niedziela, 25 lutego 2018

Pamięć o człowieku (A. Applebaum, Czerwony głód)

Najnowsza książka Applebaum to efekt niesłabnącego zainteresowania autorki historią najnowszą Europy Środkowo-Wschodniej oraz potwierdzenie gotowości mierzenia się z tematami trudnymi. Podobnie jak było to w „Gułagu” oraz „Za żelazną kurtyną”, tak i teraz badaczka przedstawia szeroką panoramę zagadnienia, nie tracąc z oczu tego, co zapowiadało katastrofę, pokazując wielowymiarowość tragedii wtedy, gdy trwa, korzystając z dokumentów, świadectw i odwołań do pracy naukowców, wreszcie akcentując symboliczną trwałość tego, co należy do historii, ale jest przechowywane w dyscyplinowanej przez lata pamięci. Wielkim atutem narracji historycznej uprawianej przez Applebaum jest jasność wywodu, erudycja, umiejętność pokazania absurdalnej logiki komunistycznej władzy, wreszcie mocne, dosadne, ale i delikatne za sprawą nieepatowania okrucieństwem opisanie ludzkiego dramatu. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia wydaje się rzadko spotykana. Sportretowanie ukraińskiego Hołodomoru odbywa się w tym przypadku bez unikania tego, co jest bolesną prawdą. Natkniemy się więc na opisy niewyobrażalnego zła zadawanego człowiekowi przez człowieka, dowiemy się o brutalnym i paradoksalnym tak naprawdę rozkułaczaniu tych, którzy często mieli niewiele, a jedyną ich winą była niechęć do kołchozów, przeczytamy o cynicznym odbieraniu wszystkiego, co mogłoby być źródłem pożywienia, o nocnych i niespodziewanych przeszukaniach i odbieraniu nawet ostatnich okruchów chleba, o stopniowym obojętnieniu na śmierć z głodu innych, ale i na bliskość własnego końca, o przypadkach kanibalizmu i obcości swojego ciała i umysłu. Choć powyższe fakty zostają przedstawione, to jednak Applebaum udaje się uniknąć fetyszyzacji przemocy. Jej nadmiar jest oczywisty, nie wymaga wzmocnienia wielością opisów, wybrzmiewa bardziej sugestywnie, gdy zachowany zostaje umiar między świadectwami ludzi, dokumentami i historyczną diagnozą. Autorka, co ważne i warte zaznaczenia, nie tylko rekonstruuje istotne dla Ukrainy, ale i dla współczesnego człowieka w ogóle, wydarzenia. Pokazuje, jak mogło dojść do zaplanowania i wyniszczenia tak wielu ludzi przez głód oraz akcentuje dramat niemożności mówienia o tych wydarzeniach przez lata. W efekcie książka ta staje się głosem na rzecz pamięci i konieczności walki z zapomnieniem. Jest również próbą pokazania ciągłości wydarzeń, bo nic, co jest częścią historii, nie funkcjonuje w odizolowaniu od tego, co było i co będzie. Lektura obowiązkowa.


Anne Applebaum, Czerwony głód, przeł. Barbara Gadomska i Wanda Gadomska, Wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 24 lutego 2018

Poetyckość rzeczywistości (W. Jagielski, Na wschód od zachodu)

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego bardzo różni się od tych odsłon jego twórczości, które mogliśmy poznać wcześniej. Formalnie „Na wschód od zachodu” jest reportażem najbardziej poetyckim, a jednocześnie najbliższym literaturze. I nie chodzi o organizację tekstu, dzięki której fakty wybrzmiewają dosadniej i z większą siłą rażenia. Książka pod względem tematu i bohaterów napisana jest w taki sposób, że gdybyśmy nie mieli na okładce nazwiska Jagielskiego i ktoś zapewniłby nas, że to powieść, nie mielibyśmy powodów, by mu nie wierzyć i by doszukiwać się w utworze właśnie reportażu. Taka niejednoznaczność może być, oczywiście zaletą. W tym jednak wypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że nadmiar poetyckich opisów próbuje ukrywać niedosyt związany z zaprezentowanymi w książce historiami. Oczywiście, mówienie o Indiach jako miejscu, do którego chcą zdążać wszyscy ci, którzy szukają doskonałości, jest zapewne pociągające dla wielu, jednak biografie Świętego oraz Kamal, mimo niewątpliwej dramatyczności w znaczeniu prywatnym, ostatecznie są stosunkowo wątłe. Najciekawszy pozostaje ostatni rozdział, poświęcony wspomnianej Kamal, w której intrygująco pokazany zostaje rozdźwięk między pragnieniem ukształtowania drugiej osoby na swoje podobieństwo a zainteresowaniami i wolą tego kogoś, kto ma być naśladowcą, a prawdopodobnie wybierze swoją drogę. Pewne wątpliwości budzi rozpisanie autorstwa książki na okładce. Na stronie otwierającej „Na wschód od zachodu” znajdziemy informację, iż część portretująca losy Kamal została napisana przez żonę reportera, Grażynę Jagielską. Uszczegółowienie to umieszczono również na stronie redakcyjnej. Zważywszy jednak na fakt, iż ów rozdział zajmuje jedną trzecią książki, właściwsze z punktu widzenia czytelnika byłoby zaznaczenie współautorstwa Jagielskiej także na okładce. Można było to zrobić mniejszą czcionką, można było wyodrębnione części książki oznaczyć odpowiednimi imionami i nazwiskami. Wyeksponowanie tylko autorstwa Wojciecha Jagielskiego wprowadza niepotrzebne zamieszanie i niezamierzony zapewne efekt fałszu.


Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu, Wyd. Znak, Kraków 2018.

piątek, 23 lutego 2018

Triumf i rozpad (A. Proulx, Drwale)

Monumentalna powieść Proulx to znakomita metafora tego, w jaki sposób zaczynają się i kończą marzenia człowieka o lepszym świecie. Najpierw jest często zachwyt i idea, szacunek dla tego, co może przynieść korzyści i sukces, z czasem zaczyna się lekceważenie wcześniej niedostępnych dóbr, a z racji podporządkowania trwa eksploatowanie bez myślenia o tym, co będzie kiedyś. Koncentracja na doraźnym wzbogaceniu się i przekonanie, że „tu i teraz” jest najważniejsze powodują często nieodwracalne straty. Nawet gdy dochodzi do opamiętania, zwykle jest już za późno, a czasu nie da się cofnąć, by naprawić zło, które się już dokonało. Ci, którzy próbują ograniczyć szkody, traktowani są często jak szaleńcy i wrogowie. Pomimo tego, że narażają się często na niebezpieczeństwo, ich działania są zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Proulx pokazuje właśnie taki proces. Mamy więc do czynienia z fascynującą sagą rodzinną. Losy członków familii poznajemy na przestrzeni kilku setek lat. Dowiadujemy się o różnego rodzaju koligacjach, dla których podstawą nie zawsze jest miłość, a często korzyści materialne, obowiązujące normy lub też po prostu wygoda. Obok budowania potęgi firmy specjalizującej się w przemyśle obserwujemy zmiany zachodzące w społeczeństwie, ale i wśród tych, którzy rzekomo przybywają z cywilizowanego świata. Z czasem barbarzyństwo (tak, tak) białych staje się mniej akceptowane. Jesteśmy świadkami rodzenia się przekonania, że bujny i potężny las jest wieczny, oraz stopniowego odkrywania, że drzew na drewno może zabraknąć. Proulx nie tylko jednak opowiada o rosnącej potędze materialnej rodziny i malejących zasobach środowiska naturalnego, znakomicie niuansuje również relacje między białymi a Indianami oraz akcentuje przemijanie świata tych ostatnich. Bardzo dobra, choć smutna i niepozostawiająca złudzeń, powieść.


Annie Proulx, Drwale, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

środa, 21 lutego 2018

Przyciąganie i odtrącanie (P. Lewis, Ziemia przeklęta)

„Ziemia przeklęta” Lewisa to intrygujące połączenie powieści inicjacyjnej, powieści o małej, zamkniętej społeczności, powieści o pisaniu i elementów powieści gotyckiej. Wszystkie te elementy pojawiają się w sposób przemyślany, układając się w zapadającą w pamięć historię dorastania, niechcianego przywiązania, tożsamościowych dylematów i odbudowywanych po latach więzi. Choć wspomnianych wyżej motywów jest niemało, Lewisowi udaje się uniknąć chaosu i patetyczności. Z zadziwiającą delikatnością odsłania okrucieństwo, jakie może się pojawić między tymi, którzy się kochają, ale i niewypowiedzianą niejednokrotnie siłę przywiązania, poświadczaną nie słowami, ale czynami właśnie. Ważnym punktem odniesienia dla losów rodziny głównego bohatera staje się małe miasteczko w Appalachach, od którego się ucieka i do którego nie da się nie wrócić. W skali mikro równie istotny jest dom – z mroczną tajemnicą, o której się nie mówi głośno, a która wybrzmiewa w lękach i szeptem przekazywanych opowieściach. Codzienność bohatera determinowana jest przez marzenie o ucieczce, gotowość odcięcia się od przeszłości i jednoczesną niemożność zapomnienia. To pamięć miejsca, ale i pamięć traumy okazują się kluczowym punktem odniesienia. Pisanie i czytanie porządkujące życie całej rodziny staje się źródłem awansu społecznego, protestem przeciwko fanatyzmowi, krzepiącym potwierdzeniem sensu, elementem codziennych rytuałów, wreszcie poszukiwaniem tego, co skazuje na porażkę.


Phillip Lewis, Ziemia przeklęta, przeł. Ewa Kleszcz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

wtorek, 20 lutego 2018

Przeciętność jako norma (D. Szalay, Czym jest człowiek)

Na okładce książki Szalaya znajdziemy informację: „Dziewięciu mężczyzn na zakręcie życia”. Warto zaznaczyć, że ów zakręt w każdym przypadku jest dość specyficzny – nie tyle stanowi zwrot w codzienności bohatera, co raczej uświadamia mu, że nic już się nie zmieni, a to, co najlepsze albo jest nieuchwytne, albo dawno minęło. Szalay portretuje opisywane postaci w podobny sposób. Za każdym razem bohaterowie są w ruchu, gdzieś się przemieszczają. Mają problem z zaakceptowaniem tego, co im się przydarza na co dzień. Oczekują czegoś nadzwyczajnego, tymczasem przytłacza ich przeciętność, także ta, której źródłem są oni sami. Szalay używa krótkich, zazwyczaj pojedynczych zdań, często stosuje też równoważniki zdań. Stara się z jednej strony pokazać, jak rzeczywistość opisywanej postaci jest widziana przez innych, ale i nie unika ujawniania tego, w jaki sposób widzi otoczenie ten, kto odgrywa główną rolę w opisywanej historii. Fragmenty życiorysów mężczyzn przypominają nie tyle opowiadania, co raczej wyrwane z kontekstu, ale jednocześnie tworzące pewien spójny wycinek całości, części powieści. Urwanie każdej z historii dzieje się tak po prostu, często bez sygnalizowania, że oto zbliża się koniec, za to z wyraźną intencją odsłonięcia triumfu przeciętności, którego postaci nie są w stanie renegocjować. Tytułowe pytanie „czym jest człowiek”, można by więc zamienić na inne, równie retoryczne, a mianowicie: „czym jest przeciętność”. Szalay zdaje się sugerować, że być może przeznaczeniem, a przynajmniej normą, która częściowo dotyczy wszystkich.


