piątek, 24 marca 2017

Przetrwanie (K. Kettu, Ćma)

Po znakomitej „Akuszerce” polski czytelnik ma możliwość poznać kolejną powieść fińskiej autorki, której na pewno w swoich lekturowych poszukiwaniach nie można pominąć. Katja Kettu chętnie łączy teraźniejszość z przeszłością. Portretując okres triumfu bolszewizmu i czas rządów Stalina rezygnuje z pokazywania Wielkiej Historii na rzecz opowieści o ludziach wrzuconych w beznadziejność i zmuszonych do mierzenia się z sytuacjami niewyobrażalnie ekstremalnymi. Kettu znakomicie opisuje momenty zwrotne w biografii bohaterów. Zwłaszcza te sytuacje, które związane są z ucieczką, wybrzmiewają wyjątkowo mocno. Tak jest w przypadku postanowienia Irgi, że opuści fińską ziemię i uda się do Związku Radzieckiego, tak jest wtedy, gdy ta sama Irga po zapadnięciu się części tunelu kopalnianego postanawia zawalczyć o własne życie, tak jest, gdy kobieta decyduje się na zemstę i przeprowadza plan, który również jest pewnego rodzaju ucieczką przez rzeczywistością, tak jest wreszcie, gdy w miejscu pod ziemią dochodzi do ostatecznego pożegnania z osobą, dzięki której Irga w ogóle przeżyła. Akcja powieści toczy się dwutorowo. Towarzyszymy Irdze w walce o przetrwanie w łagrze, wierząc, że mimo własnej słabości, ciąży, braku języka zdoła zawalczyć o własne istnienie. Jesteśmy również świadkami współczesnego odkrywania sekretów w pewnej wiosce, w której śmierć ciągle pojawia się w bardzo nietypowy sposób, a o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat milczy się, bo strach działa równie paraliżująco jak kiedyś. Podobnie jak w „Akuszerce”, tak i tutaj, Kettu rozpisuje nieoczywistą, zróżnicowaną emocjonalnie, mroczną i poetycką zarazem pochwałę witalności, namiętności, szaleńczego uczucia w sytuacji, w której – tak się przynajmniej wydaje – na takie uniesienia nie ma miejsca. Kettu świadomie rezygnuje więc ze stosowności na rzecz prowokacyjnego peanu wielbiącego przetrwanie wynikające z seksualnej przede wszystkim fascynacji. Miłość, pożądanie, poświęcenie – to wszystko zostaje powiązane z nienawiścią, zazdrością i zdradą. Mrok namiętności może więc, tak sugeruje Kettu, pokonać przyjaźń, nie jest jednak w stanie zniszczyć chęci do życia mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Można by więc powiedzieć, że fińska pisarka pisze trudną i demoniczną w swojej wymowie historię miłości dziejącej się w miejscu, gdzie królują błatni, ciało kobiet bywa poniewierane na róże sposoby, a nadzieja wydaje się tylko karykaturą myślenia o przyszłości. Zapomnienie, pozornie triumfujące przez lata, przegrywa z pamięcią, a ten, kto jest ofiarą i katem musi szukać przebaczenia w mocy, która odezwie się niekoniecznie w materialny sposób.


Katja Kettu, Ćma, przeł. Bożena Kojro, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2017. 

czwartek, 23 marca 2017

Polowanie jako pretekst (M.A. Strøksnes, Księga morza)

