Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kreacja i mistyfikacja (S. Hustvedt, Świat w płomieniach)

Powieść Siri Hustvedt to nie tylko arcyciekawa historia artystki, która decyduje się na wieloletni eksperyment społeczny, kulturowy i (auto)biograficzny, ale również dzieło wyróżniające się pod względem formalnym. Główną bohaterką książki jest Harriet Burden. Artystka ma świadomość pozorów, na których ufundowana jest przestrzeń publiczna. Widzi, w jaki sposób traktowane są osiągnięcia kobiet i jak, dla przeciwwagi, przyjmowane są propozycje artystyczne mężczyzn. Obserwuje, odnotowuje, obmyśla plan. Prowadzi tak naprawdę kilka różnych wersji własnego życia. Jest artystką, która wycofała się z aktywnej działalności twórczej na rzecz współkreowania środowiska. Jest osobą, która podobno przeżyła kryzys po śmierci męża, tak więc podejrzenie szaleństwa w pewnym sensie ją unieważnia. Jest wizjonerką i eksperymentatorką. Trzech mężczyzn, zgodnie z umową z Burden, wystawia jej dzieła jako własne. Odnoszą sukces. Harriet wie doskonale, że gdyby projekty upubliczniła pod własnym nazwiskiem, zostałyby zignorowane. Kobieta stwarza więc nie tylko artystów, którzy docelowo mają być jej kolejnymi alter ego. Wymyśla również osobę, która ma ujawnić jej eksperyment i pokazać światu socjologiczny kontekst recepcji dzieł sztuki. Problem pojawia się wtedy, gdy jeden z wynajętych mężczyzn odmawia ujawnienia prawdy. Kwestie autorstwa, talentu i możliwości dodatkowo się komplikują. Powieść składa się z fragmentów dzienników Burden, wypowiedzi jej córki, bliskich, wywiadów dotyczących artystki. Poszczególne części, także te pisane ręką Harriet, utrzymane są w różnym stylu. Odtwarzają fragmentaryczność istnienia bohaterki, ale i koncepcyjność jej postrzegania świata – także tego w wymiarze prywatnym. „Świat w płomieniach” można również postrzegać jako opowieść o kryzysie tworzenia, o umieraniu – tym dosłownym i symbolicznym, o kradzieży tożsamości i jej sekretnym pożyczaniu, o niezrozumieniu przez otoczenie i niechęci do rozumienia otoczenia. Bardzo dobre.

Siri Hustvedt, Świat w płomieniach, przeł. Jerzy Kozłowski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 30 sierpnia 2017

Ojciec i syn (O. Pamuk, Rudowłosa)

Pamuk proponuje powieść w starym stylu, która jednak okazuje się uniwersalna i tak naprawdę nowoczesna. Problem relacji między ojcem a synem, wątek uwiedzenia i zafascynowania kobietą, a także symboliczny i dosłowny motyw ojcobójstwa to tematy, które w różnych konfiguracjach powracają, pozornie tylko wydają się literacko wyeksploatowane, wszystko bowiem zależy od talentu autora. W tym wypadku Pamuk nie zawodzi czytelnika. Opowiedziana przez niego historia ma przypowieściowy charakter. Jest w niej coś z tragedii i ze starych legend, w których mroczne dziedzictwo losu zawsze jest nieuchronne. Pisarz nawiązuje zresztą do dwóch ważnych świadectw – z jednej strony jest to historia syna, który nieświadomie zabija własnego ojca, a następnie poślubia matkę (grecki mit o Edypie), z drugiej zapis losów ojca, który morduje swojego syna (perski mit o Rostamie i Sohrabie). Nie chodzi tutaj o odwrócenie scenariusza wydarzeń, raczej o zasygnalizowanie, że zbrodnia tego typu w każdej konfiguracji jest czymś szczególnym i przełamującym kulturowe tabu. Cem jest nastolatkiem, kiedy z jego życia znika ojciec. Ponieważ w domu mnożą się problemy finansowe, chłopak postanawia rozpocząć pracę jako pomocnik studniarza. Szukanie miejsca, w którym będzie woda, okazuje się bardzo ciekawą metaforą. Z jednej strony wiąże się z życiem, z drugiej ze śmiercią, bo wejście w głąb studni bywa ryzykowne. Cem nawiązuje bliską relację z mistrzem. Nie tylko razem pracują, ale chłopak zaczyna go traktować jak ojca. Duży wysiłek fizyczny, konieczność skupienia się, upał to wszystko jest dla bohatera czymś nowym. Jako syn aptekarza nie musiał wcześniej martwić się o pieniądze. Praca ma więc w tym wypadku inicjacyjny wymiar. Ale nie tylko ona. Cem doświadczy również kilku innych rzeczy po raz pierwszy. Do tych najważniejszych doświadczeń należeć będą seks, zbrodnia i koszmar pamiętania. Pamuk interesująco i niebanalnie rozgrywa dobrze znane, archetypiczne, motywy. Dość powiedzieć, że w którymś momencie życie odtwarza mit, a mit zamienia się w echo tego, co wydarzyło się w rzeczywistości.


Orhan Pamuk, Rudowłosa, przeł. Piotr Kawulok, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

wtorek, 29 sierpnia 2017

Przyzwyczajanie się do śmierci (W. Gogola, Po trochu)

Debiutancka powieść Weroniki Gogoli choć skoncentrowana jest na śmierci, stanowi jednocześnie pochwałę życia. Autorka nie tylko dokumentuje świat, który powoli staje się przeszłością. Jest również rejestratorką historii o charakterze jednostkowym, dając wyraźny sygnał, że rzeczywistość okrajana jest po kawałku z życia wtedy, gdy ktoś będący jej częścią umiera. Motywy przemijania, odchodzenia, godzenia się z końcem, przyzwyczajania się do symbiozy tego, co potwierdza trwanie, i tego, co zapowiada odejście, ale i portretowanie środowiska wiejskiego, wpisują się w tendencję widoczną w utworach innych młodych autorów. Mam tu na myśli i „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, do których debiut Gogoli bywa porównywany, i „Miedzę” oraz „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego, i „Dygot” Jakuba Małeckiego. Dziewczynka, która jest główną bohaterką książki, żyje w czasie teraźniejszym. To wszystko, czego doświadcza, nie zostaje wpisane w tryb myślenia o przeszłości i przyszłości. Jeśli więc umierają kolejno miejsce (pali się giees), zwierzę (za mocno przytulony kotek), człowiek (chora na raka piersi matka przyjaciółki czy kolega ze szkoły), to nie staną się pretekstem do zastanawiania się nad przemijaniem. Śmierć po prostu przychodzi, czasami generuje wspomnienia, bywa, że rodzi refleksję o pamiętaniu, jednak nawet wtedy jej zwyczajność jest na pierwszym miejscu. Dopiero kiedy umiera ojciec, a informacja ta przychodzi z dawnego świata, koniec zyskuje inne znaczenie. Staje się przypieczętowaniem rozstania z miejscem, uświadomieniem sobie własnego dorastania oraz odkryciem, że zapachy, obrazy i dźwięki mogą przywoływać to, co minione. Dorosłość oznacza więc większą świadomość. Jej konsekwencją jest inne postrzeganie śmierci, ale i – co warte odnotowania – pełniejsze, być może, odczuwanie życia.

Weronika Gogola, Po trochu, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Codzienność (K.O. Knausgård, Lato)

Kolejna odsłona serii, której części tytułowane są nazwami pór roku, jest podobna do poprzednich, ale i inna. Autor tradycyjnie pozostaje uważnym obserwatorem codzienności oraz osobą dokumentującą własne ojcostwo. Nie rezygnuje ze szczerości, dzieląc się refleksjami, które sam uznaje za niezręczne, nazbyt bezpośrednie, przesadnie może ekshibicjonistyczne. Jednocześnie to właśnie gotowość zapisywania tego, co odbiega od wizerunku, który posiada pisarz w przestrzeni publicznej, jest zapewne jedną z ciekawszych odsłon owego eksperymentu na samym sobie. Niezależnie bowiem od tego, czy Knausgård pisze wspomnianą serię z porami roku w tytułach, czy „Moją walkę”, zawsze siebie czyni głównym i najważniejszym bohaterem. To, co błyskotliwe, oryginalne, szczególne sąsiaduje więc często z obserwacjami nieco naiwnymi lub oczywistymi. Autor nie ukrywa, że właśnie taki zamysł towarzyszy jego literackiemu projektowi – pokazać siebie w możliwie dokładny sposób, jako kogoś, kto jest w relacjach, ale i funkcjonuje w samotności, a także jako osoby, która znaczną część życia spędza w tym, co można określić zwyczajnością. W „Lecie” licznym krótkim impresjom o rzeczach, pokarmach, zwierzętach i roślinach (np. o kasztanowcu i brzozie, o soli czy śliwkach, o rowerze i mikserach, o psach, kotach i komarach) towarzyszą różnego rodzaju scenki rodzinne, związane z zachowaniem i reakcjami dzieci. Gdzieś w tle obecna jest jednak refleksja innego rodzaju, a mianowicie poczucie schyłkowości, nieuchronności przemijania, niemożności cofnięcia czasu. Codzienność zostaje zatem skojarzona z koniecznością pamiętania i dostrzegania wagi momentu oraz chwili.