David Szalay, Czym jest człowiek, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2018.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Ojciec i syn (D. Vann, Legenda o samobójstwie)

Książka Davida Vanna pozornie ma w sobie wszystkie elementy gwarantujące sukces. Nie tylko rynkowy, ale i czytelniczy. Fakt ten został zresztą wykorzystany w informacjach reklamujących ukazanie się publikacji na polskim rynku wydawniczym – entuzjastyczne recenzje w prasie, częściowo autobiograficzny charakter opisanej historii, gotowość autora do opowiadania o swoim życiu, trudny i emocjonalnie angażujący temat samobójstwa, wreszcie niełatwe relacje rodzinne i ciągnące się latami konsekwencje uczuciowych zależności, które choć przerwane wydają się ciągle żywe. Czy faktycznie mamy do czynienia z publikacją, która ma tak wielką siłę rażenia? Chyba jednak nie. Duże wątpliwości budzi forma, na jaką zdecydował się autor. „Legenda o samobójstwie” składa się z krótkich opowiadań rozdzielonych w środku częścią najdłuższą. To ona ma stanowić centrum całej historii i to ona ma najbardziej metaforyczny charakter. Widać to w wykorzystaniu motywu samotnego przebywania na opuszczonej wyspie, w wyeksponowanej więzi między ojcem a synem, więzi ciągle rezonującej, w której nie wiadomo do końca, kto jest tak naprawdę dzieckiem, a kto dorosłym, wreszcie w odwróceniu samobójczego gestu i wkomponowaniu owego odwrócenia w narrację o charakterze kryminalnym. Kompozycyjnie opowieść wybrzmiałaby dużo sugestywniej niż obecnie, gdyby autor zdecydował się na poprzestanie na krótkich obrazach, scenach, kolejnych odsłonach z życia. Jest w tej historii kilka fragmentów zapadających w pamięć. Należy do nich chociażby rozdział otwierający tom. Całość natomiast rozczarowuje.


David Vann, Legenda o samobójstwie, przeł. Dobromiła Jankowska, Wyd. Pauza, Warszawa 2018.

niedziela, 18 lutego 2018

Świadectwo (Assiatou, Mina Kaci, Uprowadzona przez Boko Haram)

Publikacja ta może być uzupełnieniem tych biografii, które poznajemy w znakomitym reportażu „Porwane” Wolfganga Bauera. Mina Kaci poprzestaje co prawda na interwencyjno-prezentacyjnym charakterze opowieści, jednak fakt oddania głosu ofierze oraz niezwykła siła relacjonującej Assiatou wybrzmiewają mocno, układając się w rodzaj oskarżenia świata za to, że nie robi nic, by pomóc porywanym dziewczętom. „Uprowadzona przez Boko Haram” to typowa w formie odsłona świadectwa. Literacko tekst pozostawia wiele do życzenia, jednak na plan pierwszy wysuwa się autobiograficzność oraz cierpienie, które próbuje ubrać w słowa ofiara. Docenić trzeba gotowość Assiatou do zmierzenia się z własną traumą poprzez opowiedzenie tego, co jej się przydarzyło. Na uwagę zasługuje szczególność doświadczeń bohaterki – jej ojciec uważa, że powinna się uczyć, udaje jej się uciec z niewoli Boko Haram, rodzina przyjmuje ją z powrotem z radością i okazuje jej troskę, udaje się jej przełamać kulturowy wstyd i powiedzieć głośno o seksualnym upodleniu. Zazwyczaj losy porwanych dziewcząt są inne – rzadko kiedy mają dostęp do edukacji, zostają u swoich oprawców na długo lub ich przeżycia są nieznane, jeśli wyrwą się z niewoli, to fakt, iż zostały zgwałcone, powoduje, że bliscy się od nich odwracają.


Assiatou, Mina Kaci, Uprowadzona przez Boko Haram, przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2018.

czwartek, 15 lutego 2018

Przeszłości nie da się nigdy pożegnać (S. Sem-Sandberg, Burza. Opowieść)

Sem-Sandberg zdążył przyzwyczaić swoich czytelników do zabiegu fabularyzowania tego, co ma swoje źródło w faktach i w autentycznych biografiach. Również w „Burzy” sięga do wydarzeń, które faktycznie zaistniały. W wywiadach akcentuje, że tytułowa wyspa inspirowana jest miejscem, gdzie mieszkali jego dziadkowie. Autor interesująco łączy odpryski Wielkiej Historii, które rezonują w opisywanej przestrzeni, z historią intymną. Próba zmierzenia się z własną przeszłością, na jaką decyduje się główny bohater, powracając na wyspę po śmierci swojego dawnego opiekuna, staje się pretekstem do zadania sobie pytań o trwałość istniejących więzi, rzeczywistość zagrożeń, grozę rodzącą się w codzienności. Jednocześnie „Burza” jest niebanalną, bo bardzo wyciszoną, poetycką niemal, opowieścią o małej społeczności, która potrafi napiętnować, zniszczyć i wykluczyć, wcześniej okazując owym biegunowo odmienne uczucia. Ważna okazuje się pamięć i odległość oraz wynikające z nich granice. Pamięć przeszłości to z jednej strony pamięć kolonii robotników organizowanej przez właściciela wyspy, sanatorium dla dzieci i przeprowadzanych przez niego eksperymentów, z drugiej polityka i nazistowskie związki oraz siła tego, co zostaje uwiecznione w wielu zeszytach. To, co zapisano, przechowywane jest poza majątkiem. Żółty Dom, w którym mieszkał bohater z niepokorną i zbuntowaną siostrą oraz opiekunem, zostaje więc powiązany z posiadłością właściciela nie tylko poprzez zależności pracownicze. Choć mamy do czynienia z przestrzenią odizolowaną, fakt ten nie znosi granic, które wytyczone są na wyspie. Przenikanie się różnych światów odbywa się więc zawsze z łamaniem obowiązujących zakazów i przekraczaniem tabu. Mierzenie się z tym, co należy do sfery walki zapomnienia z pamiętaniem odsłania bezradność bohatera. Oto lęki, obsesje i demony powracają, lecz wydają się jedynie słabym odblaskiem dawnej siły. Przemijanie unieważnia trwałość i zmusza do przewartościowania tego, co sprawiało wrażenie spraw fundamentalnych.