Książka Strøksnesa to bardzo ciekawe połączenie reportażu, eseju przyrodniczego, rozważań o sile przyjaźni oraz próby zrekonstruowania biologicznej siły tkwiącej w głębinach morskich. Obecność owej siły jest w tej historii właściwie oczywista. Autor i jego przyjaciel, malarz i rybak Hugon, decydują się zapolować na rekina polarnego. Pomysł wyprawy po części jest związany z fascynacją legendami dotyczącymi morskich stworzeń, po części stanowi próbę zmierzenia się z typowo męskim wyzwaniem. „Księgę morza” możemy więc czytać jako zapiski odnotowujące kolejne etapy nadziei, cierpliwości, pozoru pewności związanych ze spotkaniem z rekinem polarnym, ale i jako fascynującą opowieść o morzu jako miejscu pełnym tajemnic, pełnym życia i pełnym sił, z którymi nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić. Strøksnes nie ukrywa swojej fascynacji różnymi stworzeniami, które opisuje. Odnotowuje umiejętności przez nie posiadane, pokazując w ten sposób jak słaby i mały jest człowiek na morzu czy oceanie. Mimo swojego zachwytu otaczającą, często ukrytą i ujawniającą dość nagle swoją moc przyrodą autor nie traci z oczu perspektywy charakterystycznej dla rybaka. Wie i opowiada o różnych legendach towarzyszących łowieniu, jednocześnie umie docenić, brzmi to dość instrumentalnie, żywieniowy i finansowy potencjał tkwiący w rybach. Nie ukrywa, że dla wielu miejscowych połowy wiążą się z kwestią utrzymania rodziny, a pojawiające się co jakiś czas zaburzenia w liczebności niektórych gatunków potrafią mocno zachwiać porządkiem panującym w danym miejscu. Piękno przyrody miesza się tutaj z mrokiem związanym z głębinami, dziwność zamieszkujących wody stworzeń zderzona zostaje z normalnością istnienia różnych aberracji w wodzie, a szacunek do przyrody miesza się ze świadomością niejasnej pozycji zajmowanej w tym kontekście przez człowieka. Do refleksji.


Morten A. Strøksnes, Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku, przeł. Maria Gołębiewska-Bijak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

środa, 22 marca 2017

Bez wyjścia (W. Bauer, Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki)

Reportaż Wolfganga Bauera to bardzo ważne świadectwo doświadczeń tych, których cierpienie pozostaje w zapomnieniu i często jest niedostrzegane z perspektywy Europy czy świata zachodniego w ogóle. Autor nie tylko pozwala wybrzmieć historiom kobiet, które zostały porwane i którym zniszczono życie, jakie miały. Pokazuje również, jak skomplikowana jest sytuacja w opisywanym zakątku świata, jak bezradni są miejscowi przedstawiciele prawa i jak obojętni są ci, którzy mogliby próbować zmienić rzeczywistość, która przypomina koszmar. Bauer decyduje się na podobną formułę jak Swietłana Aleksijewicz czy Jean Hatzfeld. Oddaje głos swoim rozmówczyniom. To one mówią o tym, co im się przydarzyło. Wracają wspomnieniami do momentu, który okazał się początkiem końca. Nadejście członków Boko Haram do wsi lub miasta zawsze zwiastuje spełnioną Apokalipsę, Powtarzają się sceny brutalnego mordowania mężczyzn, pokazowych egzekucji (odcinanie głów), gromadzenia w jednym miejscu i zabierania ze sobą kobiet i dziewczynek, oddawanie niewolnic mężczyznom tworzącym terrorystyczne zgrupowanie. W książce natkniemy się na zdjęcia kobiet, które są bohaterkami reportażu. To one doświadczyły końca, ale postanowiły mimo wszystko zawalczyć o początek. Uciekły. Nadal się boją, żyją teraz inaczej, często opłakują utraconych bliskich, zdarza się, że nie mają już domu, rodzą dzieci swoich oprawców. Są jednak bardzo odważne, bo zaryzykowały w sytuacji, w której zewsząd otrzymywały sygnały, iż każda próba walki o siebie może skończyć się tylko śmiercią. Bauer przedstawiając losy porwanych kobiet odsłania reguły rządzące religijną terrorystyczną organizacją Boko Haram. Kładzie nacisk na fakt, iż zabili oni więcej ludzi niż bojownicy ISIS. Nigeria staje się w tej opowieści miejscem wojny, która toczy się cały czas i której końca nie widać. Bauer upomina się nie tyle o reakcję, co przede wszystkim o otwarcie się na wiedzę o tym, co tam się dzieje. Bardzo mocno akcentuje opuszczenie i bezsilność ofiar, wzrost siły i brutalności tych, którzy tworzą Boko Haram, brak zainteresowania świata tym, co w Nigerii się dzieje. Reportaż „Porwane” można potraktować nie tylko jako świadectwo, które uwiera i pośrednio stanowi oskarżenie, zamienia się również w ostrzeżenie, bo ignorowanie zła, które jest daleko, może skończyć się kiedyś lękiem przez złem, które będzie całkiem blisko.