Karl Ove Knausgård, Lato, przeł. Milena Skoczko, obrazy: Anselm Kiefer, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Pamiętanie śmierci (G. Faye, Tęsknota)

Proza dojrzała, bardzo przemyślna, mocna w swojej wymowie i uniwersalna mimo zakorzenienia w konkretnym czasie i miejscu – w ten sposób można krótko scharakteryzować powieść Faye’a. Autor, podobnie jak bohater jego książki, jest synem Rwandyjki i Francuza, który dzieciństwo spędził w Burundi, a kiedy doszło do ludobójstwa w Rwandzie przeniósł się do Francji. Autobiograficzny charakter utworu z pewnością zasługuje na odnotowanie, jednak dużo bardziej istotne jest zmierzenie się z ostatecznością wpisaną w zło, które jeden człowiek przygotowuje drugiemu człowiekowi. Faye proponuje czytelnikowi nietypową powieść inicjacyjną. Granica, którą jego bohater, Gabriel, przekracza wiąże się właśnie ze świadomością okrucieństwa i brutalności. Wiedza o tym, co wróg może uczynić swojej ofierze, jak łatwo podzielić ludzi na swoich i obcych, a także jak pochłaniające i zaraźliwe bywa zło, staje się tożsama z wejściem w dorosłość i utratą niewinności. Faye doskonale wychwytuje momenty, które zbliżają do katastrofy. Są więc tutaj rozpoznawalne z innych tekstów symbole, jak na przykład nawoływanie w radiu do eliminacji karaluchów, konieczność określenia własnej przynależności do Hutu lub Tutsi, opuszczone domy pełne trupów właścicieli, ulice, na których leżą zwłoki, pałętające się bezdomne psy, muzyka poważna puszczana w radiu w chwili kryzysu. Natkniemy się jednak i na obrazy typowe dla tej właśnie historii – dzieci, które spędzają całe dnie na materacach, ukrywając się przed zagrożeniem, matka, która zobaczywszy coś, czego nikt nie powinien oglądać, poddaje się szaleństwu, wreszcie chłopcy, którzy zaczynają się fascynować wszechobecną bezkarnością i dają sobie prawo do decydowania o czyimś życiu i śmierci. Ważnym motywem w powieści Faye’a są książki. To one przynoszą chwilowe ocalenie, pozwalają odciąć się od tego, co niewyobrażalne, a jednak bardzo realne. Są też tym, co powoduje powrót bohatera po latach i zmierzenie się z traumą przeszłości. Pozycja obowiązkowa.


Gaël Faye, Tęsknota, przeł. Katarzyna Marczewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

sobota, 26 sierpnia 2017

Bez szans na przyszłość (T. Clavin, B. Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów)

Książka ta tylko pozornie jest biografią indiańskiego wodza Czerwonej Chmury. Tak naprawdę bowiem mamy do czynienia z literaturą wojenną najwyższej próby. Cała opowieść koncentruje się na walkach między rdzennymi mieszkańcami ziem a wojskami Stanów Zjednoczonych. Pokazana zostaje nie tylko różnica w postrzeganiu bitwy, traktowaniu wroga, myśleniu o koncepcji podjętych działań, ale również podobieństwa, jeśli chodzi o okrucieństwo i okazywaną sobie wzajemnie pogardę. Biali zdają się początkowo sądzić, że nie będą mieli większego problemu z pokonaniem przeciwnika. Z kolei czerwonoskórzy długo nie uświadamiają sobie powagi sytuacji i chętnie dają się omamiać świecidełkami i alkoholem. Clavin oraz Drury pokazują zatem zderzenie dwóch koncepcji myślenia o świecie, dwóch wizji społeczeństwa i dwóch modeli toczenia walki. Naturalistyczne opisy tego, w jaki sposób Indianie tradycyjnie traktowali ciała wrogów, przedstawione zostają bez emocjonalności, za to z wyraźnym poczuciem konieczności wspomnienia o brutalności, cechującej tak naprawdę obie strony. Autorzy przytaczają bowiem również bestialskie tortury będące dziełem białych. O ile jednak te pierwsze uznawano za typowe dla Indian, o tyle drugie piętnowano jako przejaw barbarzyństwa i coś, co zdarzyć się mogło tylko w wyjątkowej sytuacji. Fakt ten stanowi niezbity dowód kolonialnej wyższości oraz traktowania przeciwnika jako przedstawiciela społeczności stojącej w hierarchii niżej. Odtworzenie biografii Czerwonej Chmury staje się okazją do pokazania nowego typu myślenia o konieczności zjednoczenia się przeciwko wspólnemu wrogowi, realizowaniu w bitwie wcześniej zaplanowanej strategii i postawieniu na podporządkowanie walki, obowiązującym jej uczestników, regułom. Historia indiańskiego wodza, ostatecznie dożywającego starości i mieszkającego w rezerwacie, to uchwycenie atmosfery czasów, w których toczyła się walka dwóch sił – jedna, reprezentowana przez czerwonoskórych, nie miała już szansy na przetrwanie, druga, emanująca ze strony białych, spodziewała się triumfu, nawet jeśli zdarzały jej się klęski, upadki i porażki. Życiorys Czerwonej Chmury to także przykład ocalenia pamięci i oddania głosu osobie, która była głównym uczestnikiem wydarzeń. Istnieje bowiem autobiografia wodza, którą spisano w sposób zapośredniczony, dzięki gotowości słuchania, chęci opowiadania i świadomości wagi obu tych czynności.


Tom Clavin, Bob Drury, Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów, przeł. Adam Czech, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 25 sierpnia 2017

Nowe problemy, stare wartości (K. Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie)

„Moraliści” Katarzyny Tubylewicz to ciekawe połączenie reportażu, wywiadu, artykułu prasowego i refleksji własnych. Ten niejednolity formalnie zbiór stanowi próbę pokazania nieoczywistego obrazu Szwecji. Autorka nie jest, oczywiście, pierwszą, która usiłuje się zmierzyć z tym, co współcześnie zmusza opisywany przez nią kraj do znalezienia sposobu rozwiązania nowych problemów oraz przewartościowania niektórych, wcześniej dobrze się sprawdzających, zasad. Kwestie te poruszane są chociażby w reportażach tych dziennikarzy, o których Tubylewicz również pisze, a mianowicie Elisabeth Åsbrink, Åsne Seierstad czy Macieja Zaremby Bielawskiego. Czytelnicy tzw. skandynawskich kryminałów pewnie też potwierdzą, że również w literaturze popularnej problemy te są przywoływane. Na plan pierwszy w wielogłosowej opowieści Tubylewicz wysuwa się kwestia imigrantów oraz zagrożeń wynikających z terroryzmu. Autorka pokazuje problem w sposób wielowymiarowy – rozmawia z policjantem, który przyjechał do Szwecji z Afganistanu, z kierowniczką ośrodka dla uchodźców, z kobietą, która wie, jak straszne są skutki kulturowego łączenia honoru z religią, i walczy z przenoszeniem nieakceptowanych zwyczajów do nowych miejsc zamieszkania. Wyeksponowane zostają także inne ważne społecznie zagadnienia. Tubylewicz jest zainteresowana prawami kobiet (także jeśli chodzi o docenienie twórczości pisarek przez różnego rodzaju gremia przyznające nagrody), solidarnością i różnorodnością (pojawia się wątek praw gejów). Warto zwrócić uwagę na to, iż rozmowa o tym, co dotyczy obecności w przestrzeni publicznej różnego rodzaju grup, zyskuje zwykle nie tylko wymiar polityczny, ale i kulturowy. Pozostając wierną przekonaniu wyrażonemu w książce napisanej razem z Agatą Diduszko-Zyglewską „Szwecja czyta. Polska czyta”, że to właśnie literatura w dużej mierze kształtuje naszą mentalność i przekonania, także w „Moralistach” autorka udowadnia, że ważne są wzorce przekazywane przez kulturę. Na uwagę zasługuje puenta. Tubylewicz pozwala sobie na rodzaj wyznania wiary w Szwecję, akcentując fakt, iż opanowanie kryzysu odbędzie się nie tylko za sprawą działań rodowitych mieszkańców kraju, ale i imigrantów, współodpowiedzialnych za miejsce, które uznali za swoje.


Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pycha władzy (J. Cabré, Agonia dźwięków)

Choć akcja powieści katalońskiego pisarza rozgrywa się w środowisku zakonnym, to jednak zbiorowość funkcjonującą w odizolowaniu można w tym wypadku potraktować jako metaforę relacji opartych na hierarchiczności, unieważnianiu większości i wywyższaniu nielicznych, wreszcie niedyskutowalności prawd i obowiązujących regulaminów. Autor proponuje czytelnikowi przejmującą opowieść o łamaniu ducha, zniewoleniu i źle pojmowanej pobożności oraz wierności ideałom. Nierówna próba sił, jaka ma miejsce w zakonnych murach, opiera się na przekonaniu, że każdy przejaw niezależności trzeba eliminować, zmuszając niepokorną osobę do umartwienia i uznania własnej nicości. Brat Junoy ze swoim zamiłowaniem do muzyki, z satysfakcją odczuwaną z piękna i z przekonaniem, że właśnie w takiej radości życia ma miejsce chwalenie Boga, nie pasuje ani do zakonników, ani do zakonnic, do których udaje się jako spowiednik. Przeniesienie bohatera jest tak naprawdę karą i skazaniem go na więzienie. Zakon, w którym ma przebywać, stanowi siedzibę mniszek klauzurowych. To właśnie cisza, milczenie oraz umartwienie ducha i ciała są tym, co kobiety definiuje. Portretując życie zakonnic, Cabré stawia pytanie o granice cierpienia, zmuszając jednocześnie czytelnika do zastanowienia się nad ograniczeniami fundowanymi w ramach uzyskania większej bliskości z Bogiem. Matka przełożona jest w tej historii nie tylko wcieleniem zła, bezmyślności i okrucieństwa, okazuje się również postacią tragiczną. Dla tej ostatniej kwestii ważne okazuje się zakończenie. Nie ma w nim nic optymistycznego, bo wina pozostaje ciągle powodem do dumy dla tej, która powinna sprawę przemyśleć. Cabré ostrzega zatem przed pychą, udowadniając, że władza zwykle trzyma się daleko od przebaczenia, zadośćuczynienia i zrozumienia.


Jaume Cabré, Agonia dźwięków, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017. 

środa, 23 sierpnia 2017

Przypomnienie (C. Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza)

Lektura zbioru reportaży Cezarego Łazarewicza okazuje się ciekawym doświadczeniem. Nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z dobrymi tekstami, ale przede wszystkim z tego powodu, że zderzamy się z obrazem świata dzisiaj już nieistniejącego i należącego do nie tak odległej, ale jednak, przeszłości. Teksty zamieszczone w książce są portretem rzeczywistości okresu transformacji. Można je czytać równolegle z takimi zbiorami jak na przykład „Serce narodu koło przystanku” Włodzimierza Nowaka, „Powiatowa rewolucja moralna” Pawła Smoleńskiego czy „Niedziela, która zdarzyła się w środę” Mariusza Szczygła. Łazarewicz przypomina zachowania, problemy, praktyki typowe dla czasów, w których wolność wydawała się czymś nie do końca zrozumiałym, ale wykorzystywanym z zapałem, związanym z doświadczaniem tego, co nowe, wyczekane i nie do końca znane. Interesują go zmiany na prowincji. Reporter koncentruje się na jednym regionie. Zostaje to zaakcentowane w podtytule. Jeden z reportaży, poświęcony rolniczym protestom w Bartoszycach i zatytułowany „Chamburk był z nami”, znalazł się jednak w książce pomyłkowo. Bartoszyce nie są miastem znajdującym się na Pomorzu. Reportaże umieszczone w tomie w większości przypadków miały swoje prasowe pierwodruki pod koniec lat 90. XX wieku. Przypomniane po kilkunastu latach są dowodem uchwycenia dynamiki przemian, specyfiki ówczesnych doświadczeń i reguł, które definiują okres przejściowy między komunizmem a demokracją. Choć scenografia opisywanych wydarzeń ma w sobie coś z siermiężności tamtych czasów, to jednak emocje, potrzeby i rozczarowania ludzi pozostają podobne. Gdyby więc zmienić tło, okazałoby się, że odegrane wówczas role w nieco zmienionej formie być może miałyby rację bytu i współcześnie. Czytać więc „Tu mówi Polska” trzeba jako przywołanie przeszłości, ale i ostrzeżenie przed zapomnieniem.


Cezary Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Tego świata już nie ma (K. Kołczewska, Odzyskać utracone)

Katarzyna Kołczewska jest jedną z najciekawszych autorek tzw. literatury kobiecej. W swojej twórczości zbliża się do prozy środka, chętnie podejmuje tematy nieoczywiste, nie próbuje na siłę dążyć do happy endu. Czytelnika zmylić mogą okładki jej książek, kojarzące się raczej z literaturą popularną, warto jednak w tym wypadku nie tracić czujności. „Odzyskać utracone” to zasługująca na uwagę powieść środka inspirowana historią rodziny autorki. Mamy tutaj do czynienia z intrygującym utworem o przeszłości, która nie godzi się na kształt teraźniejszości; o matce, która musi odwrócić się od pamięci, aby przetrwać; o córce, która nie godzi się na zapomnienie, bo właśnie z tego, co minęło, czerpie siłę, fałszywą, co prawda, ale jednak siłę. Powieść Kołczewskiej jest także bardzo ciekawą książką o mieście. Białystok zostaje sportretowany jako organizm, który żyje, któremu zadano gwałt, i który otwierając się na przyszłość, wypiera się części swojej historii. Autorka zderza bezpieczeństwo czasu przedwojennego z koszmarem i nieprzewidywalnością wojny oraz siermiężnością i koniecznością radzenia sobie na różne sposoby po wojnie. To kobiety są w tej historii najważniejsze. One podejmują walkę, one próbują kształtować świat wokół siebie, one wreszcie nie rezygnują, dopóki toczenie bojów ma jakikolwiek sens. Jednocześnie to właśnie bohaterki doświadczają największej samotności – kiedy dają z siebie wszystko, a ich ofiara zostaje zlekceważona, kiedy muszą pogodzić się z obcością mężczyzn, tych najbliższych, kiedy zostają odizolowane od rodziny i otrzymują brutalny w swojej wymowie przekaz, że na uwolnienie nie mają co liczyć. Autorka prowadzi swoją opowieść dwutorowo. Poznajemy losy matki, Marii, oraz córki, Mirusi, która jako dziewczynka została zabrana do łagru i jako kobieta wraca po latach. Kołczewska rekonstruuje nie tylko trudną drogę dochodzenia do prawdy, akceptacji, zrozumienia, ale i pokazuje, jak niełatwe jest odnalezienie się w światach, które kompletnie do siebie nie przystają. Tak naprawdę obie kobiety doświadczyły traumy i cierpienia, obie też muszą się odnaleźć w rzeczywistości, której wcale nie chciały, choć muszą uczynić ją częścią własnego życia. Autorka pokazuje bowiem, że nie ma innego wyjścia – tylko wiara w sens przyszłości może ocalić, zapatrzenie się w przeszłość to śmierć.


Katarzyna Kołczewska, Odzyskać utracone, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pamięć różnorodności (L. Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza)

Reportaż Ludwiki Włodek to ciekawy przykład połączenia przeszłości z teraźniejszością. Określenie znajdujące się w podtytule, owe historie ze Spisza, nie tylko ukierunkowuje na miejsce, ale przede wszystkim sugeruje istnienie fascynującego mitu założycielskiego, kładzie nacisk na pamiętanie wielości oraz sygnalizuje symboliczność jednostkowych biografii, w których opisane losy zwykle mają charakter uniwersalny. Widać to doskonale w kolejnych rozdziałach składających się na książkę. Autorka w powieściowy, gawędziarski sposób, wprowadza opisowymi tytułami do życiorysów, które przedstawia. Dominuje tu reportaż historyczny, stopniowo jednak – im bliżej końca publikacji – pojawia się coraz więcej akcentów współczesnych. Ważnym punktem odniesienia staje się deklarowana bliskość w stosunku do opisywanych terenów ze strony reporterki. Będąc częściowo stamtąd, znając Spisz, autorka nie przybywa całkowicie z zewnątrz. Jest w stanie pewne rzeczy sobie przypomnieć, odtworzyć z przeszłości, dostrzec na przykładzie własnego doświadczenia. Autobiograficzne fragmenty stanowią zatem klamrę, dzięki której to, co małe, bywa wielkie, to, co zapomniane, zostaje przypomniane, a to, co należy do przeszłości, okazuje się żywe i rozwojowe. Autorka rezygnuje z łatwego portretowania pogranicza. Ci wszyscy, którzy zamieszkiwali opisywane tereny, są częścią tej samej społeczności i tej samej historii. Nawet więc, jeśli reporterka koncentruje się na problemach Polaków, Słowaków, Niemców, Węgrów, Żydów czy Cyganów, nie traci z oczu owej całości i ciągłości, pamięta o tożsamościowym skomplikowaniu. Fakt ten wydaje się bardzo ważny. Dzięki takiej przyjętej perspektywie Włodek nie eksponuje fragmentaryczności opowieści, lecz zaznacza jej spójność widoczną zarówno w portretowaniu zgody, porozumienia, jak i niechęci czy nienawiści. Warte uwagi.