Steve Sem-Sandberg, Burza. Opowieść, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

środa, 14 lutego 2018

Skutki nienawiści (P. Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce)

Książka Brykczyńskiego to publikacja historyczna poświęcona zamordowaniu prezydenta Gabriela Narutowicza oraz atmosferze towarzyszącej temu wstydliwemu dla przeszłości Polski wydarzeniu. Książka nie byłaby tak ciekawa, gdyby odnosiła się tylko do czasów minionych. W trakcie lektury wysuwa się natomiast na plan pierwszy jej uniwersalność. Autorowi udaje się bowiem pokazać nie tylko specyfikę tamtych czasów, ale i pewne reguły życia społecznego i politycznego, które sprzyjają narodzinom nienawiści i antysemityzmu. Kluczowa dla całej opowieści jest tytułowa metafora „gotowych na przemoc”. Brykczyński udowadnia odpowiedzialność polityczną endecji za uliczne zamieszki i antysemickie marsze. Mocno zostaje zaakcentowany negatywny udział w tych wydarzeniach studentów oraz łatwość uczynienia kogoś adresatem bezpodstawnej agresji z racji tylko i wyłącznie uznania, ze ów ktoś jest Żydem. Bardzo interesująco i mrocznie zarazem wybrzmiewa z jednej strony światowość Narutowicza, z drugiej zaściankowość protestów, napędzanych oskarżeniem o wybór przez mniejszości narodowe. Na uwagę zasługuje symboliczna wina tych, którzy umywali ręce, udając, że nic się nie dzieje, rozmywając wcześniej udzielone poparcie, wycofując się na pozycje, które pozwalały na niewyrażanie swoich poglądów. Brykczyński bardzo mocno akcentuje polityczne stanowisko Piłsudskiego, który odcinał się od antysemityzmu i długo blokował ewentualne ujawnianie się takich tendencji we własnym obozie. Bardzo ciekawie prezentuje się wątek zamachowca. Autor nie tylko przedstawia sylwetkę Eligiusza Niewiadomskiego, antysemicki charakter zabójstwa, ale i rekonstruuje postrzeganie w mediach i w społeczeństwie jego czynu. Wyraźnie widać przejście od przymusu potępienia do coraz chętniej wyrażanego poparcia i dążenia do uczynienia przestępcy bohaterem.


Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. 

wtorek, 13 lutego 2018

Miejsce, czas i pamięć (M. Płaza, Robinson w Bolechowie)

Maciej Płaza potwierdza swoją pisarską klasę. „Robinson w Bolechowie” to jedna z najciekawszych polskich powieści minionego roku. Płaza konsekwentnie pozostaje przy budowaniu emocji za pomocą opisu, a nie akcji. Niespiesznie dziejące się wydarzenia mają swój czas, rytm, a słowa je portretujące trzymają się szczegółu, unikając upraszczających uogólnień. Płazę zdaje się interesować miejsce wymykające się konkretowi. Prawdziwa historia, ta Wielka, przemyka gdzieś obok, a jeśli narusza przestrzeń-enklawę to tylko za sprawą rykoszetu. Autora interesuje kilka istotnych kwestii, powiązanych ze sobą w powolną, wysmakowaną, ale i pełną emocjonalnego napięcia, opowieść. Mamy więc do czynienia z książką o miejscu dzieciństwa i dorastania oraz o symbolicznym porzuceniu tego punktu odniesienia i późniejszych powrotach. Czytać tę powieść możemy z powodzeniem jako historię inicjacyjną – znaczącym przekroczeniem granic i wejściem w dorosłość będzie w tym wypadku sztuka, wiedza i widzenie. To także wariacja na temat starości, starzenia się własnego, przemijania, ostateczności, ale i odkrywania ograniczeń ciała będących niekiedy próbą cenzurowania ducha. Zasadne może być również potraktowanie książki jako prywatnego i intymnego śledztwa oraz głosu w dyskusji na temat tego, czy cudze tajemnice, jeśli nas dotyczą, automatycznie przestają przynależeć do tego, kto je przechowuje. Bardzo dobre.


Maciej Płaza, Robinson w Bolechowie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Rabusiem być to jest sztuka (M. Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki)

Marek Wałkuski nie próbuje pisać reportażu, nie stara się również na stworzenie eseju socjologicznego czy historycznego. W bezpretensjonalny, anegdotyczny sposób opowiada o pewnym fragmencie historii Stanów Zjednoczonych. Bawiąc, uczy, tak można by powiedzieć, ponieważ ów zbiór opowieści o mniej lub bardziej udanych napadach na banki nie tylko odsłania duże poczucie humoru autora, ale również jego umiejętność budowania dodatkowych kontekstów, dzięki którym to, co małe, staje się częścią Wielkiej Historii. Zważywszy na popularność opisywanego przez Wałkuskiego przestępstwa, relacja między napadającym na bank a przekazującym pieniądze kasjerem urasta do pewnej gry, toczonej na określonych zasadach, często umownej, nierzadko nieudanej z racji nieprzestrzegania reguł przez bandytę. Dane statystyczne, które przywołuje dziennikarz, pozwalają na uzyskanie informacji dotyczących schematu zachowań i charakteru tych, którzy decydują się na wzbogacenie się w taki sposób. Informacje dotyczące tego, w jaki sposób funkcjonowały i funkcjonują banki, umożliwia z kolei na dostrzeżenie schyłkowości ery napadów. Wałkuski akcentuje zresztą zupełnie inne kulturowe znaczenia pojawiające się w przypadku ataków hakerskich. Wątkiem zaakcentowanym w książce jest również traktowanie rabusiów jak idoli. To również specyfika czasów, które dzisiaj wydają się należeć do przeszłości. Książka znanego dziennikarza może więc być dobrą okazją do spojrzenia na najnowszą historię Ameryki z nietypowej perspektywy. Na pewno jednak będzie dobrą zabawą. Ta z racji niekonwencjonalnych w swojej głupocie zachowań rabiusiów jest gwarantowana.