Wolfgang Bauer, Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki, przeł. Elżbieta Kalinowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

wtorek, 21 marca 2017

Czy tylko powtórzenie? (J. Boyne, Chłopiec na szczycie góry)

Powieść Boyne’a w oczywisty sposób nawiązuje do „Chłopca w pasiastej piżamie”, książki, która przyniosła pisarzowi światowy sukces. Tak wyraźne, rozpoznawalne bez trudu, odwołanie może budzić podejrzenia o komercyjny wydźwięk akurat takiego pomysłu na tytuł. Podobieństwa widać również na poziomie fabuły. W „Chłopcu na szczycie góry” także pojawia się zderzenie dwóch światów, przywołanych poprzez miejsce i ludzi. Autor w tym wypadku również sięgnął po nieco przypowieściowy charakter, choć kwestia winy, kary i wybaczenia zostaje pozbawiona pewnej niewinności, charakteryzującej relacje bohaterów w „Chłopcu w pasiastej piżamie”. Główny bohater Pierrot mieszka w Paryżu. Słucha kłótni rodziców, przyjaźni się z głuchym chłopcem, mieszkającym w tej samej kamienicy, ma pieska, którego uwielbia. Pozornie jego życie jest beztroskie i takie powinno pozostać. Sielanka jednak szybko się kończy, kiedy najpierw umiera ojciec Pierrota, a później matka. Bohater trafia do sierocińca, z którego zostaje wysłany do ciotki. Ta natomiast mieszka w górskiej posiadłości i jest gospodynią Adolfa Hitlera. Boyne stawia ważne pytania dotyczące kształtowania tożsamości drugiego człowieka, wpływu silnej osobowości, autorytetu, na ludzi o słabszym charakterze, możliwości ocalenia siebie, gdy jest się dzieckiem, wreszcie odpowiedzialności za swoje słowa, czyny i myśli. Historia opowiedziana przez pisarza pozbawiona jest happy endu. Spowiedź, jaka zostaje nam zaserwowana, to raczej pretekst do refleksji, niż sugestia przebaczenia i możliwości rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Boyne pisze powieść dla młodzieży, która może być czytana i przez dorosłych. Pisze też powieść popularną, która na całkiem przyzwoitym poziomie usiłuje mierzyć się z problemami trudnymi i pytaniami czasami bez dobrej odpowiedzi.

John Boyne, Chłopiec na szczycie góry, przeł. Tomasz Misiak, Wyd. Replika, Zakrzewo 2017

poniedziałek, 20 marca 2017

Rumunia – między Wschodem a Zachodem (R.D. Kaplan, W cieniu Europy)

