Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

oraz na moje konto na Instagramie: https://www.instagram.com/bernadettadarska/

środa, 13 lipca 2022

Na własnych zasadach (K. Tubylewicz, Szwedzka sztuka kochania)

 

Katarzyna Tubylewicz wyspecjalizowała się w takiej formule opowiadania, która opiera się na prezentowaniu zasygnalizowanego w tytule problemu głównie za pomocą empatycznych, świetnie portretujących zagadnienie, wielokontekstowych rozmów. Łączą się one często z elementami eseju i reportażu. Tym, co towarzyszy poszczególnym odsłonom, jest skupienie się na kulturze, społeczeństwie i polityce Szwecji z jednoczesnym nietraceniem z oczu perspektywy polskiej, zwykle jako skrajnie odmiennej od tej prezentowanej. Tak było w „Szwecja czyta, Polska czyta”, książce napisanej wspólnie z Agatą Diduszko-Zyglewską i opowiadającej o czytelnictwie i podejściu do praktyki czytania, tak było w publikacji „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”, skoncentrowanej na nieoczywistych obrazach Szwecji w kryzysie, tak było również w książce „Samotny jak Szwed. O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami”, gdzie w centrum opowieści są różne odsłony bycia samemu i doświadczania samotności. Nie bez powodu przywołuję te tytuły, bowiem „Szwedzka sztuka kochania” wpisuje się w ten cykl. Nie napiszę, że wpisuje się w tę tetralogię, bo mam nadzieję na kolejne odsłony, faktem jednak jest, że pomysł opowiadania o kraju i o regułach, którym Szwedzi się podporządkowują lub które przekraczają, w sposób ukierunkowany na rozmowę, wysłuchanie świadectwa, dociekliwość, szacunek dla intymnego zwierzenia, ale i odwagę zadawania nieoczywistych pytań sprawdza się znakomicie. Świetnym pomysłem jest wpisanie w książkę zdjęć autorstwa Daniela Tubylewicza. Syn autorki po raz kolejny towarzyszy swoimi pracami prezentowanym problemom i po raz kolejny przygotowane przez niego fotografie zyskują wyrazisty rys w tym dwugłosie, nie są uzupełnieniem, wybrzmiewają mocno, operują nieoczywistymi skojarzeniami. Katarzyna Tubylewicz rozmawia o różnych wersjach związku – o języku, który bywa problemem w wyrażeniu tego, co mówi także ciało, o różnicy, która może inspirować, motywować, fascynować, ale i być pewnego rodzaju utrudnieniem w związku, o idealizmie w miłości i (nie)możności zbliżenia się do ideału, o poliamorii i gotowości wybierania takiej formy relacji, która odpowiada osobom decydującym się na związek, o przemianach, którym podlega bycie razem, o dojrzałości, otwartości, akceptacji i pogodzeniu. I jeszcze o kilku innych sprawach. W tej opowieści jest dużo pytań, dużo zainteresowania tym, jak różnie mogą wyglądać intymne światy. Nie ma za to ocen, pruderii i opierania się na stereotypach. Warto.

 

Katarzyna Tubylewicz, Szwedzka sztuka kochania. O miłości i seksie na Północy, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2022.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Wydmuszka (A. Pakieła, Oto ciało moje)

 