Marek Wałkuski, To jest napad!, czyli kawałek nieznanej historii Ameryki, wyd. Helion, Gliwice 2017. 

niedziela, 11 lutego 2018

Mieć ideę (W. Bereś, K. Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki)

„Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki” to publikacja, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy wierzą, że warto zmieniać świat na lepsze – doda im sił; dla wszystkich tych, którzy wątpią, że angażowanie się w cokolwiek ma sens – pozwoli im uwierzyć, że jest inaczej; dla wszystkich tych wreszcie, którzy cenią wielkie umysły i wielkie serca – upewnią się w przekonaniu, że tacy ludzie istnieją i że warto próbować ich naśladować. Choć powyższe stwierdzenie może brzmieć nieco patetycznie, nie ma w nim przesady. Autorom udaje się pokazać małżeństwo Wajdów w sposób bezpretensjonalny i wzruszający jednocześnie. To, co można by uznać za czyny wielkie, dzieje się po prostu – bo tak trzeba, bo do tego zobowiązuje przyzwoitość, bo inwestowanie w rozwój społeczeństwa i współtworzenie rzeczywistości, której się jest częścią, ma sens. Bereś i Burnetko proponują czytelnikom nie tylko opowieść biograficzną. To także pochwała szczegółu. Uważność i czułość, z jaką małżeństwo podchodzi do siebie, zostaje poszerzona o podobne traktowanie ludzi, miejsc i zdarzeń. Zostaje to szczególnie zaakcentowane dzięki przywoływaniu upodobania Andrzeja Wajdy do rysunku i malarstwa. Widać to w fascynacji reżysera i jego żony, Krystyny Zachwatowicz, sztuką Japonii. I nie chodzi w tym miejscu jedynie o stworzenie niezwykle ważnego dla kultury polskiej i europejskiej muzeum Manggha, ale również o filozofię życia. Da się to również dostrzec w praktyce prowadzenia codziennych zapisków piórem w notesach. Książkę tę można również czytać jako opowieść o przyjaźni i miłości ludzi renesansu. Wielość zainteresowań i inicjatyw, pasja w ich realizowaniu, wreszcie przekonanie, że warto coś robić dla dobra wspólnego, zachwyca i uświadamia, jak bardzo ludzi i miejsca mogą zmienić ci, którzy chcą coś pięknego wprowadzać w życie. Poszczególne odsłony różnych tytułowych „późnych obowiązków” poprzetykane są wspomnieniami autorów dotyczącymi zetknięcia się z bohaterami i ich dziełami. To ciekawy zabieg konstrukcyjny, znoszący ewentualny efekt pomnikowości, a budujący wielkość postaci nie poprzez gloryfikację, lecz dialog, bycie w ruchu, pozytywną energię, dynamikę czynu. Warto!


Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki, Wyd. Panaceum, Wrocław 2017.

sobota, 10 lutego 2018

Czy tylko przygoda? (D. Preston, Zaginione miasto Boga Małp)

To publikacja, która z pewnością przypadnie do gustu tym, którzy w nastoletnim wieku lubowali się w historiach o dzielnych poszukiwaczach skarbów oraz tajemniczych miejscach na ziemi, które czekają jeszcze na swoje odkrycie. Preston w swojej opowieści buduje nastrój świadomie bazujący na przyjemności podobnej to tej, jaką odczuwa się przy lekturze powieści przygodowych. Nie ma w tym nic złego, choć niewątpliwie można w wypadku tej książki mówić raczej o reportażu w stylu pop niż o reportażu literackim. Sensacyjny charakter narracji stanowi siłę napędową całej opowieści, a częste umieszczanie na planie pierwszym przeżyć Prestona zbliża tę publikację do literatury podróżniczo-wspomnieniowej. Niezależnie jednak od powyższych uwag warto zauważyć, iż autorowi udaje się w książce poruszyć wiele istotnych tematów. Dowiadujemy się więc na przykład o komercyjnym kontekście poszukiwań archeologicznych oraz o uzależnieniu prowadzonych badań od decyzji władz oraz zmian o charakterze społeczno-politycznym. Sugestywnie zostają przedstawione zagrożenia czyhające na człowieka w dżungli, także te działające jak bomba z opóźnionym zapłonem, czyli choroby wychodzące na jaw po kilku tygodniach lub miesiącach od powrotu. Bardzo ciekawa jest kwestia możliwości przyspieszenia pewnych ustaleń dzięki nowoczesnym technologiom. Fakt, iż tradycyjna ocena terenu pod kątem prawdopodobieństwa istnienia tam śladów dawnej cywilizacji mogłaby trwać nawet kilkadziesiąt lat, a dzisiaj sprowadza się do umiejętności posługiwania się odpowiednimi narzędziami i oceny danych, brzmi imponująco. Książka Prestona to także ciekawy fragment współczesnej historii Hondurasu. Warto zatrzymać się dłużej przy zasygnalizowanej w książce dyskusji dotyczącej podejścia do znalezisk – czy brać coś ze sobą, aby mieć dowód, czy może nie naruszać środowiska, które powinno być zbadane w całości. Interesujące jest także zasygnalizowanie konfliktu między naukowcami a pasjonatami oraz bezinteresowna zawiść towarzysząca komentowaniu odnalezionego starożytnego miasta przez przedstawicieli środowiska uniwersyteckiego. W tle natomiast cały czas jest obecne Wielkie Marzenie o niesamowitych odkryciach, które w tym akurat wypadku udało się zrealizować.


