sobota, 31 stycznia 2015

Kradzież duszy (J. Carol, Lalki)

Jefferson Winter to światowej sławy profiler, który wiele lat pracował w FBI, a teraz działa na własną rękę. Jest wyjątkowo zdolny i potrafi łączyć inteligencję z szybkością działania. Ta umiejętność przyda się niejednokrotnie, gdy zagrożone będzie życie bohatera lub jego najbliższych współpracowników. Działając, zaskakuje przeciwnika, przyzwyczajonego do rozważania przez przedstawicieli prawa wszystkich za i przeciw. Winter ma w swojej biografii mroczny epizod. Jego ojciec był seryjnym mordercą, a bohater jako dziecko, co typowe, o niczym nie wiedział. Nie dziwi więc fakt, że sprawia wrażenie osoby mocno wyczulonej na pozorną normalność i zwyczajność podejrzanych o brutalne zbrodnie. Winter doskonale wie i to na podstawie własnego doświadczenia, że ten, kto decyduje się służyć złu, wcale nie wygląda jak potwór. Jest w bohaterze także pewien lęk przed tym, by nie odziedziczyć skłonności po ojcu. To dlatego jego zaangażowanie w tropienie morderców jest wyjątkowo duże. Winter zostaje zaproszony do współpracy przy pewnej niepokojącej i przerażającej sprawie. Chodzi o seryjne działanie, choć ofiary nie są mordowane. Przestępca porywa kobiety, które torturuje, przebiera je, robi im makijaż, trzyma je w zamknięciu. Po pewnym czasie „oddaje” ofiarę społeczeństwu, ale ta nie jest już w stanie w nim funkcjonować. Nim przestępca wypuści porwaną kobietę, robi jej lobotomię. Skazuje ją tym samym na utratę osobowości i niemożność tożsamościowego odnalezienia się w rzeczywistości, w której wcześniej funkcjonowała. Taka ofiara żyje, ale nie jest w stanie zdradzić tego, co się jej przytrafiło. Zrealizowany eksperyment na mózgu okazuje się najgorszą i najbardziej perfidną torturą. Winter wie, że będą kolejne ofiary. Próbuje więc przechytrzyć przestępcę i odkryć to, co pozwoli trafić na jakiś ślad. Carol konstruuje ciekawą opowieść o słabości i sile. Przestępca, trzymając swoje ofiary w piwnicy, obserwuje kolejne etapy prowadzące do pogodzenia się z sytuacją. Bunt zamienia się w rezygnację i przekonanie, że ratunku nie będzie. Myliłby się jednak ten, kto uwierzyłby w siłę przestępcy. On też ma swoją tajemnicę i swoją słabość. Jest również ofiarą, innego rodzaju, oczywiście, ale jednak ofiarą.


James Carol, Lalki, przeł. Ewa Kleszcz, Wyd. Imprint, Warszawa 2014.

piątek, 30 stycznia 2015

Wielki głos i milczenie (A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze, Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk)

To reportaż biograficzny, którego bohaterka żyje, ale nie zgodziła się na rozmowę z autorkami książki. Szkoda, bo jej milczenie wybrzmiewa, jak się okazuje, rozczarowaniem, trochę oskarżeniem, poczuciem zdrady, chęcią odcięcia się od wszystkiego, co wcześniej stanowiło sens życia. Odmowa zabrania głosu i opowiedzenia swojego życiorysu z własnej perspektywy to mur nie do przeskoczenia. Ewa Demarczyk, jak była konsekwentna w swoim perfekcjonizmie w kontekście twórczości, tak pozostaje konsekwentna w swoim wycofaniu się i usunięciu się na bok. Takie podejście bohaterki książki to duże wyzwanie dla reporterek. Trzeba więc mocno zaakcentować, że udaje im się opowiedzieć o niezapomnianej artystce z dużą wrażliwością, szacunkiem, ale i bez gloryfikowania. Demarczyk jest obecna w tekście we wspomnieniach ludzi, z którymi współpracowała, ale też cytowane są wypowiedzi pieśniarki zaczerpnięte z wywiadów. Zderzenie wspomnień z fragmentami deklaracji prasowych daje intrygujący efekt. Ci, którzy opowiadają, akcentują perfekcjonizm Demarczyk i jej obsesyjne wręcz dążenie do doskonałości. Jednocześnie przypominają sobie sytuacje, kiedy talent artystki dopiero się kształtował, mamy więc także portret, tak to ujmijmy, „człowieka z krwi i kości”. Wypowiedzi Demarczyk dla mediów kojarzą się natomiast z realizacją obmyślonego wcześniej projektu – tak, jakby bohaterka książki chciała przedstawić rodzaj manifestu artystycznego lub głęboko przeanalizowanej impresji na temat tworzenia. Warto zresztą zauważyć, że prywatność pieśniarki właściwie nie istnieje. Pojawia się w zaznaczeniu roli matki w jej życiu (kobieta towarzyszyła jej często w podróżach i szyła dla niej sukienki), w odmowie komentarza ze strony siostry i szwagra, wreszcie w zasygnalizowanych zaledwie związkach z mężczyznami. Życie Demarczyk to scena – taki obraz pozostaje w pamięci czytelnika po lekturze książki. Opowieść o pieśniarce można jednak czytać nie tylko jako historię wielkiej samotności fundowanej na wielkim talencie. To także dość przygnębiający portret przywoływanego już perfekcjonizmu, który najpierw umożliwia zaistnienie na scenie w pełnym blasku, ostatecznie jednak ewoluuje w rejestry jakby, dziwnie to zabrzmi, trochę nieludzkie, niezwykle chłodne, pozbawione partnerskiej relacji ze współpracownikami i ukierunkowane na pracę dla gwiazdy. Książkę tę można także czytać jako fragment historii polskiego życia estradowego oraz barwną opowieść o środowisku skupionym wokół Piotra Skrzyneckiego. Niezależnie od tego, jaki tryb lektury przyjmiemy, warto zauważyć, że autorkom udało się uchwycić świat, którego już nie ma, który odszedł w przeszłość, a ci, którzy go tworzyli, dzisiaj nie zawsze pozostali kimś równie duchowo pięknym jak przed laty.


Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

czwartek, 29 stycznia 2015

Czas zmian (S. Armstrong, Wojna kobiet)

Armstrong próbuje udowodnić, że na świecie trwa właśnie tytułowa wojna kobiet. O ile słowo „wojna” ma raczej konotacje negatywne, o tyle w tym przypadku brzmi triumfalnie, radośnie, optymistycznie. Autorka jest bowiem przekonana, że na naszych oczach dzieją się ważne zmiany. Owszem, aby doprowadzić do wolności i równości na całym świecie, potrzeba jeszcze wielu lat i nie jest powiedziane, że kiedykolwiek da się stwierdzić, iż utopijna wizja świata doskonałego została zrealizowana. Nie zmienia to jednak faktu, że małe rewolucje dziejące się tam, gdzie jest najgorzej, to ważny krok do przodu oraz niezwykle istotne świadectwo w kontekście dodawania sił innym kobietom, które chciałyby żyć w lepszej rzeczywistości. Armstrong często akcentuje różnego rodzaju akcje społeczne inicjowane przez Kanadyjki, nie znaczy to jednak, że towarzyszy jej zachodniocentryczna perspektywa. Wręcz przeciwnie, prawniczki lub inne działaczki pomagające kobietom w takich krajach, jak chociażby Kongo, Kenia, Senegal czy Afganistan, dobrze wiedzą, że zmiana może nastąpić tylko wtedy, gdy pamiętać się będzie o specyfice kulturowej. Chodzi o to, by kobiety włączać do społeczeństwa jako pełnoprawne obywatelki, nie tyle poprzez konfrontację, chyba że tej nie da się uniknąć, ale poprzez uświadamianie i szukanie sojuszników także wśród mężczyzn. Ważną rolę w tej opowieści odgrywają świadectwa kobiet, ofiar zwyczajów, zgodnie z którymi mężczyzna może z ciałem kobiety zrobić wszystko. Są więc tutaj opowieści o brutalnych gwałtach – zbiorowych, wielogodzinnych, będących odwetem wojennym, ale i mających swoje źródło w wierzeniu, że seks z dziewicą może wyleczyć z AIDS; są historie tych, których narządy rodne okaleczono na całe życie, a ból i cierpienie zadano w imię dziedziczenia kobiecej tradycji; są też relacje z frontu walki o prawo do edukacji i pracy. Każde ze świadectw to dowód odwagi, ale i symbol, bo podobnych kobiet, które ciągle milczą, jest wiele. Armstrong opowiada o tych, które zdecydowały się spróbować wpłynąć na swój los. Są pionierkami w swoich środowiskach, ale i wzorami do naśladowania. Autorka nie ukrywa swojej wiary, że za nimi pójdą inne ciemiężone. Publikacja ta zasługuje na uwagę, gdyż pokazuje systemowość nierówności dotykającej kobiety. Niezależnie od tego, w której części świata Armstrong przebywa, widać zależność między cierpieniem jej bohaterek a fanatycznym pojmowaniem religii, nieograniczoną władzą mężczyzn i pogardą dla matek, córek, sióstr, żon. Jedno, co może trochę razić, to nieco egzaltowany ton narracji. Armstrong w swojej wierze w to, że świat się zmienia, pozostaje tak entuzjastyczna, że momentami nie widzi pewnej naiwności wkradającej się we fragmenty o charakterze podsumowującym i wybiegającym w przyszłość.