Książka Kaplana to ciekawe połączenie reportażu, literatury podróżniczej, notatek z wyprawy, eseju historycznego i zapisu bliskiego diagnozie społeczno-obyczajowej. Autor w barwny sposób opowiada o tym, co poznaje, co wie i co udaje mu się dostrzec. Nie ukrywa, że jego słabość do Rumunii, ale i do Bałkanów jako takich, traktowana była jako coś bardzo dziwnego, niezrozumiałego, trudnego do racjonalnego wytłumaczenia. Kaplan pokazuje, że ten rzekomo nieciekawy zakątek Europy, jest niezwykle intrygujący, ma bogatą, skomplikowaną historię i cały czas podlega ewolucji. Ta ostatnia jest szczególnie warta namysłu i uwagi, zwłaszcza że, jak udowadnia autor, wolność to dla Rumunów doświadczenie nowe, które dopiero poznają. Kaplana interesuje nie tylko miejsce, w jakim znajduje się kraj, który odwiedza – między Wschodem a Zachodem, na pograniczu Europy i za blisko być może Rosji, pod wpływem niełatwej historii własnej i sąsiadów. Skupia się także na idei generowanej z kraju przyzwyczajonego do zniewolenia. Rekonstruuje czas nazizmu, potem komunizmu, wreszcie próbę podnoszenia głów, tak brutalnie wcześniej zmuszonych do pochylenia. Chętnie przygląda się Ukrainie, Węgrom, Austrii czy Mołdawii, dostrzegając wzajemne zależności między krajami oraz ciekawe dla ich zdefiniowania konteksty. Ważnym punktem odniesienia są obszerne fragmenty odwołujące się do panowania w Rumunii poszczególnych przywódców i ich gotowości do niszczenia i tylko pozornego budowania czegoś nowego. Równie istotne okazują się odniesienia dotyczące kwestii kulturowych i odpowiedzialności za przepływ idei. Widać to zwłaszcza na przykładzie uwiedzenia w młodości przez faszyzm znanych filozofów rumuńskich i ich późniejszego stosunku do tego fragmentu własnej biografii. Kaplan zdecydowanie umie opowiadać. Proponują lekturę wielowymiarową, nie epatuje nadmiernie swoją obecnością, zachęca do odkrywania tych miejsc, które bywają powszechnie lekceważone.


Robert D. Kaplan, W cieniu Europy. Dwie zimne wojny i trzydziestoletnia podróż przez Rumunię, a nawet dalej, przeł. Robert Pucek, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

niedziela, 19 marca 2017

Ukryci chrześcijanie (J. Dougill, 300 lat milczenia)

Dougill interesująco łączy perspektywę współczesną, związaną z odbyciem intelektualnej i dosłownej podróży śladami ukrytych japońskich chrześcijan, z historycznością zjawiska, a więc rekonstrukcją początków tej religii w Japonii, prześladowań i funkcjonowania wiernych w niejawności. Dzięki stosunkowo niewielkiemu eksponowaniu własnej obecności reportaż ten okazuje się fascynującym opisem wydarzeń, które nie są powszechnie znane i które z perspektywy wiedzy o świecie mogą zaskakiwać. W opowieści tej mamy więc elementy literatury podróżniczej – opis przybycia misjonarzy do Japonii na pewno się zalicza do tego nurtu, fragmenty bliskie narracjom hagiograficznym – widać budowanie legendy wokół działań jezuitów, wreszcie historie koncentrujące się na męczeństwie zwykłych ludzi. Dougill odwiedza miejsca, które zostały naznaczone krwią zamordowanych chrześcijan. Opowiada o prześladowaniach, akcentując wymyślność tortur, do których należały m.in. takie praktyki, jak krzyżowanie, zanurzanie w gorących źródłach (temperatura ok. 120 stopni), podwieszanie nad dołem wypełnionym fekaliami, czy palenie żywcem. Co ciekawe, mimo krucjaty mającej wyeliminować wiarę rozpowszechnioną przez Portugalczyków, chrześcijaństwo przetrwało w ukryciu. Brak instytucjonalnego wsparcia i brak dostępu do pism i rytuałów powoduje oryginalne połączenie praktyk religijnych. Z jednej strony widać zachowania typowe dla chrześcijaństwa, z drugiej zostają one wsparte wyraźnymi odniesieniami do buddyzmu. Warto zatrzymać się przy niebanalnym pomyśle kompozycyjnym. Kolejne rozdziały są zatytułowane w sposób nawiązujący do istotnych dla chrześcijaństwa praktyk lub zachowań. Reportaż Dougilla ma przede wszystkim walor poznawczy i edukacyjny. Czytelnicy z pewnością z zainteresowaniem poznają słabo znaną historię funkcjonowania chrześcijaństwa w kulturze, która niewiele ma wspólnego z innymi miejscami na mapie, gdzie religia ta jest wyznawana. Intensywność własnych nawyków kulturowych okazuje się jednak korespondować z otwartością niektórych na to, co przychodzi z zewnątrz i co staje się na tyle sugestywne, że kultywowane jest w ukryciu przez tak długi czas.