Douglas Preston, Zaginione miasto Boga Małp, przeł. Dariusz Żukowski, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

piątek, 9 lutego 2018

Świat, którego już nie ma (A. Mencwel, Toast na progu)

Publikacja Andrzeja Mencwela to znakomite połączenie prozy (auto)biograficznej, perspektywy mitograficznej oraz eseju socjologiczno-kulturoznawczego. Temat, który podejmuje autor, potraktowany zostaje z czułością, świadomością większej wiedzy oferowanej przez upływ czasu, ujawnianą tęsknotą za rzeczywistością, której było się częścią, a która przeminęła, nostalgią związaną z poczuciem niemożności powrotu i stawaniem się historii niejako „już” i „teraz”, wreszcie z erudycją, pozwalającą widzieć więcej, głębiej, szerzej. Autor decyduje się na niezwykle ciekawy zabieg. Skupiając się na konkretnych postaciach, które znał, które pamięta i których nie chce zapomnieć, buduje opowieść nie tylko o życiu danej osoby, ale i o zjawiskach oraz praktykach organizujących wiejską społeczność na co dzień i od święta. W trakcie lektury widać gotowość do zmierzenia się z przeszłością miejsca i ludzi niegdyś dobrze znanych, a na plan pierwszy wysuwają się konsekwencje poziomu zakorzenienia w opisywany świat. Ten, kto nie ma wyjścia i za wszelką cenę musi chronić ojcowiznę, bywa człowiekiem skrywającym pewne tajemnice i składającym ofiarę z tego, co mogłoby mu dać szczęście w życiu prywatnym. Ten, kto na wsi bywa gościem, spędzając tam na przykład wakacje, widzi odwiedzaną przestrzeń zupełnie inaczej. Ten, kto całe swoje istnienie przebywa w jednym miejscu, stanowi żywe archiwum zmian zachodzących wśród ludzi, domostw, przystanków, zakładów i dróg. Opowieść Mencwela to również pretekst do zadania ważnego pytania o świadomość tego, co się wokół nas dzieje, umiejętność właściwej oceny i chęć otwarcia się na to, co inne. Autor nie próbuje w sztuczny sposób znosić granic między nieprzystawalnymi do siebie światami. Stara się raczej zasugerować, że opowiedzenie sobie o tym, co będąc nasze, a tym samym i intymne, może być podstawą do porozumienia z tymi, których sprawy uznajemy za cudze. W efekcie ocalająca moc pamięci zostanie zrealizowana między innymi właśnie dzięki komunikacji.


Andrzej Mencwel, Toast na progu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

czwartek, 8 lutego 2018

Jak nie powinno się pisać reportażu (A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości)

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze miały fantastyczny temat. Mają też umiejętności i są w stanie ze sobą świetnie współpracować. Udowodniły to w „Czarnym aniele”. Kuźniak natomiast niejednokrotnie pokazała, że jest znakomitą reporterką. Znamy ją przecież ze świetnych reportaży biograficznych. Naprawdę więc trudno zrozumieć, jak doszło do tego, że „Krótka historia o długiej miłości” to reportaż na tak niskim poziomie. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam książki z kręgu literatury faktu, która byłaby tak słaba. Po lekturze jestem bowiem przekonana, że zmarnowany został potencjał tkwiący w historii fascynujących przecież bohaterów, a reportaż ten należy czytać tylko wtedy, jeśli się chce zobaczyć, jak nie iść na łatwiznę i jak nie upraszczać historii. Obie autorki, warto to nadmienić, miały dla swojej książki bardzo dobry wzorzec. Mam na myśli reportaż Andrzeja Mularczyka „Kropka, kreska, kropka...” o związku, który narodził się w podobny sposób. Jego początkiem było odsiadywanie wyroku w sąsiednich celach i porozumiewanie się alfabetem Morse’a. O ile jednak Mularczyk oddaje dramatyzm sytuacji, niuansuje emocje i uczucia, o tyle Kuźniak i Karpacz-Oboładze decydują się na dość szybkie i jednowymiarowe ustalenie tego, co łączy bohaterów. Niezwykle irytujące jest to, że znaczną część „Krótkiej historii o długiej miłości” zajmują listy bohaterów. W efekcie mamy do czynienia przede wszystkim z rodzajem, tak to ujmijmy, antologii epistolarnej, a nie z reportażem. Reporterki nie są zainteresowane niczym poza tytułową historią miłosną. Nie dowiemy się więc, co powodowało Jerzym Śmiechowskim, kiedy z łatwością rezygnował ze swojego małżeństwa, co powodowało jego ojcem, kiedy z czułością witał Wiesławę Pajdak, wiedząc, że jego syn ma żonę, co myślała o całej sytuacji żona Jerzego, co czuła Wiesława, kiedy dostała obrączkę przerobioną z pierwszej obrączki przyszłego męża, jak sobie poradziła Wiesława z wiadomością o śmierci matki i jak wpłynęło na nią spotkanie ojca, powracającego po wielu latach z łagru, nie dowiemy się też, jak wyglądało życie bohaterów na wolności – to codzienne, zapewne z jakimiś problemami, bo takie są udziałem każdego. Autorki rezygnują z zadawania pytań, z szukania, z wielogłosowości. Pokazują historię jednowymiarową, z oczywistym przesłaniem, zupełnie niepotrzebnie uproszczoną, potraktowaną powierzchownie (sztuczne powiększanie objętości książki na niewiele się zda). Szkoda. Powtórzę więc: potencjał tkwiący w biografii bohaterów jest ogromny, za to reportaż o ich przeżyciach powstał wyjątkowo słaby.


Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości, Wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 7 lutego 2018

Tajemnice sprzed lat (P. Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm)

„Zabójcze układy” to publikacja podejmująca wyjątkowo interesujący wątek historii najnowszej, jednak z pewnością adresowana nie do każdego. Czytelnik może być nieco rozczarowany językiem używanym przez autora. Gasztold co prawda próbuje ów język uatrakcyjnić, wprowadzając fragmenty fabularyzowane, jednak zabiegi te trudno uznać za udane. Co więcej, książka wybrzmiałaby dużo lepiej, gdyby autor nie usiłował opisywać pogody, pór roku i ulic oraz gdyby nie wstawiał dialogów, literacko pozostawiających wiele do życzenia. Zabrakło mi również w tej publikacji szerszego kontekstu socjologicznego i kulturowego. Opowieść o nieznanym fragmencie historii PRL zyskałaby wówczas na sugestywności i stałaby się nieco mniej hermetyczna. „Zabójcze układy” okazują się więc książką ciekawą z racji poruszanego tematu i dość nużącą, jeśli weźmiemy pod uwagę sposób opisywania wydarzeń. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że autor nie odrobił lekcji z przedmiotu „jak współcześnie można pisać o historii”, na czym w efekcie traci jego opowieść. A można przecież opowiadać tak, że nawet laik z zapałem i niepewnością będzie pytał „co dalej”. Fakty opisane w książce warto poznać, bo dotyczą wydarzeń słabo znanych i zwykle trudnych do opisania wtedy, gdy się dzieją. Gasztold, rekonstruując związki służb PRL z przedstawicielami ówczesnych grup terrorystycznych, akcentuje bowiem względność postrzegania zagrożenia, dopatrywanie się korzyści w działaniach antykapitalistycznych oraz prokomunistycznych, wreszcie budowanie sieci powiązań, mających częściowo podtrzymywać złudzenie wpływu na to, co się dzieje na świecie.


Przemysław Gasztold, Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm, Wyd. PWN, Warszawa 2017.

wtorek, 6 lutego 2018

Wołanie o pomoc czy bycie w kontrze przeciwko wszystkiemu? (P. Hůlová, Macocha)

Znakomita! Tym słowem można by skwitować powieść czeskiej autorki. Trudno nie być pod wrażeniem arcyciekawego zaplanowania tej opowieści. Autorka każe swojej bohaterce mówić. Brawurowy monolog alkoholiczki i pisarki romansów w jednym zapada w pamięć. Kobieta zakrzykuje wewnętrzny niepokój, zagaduje bezsens codzienności, usprawiedliwia popełnione błędy, domaga się prawa do ich powtarzania, diagnozuje reguły współczesnego życia literackiego, pokazuje siebie upadłą, ale i podnoszącą się – niekoniecznie w sposób spektakularny, na pewno jednak na własnych zasadach. Bohaterka odgrywa kilka ról, które wzajemnie na siebie nachodzą – znanej autorki harlequinów, wyrodnej, a następnie kompulsywnie nadrabiającej potknięcia, matki, żony, kochanki, kobiety zdradzanej i zdradzającej, a przede wszystkim osoby nadużywającej alkoholu. Jej monolog miejscami przypomina słowotok, często staje się złośliwym i ironicznym komentarzem do rzeczywistości, odsłania życiową bezradność autorki, jest przejawem mobilizacji wszystkich sił i deklaracją przegranej. Bardzo ciekawym pomysłem, korespondującym i z tradycją miłosnych wyznań, i z przemówieniami przywódców, jest częste wykrzykiwanie i perorowanie bohaterki na balkonie. Warto docenić stylistyczne niuansowanie powieści. Bohaterka bywa wulgarna, dosadna, sentymentalna i intrygująca intelektualnie zarazem, a wszystko to pokazane zostaje właśnie za sprawą języka.

Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2017.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Wszystko zależy od odbiorcy (S. Barańczak, Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej)

Teksty Stanisława Barańczaka poświęcone kulturze masowej i popularnej to lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy cenią twórczość wybitnego poety i literaturoznawcy. Z zachwytem powrócą do tych utworów ci, którzy kiedyś je czytali, ale też chętnie po nie sięgną ci, którzy interesując się szeroko rozumianą rozrywką oraz kulturą, określaną mianem niskiej. Choć Barańczak odwołuje się do praktyk, które dzisiaj wydawać się mogą historyczne, to jednak poprzez celność spostrzeżeń, uniwersalność niektórych dostrzeżonych zachowań i powtarzalność wielu wspólnotowych działań rozpoznania te okazują się adekwatne także do dzisiejszych czasów. Warto w tym kontekście czytać chociażby rozważania dotyczące emocji związanych z piłką nożną czy refleksje dotyczące przenikania kultury artystycznej z popularną oraz przeniesienia punktu ciężkości na czytelniczy odbiór. Barańczak nie ukrywa, że kluczowe okazuje się to, co umiemy i możemy z tekstem zrobić. Dzieła pozostawiające czytelnika w umysłowej bierności z pewnością nie należą do interesujących, natomiast te, które intelektualnie go pobudzają, nawet jeśli są częścią kultury masowej, zasługują na poważniejszy namysł. Wielbicieli powieści kryminalnych z pewnością uraduje fakt umieszczenia w tomie tekstów poświęconych powieści milicyjnej i jej specyfice. Te kanoniczne już dzisiaj ustalenia zaskakują swoją świeżością, nie przestają zadziwiać błyskotliwością, uderzają erudycyjnością. Barańczak, pisząc o kulturze, nie traci z oczu jej perswazyjnego charakteru, ujawniającego się zarówno w języku, jak i w sposobie konstruowania bohaterów oraz relacji wiążących ich z otoczeniem. Teksty zamieszczone w tomie to także przykład felietonów i esejów, które właściwie się nie starzeją. Mają więc w sobie to nieuchwytne „coś”, co powoduje, że nie tracą na aktualności i pozostają reakcją na „dzisiaj” także wtedy, gdy nadchodzi „jutro”.