Sally Armstrong, Wojna kobiet, przeł. Bożena Kucharuk, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. 

środa, 28 stycznia 2015

Konkurencja (Ch. Mjåset, Białe kruki)

Powieść Mjåseta to sugestywny portret środowiska lekarskiego. Akcja książki rozgrywa się wśród neurochirurgów – tych uznanych, z ugruntowaną pozycją zawodową, i tych początkujących, marzących o dopuszczeniu do elitarnego grona. Autor sugestywnie oddaje hierarchiczność opisywanego świata oraz nieczystą walkę, jaką zaczynają toczyć ci, którzy chcą zdobyć etat, oraz ich promotorzy. Troje młodych zdolnych lekarzy – różne charaktery, inne motywacje, odmienne drogi rozwoju. Wszystko wskazuje na to, że konkurs będzie rozpisany na trzy stanowiska. Thea, Werner i Mathias nie muszą się więc martwić. Ich atutem jest talent, umiejętności, pracowitość i poparcie liczącego się w środowisku neurochirurga. Wszystko zmienia się wtedy, gdy okazuje się, że upragnionych miejsc będzie mniej. Ktoś odpadnie. Rywalizacja nabiera więc nieco innych barw. Mjåset pokazuje, że w tej nierównej walce wszyscy są trochę przegrani. Każdy z kandydatów musi pójść na takie kompromisy, na które w innym przypadku nie zdecydowałby się. Każdy zostaje również wrzucony w sytuację bez wyjścia – w mniejszym lub większym wymiarze, co nie zmienia faktu, że dokonane wybory wpłyną na dalsze życie. Walka o przyszłość zamienia się więc, paradoksalnie, w niszczenie tej przyszłości. Autor bardzo wiarygodnie i szczegółowo odtwarza specjalistyczne dialogi neurochirurgów, duże wrażenie robi też chłodny i precyzyjny opis operacji. To nie jest thriller medyczny, raczej powieść obyczajowa, w której środowisko lekarzy jest fundamentalne dla opowiedzenia całej historii. Nie zmienia to jednak faktu, że atmosfera w szpitalu mocno się zagęszcza, kiedy okazuje się, że ci racjonalni na sali operacyjnej ludzie, w życiu prywatnym poddają się sile chaosu i kształtowani są przez przypadek.


Christer Mjåset, Białe kruki, przeł. Dorota Polska, Wyd. Smak Słowa, Sopot 2014.

wtorek, 27 stycznia 2015

Wykluwanie się człowieka (B. Jastrzębski, J. Morawiecki, Cztery zachodnie staruchy)

Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki ruszają w podróż śladem duchów i szamanów. To, co wydawać się może pomysłem dość irracjonalnym, okazuje się barwną opowieścią o świecie rządzącym się swoimi prawami, funkcjonującym między jawą a snem, celebrującym wchodzenie w trans i porozumiewanie się z siłami, których rozumowo nie sposób pojąć. Autorom udaje się zachować empatyczną postawę, dzięki czemu nawet to, co trudne do zrozumienia, przedstawiane jest wiarygodnie. Reporterzy nie jadą do Buriacji i Mongolii po to, by podważać ów totalnie nieprzystający do ich rzeczywistości świat, lecz przyświeca im chęć zbliżenia się, wysłuchania świadectw, dotknięcia tego, co wymyka się racjonalności. Udaje im się pokazać procesualność wpisaną w historię szamanizmu. Mocno zostają na przykład zaakcentowane zniszczenia dokonane na wierzeniach w okresie istnienia Związku Radzieckiego oraz współczesna gotowość do jednoczenia się, czego dowodem jest konferencja szamanów, na której akcentowano m.in. konieczność współpracy z mediami. Interesujący okazuje się wątek społecznego funkcjonowania szamanów. Autorzy piszą i o ważnej roli, jaką wybrańcy pełnią w grupie, i o niemożności odmówienia służby, polegającej ma pomaganiu innym przez kontaktowanie się z duchami, i na konsekwencjach w życiu prywatnym, kiedy to żony, które nie mają nic wspólnego z tą formą aktywności, mają trudności z zaakceptowaniem symbolicznej nieobecności męża w codzienności. Intrygujące są również rozważania dotyczące trudności z odróżnieniem zwykłego szaleństwa od posłannictwa szamańskiego. Autorzy pokazują także ścisły związek oraz konsekwencje wynikające z koegzystowania buddyzmu, szamanizmu i chrześcijaństwa. Wybór wiary zamienia się w opowieściach świadków w walkę duchów o umysły i ciała ludzi. Opowieść Jastrzębskiego i Morawieckiego fascynuje, zapada w pamięć, pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą.


Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach, Wyd. Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2014. 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Bez nadziei na lepsze jutro (M. Solares, Czarne minuty)

Dla wielbicieli kryminałów to prawdziwa gratka. Solares pisze tak, że czytelnik ma wrażenie, iż ma do czynienia z faktami. Nie jest to złudzenie bezpodstawne, bo podobne wydarzenia, jak opisane w powieści, dość często pojawiają się w doniesieniach medialnych ma temat Meksyku i terenów, nad którymi władzę sprawują kartele narkotykowe. Styl reporterski powiązany jest tutaj z opowieścią o świecie, który dobrze znamy z literatury faktu właśnie. Wystarczy przywołać książki Eda Vulliamy’ego, Jennifer Clement, Charlesa Bowdena czy Ioana Grillo, by poczuć taki sam – duszny, obezwładniający, stygmatyzujący brakiem nadziei – klimat. Bezradność i skorumpowanie policji, samotność tych, którzy decydują się walczyć z bezprawiem, brutalnie potraktowane ciał zaginionych dziewczynek, zmowa milczenia, nieograniczona władza mafii, nieliczenie się z życiem ludzkim i pogarda dla kobiet – to wszystko znajdziemy w "Czarnych minutach", ale i we wspomnianych książkach, które portretują świat, unikając konfabulacji. Tę wierność realiom i wiarygodność historii można uznać za jeden z największych atutów kryminału Solaresa. Śledztwo, które poznajemy, dotyczy sprawy sprzed kilkudziesięciu lat. W latach siedemdziesiątych seryjny morderca zwany Szakalem porywał dziewczynki w wieku szkolnym i je mordował. Sprawą tą współcześnie interesuje się pewien dziennikarz, który zostaje zamordowany. Okazuje się, że pewnych tematów nie wolno poruszać bezkarnie. Ci, którzy przed laty, bez problemu pokonali prawdę, uczciwość i sprawiedliwość, także w teraźniejszości pozostają silni. Solaresowi udaje się pokazać niełatwą pracę policji. Niełatwą, bo nikt nie chce z policjantami współpracować, członkowie karteli mogą w każdej chwili ich zabić, koledzy bywają skorumpowani i nie wiadomo nigdy, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Deprymujące jest również to, że miejscowa społeczność wydaje się pogodzona z istniejącym stanem rzeczy – tak, jakby bezprawie było tym, co konstytuuje istnienie grupy. Bardzo dobre!