Debiut prozatorski Aleksandry Pakieły jest książką dość kuriozalną i to pod wieloma względami. Bohaterką jest dziewczyna, opisująca doświadczenie bulimii. Na plan pierwszy wysuwa się więc ciało jako przedmiot zainteresowania, kontroli i dyscyplinowania. Na okładce pod tytułem widnieje określenie „powieść”, w tekście zamieszczonym na czwartej stronie okładki czytamy o „do głębi prawdziwej, naturalistycznej, często reportersko przeprowadzonej relacji”, w blurbie Karoliny Sulej pojawia się sformułowanie „poemat z bebechów i najintymniejszy dziennik”, a sama autorka nie kryje w wypowiedziach publicznych autobiograficznych tropów (bohaterka ma np. taki sam tatuaż jak autorka, mamy więc również do czynienia z utożsamieniem na poziomie wizualnym, a nie tylko zwierzeniowym). Wypisuję te określenia nie bez powodu. Zapowiadają przecież potencjalnie bardzo ciekawą, nieoczywistą zawartość. Tymczasem ani nie jest to powieść, ani nie jest to szczególnie intymny dziennik, raczej zbiór dość przypadkowych i banalnych zapisków, nie ma tu też ani grama reportażu, bo pisanie o sobie to jeszcze nie jest gest reporterski, w żadnym wypadku nie można też mówić o poemacie, bo językowo książka ta nie wychodzi poza styl przeciętnego wypracowania szkolnego. Problemem wikłającym odbiorcę w pewien rodzaj krytycznego wycofania się może być autobiograficzny kontekst przedstawionej w sposób pokawałkowany historii. To odautorskie ujawnienie się budzi zdziwienie, bo stanowi rodzaj emocjonalnego szantażu, zwłaszcza że Pakieła wiąże swoje wypowiedzi także z poradnictwem i chęcią pomocy innym osobom, które cierpią na zaburzenia odżywiania. Pojawia się też pytanie, oczywiście już poza odbiorem książki, o podstawy tego typu porad. Własne przeżycia to jednak w tym wypadku nie wszystko i tak naprawdę niewiele. Aleksandra Pakieła nie pisze dobrej prozy. Proszę nie dać się zwieść reklamowym obietnicom naturalizmu i intymności. To słabe literacko próbki, które przypominają nieco pretensjonalne w stylu i naiwne notatki. Z niektórych fragmentów – tych opisujących strategie związane z jedzeniem i późniejszym wymiotowaniem – dałoby się przygotować krótkie, nadające się do druku opowiadanie. Materiału na powieść, czy po prostu na książkę, tutaj nie ma. I jeszcze jedno – zważywszy na temat i ów deklarowany autobiograficzny kontekst reklamowanie książki zdjęciami przygotowanymi w ramach specjalnie zorganizowanej sesji promocyjnej, na której autorka eksponuje własne ciało w bieliźnie lub na których widać zbliżenie na płaski brzuch i koronkowe majtki, w które debiutantka wkłada dłoń, jest po prostu żenujące i infantylne. Lektura zdecydowanie zbędna.

 

Aleksandra Pakieła, Oto ciało moje, Wyd. ArtRage, Warszawa 2022.

niedziela, 10 lipca 2022

Pytania nadal aktualne (A. Lorenc, Morderca z piekiety)

 

Debiutancki reportaż Arkadiusza Lorenca to ciekawy przykład łączenia autorskiej dociekliwości ze świadomością własnej bezradności wobec wydarzeń, które miały miejsce przed laty. Punktem wyjścia dla zaprezentowanej opowieści jest powrót do siedmiu morderstw z lat 80. i 90. XX wieku. Ich ofiarami byli łódzcy geje, a sprawcą tajemniczy Roman, kojarzony przez wielu, znikający bez śladu, do dzisiaj niezidentyfikowany. Na szczęście Lorenc nie próbuje wchodzić w rolę śledczego. Owszem, zadaje kilka istotnych pytań, jednak to, co wydaje się najbardziej fascynujące to odtworzenie świata, w którym żyły ofiary, sportretowanie reguł rządzących środowiskiem oraz niewątpliwa waga świadectwa i obserwacji. Część dokumentów, które mogłyby pomóc w rozświetleniu sytuacji, pozostała niedostępna. Z tego, co udało się przeczytać i zdobyć, Lorenc rekonstruuje historię środowiska łódzkich homoseksualistów, etapów przemian w sposobie nawiązywania kontaktów i relacji erotycznych oraz mapę nieistniejących dzisiaj miejsc, tworzących ważny element biografii wspólnoty, ale i jednostek. Roman, ów morderca, powraca w pewnym sensie przez nieobecność. Nie do końca da się go uchwycić w formie konkretu, nie do końca jest jasne, kim tak naprawdę był, a nieustalenie do dzisiaj tego, kto odpowiadał za zbrodnie, tworzy wokół mężczyzny dodatkową otoczkę mroku, ale i sprawia, że jego postać funkcjonuje w pewnego rodzaju rozmyciu konturów i realności. Lorenc pyta o stosunek ówczesnej milicji do gejów, zastanawia się nad konsekwencjami akcji „Hiacynt”, pokazuje codzienność ofiar, uwikłanych w konieczność wkładania masek i krótkie momenty życia na własnych zasadach. To, co wydaje się najciekawsze w reportażu Lorenca, zawiera się właśnie w zachowaniu właściwych proporcji. Autor nie zamienia ciekawości w egzotykę i egzaltację, ujawnia swój sposób myślenia, ale nie epatuje własną obecnością, mówi, ile udało mu się dowiedzieć, ale nie sugeruje sensacyjnych wyników własnych ustaleń, rozmawia z ludźmi będącymi częścią ówczesnego środowiska gejowskiego, ale i z milicjantami, nie stara się przy tym tworzyć sztucznych opozycji. Jest empatyczny, ale zarazem uważny w swoim postrzeganiu rzeczywistości i przekonany o wadze rekonstruowanej, naznaczonej zapomnieniem i przemilczeniem historii. Warto!

 

Arkadiusz Lorenc, Morderca z piekiety, Wyd. EmpikGo, Warszawa 2022.