. Zasadne może być również potraktowanie książki jako prywatnego i intymnego śledztwa oraz głosu w dyskusji na temat tego, czy cudze tajemnice, jeśli nas dotyczą, automatycznie przestają przynależeć do tego, kto je przechowuje. Bardzo dobre.


Maciej Płaza, Robinson w Bolechowie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Rabusiem być to jest sztuka (M. Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki)

Marek Wałkuski nie próbuje pisać reportażu, nie stara się również na stworzenie eseju socjologicznego czy historycznego. W bezpretensjonalny, anegdotyczny sposób opowiada o pewnym fragmencie historii Stanów Zjednoczonych. Bawiąc, uczy, tak można by powiedzieć, ponieważ ów zbiór opowieści o mniej lub bardziej udanych napadach na banki nie tylko odsłania duże poczucie humoru autora, ale również jego umiejętność budowania dodatkowych kontekstów, dzięki którym to, co małe, staje się częścią Wielkiej Historii. Zważywszy na popularność opisywanego przez Wałkuskiego przestępstwa, relacja między napadającym na bank a przekazującym pieniądze kasjerem urasta do pewnej gry, toczonej na określonych zasadach, często umownej, nierzadko nieudanej z racji nieprzestrzegania reguł przez bandytę. Dane statystyczne, które przywołuje dziennikarz, pozwalają na uzyskanie informacji dotyczących schematu zachowań i charakteru tych, którzy decydują się na wzbogacenie się w taki sposób. Informacje dotyczące tego, w jaki sposób funkcjonowały i funkcjonują banki, umożliwia z kolei na dostrzeżenie schyłkowości ery napadów. Wałkuski akcentuje zresztą zupełnie inne kulturowe znaczenia pojawiające się w przypadku ataków hakerskich. Wątkiem zaakcentowanym w książce jest również traktowanie rabusiów jak idoli. To również specyfika czasów, które dzisiaj wydają się należeć do przeszłości. Książka znanego dziennikarza może więc być dobrą okazją do spojrzenia na najnowszą historię Ameryki z nietypowej perspektywy. Na pewno jednak będzie dobrą zabawą. Ta z racji niekonwencjonalnych w swojej głupocie zachowań rabiusiów jest gwarantowana.


Marek Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki, wyd. Helion, Gliwice 2017. 

niedziela, 11 lutego 2018

Mieć ideę (W. Bereś, K. Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki)

„Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki” to publikacja, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy wierzą, że warto zmieniać świat na lepsze – doda im sił; dla wszystkich tych, którzy wątpią, że angażowanie się w cokolwiek ma sens – pozwoli im uwierzyć, że jest inaczej; dla wszystkich tych wreszcie, którzy cenią wielkie umysły i wielkie serca – upewnią się w przekonaniu, że tacy ludzie istnieją i że warto próbować ich naśladować. Choć powyższe stwierdzenie może brzmieć nieco patetycznie, nie ma w nim przesady. Autorom udaje się pokazać małżeństwo Wajdów w sposób bezpretensjonalny i wzruszający jednocześnie. To, co można by uznać za czyny wielkie, dzieje się po prostu – bo tak trzeba, bo do tego zobowiązuje przyzwoitość, bo inwestowanie w rozwój społeczeństwa i współtworzenie rzeczywistości, której się jest częścią, ma sens. Bereś i Burnetko proponują czytelnikom nie tylko opowieść biograficzną. To także pochwała szczegółu. Uważność i czułość, z jaką małżeństwo podchodzi do siebie, zostaje poszerzona o podobne traktowanie ludzi, miejsc i zdarzeń. Zostaje to szczególnie zaakcentowane dzięki przywoływaniu upodobania Andrzeja Wajdy do rysunku i malarstwa. Widać to w fascynacji reżysera i jego żony, Krystyny Zachwatowicz, sztuką Japonii. I nie chodzi w tym miejscu jedynie o stworzenie niezwykle ważnego dla kultury polskiej i europejskiej muzeum Manggha, ale również o filozofię życia. Da się to również dostrzec w praktyce prowadzenia codziennych zapisków piórem w notesach. Książkę tę można również czytać jako opowieść o przyjaźni i miłości ludzi renesansu. Wielość zainteresowań i inicjatyw, pasja w ich realizowaniu, wreszcie przekonanie, że warto coś robić dla dobra wspólnego, zachwyca i uświadamia, jak bardzo ludzi i miejsca mogą zmienić ci, którzy chcą coś pięknego wprowadzać w życie. Poszczególne odsłony różnych tytułowych „późnych obowiązków” poprzetykane są wspomnieniami autorów dotyczącymi zetknięcia się z bohaterami i ich dziełami. To ciekawy zabieg konstrukcyjny, znoszący ewentualny efekt pomnikowości, a budujący wielkość postaci nie poprzez gloryfikację, lecz dialog, bycie w ruchu, pozytywną energię, dynamikę czynu. Warto!


Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki, Wyd. Panaceum, Wrocław 2017.

sobota, 10 lutego 2018

Czy tylko przygoda? (D. Preston, Zaginione miasto Boga Małp)

To publikacja, która z pewnością przypadnie do gustu tym, którzy w nastoletnim wieku lubowali się w historiach o dzielnych poszukiwaczach skarbów oraz tajemniczych miejscach na ziemi, które czekają jeszcze na swoje odkrycie. Preston w swojej opowieści buduje nastrój świadomie bazujący na przyjemności podobnej to tej, jaką odczuwa się przy lekturze powieści przygodowych. Nie ma w tym nic złego, choć niewątpliwie można w wypadku tej książki mówić raczej o reportażu w stylu pop niż o reportażu literackim. Sensacyjny charakter narracji stanowi siłę napędową całej opowieści, a częste umieszczanie na planie pierwszym przeżyć Prestona zbliża tę publikację do literatury podróżniczo-wspomnieniowej. Niezależnie jednak od powyższych uwag warto zauważyć, iż autorowi udaje się w książce poruszyć wiele istotnych tematów. Dowiadujemy się więc na przykład o komercyjnym kontekście poszukiwań archeologicznych oraz o uzależnieniu prowadzonych badań od decyzji władz oraz zmian o charakterze społeczno-politycznym. Sugestywnie zostają przedstawione zagrożenia czyhające na człowieka w dżungli, także te działające jak bomba z opóźnionym zapłonem, czyli choroby wychodzące na jaw po kilku tygodniach lub miesiącach od powrotu. Bardzo ciekawa jest kwestia możliwości przyspieszenia pewnych ustaleń dzięki nowoczesnym technologiom. Fakt, iż tradycyjna ocena terenu pod kątem prawdopodobieństwa istnienia tam śladów dawnej cywilizacji mogłaby trwać nawet kilkadziesiąt lat, a dzisiaj sprowadza się do umiejętności posługiwania się odpowiednimi narzędziami i oceny danych, brzmi imponująco. Książka Prestona to także ciekawy fragment współczesnej historii Hondurasu. Warto zatrzymać się dłużej przy zasygnalizowanej w książce dyskusji dotyczącej podejścia do znalezisk – czy brać coś ze sobą, aby mieć dowód, czy może nie naruszać środowiska, które powinno być zbadane w całości. Interesujące jest także zasygnalizowanie konfliktu między naukowcami a pasjonatami oraz bezinteresowna zawiść towarzysząca komentowaniu odnalezionego starożytnego miasta przez przedstawicieli środowiska uniwersyteckiego. W tle natomiast cały czas jest obecne Wielkie Marzenie o niesamowitych odkryciach, które w tym akurat wypadku udało się zrealizować.


Douglas Preston, Zaginione miasto Boga Małp, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

piątek, 9 lutego 2018

Świat, którego już nie ma (A. Mencwel, Toast na progu)

Publikacja Andrzeja Mencwela to znakomite połączenie prozy (auto)biograficznej, perspektywy mitograficznej oraz eseju socjologiczno-kulturoznawczego. Temat, który podejmuje autor, potraktowany zostaje z czułością, świadomością większej wiedzy oferowanej przez upływ czasu, ujawnianą tęsknotą za rzeczywistością, której było się częścią, a która przeminęła, nostalgią związaną z poczuciem niemożności powrotu i stawaniem się historii niejako „już” i „teraz”, wreszcie z erudycją, pozwalającą widzieć więcej, głębiej, szerzej. Autor decyduje się na niezwykle ciekawy zabieg. Skupiając się na konkretnych postaciach, które znał, które pamięta i których nie chce zapomnieć, buduje opowieść nie tylko o życiu danej osoby, ale i o zjawiskach oraz praktykach organizujących wiejską społeczność na co dzień i od święta. W trakcie lektury widać gotowość do zmierzenia się z przeszłością miejsca i ludzi niegdyś dobrze znanych, a na plan pierwszy wysuwają się konsekwencje poziomu zakorzenienia w opisywany świat. Ten, kto nie ma wyjścia i za wszelką cenę musi chronić ojcowiznę, bywa człowiekiem skrywającym pewne tajemnice i składającym ofiarę z tego, co mogłoby mu dać szczęście w życiu prywatnym. Ten, kto na wsi bywa gościem, spędzając tam na przykład wakacje, widzi odwiedzaną przestrzeń zupełnie inaczej. Ten, kto całe swoje istnienie przebywa w jednym miejscu, stanowi żywe archiwum zmian zachodzących wśród ludzi, domostw, przystanków, zakładów i dróg. Opowieść Mencwela to również pretekst do zadania ważnego pytania o świadomość tego, co się wokół nas dzieje, umiejętność właściwej oceny i chęć otwarcia się na to, co inne. Autor nie próbuje w sztuczny sposób znosić granic między nieprzystawalnymi do siebie światami. Stara się raczej zasugerować, że opowiedzenie sobie o tym, co będąc nasze, a tym samym i intymne, może być podstawą do porozumienia z tymi, których sprawy uznajemy za cudze. W efekcie ocalająca moc pamięci zostanie zrealizowana między innymi właśnie dzięki komunikacji.