Martín Solares, Czarne minuty, przeł. Tomasz Pindel, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

niedziela, 25 stycznia 2015

Z egzotyką w tle (M. Zaczyńska, Kobieta z Impetem)

Mariola Zaczyńska dała się poznać jako specjalistka od historii zabawnych, dowcipnych, celnie portretujących obyczajowość, a ostatnio także dobrze łączących się z lżejszymi wątkami kryminalnymi. Nie inaczej jest w „Kobiecie z Impetem”, choć tym razem śledztwo jest nieco bardziej mroczne niż w „Szkodliwym pakiecie cnót”. Autorka proponuje bowiem ciepły, pozbawiony wzniosłości, pełen zaskakujących barw portret grupy przyjaciół, niebanalne śledztwo, bo powiązane z egzotycznym, dosłownie!, pomysłem na przemyt, oraz kilka historii miłosnych w ramach słodkiego, ale bez przesady, deseru. W każdym z tych przypadków Zaczyńska unika egzaltacji i sztuczności. Kiedy więc opowiada o relacjach łączących starych przyjaciół, którzy niegdyś byli aktywnymi działaczami ekologicznymi, nie tylko pokazuje, jak trwała jest łącząca ich więź, ale i udowadnia, że bycie razem to nie tylko krzepiące poklepywanie się po plecach, ale i gotowość powiedzenia czasami rzeczy niekoniecznie przyjemnych, choć prawdziwych. Kiedy dowiadujemy się o postępach w śledztwie, otrzymujemy również pokaźną dawkę egzotycznej wiedzy, dzięki czemu trup w ogródku (dosłownie!) staje się początkiem kolejnych, dużo bardziej nietypowych, wydarzeń. Kiedy czytamy o perypetiach miłosnych bohaterów, nie możemy liczyć na typowo romansowe rozwiązania. I wybory, i zachowania, i pomyłki, i olśnienia opisywanych postaci zawsze trochę bawią, trochę wzruszają. To, co wzniosłe, zostaje tutaj szybko unieważnione przez wydarzenia prozaiczne. Zaczyńska w odpowiednim momencie przekłuwa balon powagi, dzięki czemu wygrywa. Tę historię chce się czytać – za wyraziste charakterystyki bohaterów, za malowniczo przedstawione biografie opisywanych postaci, za umiejętne łączenie tego, co smutne, z tym, co zabawne. Mariola Zaczyńska udowadnia, że tzw. popularna powieść kobieca nie musi popadać w melodramatyczność, by opisać uczucia, że nie zawsze świat w niej przedstawiony musi być czarno-biały, że śmiech może mieć wymiar oczyszczający, bo czasami jest tylko dowodem dobrej zabawy, innym razem może ukrywać wzruszenie.


Mariola Zaczyńska, Kobieta z Impetem, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

sobota, 24 stycznia 2015

Bez wyjścia (W. Żółcińska, Najdroższa)

Powieściowy debiut Żółcińskiej intryguje, ucieka od oczywistości popularnej literatury kobiecej, zaciekawia. Autorce udaje się w niebanalny sposób potraktować to, co emocjonalnie wyczerpuje bohaterkę. Życie kobiety rozpięte jest między poczuciem obowiązku a niechęcią do angażowania się w trwałe związki z mężczyznami. Za tym pierwszym kryje się zmęczenie, zniechęcenie, chęć ucieczki, za tym drugim gotowość wyprzedzenia o krok tego, który mógłby ją swoim uczuciem uzależnić i poskromić. Żółcińska portretuje swoją bohaterkę trochę jak „kobietę bez właściwości”. Symbolem tego może być praca w korporacji, konieczność wykonania określonych norm oraz przymus dyspozycyjności. Bohaterka nie potrafi wejść w rytm powtarzalności, bo ciągle coś ją z niego wydobywa. Prawie do końca powieści kobieta nie będzie wiedziała, czy to, co zaczyna ją poruszać, co przebija utrwalaną przez lata skorupę, co razi nowością doznań jest dobre czy złe. Żółcińska koncentruje się na dwóch relacjach w życiu bohaterki. Pierwsza to związek między matką a córką, druga to miłosny trójkąt, w którym jeden z kochanków jest żonaty, a drugi „za dobry”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że te pozornie wyeksploatowane literacko motywy, w tym wydaniu wybrzmiewają świeżo i niebanalnie. Cyniczna bohaterka do końca nie odkryje bowiem swojej prawdziwej twarzy. Pozostaniemy więc w niepewności, czy chłód i instrumentalne traktowanie innych ludzi to jej prawdziwe oblicze, czy tylko maska, wkładana tak często, że aż się zrosła z twarzą. Na uwagę zasługuje opis ścisłej więzi między Nią (tak określana jest matka) a bohaterką. Obowiązek, odpowiedzialność, konieczność mieszają się z obrzydzeniem, wyczerpaniem, zniecierpliwieniem. Kobieta tracąca pamięć i coraz trudniej odnajdująca się w rzeczywistości nie otrzymuje wsparcia opartego na miłości, dostaje natomiast to, co można zagwarantować pieniędzmi. Córka nie chce przebywać z matką, która nie zawsze ją rozpoznaje. Jednocześnie nie umie jej porzucić, co sytuuje tę relację w koszmarze niedopowiedzenia, nienazwania, emocjonalnego nieprzerobienia. Na uwagę zasługuje również zakończenie, wcale nie tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po pewnej informacji, którą w finale się nam serwuje. Warte uwagi!


Wanda Żółcińska, Najdroższa, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

piątek, 23 stycznia 2015

Dopalacze (J. Opiat-Bojarska, Zaufaj mi, Anno)

To druga część kryminalno-obyczajowej serii z dziennikarką poznańskiej telewizji, Anną Rogozińską, w roli głównej. Autorka prezentuje czytelnikowi historię amatorskiego śledztwa. Wpływa ono nie tylko na życie prywatne bohaterki, narażając ją na niebezpieczeństwo i zmuszając do wcielenia się w rolę detektywki, ale też ma swoje konsekwencje medialne. Rogozińska to nie tylko lokalna dziennikarka, która marzy o sławie w Warszawie, ale i osoba z ideami. Zależy jej na tym, by połączyć występowanie w telewizji z mówieniem o sprawach społecznie ważnych. Zaakcentowanie na czwartej stronie okładki „obyczajowo-kryminalnego” charakteru opowieści jest bardzo istotne. Opiat-Bojarska decyduje się bowiem, jeśli mielibyśmy przywołać znane zagraniczne autorki kryminałów, na śledztwo bardziej spod znaku Camilli Läckberg niż w stylu Patricii Cornwell. Oczywiście, nie znaczy to wcale, że wymienione pisarki mają coś wspólnego z pomysłodawczynią postaci Rogozińskiej, chodzi jedynie o przywołanie pewnego klimatu towarzyszącego śledztwu. Dziennikarka, jak wiele bohaterek kryminałów, jest mocno zaangażowana w pracę, unika trwałych związków z mężczyznami, choć jednocześnie nie gardzi stabilizacją bez deklaracji, ma pustą lodówkę, w ramach walki z codziennym stresem popija kakao z pianką i chętnie pływa w basenie. Okazuje się postacią wyrazistą, której chętnie towarzyszymy w jej poczynaniach. W trakcie sylwestrowej męskiej zabawy czterech przyjaciół jeden z nich wypada z balkonu i ponosi śmierć. Czy było to samobójstwo, czy może ktoś pomógł młodemu mężczyźnie wyskoczyć z trzeciego piętra? Czy imprezowicze brali jakieś używki i czy były między nimi konflikty? I czy używki, w tym wypadku: dopalacze, to wyjaśnienie problemu, czy zaledwie trafienie na jego ślad? Opiat-Bojarska wykorzystuje dobrze znane motywy typowe dla gatunku kryminału, w efekcie otrzymujemy więc całkiem interesującą powieść popularną. Widać tutaj mocne przesunięcie w kierunku obyczajowości, zresztą sugeruje je też okładka. Zarówno w przypadku pierwszej, jak i drugiej części, to, co się na niej znajduje, sytuuje historię w klimatach tzw. powieści kobiecej. Trochę szkoda, że i tytuły, i okładki obu części właśnie tak ukierunkowują lekturę, bo przez to ewentualni wielbiciele gatunku mogą po kryminalną serię Opiat-Bojarskiej nie sięgnąć.