Stanisław Barańczak, Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej, wybór, opracowanie i posłowie: Adam Poprawa, Wyd. Ossolineum, Wrocław 2017.

niedziela, 4 lutego 2018

Jaka będzie przyszłość? (J.-W. Müller, Co to jest populizm?; U. Guérot, Europejska wojna domowa)


Esej polityczno-socjologiczny Müllera stanowić może doskonałe wprowadzenie i uzupełnienie treści zaprezentowanych w gatunkowo podobnej publikacji Guérot. Na plan pierwszy w obu tekstach wysuwa się troska o teraźniejszość i świadomość współodpowiedzialności wszystkich za zmiany zachodzące w Europie. Zarówno Müller, jak i Guérot, nie mają wątpliwości, że czasy, w których funkcjonujemy, stanowią odbicie niepokojących tendencji z przeszłości, ale i są nową jakością, którą musimy próbować rozpoznać i zdefiniować. Dla polskiego czytelnika ważne zapewne okaże się to, że mówienie o zmianach w Europie odbywa się z uwzględnieniem naszego kraju jako miejsca, w którym dochodzi do wspomnianych, rodzących zaniepokojenie, przemian. I Müller, i Guérot nie tracą z oczu minionego, przypominającego pewne niezałatwione do dzisiaj sprawy, wpływające na kształt teraźniejszości. Wojna domowa, o której pisze niemiecka badaczka, nie jest tylko pojęciem, które sugestywnie ujmuje to, co dzieje się wokół nas. Okazuje się tym, na co mamy wpływ, co realnie zmienia nasze życie, co wreszcie burzy spokój w myśleniu o przyszłości. Na podtrzymywanie owego kulturowego konfliktu opierającego się na sporze idei, polaryzacji poglądów, gotowości wykluczania jednych przez drugich wpływa wzrost tendencji populistycznych, do których Guérot też się odwołuje, a Müller szczegółowo analizuje. W „Europejskiej wojnie domowej” przeczytamy: „[…] stają naprzeciwko siebie przegrani globalizacji i jej beneficjenci, ośrodki wielkomiejskie i regiony wiejskie, młodzi i starzy, biedni i bogaci, tożsamościowcy i kosmopolici. Narasta wręcz przedrewolucyjny nastrój, który nie ma już nic wspólnego z klasycznym politycznym schematem podziału na prawicę i lewicę, wpisuje się natomiast w paradygmat wojny domowej, a mianowicie: rządzeni przeciwko rządzącym czy »lud« przeciwko elicie. Innymi słowy, europejskie państwa narodowe jako ciała polityczne zaczynają się rozpadać” (s, 10). Mocno wyartykułowana przez badaczkę potrzeba znalezienie alternatywy dla państw narodowych oraz potrzeba działania wspólnotowego jako recepta na ratunek wspólnego rozwoju, dobra, spokoju korespondują z rozpoznaniami dotyczącymi populizmu, obecnymi w eseju Müllera. Ten ostatni nie ukrywa, że określenie „populistyczny” bywa używane tendencyjnie i że nie każde wypowiadanie się w imieniu ludu jest próbą przejęcia nad nim ideowej kontroli. Na uwagę zasługuje poczyniona przez historyka rekonstrukcja rozumienia pojęcia w różnych okresach, dzięki czemu wyeksponowany zostaje kontekst przemian z przeszłości, ale i wymiar kulturowy przywoływanego pojęcia. Autor przygląda się populizmowi, wskazując jego wiodące cechy: bycie przeciw elitom, bycie przeciw pluralizmowi, nadanie sobie moralnego prawa do definiowania tych, którzy stoją po właściwej stronie, wreszcie niedyskutowalne przekonanie o reprezentowaniu narodu. Mamy więc w tym przypadku silnie zaakcentowaną tę ideę, która w diagnozie Guérot należy do rzeczywistości przemijającej i we współczesności nie przynosi rozwiązań pozwalających na mówienie o inwestowaniu w przyszłość. Lektura obowiązkowa.


Jan-Werner Müller, Co to jest populizm?, przeł. Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017; Ulrike Guérot, Europejska wojna domowa, przeł. Bartosz Nowacki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

sobota, 3 lutego 2018

Koniec i początek (E. Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz)

Reporterska książka Åsbrink to próba połączenia historii prywatnej z tą, która rozgrywa się w przestrzeni publicznej. Pomysł autorki na uchwycenie chwili tuż po wojnie, kiedy jej konsekwencje są wyjątkowo mocno odczuwalne w sensie społecznym, politycznym i materialnym, nie jest, oczywiście, niczym oryginalnym. Zwłaszcza że przejściowość momentu końca i początku oraz niemożność uchwycenia tego, co staje się „już”, stanowi wyjątkowo wdzięczny temat do przeróżnych dywagacji. Jeśli zderzymy książkę Åsbrink z innymi, które dotyczą tego okresu, jak chociażby reportaż „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej czy publikacje historyczne, „Wielką trwogę” Marcina Zaremby lub „Dziki kontynent” Keitha Lowego, propozycja ta wydaje się wybrzmiewać mniej sugestywnie. Szwedzka autorka zdaje się stawiać na zderzenie odnotowywanych niemalże podręcznikowo faktów ze świadomością, że za nimi idzie zawsze dramat zwykłych ludzi, którzy wbrew realizowanym próbom wprowadzania nowego porządku długo jeszcze pozostaną w chaosie. Książka, podobnie jak przywołany wcześniej reportaż Grzebałkowskiej, podzielona jest na rozdziały, którym odpowiadają kolejne miesiące tytułowego roku. Pośrodku publikacji znajduje się wyodrębniona część poświęcona historii prywatnej. Spomiędzy wielu krótkich impresji odnotowujących to, co polityczne, przynależne Wielkiej Historii, relacjonujące tryb oficjalny nowej rzeczywistości, wyłania się opowieść dotycząca jednostki. Wokół niej pojawia się szereg wątpliwości, pytań, niejasności. Subtelność wprowadzenia do książki owej prywatnej historii odsłania ważność życiorysu każdego i jednocześnie jego nieistotność. Szkoda trochę, że proporcje zostały rozłożone właśnie w ten sposób. Większe wyeksponowanie owej jednostkowej opowieści byłoby w moim mniemaniu dużo ciekawsze niż postawienie na rejestr tego, co w 1947 roku działo się w różnych miejscach na świecie.


Elizabeth Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz, przeł. Natalia Kołaczek, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017.