Ludwika Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza, fotografie: Marzena Hmielewicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Przyjaciel czy morderca – kto jest bliżej? (K. Kwiatkowska, Zgubna trucizna)

Najnowszy kryminał Katarzyny Kwiatkowskiej stanowi kolejne potwierdzenie talentu autorki. Początek XX wieku i, wszystko na to wskazuje, tajemnicze oraz mistrzowskie fałszowanie banknotów. Znany z poprzednich części Jan Morawski (wraz z pomocnikiem Mateuszem) nie spocznie, dopóki nie rozwikła tajemnicy. Ta zaś będzie się przed nim odsłaniała niespiesznie, z kilkoma intrygującymi zwrotami akcji, z całkiem pokaźnym skomplikowaniem emocjonalnym i z rozczarowaniem, które mimo rozwiązania sprawy i tak nadejdzie. Kwiatkowska nie stara się uwodzić czytelnika sensacyjnością fabuły, interesuje ją raczej oddanie klimatu miejsca i czasów. Pokazała już zresztą we wcześniejszych powieściach, że umie łączyć zagadkę kryminalną z dbałością o historyczne szczegóły. Tym razem na plan pierwszy wysunie się klimat Poznania, proces germanizacji oraz zwyczaje panujące w hotelach i na balach. Na tych ostatnich zwłaszcza króluje kupczenie posagami i niemalże otwarte i bezpruderyjne oferowanie kobiet po korzystnych cenach tym, którzy są materialnie dobrze sytuowani. Autorka umieści swojego bohatera w centrum wydarzeń – będzie więc blisko owych miłosnych transakcji, ale i blisko wybuchu bombowego, do którego dojdzie w hotelu. Interesujące.

Katarzyna Kwiatkowska, Zgubna trucizna, Wyd. Znak, Kraków 2017.

sobota, 19 sierpnia 2017

Nie tylko literatura dla dzieci i młodzieży (M. Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce)

Biografia Kornela Makuszyńskiego to niewątpliwie doskonały materiał na książkę. Mariusz Urbanek jest tego świadomy, wykorzystuje więc życiorys swojego bohatera nie tylko do przypomnienia jego kariery zawodowej, ale i do sportretowania czasów, w których pisarz funkcjonował. Na plan pierwszy wysuwają się właściwie trzy kwestie. Pierwsza dotyczy osobowości Makuszyńskiego i jego talentu. Zaszufladkowany jako autor literatury dla dzieci i młodzieży był nie tylko znakomitym, cenionym w środowisku krytykiem, ale i duszą towarzystwa. Odtworzenie błyskawicznej kariery Makuszyńskiego odbywa się poprzez pokazanie jego wczesnego debiutu (w wieku nastoletnim), pracowitości (regułą było przygotowywanie recenzji do druku na następny dzień po premierze spektaklu), lekkości pióra (jego teksty krytyczne miały charakter felietonowy), opiniotwórczości (ze zdaniem pisarza liczyli się ówcześni najwięksi). Druga kwestia dotyczy pamięci i zapomnienia, intensywnego istnienia i wymazywania z przestrzeni publicznej, niekwestionowanego sukcesu i przemilczenia. Urbanek sugestywnie zderza ze sobą czas przedwojenny z okresem po zakończeniu II wojny światowej, kiedy entuzjazm Makuszyńskiego dla świata i człowieka jako takiego traktowany jest jako sanacyjny, a więc źle widziany. Przyzwyczajony do publikowania, dużych nakładów, wyrazów sympatii i podziwu ze strony czytelników oraz redaktorów pisarz zostaje brutalnie unieważniony przez komunistyczną rzeczywistość. Symboliczne staje się dokwaterowanie pewnego urzędnika do zakopiańskiego mieszkania Makuszyńskich. Ta bezduszna decyzja wypada dużo dramatyczniej od innego trudnego doświadczenia, a mianowicie utraty księgozbioru w czasie wojny. Trzecia kwestia, którą należy uznać za dominującą, to próba zrekonstruowania poglądów Makuszyńskiego przy jednoczesnym akcentowaniu specyfiki tamtych czasów i braku ciężaru wiedzy o Holocauście. Chodzi zwłaszcza o antysemityzm i mizoginizm pisarza, który – jak sugeruje Urbanek – w kontekście epoki jest narracją często akceptowaną społecznie i uznawaną za atrakcyjną. Fragmenty wypowiedzi Makuszyńskiego porażają, jednak biograf równoważy je nie tylko wspomnianym powyżej uzasadnieniem, ale i czynami, znacznie odbiegającymi od owych pojawiających się w druku uprzedzeń. Biografia Makuszyńskiego okazuje się z jednej strony intrygującą opowieścią o człowieku swojej epoki lub – tak chyba lepiej to zabrzmi – swoich epok, ale i zapisem oddającym cechy charakterystyczne ówczesnego środowiska literackiego. W obu przypadkach lektura jest arcyciekawa.


Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce, Wołowiec: Czarne 2017. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Przemijanie (M. Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem)

Książka Wichy wpisuje się w tradycję tekstów – pożegnań, w których równie ważne jest uświadomienie, kim był ten, kto odszedł, jak i przemyślenie roli, jaką ów ktoś odgrywał w życiu autora. Bezdyskusyjny jest więc autobiograficzny charakter publikacji, jednak potraktowanie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” tylko w taki sposób byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Choć Wicha wspomina, poddaje samego siebie wiwisekcji, mierzy się z ograniczeniami pamięci, próbuje zdefiniować własne miejsce w matki życiu i jej rolę w swoim, to jednak można również mówić o tej książce jako o eseju filozoficzno-społecznym. W pewnym bowiem sensie mamy tu do czynienia z doświadczeniem pokoleniowym – generacji, która odchodzi, i generacji, która pozostaje; tych, którzy umierają, i tych, którzy żegnają. Ten szerszy kontekst bardzo intymnej, ale i – nie bójmy się tego słowa – intelektualnej w swoim wydźwięku opowieści, wydaje się bardzo istotny. Nie bez powodu znaczna część refleksji na temat umierania, znikania, przemijania i przetrwania wiąże się z książkami – tymi, które zgromadziła matka, ze sposobem zaplanowania domowej biblioteki, ze wspomnieniami dziecięcych wypraw do księgarni, z decyzją, by książki oddać do antykwariatu, i ze zdziwieniem, że tak wiele tytułów nie ma dzisiaj już żadnej wartości. W efekcie to, co osobiste, miesza się z tym, co przynależy do przestrzeni publicznej. Oto okazuje się, że odchodzi nie tylko konkretny człowiek – matka, ale i znikają obyczaje, które były charakterystyczne dla pokolenia kobiety. Mówienie, że obrastamy przedmiotami, to banał. Fakt ten przestaje być jednak tak oczywisty, kiedy dochodzi do śmierci osoby, do której należą rzeczy. Przedmioty zyskują wówczas inne znaczenie – są przedłużeniem istnienia, przypominają o życiu, ale i świadczą o umieraniu, odsłaniają względność więzi i przynależności, nagle osamotnione wydają się tęsknić za tym kimś, kto odszedł. Wicha unika sentymentalnych opisów, choć pozostając po stronie racjonalności, nie przestaje wzruszać. Pod szorstkością słów, myśli, uczuć kryje się bowiem przekonanie, że pewnych spraw nie da się odwrócić, a ich nieuchronność zmusza do mierzenia się nie tylko ze śmiercią, ale i z życiem, któremu śmierć towarzyszy.


Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wyd. Karakter, Kraków 2017. 

środa, 2 sierpnia 2017

Życie i umieranie (J. Púček, Przez ucho igielne (sploty))

„Przez ucho igielne (sploty)” to znakomita powieść, która w bezpretensjonalny sposób dotyka tematów ostatecznych, a mianowicie życia i umierania. Myliłby się ten, kto oczekiwałby od lektury powieści Púčka wzniosłych refleksji, kategorycznych sądów czy moralizujących sentencji. Autor z dużą lekkością, ale i czułością, pisze o sprawach, które przydarzają się na co dzień, a jednak trzeba nauczyć się z nimi żyć. Ważnym wątkiem okazuje się więc przetrwanie – znaczy wiele na pewno wtedy, gdy Jan przez ponad pięć lat przebywa w obozach koncentracyjnych i więzieniach; dużo mniej mroczne jest wówczas, gdy okazuje się, że starość przynosi akceptację i świadomość dobrze przeżytego życia. Pojawia się również w rzeczach pozornie małych, ale ważnych w wymiarze codziennym – kiedy Jan zakłada niedużą szwalnię, kiedy z miłości do Bożeny muszą opuścić miejsce, które uznają za swoje, kiedy powstaje ich dom, kiedy Bożenie udaje się zdobyć pożyczkę na ogrzewanie. Opowieść o losie bohaterów, Jana i Bożeny, rozpoczyna się od końca – obserwujemy schyłek życia pary, która uczy się, że małe sprawy przeżywane razem są ważniejsze od marzeń o wielkich wzlotach, ale zaliczanych oddzielnie. Wiemy, że śmierć jest blisko, a jednak ów opis starzenia się i umierania jest niezwykle pozytywny, ciepły, krzepiący. Kolejne części książki cofają nas w czasie – poznajemy wcześniejsze losy pary, okres, kiedy żyli oddzielnie, i czas, który doświadczali wspólnie. Istotnymi metaforami przywoływanymi wielokrotnie są szycie i budowanie. Zawierają w sobie nadzieję i pewność powstawania czegoś zamiast burzenia. Púček unika egzaltacji, sentymentalizmu, wzniosłości. W rzeczach małych odsłania wielkość, akcentując jednocześnie oczywisty, choć zaskakujący dla każdego fakt, że życie zbliża nas do umierania. Bardzo dobre.


Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zło, które wygrywa (L. Theils, Urwany trop)

Kolejna odsłona serii z duńską dziennikarką Norą Sand, pracującą jako korespondentka w Londynie, nie tylko trzyma poziom, ale i – co równie istotne – jest przykładem intrygująco opowiedzianej historii, która daje podstawy, by nazwać „Urwany trop” kryminałem społecznie zaangażowanym. W sferze prywatnej Nora doświadcza właśnie nagłych wzlotów i upadków – z jednej strony przeżywa nowy etap znajomości z Andreasem, z drugiej musi się zmierzyć z kryzysem, który jest efektem wcześniejszych zobowiązań mężczyzny. Na pierwszym planie nie znajdują się jednak miłosne perypetie bohaterki. Nora zresztą wyraźnie daje do zrozumienia, że praca jest dla niej najważniejsza – zwłaszcza wtedy, gdy od jej decyzji i determinacji może zależeć czyjeś życie. Bohaterka zostaje uwikłana w dość nietypową sytuację. Oto przebywający w duńskim ośrodku dla uchodźców irański poeta nagrodzony Noblem prosi Sand o rozmowę. Obiecuje, że udzieli jej wywiadu, o który zabiega wiele redakcji, ale jednocześnie prosi ją o pomoc. Okazuje się, że mężczyzna nie uciekał z Iranu sam, była z nim jego żona, z którą musiał się rozdzielić i która po dotarciu do Wielkiej Brytanii po prostu zniknęła. Nora postanawia pomóc zrozpaczonemu poecie. W efekcie wplątuje się w niebezpieczne rozgrywki miedzy tymi, którzy mając wielkie pieniądze, jednocześnie posiadają równie dużą władzę. Z pogardą więc traktują słabszych, w tym właśnie uchodźców, którzy nie mogą liczyć na niczyją pomoc i łatwo ich obecność wymazać z historii, sugerując, że zniknęli gdzieś po drodze w trakcie swojej ucieczki. Nora zmierzy się z przestępstwami, w których życie i zdrowie człowieka nie ma znaczenia, a status uchodźcy uprzedmiotawia i prowokuje do łamania prawa. Niestety, w tej historii nie będzie łatwego hapy endu. Zło tak naprawdę zwycięży, a dobro będzie musiało pogodzić się z własną bezsilnością.


Lone Theils, Urwany trop, przeł. Joanna Cymbrykiewicz, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Koszmar wojny (J. Kubert, Faks z Sarajewa)

Komiks Kuberta to projekt niezwykły i w sensie koncepcyjnym, i jako świadectwo opisywanych czasów. Znany z produkcji superbohaterskich autor tym razem proponuje czytelnikom powieść graficzną. Mamy do czynienia nie tylko ze sportretowaniem istotnego fragmentu wojny w byłej Jugosławii, ale i z projektem o charakterze biograficznym w podwójny sposób. Pierwszy wiąże się z odtworzeniem przeżyć Ervina Rustemagicia, europejskiego agenta Kuberta, który razem z rodziną próbował opuścić oblężone Sarajewo. Pisał i wysyłał faksy do przyjaciół z całego świata, ale mimo uruchomienia wielu znajomości długo wydawało się, że wojna pokona ludzi dobrej woli. Drugi wynika z faktu wykorzystania zdjęć Karima Zaimovicia, dziennikarza i fana komiksów, który „zmarł w wyniku obrażeń głowy odniesionych po wybuchu granatu na ulicy Sarajewa w sierpniu 1995 roku. Miał zaledwie 24 lata” (s. 7). Wykorzystanie autentyczności zarówno jeśli chodzi o biografię głównego bohatera, jak i scenerię, w której rozgrywają się wydarzenia, silnie kontrastuje ze sposobem rozrysowania postaci. Kubert pozostaje wierny tradycji, z której się wywodzi, nie rezygnuje z kolorów, kobiety są u niego zwykle bardzo atrakcyjne, a mężczyźni mają często imponujące postury, tym samym realizm przedstawienia staje się umowny. Jeśli więc mielibyśmy mówić o komiksowości w potocznym rozumieniu, to u Kuberta jest ona dostrzegalna. Paradoksalnie jednak nie kłóci się zbytnio z opowieścią, którą autor prezentuje. Sugestywność przeżyć wojennych zostaje tutaj zachowana. Ogromną rolę w podsycaniu napięcia odgrywają cytowane faksy. Historia przedstawiona w komiksie to nie tylko obraz strachu i bezradności pewnej rodziny, która nie mogła i nie chciała przygotować się na wojnę. To także ciekawy głos na temat samotności tych, którzy narażeni są na śmierć, a świat nie spieszy się, by reagować. Warto również dostrzec wyeksponowany motyw dramatu artysty. Ervin traci cały swój dorobek, wszystkie zbiory, które kolekcjonował przez lata, musi pogodzić się z tym, że archiwum jego prac to jedna z materialnych ofiar trwającej się właśnie wojny.


Joe Kubert, Faks z Sarajewa, przeł. Krzysztof Uliszewski, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 

niedziela, 30 lipca 2017

Obcy, którzy stali się swoi (D. Sturis, Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji)

Reportaż Sturisa wpisuje się we wcześniejsze zainteresowania autora tematem emigracji. Wątek ten pojawia się i w „Grecji. Gorzkich pomarańczach” i w „Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania”. „Nowe życie” jest więc z jednej strony efektem poszerzenia zainteresowania środowiskiem, z którego autor się wywodzi, z drugiej stanowi próbę przypomnienia Polakom postaw wykazywanych w stosunku do uchodźców przed laty, a tak rzadkich współcześnie. Można więc powiedzieć, że wątek biograficzny i historyczny zderzony zostaje z kontekstem społecznego zaangażowania, w tle obecne jest bowiem cały czas pytanie o przyczyny zmian, które zaszły w naszym społeczeństwie, jeśli chodzi o traktowanie tak zwanych obcych, ale potrzebujących pomocy. Sturis rekonstruuje losy Greków, którzy w wyniku zagrożeń czyhających na komunistów w okresie wojny domowej, szukali pomocy i bezpiecznego miejsca do życia m.in. w Polsce. Przywołując życiorysy konkretnych ludzi, dla których Polska stała się drugim domem, odsłania skomplikowane przeżycia przybyszów – samotność i strach wysyłanych najpierw dzieci, trudności związane z łączeniem rodzin, doświadczenia partyzanckie dorosłych i ich kłopoty zdrowotne, stopniowe zanikanie nieufności i rodzenie się przyjaźni między polskimi a greckimi sąsiadami. Praca reportera jest też działaniem na rzecz pamięci, okazuje się bowiem, że gromadzone przez lata archiwa dotyczące uchodźców z Grecji zostały zniszczone. Skuteczne pokonanie zapomnienia odbywa się więc za pomocą opowieści. Sturis unika łatwości kategoryzowania, rezygnuje z upraszczających ocen politycznych, nie próbuje hierarchizować objawów sympatii, które spotykały uchodźców. Dzięki temu otrzymujemy opowieść nie tylko fascynującą z racji przedstawianych faktów, ale i uwrażliwiającą na biografię każdej jednostki, bo to właśnie pojedyncze losy mówią najwięcej o zbiorowości. Pozycja obowiązkowa.