Joanna Opiat-Bojarska, Zaufaj mi, Anno, Wyd. Filia, Poznań 2015. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Dom kobiet (Ż. Słoniowska, Dom z witrażem)

Książka Żanny Słoniowskiej zdobyła pierwsze miejsce w ogłoszonym przez wydawnictwo Znak konkursie na najlepszą powieść. Nie dziwi więc fakt, że konsekwencją powyższego jest pojawienie się pytań o nową jakość, o oryginalność, o język lub fabułę zapadające w pamięć. Niestety, trudno byłoby obronić tezę, że jest to powieść wyróżniająca się w jakiś szczególny sposób na tle tego, co ukazuje się na naszym rynku wydawniczym. Autorka decyduje się na dość zgrane literacko chwyty. Mamy więc kamienicę w centrum Lwowa, a w niej mieszkanie, w którym spotykamy cztery kobiety – prababkę, babkę, matkę i córkę. Jest też mężczyzna, artysta, który najpierw kocha matkę, a potem staje się obiektem młodzieńczego uczucia córki. To, co proponuje Słoniowska, okazuje się całkiem zgrabną opowieścią o kilku pokoleniach kobiet, które chroniąc się, jednocześnie zadają sobie rany. Podobnych historii w literaturze było i będzie zapewne wiele i, choć w powieści „Dom z witrażem” wątek ten należy do najciekawszych, nie można jego realizacji uznać za oryginalną. Również dylematy związane z dziedziczeniem, tak chyba trzeba powiedzieć, mężczyzny nie zostają w tym przypadku należycie rozpisane. To, co może budzić wiele emocjonalnych wątpliwości i wyzwań, staje się dość oczywistą historią miłosną, powielającą schemat fascynacji między mistrzem a uczennicą. Całkiem interesujący, choć potraktowany powierzchownie, jest motyw walki Ukraińców o wolność. Szczególnie aktywną działaczką na rzecz idei staje się matka. Wybierając między domem i córką a rewolucją, decyduje się na odwrócenie się od prywatności i poświęcenie się temu, co dotyczy zmian w sferze publicznej. „Dom z witrażem” Słoniowskiej z pewnością nie jest, jak chciałaby tego Justyna Sobolewska, „szansą na odświeżenie naszej literatury”. To powieść popularna jakich wiele, trzymająca poziom, lecz ani językowo, ani fabularnie niezaskakująca.


Żanna Słoniowska, Dom z witrażem, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

środa, 21 stycznia 2015

Praca przede wszystkim (Janion. Transe – traumy – transgresje, cz. 2: Prof. Misia, rozmawia K. Szczuka)

Drugi tom rozmów z prof. Marią Janion warto czytać znając tom pierwszy. Nie tylko dlatego, że dzięki temu uzyskujemy szerszy obraz i łatwiej nam uchwycić istniejącą ciągłość wypowiedzi, ale też z tego powodu, że bohaterce książki zdarza się zauważyć, że o czymś już mówiła lub że była pytana o to we wcześniejszej odsłonie wywiadu-rzeki. W tomie pierwszym czytelnik dowie się m.in. trochę o dzieciństwie i dorastaniu prof. Marii Janion, w tomie drugim dominuje opowieść o pracy. Znaczące w tym kontekście wydaje się metaforyczne zatytułowanie wydania z 2013 roku „Niedobre dziecię”, a tomu opublikowanego rok później „Prof. Misia”. Mamy więc zaakcentowaną pewną niepokorność, niezależność myślenia, gotowość do poszukiwań i do wytyczania szlaków, ale też akademicką aktywność zawodową sprowadzającą się nie tylko do badań naukowych, ale i do nauczania. Bohaterka książki nie ukrywa, wątek ten powtarza się w obu częściach, że uczniowie stanowią ważną część jej biografii. Wspomina legendarne seminaria gdańskie, przywołuje wypowiedzi swoich byłych studentów (dzisiaj wybitnych naukowców) i komentuje ich drogę twórczą. Ważnym wątkiem jest podkreślenie roli sporu, dialogu, komunikowania się jako niezbędnej części nauczania. Interesująca jest także świadomość badaczki związana z jej gotowością wydobywania z grupy osoby/osób, które mogły doświadczyć wyróżnienia, ale i, ze względu na późniejsze zainteresowanie innymi doktorantami, odrzucenia. W drugim tomie Kazimiera Szczuka chętnie cytuje różne teksty swojej rozmówczyni, w tym także zapiski z dziennika na temat lektur, i prosi o komentarz. Momentami cytatów tych w pytaniach jest może trochę zbyt wiele, ale odpowiedzi prof. Marii Janion uderzają intelektualnym zdyscyplinowaniem, błyskotliwością i erudycją. Zdjęcia zamieszczone w książce dotyczą przede wszystkim życia zawodowego. Nic w tym dziwnego, bo, o czym już wspominałam, o nim przede wszystkim opowiada badaczka. Nawet spotkania prywatne z pisarzami (np. z Mironem Białoszewskim) skutkują powstaniem tekstów i nie są tylko miłym spędzeniem czasu razem. Podobnie jak w pierwszej odsłonie wywiadu-rzeki dowiadujemy się dużo o życiu literackim i naukowym, w którym uczestniczyła i któremu nadawała ton bohaterka książki.


Janion. Transe – traumy – transgresje, cz. 2: Prof. Misia, rozmawia Kazimiera Szczuka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014. 

wtorek, 20 stycznia 2015

Niespodziewanie (A.S.A. Harrison, W cieniu)

To historia związku, który rozpada się, choć nic nie zapowiada zbliżającej się katastrofy. To historia miłości, która ginie w rutynie odgrywanych na co dzień ról i przekonania, że powtarzalność scala mocniej niż element zaskoczenia. To historia zdrady, która początkowo nie miała mieć w sobie nic z ostateczności, a emocje jej dotyczące – i te związane z namiętnością, i te z rozczarowaniem – trzymane były na wodzy. Ani on, ani ona nie spodziewają się, że ich życie niebawem się zmieni. Pozornie idealny związek (świetny opis wspólnie spędzanego wieczoru), jak się okazuje, posiada kilka rys. On bywa zainteresowany innymi kobietami i nie poprzestaje na wyobrażaniu sobie tego, co mógłby z nimi robić. Ona buduje swoją siłę na masce obojętności, spokoju i niewidzeniu. Oboje tak naprawdę cały czas się oszukują. Do czasu. Wszystko zmienia się wtedy, gdy forma zaakceptowana przez bohaterów zderza się z chaosem skojarzonym z kochanką mężczyzny. Owszem, mamy tu pewien dobrze znany schemat: oni są ze sobą wiele lat, on zdradza ją z kobietą, która mogłaby być jej córką, a idealny świat ludzi sobie bliskich zamienia się w stopniowe celebrowanie obcości. Jest jednak w tej opowieści pewna świeżość. To nie jest kolejna powieść o miłości, choć o miłość między innymi w niej chodzi. To historia samotności i tego, do czego może doprowadzić nas koszmar doświadczenia prywatnego końca świata. W ostatecznym rozrachunku nie liczy się, kto daną rzecz zrobił, równie winny jest bowiem ten, kto zamierzał tak samo ostatecznie przerwać absurd tego, co zaczęło tak bezlitośnie pochłaniać. „W cieniu” jest dowodem na to, że literatura popularna w wydaniu bliskim literaturze środka może postawić na nienadużywanie emocji, ascetyzm opisu, ucieczkę od pretensjonalności i koncentrację na codzienności. Warte uwagi!


