
Nieoczywisty
i stojący w kontrze do retoryki sukcesu debiut – intrygujący, przypowieściowy,
refleksyjny. Zu Witkowska decyduje się na opowieść wyciszoną, intymną,
pomyślaną jako historia odnajdywania siebie i pozwolenia sobie na słabość.
Tytułowa „Śluza” staje się ciekawym punktem odniesienia. Z jednej strony może
przytłaczać swoją funkcją i stałością, z drugiej staje się czymś pewnym,
punktem odniesienia, unieruchomieniem, dzięki któremu można w końcu się
wyzwolić. Młoda badaczka dostaje odpowiedzialną funkcję w ramach realizowanego
na uczelni grantu. Jest perfekcyjna, precyzyjna, dobrze planuje swoją pracę.
Szybko jednak przekonujemy się, że to, co mogłoby być pasją, jest w przypadku
Łucji trochę przypadkowym wyborem, realizowanym konsekwentnie od lat. Kiedy
więc sytuacja związana z badaniem roślin zaczyna się komplikować i wszystko
pochłania chaos, bohaterka pozostaje bezradna, ale i zaczyna zyskiwać siłę.
Towarzyszy jej starsza kobieta, śluzowa, u której wynajmuje pokój. Początkowo
ma się wrażenie, że obie pochodzą z innych światów i nic ich nie łączy.
Stopniowo jednak odkrywamy, że nie siła będzie budulcem więzi, ale słabość,
porażka, bezradność, świadomość utraty dobrze funkcjonującego i wcześniej
bezusterkowego świata. Katastrofa jest w tym przypadku wyzwoleniem, otwarciem
się na uwolnienie, sposobem na dostrzeżenie prawdziwej siebie. Z tego, co
ostatecznie skazuje na marginalizację, da się czerpać siłę do dalszego życia –
innego, ale może bardziej autentycznego. Warto!
Zu
Witkowska, Śluza, Wyd. Znak, Kraków 2026.