John Dougill, 300 lat milczenia. W poszukiwaniu ukrytych japońskich chrześcijan, przeł. Janusz Ochab, Wyd. Agora, Warszawa 2017.

sobota, 18 marca 2017

Historia odwetu (M. Łuszczyna, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne)

Reportaż historyczny Marka Łuszczyny wpisuje się w bardzo potrzebną tendencję odczytywania na nowo wydarzeń powojennych ze szczególnym uwzględnieniem tego, co było dotychczas z różnych powodów pomijane. Na okładce książki znajdziemy opinię Marcina Zaremby, autora fundamentalnej dla znajomości zachowań tamtego okresu pozycji, a mianowicie „Wielkiej trwogi”. Łuszczynę również interesuje czas, kiedy wszelkie wartości i zasady zostają odłożone na bok, a koniec wojny pozwala na działalność, która w innych konfiguracjach historyczno-losowych być może nigdy nie miałaby miejsca. Reporter pokazuje bowiem przerażający proces zemsty oraz rekonstruuje potworność przeobrażenia, kiedy to ofiara zamienia się w kata. Łuszczynę mniej interesuje kwestia nazewnictwa, choć na okładce dylematy z tym związane zostały mocno zaakcentowane. Bardziej skupia się na tym, iż zło zatriumfowało, a Polacy, wykorzystując infrastrukturę wcześniej stworzoną przez okupanta, zorganizowali obozy, w których więzili m.in. Ślązaków, byłych żołnierzy Wehrmachtu, Żołnierzy Wyklętych, Ukraińców, wielu Polaków, których z jakiegoś powodu uznano za podejrzanych. To, co szczególnie uderza w reportażu Łuszczyny, to okrucieństwo tych, którzy pilnowali więźniów w obozach. Ujawniał się sadyzm strażników i komendantów, terroryzowano ofiary, bito do nieprzytomności lub na śmierć, odmawiano pożywienia, skazywano na pracę ponad siły (często w kopalniach). W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, iż opowiedziane historie konkretnych ludzi, bezsilność ofiar, brutalność kierujących obozami, zależności polityczne i specyfika czasów, niechęć do oficjalnego dyskutowania o obozach, wreszcie brak upamiętnienia wielu miejsc mordu, stanowią powtórzenie schematu, który odradza się wówczas, gdy jedni świetnie odnajdują się w roli katów, drudzy natomiast nie mają żadnej szansy, by walczyć o to, by nie uznano ich za ofiary. Książka Łuszczyny powinna być kolejną lekturą obowiązkową dotyczącą wiedzy o tym, co człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Każdy człowiek, to trzeba mocno zaakcentować. Przypomnienie faktów mających miejsce tuż po wojnie stanowić może pretekst do ważnej refleksji na temat samoodradzania się zła i podatności na zło. „Mała zbrodnia” jest też ostrzeżeniem – przed łatwością, z jaką człowiek może zapomnieć, że ma do czynienia z człowiekiem.