A.S.A. Harrison, W cieniu, przeł. Dorota Malina, Wyd. Znak, Kraków 2015.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Opuszczenie (M. Olszewski, Najlepsze buty na świecie)

Zbiór reportaży Michała Olszewskiego składa się z tekstów opublikowanych w latach 2003-2014, poza jednym, w „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor nie decyduje się na ich uaktualnienie. W odautorskim „Postscriptum” informuje jednak o dalszych losach bohaterów niektórych reportaży. Naturalną konsekwencją powyższego gestu jest zastanowienie się, czy opisywane przez reportera problemy nadal dotyczą naszego „tu i teraz”. Autor ucieka jednak od tymczasowości, a jego bohaterowie nawet po latach opowiadają nam istotne prawdy o naszej współczesności. Olszewski nie szuka sensacji. Interesuje go raczej czasami przemilczany, czasami ukrywany, kryzys, do którego dochodzi w jakiejś społeczności. Próbuje opowiedzieć rzeczywistość ludzi skazanych na izolację i stereotypowe postrzeganie w taki sposób, by ukazać wpisaną w ich losy uniwersalność. Nie ocenia. Chętnie decyduje się na zakończenie otwarte, na tyle jednak wyraziste, że z powodzeniem zastępujące potencjalną wyrazistą puentę. To, co Olszewskiego interesuje najbardziej, zawiera się w przekonaniu, że oficjalnie obowiązująca narracja bywa podejrzana, a bliższy prawdzie obraz jest wymazywany z dyskursu dominującego. Tak dzieje się chociażby wtedy, gdy autor opisuje losy księży. Wśród kapłanów jest i ten niepokorny, gotowy przyglądać się kryzysowi instytucji i poddać go krytycznej refleksji, ale i ci, którzy swoje niezdrowe skłonności kryją za zwyczajową powagą noszonej sutanny. Reportaże te stają się nie tylko opowieścią o konkretnych reprezentantach Kościoła, ale i o tym, jak funkcjonuje mała, zamknięta społeczność. Olszewskiego interesuje też opuszczenie – przez najbliższych, przez urzędników. Tego typu sytuacje opisuje chociażby w tekstach poświęconych ekologicznym katastrofom dziejącym się w miejscach zapomnianych przez wszystkich i wszystko. Czymś, co może zaskoczyć czytelników, jest opowieść o znacznym zanieczyszczeniu powietrza w znanych uzdrowiskach. O tym, że Kraków zmaga się z problemem smogu, wiadomo dość powszechnie, miejsca chętnie odwiedzane przez turystów i kuracjuszy raczej się z taką wiedzą nie kojarzą. Opuszczenie okazuje się ważnym problemem także w tych reportażach, które dotyczą osób wykluczonych ze społeczeństwa, czy to z powodu nałogu, czy to popełnionego przestępstwa, czy to nieumiejętności odcięcia się od swojego oprawcy. Przywracanie ludzi złamanych do życia, „reanimowanie” ideowe i aktywizowanie stają i wyzwaniem, i ryzykiem. Ważną częścią książki są teksty poświęcone pamięci o obozach koncentracyjnych, współczesnemu postrzeganiu przeszłości oraz życiu w sąsiedztwie miejsc, w których wydarzyły się rzeczy niewyobrażalne. Przeszłość, co wychodzi na jaw, wpływa na teraźniejszość i obliguje czytelnika do zajęcia stanowiska.


Michał Olszewski, Najlepsze buty na świecie, Wyd. Czarne, Wołowiec 2014. 

sobota, 17 stycznia 2015

Pamięć epoki (V. Ernu, Urodzony w ZSRR)

Publikacja ta intryguje nie tylko zawartością, ale i warstwą wizualną. Okładka książki stylizowana jest na radziecki paszport, a na jednej ze stron tytułowych informacje o autorze zostają zapisane w formie danych osobowych umieszczanych w tym dokumencie. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy wydawnictwo Claroscuro wykazuje się pomysłowością i elegancją swoich projektów graficznych. Autor nie ukrywa, że jego stosunek do ZSRR to unikanie i deklaracji miłości, i obwieszczania nienawiści. Swoje minieseje, bo z nich składa się książka, podporządkowuje nostalgii oraz ironii. Dzięki takiej postawie czytelnik pokoleniowo młodszy może docenić poczucie humoru, dystans oraz poznawczy wymiar opowieści, a czytelnik w wieku podobnym do autora (roczniki sześćdziesiąte i siedemdziesiąte) poza przyjemnością lektury chętnie odbędzie podróż w przeszłość. Takie wspomnienia, jak sprzedaż butelek po mleku, żeby mieć na kieszonkowe, zbieranie makulatury w szkole, toalety bez muszli klozetowej, ale z miejscem na postawienie stóp, tęsknota za niedostępnymi dżinsami, etyczny topos pioniera, pochody pierwszomajowe i inne, znane są nie tylko „urodzonym w ZSRR”, ale i tym, którzy mieszkali w krajach będących w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Na szczególną uwagę zasługuje wątek poświęcony tzw. komunałkom. Choć autor pozornie wychwala wspólnotowość wpisaną w takie sąsiedztwo, gdzieś w tle widać dramat ludzi pozbawionych intymności, okradzionych z majątków, zmuszonych do tworzenia sztucznego „bycia razem”. Nie dziwi więc przywołanie rozmowy z człowiekiem z Zachodu, który idei komunałek nie potrafi zrozumieć. Dzięki takiemu zderzeniu kultur widać, jak wiele absurdów było częścią ZSRR, nielogicznych tak bardzo, że aż nie do pojęcia. Opowieść o nieistniejącym już Związku Radzieckim to mocne zaakcentowanie straty, walki o pamięć i prawa do pamięci. Nostalgia nie jest w tym wypadku pochwałą. To raczej powrót do beztroskiego dzieciństwa i czasów, które nigdy już nie wrócą. Autor prowokacyjnie konstatuje, że represje polityczne (komunizm) są podobne do represji ekonomicznych (kapitalizm). Trudno się z tym zgodzić, bo konsekwencje kultu ideologii są tragiczniejsze niż dyktat pieniądza. ZSRR to przecież nie tylko nostalgiczne wspominanie dzieciństwa, ale i wiedza o łagrach, milionach ofiar i zniszczonych całych pokoleniach.


Vasilu Ernu, Urodzony w ZSRR, przeł. Radosław Biniarz, Wyd. Claroscuro, Warszawa 2014.

czwartek, 15 stycznia 2015

Koniec pewnego świata (N. Lewis, Głosy starego morza)

Rybacka wioska Farol staje się w tej reporterskiej opowieści miejscem skojarzonym z bezpieczeństwem, ale i miejscem, w które wpisane jest zagrożenie wynikające z ekspansji nowego. Lewisowi udaje się sportretować ten mały, zamknięty świat w chwili, kiedy się zmienia. To, co konstytuowało tożsamość wioski przez lata, odchodzi w przeszłość, a otwarcie się na turystów zamienia się w triumfujący spektakl samozniszczenia. Lewis jest nie tylko uważnym obserwatorem, dostrzegającym szczegóły, których nikt nie zauważa, choć są ważne, ale też uczestnikiem wydarzeń. Chęć odpoczynku i wycofania się po wojnie skutkuje wejściem w tę hermetyczną, rządzącą się swoimi prawami społeczność. Wieś, w której zamieszkuje autor, opiera się na władzy matriarchalnej (malowniczy portret Babci) oraz panoszących się wszędzie kotach. Życie toczy się tutaj od połowu do połowu. Kiedy ryby zostają sprzedane, mieszkańcy mają pieniądze, jeśli wyprawy w morze są nieudane, żyją na kredyt. Z wioską Farol sąsiaduje wioska rolników. W niej źródłem utrzymania jest las korkowy, zaś wszędobylskie koty zastępują psy. Niewchodzenie sobie w drogę, zgoda i współpraca pewnego dnia odchodzą w niepamięć. Być może zapowiedzią końca było już to, że rybacy nieszczególnie przejęli się usychaniem lasu, stanowiącego podstawę bytowania rolników. Być może zwiastunem nadchodzącej katastrofy były ryby, których udawało się złapać mniej niż kiedyś. Być może źródłem kryzysu była łatwość, z jaką mieszkańcy Farol poddali się cudzej sile przekonywania. Lewis pokazuje bowiem, że za zasadami, zwyczajami, przesądami, budującymi fundament pielęgnowanej tradycji, kryje się również ta ciemna strona. Mrok ujawnia się wówczas, gdy ten Inny zostaje napiętnowany i gdy odrzucenie burzy wypracowany przez lata spokój. Lewis bardzo sugestywnie oddaje rytm biografii wsi, w której ryby, koty i kozy odgrywają pierwszoplanowe role. Codzienność jest celebrowana w opowieściach, które powstają w barze. Odpoczynek dzieje się w cieniu przedziwnej, odstraszającej swoim widokiem, syreny. Nikt nie chce na nią patrzeć, ale nikt też nie wyobraża sobie jej zniknięcia. Nowe, związane z przybyciem turystów, przynosi konsekwencje, których nie da się cofnąć. Zniszczona przyroda, porzucenie wykonywanych od wieków zajęć, zburzenie struktury, na której opiera się miejscowa społeczność, wreszcie zmiana, jaka zachodzi w systemie wartości. Lewis bardzo wiarygodnie oddaje nieuchronność zmian, ale i ich bezlitosność, barbarzyństwo wpisane w nowoczesność, ale i brutalność związaną z tradycją, wreszcie stałość wypieraną przez tymczasowość. Dzięki temu historia ta staje się nie tylko opowieścią o wiosce Farol, ale i czymś więcej – metaforą tego, co się powtarza w różnych miejscach i w różnym czasie.