Andrzej Mencwel, Toast na progu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

czwartek, 8 lutego 2018

Jak nie powinno się pisać reportażu (A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości)

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze miały fantastyczny temat. Mają też umiejętności i są w stanie ze sobą świetnie współpracować. Udowodniły to w „Czarnym aniele”. Kuźniak natomiast niejednokrotnie pokazała, że jest znakomitą reporterką. Znamy ją przecież ze świetnych reportaży biograficznych. Naprawdę więc trudno zrozumieć, jak doszło do tego, że „Krótka historia o długiej miłości” to reportaż na tak niskim poziomie. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam książki z kręgu literatury faktu, która byłaby tak słaba. Po lekturze jestem bowiem przekonana, że zmarnowany został potencjał tkwiący w historii fascynujących przecież bohaterów, a reportaż ten należy czytać tylko wtedy, jeśli się chce zobaczyć, jak nie iść na łatwiznę i jak nie upraszczać historii. Obie autorki, warto to nadmienić, miały dla swojej książki bardzo dobry wzorzec. Mam na myśli reportaż Andrzeja Mularczyka „Kropka, kreska, kropka...” o związku, który narodził się w podobny sposób. Jego początkiem było odsiadywanie wyroku w sąsiednich celach i porozumiewanie się alfabetem Morse’a. O ile jednak Mularczyk oddaje dramatyzm sytuacji, niuansuje emocje i uczucia, o tyle Kuźniak i Karpacz-Oboładze decydują się na dość szybkie i jednowymiarowe ustalenie tego, co łączy bohaterów. Niezwykle irytujące jest to, że znaczną część „Krótkiej historii o długiej miłości” zajmują listy bohaterów. W efekcie mamy do czynienia przede wszystkim z rodzajem, tak to ujmijmy, antologii epistolarnej, a nie z reportażem. Reporterki nie są zainteresowane niczym poza tytułową historią miłosną. Nie dowiemy się więc, co powodowało Jerzym Śmiechowskim, kiedy z łatwością rezygnował ze swojego małżeństwa, co powodowało jego ojcem, kiedy z czułością witał Wiesławę Pajdak, wiedząc, że jego syn ma żonę, co myślała o całej sytuacji żona Jerzego, co czuła Wiesława, kiedy dostała obrączkę przerobioną z pierwszej obrączki przyszłego męża, jak sobie poradziła Wiesława z wiadomością o śmierci matki i jak wpłynęło na nią spotkanie ojca, powracającego po wielu latach z łagru, nie dowiemy się też, jak wyglądało życie bohaterów na wolności – to codzienne, zapewne z jakimiś problemami, bo takie są udziałem każdego. Autorki rezygnują z zadawania pytań, z szukania, z wielogłosowości. Pokazują historię jednowymiarową, z oczywistym przesłaniem, zupełnie niepotrzebnie uproszczoną, potraktowaną powierzchownie (sztuczne powiększanie objętości książki na niewiele się zda). Szkoda. Powtórzę więc: potencjał tkwiący w biografii bohaterów jest ogromny, za to reportaż o ich przeżyciach powstał wyjątkowo słaby.


Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości, Wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 7 lutego 2018

Tajemnice sprzed lat (P. Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm)

„Zabójcze układy” to publikacja podejmująca wyjątkowo interesujący wątek historii najnowszej, jednak z pewnością adresowana nie do każdego. Czytelnik może być nieco rozczarowany językiem używanym przez autora. Gasztold co prawda próbuje ów język uatrakcyjnić, wprowadzając fragmenty fabularyzowane, jednak zabiegi te trudno uznać za udane. Co więcej, książka wybrzmiałaby dużo lepiej, gdyby autor nie usiłował opisywać pogody, pór roku i ulic oraz gdyby nie wstawiał dialogów, literacko pozostawiających wiele do życzenia. Zabrakło mi również w tej publikacji szerszego kontekstu socjologicznego i kulturowego. Opowieść o nieznanym fragmencie historii PRL zyskałaby wówczas na sugestywności i stałaby się nieco mniej hermetyczna. „Zabójcze układy” okazują się więc książką ciekawą z racji poruszanego tematu i dość nużącą, jeśli weźmiemy pod uwagę sposób opisywania wydarzeń. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że autor nie odrobił lekcji z przedmiotu „jak współcześnie można pisać o historii”, na czym w efekcie traci jego opowieść. A można przecież opowiadać tak, że nawet laik z zapałem i niepewnością będzie pytał „co dalej”. Fakty opisane w książce warto poznać, bo dotyczą wydarzeń słabo znanych i zwykle trudnych do opisania wtedy, gdy się dzieją. Gasztold, rekonstruując związki służb PRL z przedstawicielami ówczesnych grup terrorystycznych, akcentuje bowiem względność postrzegania zagrożenia, dopatrywanie się korzyści w działaniach antykapitalistycznych oraz prokomunistycznych, wreszcie budowanie sieci powiązań, mających częściowo podtrzymywać złudzenie wpływu na to, co się dzieje na świecie.


Przemysław Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm, Wyd. PWN, Warszawa 2017.