Marek Łuszczyna, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, Wyd. Znak, Kraków 2017.

piątek, 17 marca 2017

Naznaczeni smutkiem (H. Wassmo, Syn szczęścia)

„Syn szczęścia” to kontynuacja znanej i cenionej powieści „Księga Diny”. Dopełnieniem cyklu ma być, zapowiadana na okładce, trzecia część sagi, a mianowicie „Dziedzictwo Karny”. Podobnie jak we wcześniejszych książkach autorki pojawia się tutaj wątek dziedziczenia traumatycznej wiedzy na swój i bliskich temat oraz wszechogarniający smutek wynikający z rozpamiętywania lub zaledwie przeczucia tego, co się wydarzyło. Dina sportretowana zostaje jako matka zazwyczaj nieobecna i kobieta budząca wiele namiętności. Jej syn, Beniamin, jako dziecko traktowany jest z powagą typową dla dorosłych, kiedy jednak zaczyna dorastać sam musi kształtować swoją codzienność, gdyż zostaje opuszczony. Rozstanie jest tym, co determinuje losy bohaterów. Nad opuszczeniem władzę sprawuje Dina, jednocześnie to ona nie pozwala na to, by ktoś ją pozostawił. Nawet gdy jej nie ma i bliscy zastanawiają się, gdzie może przebywać, tak naprawdę jest ciągle obecna. Tak mocno zaistniała wtedy, gdy był na wyciągnięcie ręki, że nawet celebrując stratę, nie zapomina się o jej istnieniu. I towarzyszowi życia Diny, i jej synowi czas upływa na pisaniu listów bez odpowiedzi. To kobieta decyduje, kiedy odchodzi i kiedy wraca. To ona rządzi życiem i śmiercią. Dosłownie, bo jako chłopiec Beniamin jest świadkiem wydarzenia, które na zawsze zdeterminuje jego codzienności i stanie się jego obsesją. Zastanawianie się nad tym, czego było się świadkiem, kto zadał śmierć, a kto tylko jej towarzyszył, okaże się wizją z pogranicza snu i koszmaru, ciążącą bohaterowi także wtedy, gdy będzie starszy. Miłość, przyjaźń, wierność i zdrada u Wassmo nigdy nie są łatwe i oczywiste. Skomplikowane emocje związane z byciem z drugim człowiekiem stają się również udziałem syna Diny. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że i matka, i jej dziecko, wyjątkowo łatwo poddają siebie eksperymentom. Przekraczanie kolejnych granic, mierzenie się ze sprawami etycznie trudnymi, szukanie siebie po omacku, ale i poszukiwanie drugiego człowieka w sposób równie nieporadny – to wszystko zostaje przekazane przez Dinę Beniaminowi jako pewnego rodzaju norma, która jest samoodtwarzana. Dojrzewanie, związane zwłaszcza z zyskiwaniem pewnej wprawy w sferze seksualnej, okazuje się tak naprawdę rozpaczliwym poszukiwaniem siebie i próbą pojęcia zła, które może być efektem ubocznym walki o siebie. Bardzo dobre.


Herbjørg Wassmo, Syn szczęścia, przeł. Ewa M. Bilińska, Wyd. Smak Słowa, Sopot 2017.

czwartek, 16 marca 2017

Radość życia (B. Janiszewski, Grzesiuk. Król życia)