Norman Lewis, Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii, przeł. Janusz Ruszkowski, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

wtorek, 13 stycznia 2015

Poszukiwanie (P.D. Zalewski, Bez pamięci)

Na okładce książki natkniemy się na zdanie: „Jeśli to prawda, to sporo w niej fikcji, ale jeśli to fikcja, to zbyt wiele w niej prawdy…” Od razu więc domyślamy się, że autor będzie grał z jednej strony faktami, z drugiej natomiast będzie się krył za możliwościami oferowanymi przez fikcję. „130 unikalnych fotografii” – ta informacja również znajduje się na okładce i staje się argumentem na korzyść prawdziwości opisywanych wydarzeń. Co prawda zdjęcia nie zostały podpisane (szkoda!), ale czytelnikowi uda się połączyć ich znaczną część z sytuacjami opisanymi w książce. Opowieść autora utrzymana jest w konwencji podróży śladami przeszłości. Bohater decyduje się ruszyć na Wschód po to, by zmierzyć się z pielęgnowaną w rodzinie historią dziadka. Losy mężczyzny były dość typowe – nagłe aresztowanie, obietnica szybkiego powrotu do domu, zesłanie, pełne tęsknoty listy pisane do rodziny, konieczność zmagania się z rzeczywistością, której nikt nie mógł przewidzieć. Rekonstruowanie biografii dziadka odbywa się dzięki listom, szukaniu tropów w milczeniu i zapomnieniu, wreszcie poprzez przeglądanie archiwów i przepytywanie ludzi. Na końcu mamy pewien sukces – dotarcie do wiedzy. Wiedza to jednak zupełnie inna od tej, której spodziewa się bohater, ale w swojej odmienności mimo wszystko dość typowa. Podobnych życiorysów jest przecież mnóstwo. Opis mierzenia się z przeszłością oraz występowanie bohatera po stronie pamięci wydają się całkiem interesujące. Autorowi udaje się pokazać, że nawet po latach można symbolicznie odtworzyć zerwaną rodzinną więź. Dodatkowym atutem ma być portret miejsc, które odwiedzane są w trakcie poszukiwań. Te fragmenty nie zawsze wypadają dobrze. Nazbyt często zdarza się bowiem, że podróżujący bohater zachowuje się jak rozkapryszony przybysz, który nie potrafi zaakceptować ani tolerować miejscowych zwyczajów. Irytujące są też fragmenty, w których autor opisuje kobiety spotykane w trakcie wędrówki. Bezpodstawny maczyzm wysuwa się w takich momentach na plan pierwszy.


Paweł Daniel Zalewski, Bez pamięci, Wyd. Astra, Kraków 2014.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Różne twarze Ukrainy (P. Smoleński, Szcze nie wmerła i nie umrze. Rozmowa z J. Andruchowyczem)

Rozmowa Pawła Smoleńskiego z Jurijem Andruchowyczem ukazuje się rok po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, kiedy to prezydent Wiktor Janukowycz odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, a rozczarowani i oszukani ludzie wyszli na ulicę. To mało czasu, by opowieść mogła zostać domknięta, ale jednocześnie wystarczająco, by spróbować dokonać analizy, by zdiagnozować to, co dzieje się na naszych oczach, by pokazać, jak ważne jest to, co tak bardzo zmienia Ukrainę. Niezależnie od zaangażowania obu autorów w rozmowę na uwagę zasługuje też umiejętność dawkowania napięcia przez sugestywność opowieści oraz przypominanie takich momentów, które można nazwać symbolami rewolucji. Do tych ostatnich z pewnością trzeba zaliczyć wspomnienie kobiety, do której znoszono telefony komórkowe zabitych. Jej obowiązkiem było odbieranie dzwoniących komórek i informowanie bliskich, że właściciel telefonu nie żyje. Andruchowycz opowiada o Majdanie jako uczestnik protestu. Nie ukrywa, że nim ten się rozpoczął, nie wierzył w tak masowy udział Ukraińców w walce o wolność. Dzięki temu, że pisarz dzieli się swoimi wątpliwościami i obserwacjami, otrzymujemy relację uwzględniającą punkt widzenia Wschodu i Zachodu. Andruchowycz zwraca uwagę na różnego rodzaju niuanse związane z postrzeganiem Ukrainy w Europie, udowadniając, że rosyjska propaganda okazała się bardzo skuteczna. W efekcie rozmowa o współczesnej Ukrainie zamienia się momentami w punktowanie stereotypów oraz tego, co służy ich utrwalaniu. Andruchowycz opowiada z pasją, nie ucieka od ocen, ujawnia występki tych, którzy rządzili Ukrainą. Rozmowę tę można więc z powodzeniem czytać jako kompendium wiedzy o naszym wschodnim sąsiedzie. Kompendium zaangażowane, a przez to szczególnie interesujące.


Paweł Smoleński, Szcze nie wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem, Wyd. Czarne, Wołowiec 2014.

niedziela, 11 stycznia 2015

Akceptacja (M. Sawicki, Pestki winorośli i trzy jabłka)

Wojciech Górecki, polecając książkę Marcina Sawickiego, zauważa: „To nie tyle reportaż, ile wyznanie miłości”. Stwierdzenie to świetnie oddaje charakter tej publikacji. Sawicki odwiedza kolejne miejsca – najpierw w Gruzji, potem w Armenii, nie wchodzi jednak w rolę turysty lub obserwatora z zewnątrz. Chętnie rezygnuje z hotelu i wybiera nocleg w domach prywatnych u osób poznanych na ulicy, prowadzi z tymi ludźmi rozmowy przy kolacji, pije alkohol, zamiast jeżdżenia taksówkami woli przemieszczanie się środkami lokomocji, z których korzystają miejscowi. To właśnie w spotkaniu i rozmowie rozgrywa się u Sawickiego to, co najważniejsze. Ludzie opowiadają o swojej codzienności, dzielą się tym, co mają, potwierdzając swoja gościnność, chętnie poświęcają mu swój czas, próbują przekonać do swojej wizji kraju i społeczności tu mieszkających, zachęcają do próbowania jedzenia, które dla przybysza może być egzotyczne. Trudne wydarzenia z najnowszej i tej bardziej odległej przeszłości pojawiają się nie jako przytaczane przez autora fakty, ale są elementem obserwacji, zwierzeń, wspomnień osób, z którymi rozmawia autor. Sawicki unika roli typowego Polaka, który przyjeżdża do Gruzji i zachwyca się ludźmi i jedzeniem. Interesuje go zawsze coś więcej – człowiek odarty ze schematu, wrzucony w wir historii, ale jednocześnie trzymający się mocno swojej codziennej zwyczajności. Autor jest ciekawy świata, ludzi i tego wszystkiego, co mu się przydarza. Dzięki takiej perspektywie udaje mu się odtworzyć zachwyt towarzyszący podróżowaniu, ale i krytyczny namysł także obecny w trakcie wędrowania.


