Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

sobota, 21 czerwca 2025

Poddawane ocenie (M. Wroniszewska, Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci)

 

Marta Wroniszewska decyduje się przyjrzeć tematowi ważnemu, choć niekoniecznie nowemu i tak kontrowersyjnemu, jak sugeruje w swojej książce. Tego pierwszego z pewnością nie da się podważyć, to drugie można udowodnić przeglądając chociażby publikacje z kręgu krytyki feministycznej, ale i artykuły pojawiające się niekiedy na łamach tzw. prasy kobiecej. Przypominanie o tym, że matki bywają w takiej sytuacji, która nie pozwala im na opiekę na dzieckiem, że nie zawsze umieją i chcą być matkami, że zdarzają się różne ograniczenia, które uniemożliwiają im pełnienie roli rodzica, wreszcie że istnienie instynktu macierzyńskiego jest co najmniej dyskusyjne, wydaje się potrzebne i niezbędne. Cieszy więc podjęcie takiego tematu przez reporterkę. Szkoda tylko, że efekt, z którym mamy do czynienia, nie do końca daje pewność, czy autorka chciała napisać reportaż, czy może esej, w którym znajdą się przykłady „z życia wzięte”. Książka poprzedzona jest odautorskim wstępem. Budzi on wątpliwości z co najmniej kilku powodów. Nie bardzo rozumiem, po co to absurdalne tłumaczenie się z pisania umieszczać na początku. Nie tyle eliminuje to wątpliwości czytelników, co raczej odsłania silne umocowanie w stereotypach samej autorki. Natkniemy się też na zdanie: „Nie spotkałam żadnej kobiety, która zostawiła dzieci i rodzinę z powodu subiektywnego kaprysu”. Chciałoby się dodać: szkoda i dobrze byłoby w takim razie trochę poszukać. Już samo założenie, że za opuszczeniem dziecka zawsze kryje się tragedia, jest nadmiernym uproszczeniem i podtrzymywaniem stereotypu szczególnego statusu matki. W kontekście porzucenia przez ojca dużo rzadziej rozważa się kwestie „podskórnych tragedii” i łatwiej akceptuje się właśnie ów „subiektywny kaprys”. W trakcie lektury wyraźnie widać, że autorka ma problemy ze znalezieniem właściwego języka dla swojej opowieści. Zbliża się w kierunku narracji eksperckiej, chyba lęka się pokazania, że kobiety również bywają złymi ludźmi, szuka odpowiedzi w tezach dotyczących dysfunkcjonalności rodziny. Niekoniecznie.

 

Marta Wroniszewska, Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci, Wyd. Czarne, Wołowiec 2025.


piątek, 20 czerwca 2025

Czy tylko przerwa w drodze do Polski? (K. Rodacka, Domy na piasku. Polacy w Iranie (1942-1945))

 

Reportaż historyczny Katarzyny Rodackiej budzi mieszane odczucia. Z jednej strony rodzi duże zainteresowanie – temat, który autorka podejmuje, nie jest dobrze opisany i wydaje się trochę zapomniany. Z drugiej lektura pozwala na postawienie tezy, że brakuje tej książce kompozycyjnego zamysłu, dzięki któremu opowieść zyskałaby większą dynamikę i potoczystość. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób opisywania polskiej społeczności, która dociera do Iranu, ma w sobie zbyt wiele z portretu ogólnego, mającego na celu poruszenie wielu wątków, ale tylko powierzchownie, bez większego skupiania się na szczegółach i bez pogłębiania charakterystyki bohaterów. W efekcie można tutaj mówić o reportażu napisanym tylko poprawnie, mało angażującym, słabo zapadającym w pamięć. Trochę szkoda, bo temat jest faktycznie arcyciekawy. Wiele z poruszanych zagadnień domaga się szerszego opisu, zwłaszcza że widać w tej opowieści potencjał wynikający z wieloaspektowości. Wystarczy wspomnieć chociażby wątek mieszanych małżeństw, różnice obyczajowe, kwestia polskich sierot, także tych, które potem wyjadą do Nowej Zelandii, czy traumatyzujący charakter wspomnień związanych z przymusowym pobytem w Związku Radzieckim. Przy każdym z tych i innych motywów pojawia się uczucie niedosytu – najpierw zaciekawienie, zaraz potem rozczarowanie, bo istotne problemy zostają ledwie zasygnalizowane.

 

Katarzyna Rodacka, Domy na piasku. Polacy w Iranie (1942-1945), Wyd. Znak, Kraków 2025.


poniedziałek, 9 czerwca 2025

Co zrobić z pamięcią? (J. Czeczott, Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji)

 

Reportaż historyczny Joanny Czeczott można czytać równolegle z „Dziennikami kołymskimi” Jacka Hugo-Badera. Obie książki łączy chęć przyjrzenia się miejscu, w którym znajdowały się łagry, a w których dzisiaj toczy się zwyczajne życie. Czeczott i Hugo-Bader opisują inne rejony, Hugo-Bader jest dużo bardziej obecny w tekście, a Czeczott dyskretniejsza, jednak w obu przypadkach najistotniejszą kwestią jest pamięć i to, co z nią jesteśmy w stanie zrobić i co ona może z nami uczynić. Kazachstan jako miejsce łagrowego zesłania zamienia się w wielkie więzienie, z którego nie ma ucieczki. Wyrok, który może spotkać każdego, rzekoma kara, choć nie wiadomo, co jest przewinieniem, upodlenie wywiezionych i niszczenie ich tożsamości poprzez odebranie wszystkiego, co ważne, emocjonalnie drogie, oferujące cień nadziei. Czeczott przypomina reguły rządzące tym okrutnym światem. Koncentruje się jednak przede wszystkim na teraźniejszości. Opowiadając o tym, co było, mówi wiele o tym, co jest. Portretuje rzeczywistość paradoksów, w której trzeba zapomnieć, aby w samotności przechowywać pamięć, trzeba zapatrzyć się w przyszłość, aby akceptować współegzystowanie byłych więźniów i strażników, trzeba ignorować przemijanie, żeby uświadomić sobie trwałość tego, co kiedyś było codziennością, trzeba starać się nie patrzeć w ziemię, bo ta jest pełna trupów, i udawać, że spojrzenie w oczy żywym skutecznie odwraca od śmierci. Książka Czeczott to także opowieść o reglamentowaniu wiedzy po to, by ukryć zbrodnie, by nauczyć się żyć na nowo, by usprawiedliwić własne czyny, by pozostać wiernym władzy i by mieć wpływ na budowę nowej rzeczywistości. Bardzo dobre!

 

Joanna Czeczott, Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji, Wyd. Czarne, Wołowiec 2025.