Książka ta powinna stać się lekturą obowiązkową nie tylko dla tych, którzy pragną poznać niebanalny życiorys Stanisława Grzesiuka, ale przede wszystkim dla tych, którzy spragnieni są barwnej opowieści o przeszłości, w której wszystko to, co mogłoby głównego bohatera załamać, zostaje przepracowane i staje się czymś pozytywnie wzmacniającym. Gdybyśmy więc chcieli potraktować omawiana pozycję jako rodzaj poradnika, to jej optymistyczny przekaz trzeba uznać za bezdyskusyjny, zachwycający i, być może, terapeutycznie skuteczny. Siła opowieści służy w tym wypadku nie tylko przypomnieniu fascynującej postaci, ale i jest pretekstem do poruszenia wielu, niekoniecznie jedynie historycznych, wątków. Biografię „Grzesiuk. Król życia” czyta się jak literaturę przygodową, powieść awanturniczą, reportaż społecznie zaangażowany, literaturę obozową, pamiętnik choroby i wielką pochwałę życia w jednym. Że to się wzajemnie wyklucza? Nie w tym wypadku. Życiorys Stanisława Grzesiuka staje się pretekstem do opisania specyfiki przedwojennego Czerniakowa. Warszawska dzielnica, w której królowały samodzielnie zdefiniowane zasady oraz łatwość bycia na bakier z prawem, okazuje się miejscem, w którym króluje honor oraz obyczaje pielęgnowane z zaangażowaniem z pokolenia na pokolenie. To dlatego, kiedy Grzesiuk odtworzy ten świat w „Boso, ale w ostrogach”, lektura ta spotka się z tak entuzjastycznym przyjęcie. Książka Janiszewskiego to także interesujący głos w sprawie akceptowanych w przestrzeni publicznej świadectw obozowych oraz prawdziwości pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu tego, co się opowiada. Pięć lat spędzonych w obozach koncentracyjnych to nie tylko kawał czasu, ale i doświadczenie z kręgu tych, które są niewyobrażalne. „Pięć lat kacetu” uderza intensywnością przeżyć, szczerością i brutalnością wielu przytaczanych zdarzeń. Jednocześnie jest tam radość życia, ta radość, dzięki której Grzesiukowi udało się przetrwać. Bardzo ważnym fragmentem życiorysu bohatera książki jest podjęcie decyzji o pisaniu oraz późniejsza reakcja czytelników i byłych więźniów na to, co autor napisał. Zrekonstruowanie ówczesnych dyskusji i problemów to bardzo ważnych przyczynek do refleksji o całkiem współczesnym charakterze, a mianowicie o skłonności do przemilczania tego, co niewygodne i niechęci do tych, którzy na owe zakłamania się nie zgadzają. Biografię Grzesiuka można również uznać za dziennik choroby. Wieloletnia walka z gruźlicą, przebywanie w sanatoriach, imprezowanie (z alkoholem) także w trakcie rekonwalescencji, wreszcie bycie duszą towarzystwa nawet na szpitalnej sali pełnej chorych pacjentów – to specyfika powojennej codzienności pisarza. Pisarz, muzyk, kompan, mąż i ojciec – to nie jedyne role, jakie udaje się Janiszewskiemu opisać. Na plan pierwszy wysuwa się ta najważniejsza – miłośnik życia. Odegranie jej w tak sugestywny sposób będzie zapewne, po lekturze książki, marzeniem niejednego czytelnika.


Bartosz Janiszewski, Grzesiuk. Król życia, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

środa, 15 marca 2017

Razem (A. Nabrdalik, Dzisiaj rozmawiamy o Pani)