Marcin Sawicki, Pestki winorośli i trzy jabłka. Reportaże z podróży do Gruzji i Armenii, Wyd. Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2014.

piątek, 9 stycznia 2015

Sukces kontrolowany i dyscyplinowany (C. Ericson, Oligarchowie)

Książka Ericsona nie jest oczywiście jedyną publikacją dostępną na naszym rynku, opisującą, analizującą i diagnozującą fenomen wielkich majątków we współczesnej Rosji i ich chwiejności w kontekście kontroli sprawowanej przez najwyższą władzę. Autor w publicystycznym stylu, przystępnie objaśniając realia dzisiejsze oraz historyczne uwikłania związane z upadkiem Związku Radzieckiego, pokazuje fenomen ogromnych fortun oraz dwuznaczność etyczną wpisaną w biografie oligarchów. Ericson nie gloryfikuje swoich bohaterów. Rekonstruuje nie zawsze uczciwą, a dość często wykorzystującą luki systemu, drogę bogacenia się i pokazuje, jak absurdalne jest w Rosji ufanie władzy i próby uniezależnienia się od niej. Opowieść Ericsona skupia się w dużym stopniu na kwestiach ekonomicznych. Niech to jednak nikogo nie zraża. Autor wyjaśnia tajniki wielkich biznesów oraz absurd, tak chyba można to ująć, „komunistycznego kapitalizmu” w sposób przystępny, zrozumiały dla laików i interesujący. Ericsonowi udaje się pokazać rosyjskich oligarchów nie tylko jako pewien ewenement we współczesnej gospodarce światowej, ale i jako ofiary systemu korzystającego z udogodnień kapitalistycznych i jednocześnie z nostalgią pielęgnującego idee komunistyczne. „Oligarchowie” z pewnością nie stanowią wyczerpania tematu. To raczej próba uporządkowania i dobre wprowadzenie do problemu, a także inspiracja do dalszych poszukiwań lekturowych.


Claes Ericson, Oligarchowie. Pieniądze i władza w kapitalistycznej Rosji, przeł. Hanna Jankowska, Wyd. Muza, Warszawa 2014.

czwartek, 8 stycznia 2015

Nowe życie (A. Fryczkowska, Kurort Amnezja)

Najnowsza książka Anny Fryczkowskiej reklamowana jest jako najlepsza powieść pisarki. Zaczynam swoją refleksję właśnie od zaakcentowania powyższego faktu, ponieważ tego typu deklaracje czy chwyty reklamowe bywają dość ryzykowne. Zmuszają bowiem czytelnika do porównywania tego, co nie zawsze da się ze sobą zderzyć, do tworzenia rankingów i do oceny potwierdzającej lub podważającej ów okładkowy epitet. Nie wydaje mi się to konieczne, ani w celu zainteresowania czytelników nowym tytułem, ani po to, by wzmocnić jego siłę rażenia. Przewrotnie więc zadam i sobie to oczywiste pytanie: czy „Kurort Amnezja” to faktycznie najlepsza powieść Fryczkowskiej? Nie, co wcale nie znaczy, że mamy do czynienia z książką nieciekawą i słabą. W moim prywatnym rankingu numerem jeden za nieoczywistość, poczucie humoru i granie z konwencją jest powieść „Starsza pani wnika”. W „Kurorcie Amnezji” autorka trzyma poziom, to ważne i krzepiące. Jeśli mówimy o polskiej popularnej literaturze kobiecej Fryczkowska jest jedną z najciekawszych autorek – poszukuje, nie zamyka się w jednym gatunku, próbuje zaskakiwać, kiedy korzysta ze schematów, to snując własną opowieść, zazwyczaj ucieka od związanych z nimi mielizn i wpadek. Nie nazwałabym tej powieści ani thrillerem, ani kryminałem. To powieść obyczajowa, w której, owszem, pojawia się zbrodnia, ale jest ona tylko pretekstem do przedstawienia zupełnie innych kwestii, a śledztwo to właściwie epizod, bo nie o detektywistyczne sztuczki w tym wypadku chodzi. Autorka korzysta ze zgranych motywów: opuszczona zimą, za to zaludniona latem, miejscowość turystyczna, dwie kobiety, z których jedna jest zdradzoną żoną, poszukującą po śmierci męża odpowiedzi na różne pytania, a druga jest kochanką, tyle że po wypadku cierpi na amnezję i nie może wyjaśnić żadnych sekretów ani sobie, ani innym. Są jeszcze miejscowi, scharakteryzowani w sposób przerysowany i trochę karykaturalny. Dość powiedzieć, że prowincja w opisie Fryczkowskiej jest zapyziała i prowincjonalna właśnie. Losy wspomnianych dwóch kobiet splatają się w sposób dosłowny – jedna jest potrzebna drugiej, by rozpocząć nowe życie ze świadomością, że to poprzednie było fałszywe. Autorka proponuje czytelnikom refleksję na temat żałoby, godzenia się ze stratą, obcości tego człowieka, którego uważamy za kogoś bliskiego, wreszcie obcości tkwiącej w nas samych, którą oswajamy dopiero w chwili próby. To z pewnością tematy nie tak często obecne w literaturze popularnej. „Kurort Amnezja” nie jest powieścią o miłości, ale o zdradzie – także tej wynikającej z ostateczności. Szkoda tylko, że ambitny pomysł, mimo całościowo raczej udanej realizacji, trochę szwankuje już na starcie. Od razu bowiem wiemy, że bohaterki ostatecznie nie będą ze sobą walczyć, lecz połączą siły, by wejść w to, co nowe i nieznane. Tak się faktycznie staje.


Anna Fryczkowska, Kurort Amnezja, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rzeka i podróżowanie (N. Thorpe, Dunaj. Opowieści o ludziach znad wielkiej rzeki)

Thorpe postanawia opowiedzieć o Dunaju „płynąc pod prąd”. Tkwi w tym pewien intrygujący zamysł. Dosłownie i metaforycznie – autor podróżuje w górę Dunaju, chcąc przyjrzeć się rzece z innej, nie tak oczywistej perspektywy. To wyprawa niespieszna, pełna historii napotkanych ludzi, ale i znaczona Wielką Historią, tą dawną i tą współczesną. W centrum opowieści autora wbrew temu, co sugeruje podtytuł, nie są ludzie, ale właśnie rzeka. To ona staje się pretekstem do nawiązania rozmowy z kolejną osobą, do sięgnięcia w przeszłość i opowiedzenia, jak zmieniała się przyroda i jak niełatwe były losy państw, wreszcie do pokazania różnorodności, wielości i niepokojów także dzisiaj aktualnych i mających swoje podstawy. Thorpe portretuje prowincję, małe miejscowości, ale też wielkie miasta, jak np. Budapeszt czy Wiedeń. Duży nacisk kładzie na przedstawienie uwikłań historycznych, książkę tę z powodzeniem można więc czytać jako przystępnie i atrakcyjnie napisany podręcznik do historii i wiedzy o społeczeństwie. Tym, co porządkuje opowieści ludzi i przytaczane fakty z przeszłości, jest, oczywiście, Dunaj. Na uwagę zasługuje również umiejętność opisywania rzeki w sposób sugestywny, poetycki, ale nie sentymentalny, mroczny, ale nie demoniczny. Dunaj staje się w tej książce żywym organizmem. To partner dla ludzi i miejsc, z którym trzeba się liczyć i którego trzeba szanować. Thorpe nie ukrywa własnej fascynacji rzeką. Odczuwając jej nurt, poddając się powiewowi wiatru, jedząc ryby i rozmawiając z tymi, którzy Dunaj czynią częścią swojej biografii, zbliża się do zrozumienia fenomenu rzeki oraz odkrycia wielu skrywanych przez nią tajemnic.