Dionisios Sturis, Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

sobota, 29 lipca 2017

Spojrzenie (M. Mostowik, Patrzę)

Monika Mostowik pozostaje wierna stylowi, który zaprezentowała w debiucie i w kolejnych książkach. Choć minęła prawie dekada od jej ostatniej prozatorskiej publikacji, to jednak w owym przywiązaniu do określonego sposobu opowiadania, widać i konsekwencję, i rozwój, i dopracowanie formy, i intensyfikację przedstawianych emocji. W centrum zainteresowania autorki jak zwykle jest kobiecość – ta jawna, która przypomina maskę i strój, który ma ukrywać, a nie ujawniać; ta ukryta, w której widać nieśmiałość prawdy, przełamywanie tabu, gotowość do otwarcia się na jawie na to, co wcześniej było obecne tylko w snach. Nie bez powodu w tytule zbioru opowiadań pojawia się słowo „Patrzę”. Można rozumieć je nie tylko jako odautorskie podpatrywanie, uważne obserwowanie, notowanie szczegółów, które składają się później na prozę. Da się je również traktować jako motyw wiodący zamieszczonych w tomie tekstów. To właśnie spojrzenie ma w tych opowieściach moc stwarzającą – dodaje odwagi, upewnia w dokonanym wyborze, krzepi. Bywa również siłą destrukcyjną – gdy jest brakiem reakcji, paraliżującym strachem, dowodem na nieumiejętność opowiedzenia się po żadnej ze stron. Staje się także elementem potwierdzenia własnego istnienia – gdy umożliwia zbudowanie alternatywnej historii, gdy prowokuje snucie prawdopodobnych wersji wydarzeń, które już miały miejsce, gdy pozwala na odcięcie się na chwilę od siebie samej, by uciec, ale i wziąć oddech, by dalej walczyć. W tekstach Mostowik kobieta najwięcej otrzymuje od drugiej kobiety. Nie zawsze to, co bierze i to, co dostaje, jest pozytywne. Zawsze jednak uruchamia myślenie, niekiedy też działanie, prowadzące do zgromadzenia istotnych informacji o sobie. Intrygujące.


Monika Mostowik, Patrzę, Wyd. JanKa, Pruszków 2017. 

piątek, 28 lipca 2017

Zapomniana wojna (P. Pieniążek, Wojna, która nas zmieniła)

Reportaż Pieniążka warto czytać równolegle z wcześniejszymi „Pozdrowieniami z Noworosji”. Obie książki ewidentnie się uzupełniają, choć utrzymane są w odmiennej stylistyce. Ta pierwsza jest bardziej skonwencjonalizowana i stanowi próbę uchwycenia wydarzeń dziejących się „tu i teraz”. Z kolei „Wojna, która nas zmieniła” jest dużo bardziej refleksyjna. Paradoksalnie, bo jednocześnie autor nie rezygnuje z opisywania takich momentów, które oddają rytm funkcjonowania na froncie. Książka zaczyna się na przykład od sceny ostrzału, gdzie zagrożeni potencjalnie są nie tylko ci, którzy mogą odpowiedzieć użyciem broni, ale i towarzyszący im reporter. Pieniążka interesuje codzienność – ta związana z życiem zwykłych ludzi i ta znacząca służbę wojskową ludzi, którzy uczestniczą w walce. Obie grupy łączy przyzwyczajenie do wojny, bezradność i poczucie opuszczenia przez tych, którzy mogliby w jakiś sposób spróbować zmienić ich los. Poznajemy więc osoby, które wyrzekają się normalności i powoli zaczynają akceptować to, co jest tak naprawdę aberracją, ale i postaci, które za wszelką cenę próbują odtworzyć reguły życia obowiązujące przed wojną. Wszyscy są świadomi tego, że funkcjonują w sytuacji bez wyjścia – zawieszeni w czasie, pomiędzy mniej lub bardziej realnymi oczekiwaniami polityków, wrzuceni w nicość, pogodzeni ze wszechobecnym zniszczeniem i zagrożeniem. W pewnym sensie reportaż Pieniążka można potraktować jako oskarżenie. Obojętność, z jaką traktuje się teraz Ukrainę, pokazuje, w jaki sposób działają media – interesują się przez chwilę, potem przyglądają się już innym miejscom i innym konfliktom.


Paweł Pieniążek, Wojna, która nas zmieniła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

czwartek, 27 lipca 2017

Po latach (C. Douglas, Ktokolwiek widział)

Obyczajowo-kryminalna powieść Douglas do pewnego momentu wydaje się dość przewidywalna. Mamy tu bowiem do czynienia z prywatnym śledztwem przeprowadzanym po latach. Frankie, kobieta z wielkiego świata, wraca do swojej rodzinnej miejscowości na prośbę brata dawnej przyjaciółki. Sophie zniknęła przed laty, wydobyto właśnie z jeziora resztki zwłok. Mężczyzna przypuszcza, że to jego siostra, jest bowiem przekonany, że dziewczynę zamordowano. Frankie przyjeżdża do Oldcliffe trochę z obowiązku, trochę, aby uspokoić wyrzuty sumienia, trochę po to, żeby uzyskać odpowiedzi na dawno niezadawane już pytania. Wszystko dzieje się pozornie tak jak zawsze w przypadku takiej scenerii i takiej tajemnicy – miejscowość poza sezonem turystycznym jest przygnębiająca, dawni znajomi niemili, a sekrety z przeszłości zaczynają wychodzić na jaw i coraz bardziej zagrażają teraźniejszości. Na szczęście Douglas decyduje się w którymś momencie na ciekawy zwrot akcji, w efekcie którego okazuje się, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a tajemnice sprzed lat nie są wcale tak banalne, jak moglibyśmy się spodziewać. Akcja przyspiesza, komplikuje się, a bohaterowie stają się bardziej skomplikowani psychologicznie niż na początku. I ten fakt warto docenić.


Claire Douglas, Ktokolwiek widział, przeł. Katarzyna Rosłan, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017. 

środa, 26 lipca 2017

Podziemia (M. Jastrzębski, Rubinowe oczy Rosji. Tajemnice podziemnej Moskwy)

Reporterską opowieść Jastrzębskiego czyta się jak połączenie literatury faktu z esejem historycznym, powieścią przygodową, kryminałem i powieścią szpiegowską. Autor wyraźnie stara się budować napięcie w typowo literacki sposób. Służą temu zwłaszcza przywoływane historie z przeszłości – pełne tajemnic i sekretów – oraz sposób konstruowania postaci. O ile jednak wujek Borka okazuje się bohaterem intrygującym, nieoczywistym i fascynującym, o tyle opisy kobiet są kiczowate i dość kuriozalne. Akcentowanie zaglądania w dekolt rozmówczyni, pisanie o przypadkowo spotkanej dziewczynie, że jest jak anioł lub że ma usta w kolorze polnych maków, wybrzmiewa co najmniej żenująco. Na szczęście nie na tym skupia się autor. Interesuje go tytułowa podziemna Moskwa. Warto docenić fakt, że chodzi w tym wypadku nie tylko o tajemnicze tunele znajdujące się pod ziemią, o kolejkę podziemną, funkcjonującą równolegle do metra, do której dostęp ma tylko bezpieka, o miejsca eksplorowane przed tzw. diggerów, ale również o zasady rządzące światem przestępczym, o stalinowską przeszłość, o sposób sprawowania rządów współcześnie, o dobra intelektualne. Nie bez powodu jedna z ważniejszych w książce opowieści dotyczy próby zmierzenia się z zapomnieniem, jaką podejmuje wspomniany wujek Borka. To, co próbuje odkryć mężczyzna, dotyczy losów więźniów pracujących w sekretnej kopalni diamentów. Historia ta brzmi jakby pochodziła z którejś części Indiany Jonesa lub Pana Samochodzika, tymczasem stanowi fragment ukrywanych do dzisiaj niektórych zbrodni Stalina. Książka ta zaciekawi nie tylko tych, którzy niegdyś marzyli o poszukiwaniu skarbów i odkrywaniu tajemniczych miejsc, będzie również interesującą lekturą dla tych, którzy świadomi są tego, że za historią oficjalną kryje się ta druga – często odmienna i sprzeczna z propagowanymi przez władze wersjami.


Maciej Jastrzębski, Rubinowe oczy Kremla. Tajemnic podziemnej Moskwy, Wyd. Helion, Gliwice 2017. 

czwartek, 13 lipca 2017

Opuszczenie jako ślad dawnego życia (B. Lenard, P. Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii)

Reporterska wyprawa Lenard i Mikołajczaka opiera się na zainteresowaniu opuszczonymi domami i budynkami w Islandii. Autorzy rezygnując z opisywania piękna regionu, stawiają na to, co pozornie jest brzydkie, świadczy o rozpadzie i przemijaniu, odsłania chwilowość tego, co wydaje się trwałe. Jest to zabieg, który zasługuje na uznanie, gdyż dzięki akurat takiej przyjętej perspektywie udaje im się pokazać nieoczywisty portret Islandii i jej mieszkańców. Odwiedzanie kolejnych opuszczonych miejsc wiąże się z refleksją na temat skutków kryzysu, połowów śledzia i rozwoju przetwórstwa rybnego, problemów związanych z wyczerpaniem się tego, co miało być źródłem przemysłowego boomu, zmian zachodzących wśród ludzi, miejsc naznaczonych kataklizmami i sposobach radzenia sobie z zagrożeniem. Gdzieś w tle obecne jest przesłanie o odradzaniu się wpisanym w umieranie i nadziei powiązanej z odczuwaną w danej chwili bezradności. Miejsca stają się w tym kontekście świadectwem tego, co minęło i co jeszcze do niedawna było częścią życia na Islandii. Lenard i Mikołajczakowi udaje się więc uchwycić rozwój i przemijanie związane ze zmianami obyczajów, z pojawieniem się innych nawyków, z końcem dostępności tych dóbr, dzięki którym ludzie mieli pracę. Historie wpisane są więc w to, co w sposób materialny zaświadcza o przemijaniu. Uwiecznienie tych miejsc i wysłuchanie ludzi, którzy wspominają, stanowi pracę wykonaną na rzecz pamięci.


Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak, Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii, Wyd. Otwarte, Kraków 2017.

wtorek, 11 lipca 2017

Wyjść na ulicę (J. Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń)

Książka Judith Butler jest znakomitym pretekstem do dyskusji na temat dziejących się na naszych oczach zgromadzeń publicznych oraz granic, które w wyniku owego gromadzenia się są przekraczane lub utrwalane. To publikacja świetnie napisana, z logiczną argumentacją, zaangażowana, wciągająca czytelnika w rozmowę i zmuszająca go do lektury aktywnej. Wielką zaletą teorii przedstawionej przez filozofkę jest nie tylko jej aktualny i mocno zakorzeniony we współczesności charakter, ale również dostrzegalny rys polemiczny i chęć dyskutowania na temat tego, co dzieje się w przestrzeni, której jesteśmy częścią i którą naszymi decyzjami również współtworzymy. Butler nie ukrywa, że rozmawianie o zgromadzeniach wiąże się z definiowaniem reguł uczestnictwa obywateli w procesach związanych z tzw. wyjściem na ulicę. Butler akcentuje nadzieję i strach wpisane w gromadzenie się ludzi. Ta pierwsza rodzi się z marzeń o zmianach i z potrzeby renegocjowania obowiązujących zasad, ta druga wynika z anonimowości tłumu i nieprzewidywalności jego ruchów. Bardzo ważnym akcentem zaprezentowanej przez Butler analizy jest kwestia dawania sobie prawa do decydowania o tym, kto jest ludem, a kto nim nie jest. Choć podział ten ma w pewnym sensie charakter archetypiczny, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że kiedy dzieje się na naszych oczach, to owa powtarzalność zostaje odświeżona, naznaczona szczególnością i stać się może źródłem tożsamościowych doświadczeń. Butler kładzie nacisk na cielesność wpisaną w protestowanie na ulicy. Dosłowność ciała, do której odwołuje się filozofka, wpływać może na całkiem konkretną mobilizację czytelniczą, związaną z uświadomieniem sobie, że działać oznacza nie tylko popierać ideowo, ale i być w sensie dosłownym, materialnie, w danym miejscu. Gromadzenie się w ramach protestu i poparcia wiąże się, jak sugeruje Butler, nie tylko z chęcią posiadania realnego wpływu na kształt społeczeństwa, ale również, a może przede wszystkim, jest wyrazem wolności. Jeśli wyjście na ulicę nie wiąże się ze strachem, wówczas wolność triumfuje. Prekarność wpisana we współczesny status wielu jednostek przyczynia się do jednoczenia się grup wykluczonych i naznaczonych tymczasowością istnienia. Brak dostępu do pewnych przywilejów w tym wypadku nie tyle usuwa na margines, co raczej dzięki procesowi rodzenia się wspólnoty daje siłę, której się nie spodziewano. Butler jest przekonana, że nasze życie jest jednocześnie życiem innym. Można by więc powiedzieć, że relacyjność i wzajemne wpływanie na siebie jest wpisane w kondycję człowieka. Odmowa relacji jest zatem również rodzajem kontaktu. W bycie ludem, filozofka zwraca na to uwagę, wpisane jest również stawanie się. Ci, którzy tak się deklarują, nawet jeśli są wykluczeni, stają się, wytwarzają siebie, dzięki wyjściu na ulicę.


Judith Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzeń, przeł. Joanna Bednarek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zbieg okoliczności czy przeznaczenie? (J.W. Taschler, Powieść bez o)

„Powieść bez o” Judith W. Taschler to kolejna znakomita książka austriackiej autorki, jaką polski czytelnik ma możliwość poznać. Jest w niej wszystko to, co było zaletą w „Nauczycielce” – duża wrażliwość w rozgrywaniu emocji bohaterów, inteligentne zniuansowanie zależności między przeszłością a teraźniejszością, unikanie sentymentalizmu przy jednoczesnej dużej dramaturgii wydarzeń, komplikowanie losów opisywanych postaci w sposób wiarygodny i do ostatniej strony zaskakujący. Czytelnikowi wielokrotnie wydaje się, że już na pewno wie, jaki będzie dalszy rozwój wypadków, kiedy autorka po raz kolejny go zadziwia, odsłaniając swój talent, ale i akcentując dość oczywistą, choć niechętnie przyjmowaną prawdę: w życiu nic nie jest dane raz na zawsze, nigdy też nie wiadomo, co człowiekowi może się przydarzyć. Taschler z dużą pisarską sprawnością łączy losy poszczególnych bohaterów, sprawiając, że nie tylko podziwiamy ów zawikłany, a jednak niezwykle prosty w swoim tragizmie splot przeznaczenia i przypadku, ale również uświadamiamy sobie, że Wielka Historia bawi się ludźmi jak marionetkami nie tylko wówczas, gdy dochodzi do wojny, ale i wiele lat po niej. W pewnym bowiem sensie „Powieść bez o” to opowieść o konsekwencjach ekstremalnych przeżyć i dla tych, którzy są ich głównymi bohaterami, i dla tych, którzy pozornie odgrywają role drugoplanowe. Książka rozpoczyna się sceną niczym z „Wyboru Zofii” Williama Styrona i gdy czytelnik myśli, że dalej będzie dużo banalniej, dowiaduje się bowiem o trójkącie małżeńskim, kolejne strony odsłaniają przed nim skomplikowane losy bohaterów. To, co współczesne, przenika się z tym, co przynależy przyszłości. Minione zostaje przywołane za sprawą zapisków, które odtwarzają dramatyczne losy pewnego mężczyzny i jego ukochanej. Istotne stają się rzeczy-symbole, takie jak chociażby fortepian czy maszyna do pisania. Przeżycia łagrowe ponownie czytelnika zaskoczą. Choć Taschler snuje opowieść w taki sposób, że wydaje się, iż nadejdzie happy end, to jednak nieraz zadziwi odbiorcę ostatecznością tego, co spotyka bohaterów, niemożnością podtrzymywania dalej nadziei, wreszcie brutalnością tego, jak doświadczy ich los. Już to wraz z owymi tropami prowadzącymi do współczesności wystarczyłoby, aby docenić powieść. Austriacka pisarka idzie jednak dalej. Jeszcze na ostatnich stronach dowiemy się, że wszystko to, co wydawało nam się już wyjaśnione, tak naprawdę wygląda całkowicie inaczej, a ciężar zobowiązania pamięci jest równie nieznośny, jak marzenie o tym, by zapomnieć to, co tak brutalnie zmieniło bieg życia. Bardzo dobre.


Judith W. Taschler, Powieść bez o, przeł. Aldona Zaniewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

sobota, 8 lipca 2017

Nijakość (Z. Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem)

Zośka Papużanka, znana do tej pory z dwóch całkiem udanych powieści, tym razem proponuje czytelnikom zbiór opowiadań. To gest ryzykowny zarówno z perspektywy autorki, jak i wydawnictwa. W tym pierwszym przypadku zawsze pojawia się ryzyko, że krótsza forma obnaży niedociągnięcia, które w powieści zostały skutecznie ukryte, w tym drugim można z kolei mówić o niepewności rynkowej, opowiadania podobno słabo się sprzedają. Czy zatem Papużance udaje się ciekawie zadebiutować w roli autorki opowiadań? Niestety, nie. W trakcie lektury kolejnych tekstów pojawia się przypuszczenie, iż pisarka chciała sportretować coś, co na przykład świetnie udaje się Alice Munro, a mianowicie zwyczajność jako stan, w którym dzieje się mnóstwo rzeczy niezapomnianych i wartych uwagi. Problem w tym, że większość historii zamieszczonych w tomie dosyć dobrze się zapowiada, za to niemalże w każdym opowiadaniu szwankuje zakończenie. Papużanka ma problemy z kompozycją tekstów. W efekcie to, co ma w sobie potencjał, jest niszczone nieumiejętnością budowania napięcia w finale opowiadanej historii. Czasami pojawia się więc wrażenie sztucznego urwania, ucięcia kawałka tekstu, niezręczności w tworzeniu zakończenia niedopowiedzianego lub otwartego. „Świat dla ciebie zrobiłem” to książka nijaka, tak naprawdę zbędna. Odradzam.


Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, Wyd. Znak, Kraków 2017. 

czwartek, 6 lipca 2017

Daleko, a jednak blisko (P. Chwała, Obłoki Fergany. Impresje z Kirgizji i Uzbekistanu)

Reporterska opowieść Przemysława Chwały to z jednej strony relacja z podróży, z drugiej historia zakorzenienia się w miejscu, które nie należy do autora na zawsze. Ta podwójna perspektywa okazuje się kluczowa. Dzięki niej autor pozostaje sobą, nie udaje, że porzuca swój świat, ale jednocześnie jest otwarty na przeżycia, które czekają go w trakcie wyprawy. Zachowuje więc, tak można by rzec, właściwe proporcje – jest kimś chętnie przyjmowanym przez rozmówców, choć jednocześnie nie próbuje się swoim nowym znajomym przypodobać, rezygnując z własnych zasad i zwyczajów. Szacunek dla innego zostaje więc zrównany z prawem do różnorodności dotyczącym nie tylko bohaterów, ale i reportera. Chwała nie ukrywa, że Kirgizja dla wielu Polaków, ale i dla ludzi Zachodu, brzmi bardzo egzotycznie. Stara się więc pokazać, że pewne doświadczenia są typowe dla byłych republik radzieckich. Zdarza się na przykład często, że okres komunizmu wspominany jest jako czas sytości, bezpieczeństwa i braku zmartwień. Rewolucja wiąże się z przekonaniem, że wszystko kiedyś zostanie stracone. Po jednym przewrocie nastąpi kolejny. Widać więc pewnego rodzaju brak przywiązania do stałości widoczny w mentalności opisywanych postaci. Chwała rekonstruuje miejscowe zwyczaje – te kirgiskie i uzbeckie, akcentując jednocześnie nieuchronność zmian zachodzących w ich celebrowaniu. Jest obecny w tekście, ale w sposób, który nie jest drażniący. Nie przesadza z opisywaniem siebie, a te historie, które przytacza, służą zobrazowaniu miejscowego klimatu i charakterystyki miejscowego społeczeństwa, nie zaś zaakcentowaniu egzotyki podróży. Ta zresztą jest w tym przypadku całkowicie pominięta. Uznanie czyjegoś świata za egzotyczny generuje podziały. Tego autor chce uniknąć. Chwała pokazuje, że ludzie mogą się porozumieć wszędzie, a szukanie podobieństw sprzyja akceptacji dla odmienności i pojawieniu się ciekawości.


Przemysław Chwała, Obłoki Fergany. Impresje z Kirgizji i Uzbekistanu, Wyd. Muza, Warszawa 2017.

środa, 5 lipca 2017

Przeszłość to dziś (A. Lipczak, Ludzie z Placu Słońca)

Debiutancki zbiór reportaży Aleksandry Lipczak to bardzo ciekawy portret Hiszpanii – tej współczesnej, ale jednak zdeterminowanej przeszłością i toczącej ciągłą walkę z tym, co wiąże się z nazwiskiem generała Franco. Postać dyktatora jest w tym wypadku kluczowym punktem odniesienia. Jego śmierć w połowie lat siedemdziesiątych to data oddzielająca dwa światy – rzeczywistość niewoli i rzeczywistość wolności. W obu wykonano wielką pracę na rzecz promocji idei. Wojna domowa niszczy w Hiszpanach poczucie bezpieczeństwa, siłę i swobodę. Wyzwolenie związane z upadkiem dyktatury musi na nowo nauczyć ludzi radości i prawa do samostanowienia. Lipczak pokazuje więc, jak polityka kształtuje i podporządkowuje sobie prywatność i intymność. Pamięć wojny domowej jest zresztą doświadczeniem tożsamościowym. Symboliczny cień generała Franco obecny w przestrzeni publicznej za sprawą prób nieoskarżania, przemilczania i niechęci do mówienia ciągle determinuje walkę między pamięcią i zapomnieniem. Lipczak umiejętnie łączy to, co należy do historii, lecz kształtowało całe pokolenia, z tym, co wpisane jest w teraźniejszość, lecz pozostaje powiązane z minionym. Szczególnie ważne w tym kontekście są reportaże tłumaczące ideologię promowaną przez dyktaturę Franco. Warto przywołać tekst zatytułowany Macho, poświęcony przywódczyni Sekcji Kobiecej narodowców i przedstawiający brutalność wprowadzanych przez nią zasad obyczajowych, oraz Za płytko – o poszukiwaniach po latach miejsc pochówku ludzi zamordowanych w okresie wojny domowej. Reporterka z dużą wrażliwością przygląda się również problemom, z którymi mierzymy się współcześnie. W Mieście widmie poznamy na przykład opowieść o wielkim osiedlu mieszkaniowym zbudowanym na terenach pustynnych i pozbawionym infrastruktury. W You will never walk alone natkniemy się z kolei na historię wspólnoty zbudowanej na gruzach prywatnych marzeń i nadziei. Eksmisje zarządzane z powodu braku spłaty kredytu rodzą bunt i inspirują do zamanifestowania konieczności współpracy między poszkodowanymi, ale i klientami oraz bankami. Książka Lipczak to dokumentowanie ciągłej konfrontacji tego, co prywatne, z tym, co polityczne. To jednocześnie przejmujący obraz rzeczywistości zranionej przez dyktaturę i ciągle podnoszącej się z tego, czego nie da się zapomnieć i czego nie wolno zapomnieć. To także historia udowadniająca, że o własną tożsamość i o prawo do jej wyrażania trzeba walczyć. Nie wolno wyrzec się wolności, sugeruje Lipczak, bo w razie rezygnacji wygrywają ci, którzy są gotowi organizować innym życie, niszcząc, a nie budując.


Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

wtorek, 4 lipca 2017

Idziemy na safari (S. Zweig, Nigdzie w Afryce)

Powieść Stefanie Zweig inspirowana jest przeżyciami jej własnej rodziny. Tuż przed wybuchem II wojny światowej w reakcji na eskalację nienawiści wobec Żydów autorka wyjechała razem z rodzicami do Afryki, skąd po wojnie wróciła do Niemiec. Bohaterowie książki mają podobne doświadczenia. Poznajemy ich najpierw z listów, które Walter pisze do Jettel. Mężczyzna wyemigrował z Niemiec do Afryki i namawia swoją żonę, aby razem z córką do niego dołączyła. Doświadcza wsparcia ze strony gminy żydowskiej, odkrywa czyhające na rodzinę niebezpieczeństwo, którego wcześniej tak wyraźnie nie dostrzegał, uczy się życia i pracy na farmie. Listy otwierające powieść to znakomity opis końca i początku świata, który wydawał się niezniszczalny. Walter wielokrotnie powtarza, że nigdy nie będzie już tym, kim był. Symboliczne w tym kontekście jest przekazanie togi prawniczej czarnoskóremu boyowi, który z czasem stanie się największym przyjacielem rodziny. Jettel nie rozumie tego, co się dzieje. Bagatelizuje więc komunikaty męża, rezygnuje z niektórych zakupów, które on uznaje za niezbędne, zaopatruje się za to w suknię wieczorową. Koczownicze warunki są dla niej szokiem. W przeciwieństwie do córki długo nie uznaje nowej rzeczywistości za swoją. Za to Regina, małomówna i nieśmiała dziewczynka, w Afryce odżywa. Jest zachwycona farmą, Owuorem, czarnoskórym służącym i przyjacielem, i psem, którego otrzymuje. Jesteśmy świadkami dojrzewania wszystkich członków rodziny. Walter musi zapomnieć o byciu prawnikiem i stać się przedsiębiorczym farmerem. Jettel musi nauczyć się ciągłej obecności męża, a rozrywki i udogodnienia, bez których nie wyobrażała sobie codzienności, są niedostępne. Regina odkrywa zaskakującą więź z przyrodą, otoczeniem, miejscowymi ludźmi i językiem, którego używają. Afryka staje się dla niej domem. Nie zmienią tego trudne przeżycia związane z przeprowadzkami czy doświadczeniem braku akceptacji w szkole. To córka staje się najbardziej dojrzałą i wtajemniczoną w afrykańskość osobą z rodziny. Walter pokocha Afrykę na chwilę, nie przestanie marzyć o powrocie do Niemiec. Jettel z kolei pokocha Afrykę z konieczności, bo nie chce się bać i chce być u siebie. Pozornie uporządkowany nowy świat nieraz się zachwieje za sprawą listów z dawnego świata. Nie będą to łatwe do zaakceptowania informacje. Przyniosą wiedzę o tym, że nic, co było, już nie powróci, oraz że niektórych ludzi nigdy już nie będzie można spotkać. Pobyt w Afryce okaże się etapem. Zaoferuje nadzieję, upewni w wierze, że są jeszcze dobrzy ludzie, pozwoli doświadczyć wielkiej przyjaźni, odkryje piękno życia opierające się ostateczności śmierci. Znakomite.


Stefanie Zweig, Nigdzie w Afryce, przeł. Tomasz Dziedziczak, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.