Nick Thorpe, Dunaj. Opowieści o ludziach znad wielkiej rzeki, przeł. Maria Świerzewicz, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2014.

niedziela, 4 stycznia 2015

Porządek, upadek i triumf (R. Maclean, Berlin. Miasto z wyobraźni)

Maclean proponuje swoim czytelnikom literacką podróż, która na długo pozostaje w pamięci. To wyprawa śladami autorskich fascynacji. Biografia miasta to częściowo również autobiografia Macleana. Autor widzi siebie kroczącego po ulicach, siedzącego w knajpach, rozmawiającego z ludźmi, kreującego to, co współtworzy współczesną tkankę miasta. Łączy poetyckość obrazowania z historyczną precyzją i umiejętnością powoływania do życia takich scen, które wzmagają zainteresowanie czytelnika. Nie jest to jednak podróż intymna, ale – co robi szczególne wrażenie – podróż komponowana z biografii osób ważnych dla historii miasta. Ludzie ci, niezależnie od tego, czy są przywódcami, czy idolami, czy artystami, czy zwykłymi obywatelami, których losy układają się w legendę miejską, zawsze są częścią dwóch historii – tej własnej, prywatnej, i tej berlińskiej, niemieckiej, publicznej. To pójście śladami osób, które poddały się sile idei – mniejszej lub większej, pięknej lub groźnej, będącej tęsknotą za czymś wielkim i potwierdzającej przekonanie, że jest się częścią tego, co właśnie wpływa na losy świata. Maclean w taki sposób konstruuje swoją opowieść, by pokazać, że Berlin to nie tylko miasto, w którym skupiały się dzieje Europy, ale i miejsce będące sugestywną metaforą wolności. Nie bez powodu zostaje tutaj przywołane słynne przemówienie prezydenta Johna Kenneddy’ego, w którym padły słowa: „Ich bin ein Berliner”. Maclean pokazuje miasto w stanie upadku, zdziczenia, totalnego rozgardiaszu i zniszczenia. Jednocześnie nie zapomina, że nawet w tak trudnych czasach to, co dobre i to, co barbarzyńskie, zawsze jest dziełem człowieka. Autor nie poprzestaje na sportretowaniu mrocznej odsłony miasta. Stanowi ona bowiem pretekst do opisania miasta podnoszącego się z ruin, cierpienia, spełnionej Apokalipsy. Nie jest to jednak gloryfikacja odbudowy i bezrefleksyjnego zwycięstwa nad przeszłością. Miasto, będące bohaterem książki Macleana, zmaga się z pamięcią i próbuje zadośćuczynić tym, których już nie ma, właśnie poprzez walkę z zapomnieniem. I nie chodzi tu tylko o projekty instytucjonalne, takie jak pomniki, muzea czy oficjalne dni, w trakcie których wspomina się ofiary nazizmu, ale o inicjatywy prywatne oraz o poczucie, że także we własnym wnętrzu trzeba winy narodu przepracować.


Rory Maclean, Berlin. Miasto z wyobraźni, przeł. Władysław Jeżewski, Wyd. Magnum, Warszawa 2014. 

czwartek, 1 stycznia 2015

Z pasją iść przez życie (J. Illg, Rozmowy)

Ci, którzy znają świetną książkę Jerzego Illga pt. „Mój znak”, portretującą życie literackie Krakowa, kulturotwórczy wymiar działalności wydawnictwa, wreszcie przyjaźnie z Noblistami i innymi ważnymi twórcami, z pewnością nie będą się zastanawiać, czy sięgnąć także po „Rozmowy”. Wabikiem mogą być i nazwiska bohaterów wywiadów, i osoba przepytującego. Także ci, którzy czytali „Słuch absolutny”, tom rozmów z prof. Andrzejem Szczeklikiem, obowiązkowo sięgną i po ten zbiór. Warto zwrócić uwagę, że zarówno w omawianej publikacji, jak i w dwóch przywołanych przeze mnie tytułach, na plan pierwszy wysuwają się przyjaźń jako podstawa doskonałego porozumienia w przypadku literatury, pasja i ciekawość świata jako fundamenty tworzenia, wdzięczność losowi za możliwość spotkania na swojej drodze tylu fascynujących postaci, wreszcie przekonanie, że rozmowa to bardzo ważna część życia własnego, ale i życia z innymi ludźmi. „Rozmowy”, choć składają się z tekstów wcześniej już wydrukowanych w czasopismach, układają się w kompozycyjnie spójną i intrygującą całość. Fakt ten zasługuje na szczególne docenienie, ponieważ pokazuje, iż w niewątpliwym zróżnicowaniu prezentowanych indywidualności widać również pewną cechę wspólną – chęć rozmawiania o literaturze/sztuce oraz świadomość roli, jaką literatura pełni/pełniła. Nie bez powodu w tym ostatnim sformułowaniu obok czasu teraźniejszego używam również czasu przeszłego. W trakcie lektury książki trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że autorowi udało się sportretować świat, który powoli staje się przeszłością i to nie tylko z powodu śmierci niektórych rozmówców. Do lamusa powoli odchodzi takie rozumienie literatury, jakie prezentują rozmówcy. Poważny namysł, chęć zadawania sobie i innym istotnych pytań, wreszcie rodzaj uprawianego na różne sposoby życiopisania zostają wyparte przez komercjalizację sztuki i medialne oczekiwania wobec pisarzy.
Warto zwrócić uwagę na powracające w rozmowach postaci oraz wątki. Dzięki takiej perspektywie odkrywamy wzajemne uzupełnianie się kolejnych wywiadów oraz odkrywamy ów efekt przemyślanej całości, o którym wspominałam. Każda z rozmów poprzedzona jest krótkim tekstem-wspomnieniem. Jerzy Illg opowiada, jak doszło do spotkania, jakie były jego konsekwencje, przytacza odpowiedni kontekst i przywołuje anegdoty. Lektura miniwprowadzeń to z jednej strony znakomite uzupełnienie następujących po nich rozmów, z drugiej zapis dojrzewania redaktora naczelnego Znaku i jego prywatnych zachwytów. Dzięki tym tekstom dowiadujemy się o początkach przyjaźni, o małych wpadkach, wreszcie o wspólnych wyprawach i kontynuacji znajomości.
Ważną postacią pojawiającą się chyba najczęściej na kartach tej książki jest Czesław Miłosz. Tom otwiera rozmowa z Noblistą. Zofia Hertz oprócz opowiadania o początkach tego, co zawiera się w słowach-symbolu – Maisons-Laffitte, wspomina opuszczenie kraju przez poetę. W części, w której Illg próbuje dzięki swoim rozmówcom określić specyfikę literatury Zachodniego Wybrzeża i jako przeciwwagę dla poezji nowojorskiej zdefiniować „kalifornijskość”, również obecny jest Miłosz. Najpierw jest przepytywany razem z Robertem Hassem, potem powraca w wypowiedziach Leonarda Nathana, Jane Hirshfield i Richarda Louriego. Przy okazji tych rozmów warto również zwrócić uwagę na akcentowaną przez rozmówców rolę, jaką odgrywa w Ameryce polska poezja. Temat ten zresztą pojawia się także w części, która w centrum stawia postać Josifa Brodskiego. Pretekstem do rozmów jest otrzymanie Nobla przez poetę oraz możliwość opowiadania o tym ważnym także dla Polaków wydarzeniu „tu i teraz”. Illgowi udaje się i za pomocą tekstów-wprowadzeń, i dzięki wywiadom oddać atmosferę chwili, a jednocześnie uciec od tymczasowości i nadać jej pewien historyczny rys. Josif Brodski, Natalia Gorbaniewska, Zofia Ratajczakowa i Tomas Venclova nie ukrywają, że i polska poezja, i możliwość poznawania literatury zachodniej dzięki polskim tłumaczeniom były bardzo ważne w ich twórczej biografii.
Jerzy Illg jest nie tylko rozmówcą-partnerem, ale i nie przestaje być wydawcą. Dzięki tej drugiej roli mamy okazję przeczytać wywiady, których tematyka wiąże się z realizowanymi projektami lub z próbą namówienia autorów na pewne pomysły. Takie właśnie są rozmowy z Wisławą Szymborską, Kazimierzem Kutzem, a także – częściowo – z Joanną Helander i Andrzejem Dudzińskim.
Tytuł tej książki wydaje się oczywisty, ale i jakże zaskakujący w swojej prostocie. To właśnie rozmowa jest najważniejsza, bo dzięki niej poszerzamy możliwość namysłu nad światem i otwieramy się na zrozumienie drugiego człowieka. Poznajemy też całkiem pokaźny fragment historii dwudziestowiecznej literatury oraz tło społeczno-historyczne. Ponieważ są one częścią czyjejś biografii, w rozmowie ożywają, a w pamięci mają szansę przetrwać.


Jerzy Illg, Rozmowy, Wyd. Znak, Kraków 2014.