Agnieszka Nabrdalik miała bardzo ciekawy pomysł – porozmawiać z żonami znanych mężczyzn i umieścić je w centrum opowieści, na plan dalszy przesuwając partnerów. Takie rozmowy z dużym prawdopodobieństwem mogły się okazać ciekawe i faktycznie są interesujące. Bardzo często towarzyszki życia sławnych mężczyzn to kobiety silne, posiadające własne pasje, wspierające swoich mężów, ale i nietracące z oczu własnych zainteresowań. Reguła związania się silnych osobowości, umiejących wynegocjować takie zasady współpracy, zgodnie z którymi nikt nie czuje się poszkodowany, sprawdza się i w tym wypadku. Bohaterki rozmów opowiadając o sobie, w sposób naturalny odwołują się do swoich mężów. Pokazują bowiem nie tylko łączącą ich więź, ale i zależność twórczą. Kobiety, które zdecydowała się zaprezentować Nabrdalik, to Monika Gawlińska, Alicja Kapuścińska, Wacława Myśliwska, Karolina Niedenthal, Jolanta Pawlik, Anna Religa i Wiesława Starska. Wybór ten można uznać za przemyślany i kompozycyjnie spójny poza jednym przypadkiem, a mianowicie wywiadem z żoną wokalisty zespołu „Wilki”. Tak się pechowo złożyło, że przyjęty alfabetyczny sposób prezentacji powoduje, że właśnie ta rozmowa otwiera książkę. Szkoda, bo jest najsłabsza, mocno zgrzyta, jeśli weźmiemy pod uwagę przekaz ideowy książki, potencjalnie jest nawet w stanie zrazić do dalszej lektury. Żona muzyka na tle innych partnerek sławnych mężczyzn wypada naiwnie, tak, jakby czas, kiedy była fanką Gawlińskiego się nie skończył i trwał przez całe życie. W przeciwieństwie do opowieści pozostałych kobiet rozmowa ta sprawia wrażenie refleksyjnie bardzo ubogiej i mało interesującej. Pozostałe bohaterki okazują się dużo ciekawsze i, co więcej, również niezależne w swoim wspieraniu męża. Alicja Kapuścińska opowiada na przykład o swojej fascynacji medycyną i o aktywnym uprawianiu zawodu lekarki, akcentując mocno fakt, iż czekanie na reportera, który właśnie przebywał w podróży, było wypełnione pracą i dyżurami. Wacława Myśliwska wspomina drogę męża do podjęcia decyzji o pisaniu, ale również opowiada o pełnieniu roli pierwszej, krytycznej często, recenzentki. Karolina Niedenthal, nie tracąc z oczu fotograficznej pasji męża, dużo mówi o swoich tłumaczeniach i wyzwaniach związanych ze sztuką przekładu. Jolanta Pawlik kładzie nacisk na wspólne uprawianie sztuki oraz na pogodzenie dźwięków rozbrzmiewających nieraz w tym samym czasie, kiedy i mąż, i żona pracują nad swoją twórczością. Anna Religa akcentuje pionierskość prac męża, potrzebę wspólnej rozmowy wtedy, gdy kardiolog przebywał w klinice w Zabrzu, wreszcie fakt niekonsultowania ze sobą przypadków medycznych, pomimo tego, iż oboje byli lekarzami. Wiesława Starska chyba najwięcej opowiada o swojej pracy, jednocześnie rekonstruując świat dzisiaj często już nieistniejący – ogromnej dbałości o stroje, o ich właściwy wygląd, o odtworzenie klimaty epoki na planie filmowym.


Agnieszka Nabrdalik, Dzisiaj rozmawiamy o Pani, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

wtorek, 14 marca 2017

Polifoniczność istnienia i tworzenia (Warkoczami. Antologia nowej poezji, red. S. Głuszak, B. Gula, J. Mueller)

Antologia zredagowana przez Sylwię Głuszak, Beatę Gulę i Joannę Mueller okazuje się interesująca i niebanalna już na poziomie bardzo wstępnych rozpoznań. Warto zwrócić uwagę na tytuł, odwołujący się do kobiecości, ale i umiejętności splatania i rozplatania słów obok siebie istniejących. Zasugerowany więc zostaje wielogłos sygnalizujący istnienie wspólnoty przy jednoczesnym zachowaniu indywidualności. Nieoczywista jest kategoria „nowej poezji”. W tym wypadku redaktorki rezygnują z próby wyeksponowania możliwie wszystkiego, co ciekawe w poezji współczesnej. Stawiają głównie na głos kobiet, przeczytać bowiem możemy wiersze dwudziestu autorek i dwóch autorów. Obecność dwóch poetów jest zresztą pewnego rodzaju zgrzytem koncepcyjnym tomu. Ewidentnie bowiem mamy do czynienia z opowieścią kobiet, głosem kobiet, światem kobiet. Myliłby się jednak ten, kto doszukiwałby się tutaj sentymentalizmu czy poezji opartej głównie na emocjach. Redaktorki odsłaniają poetycką różnorodność, jednocześnie grupując wiersze w taki sposób, że widzimy podobieństwa i różnice. Nieoczywisty jest również odredaktorski tekst, a zwłaszcza miejsce, w którym go umieszczono – nie na początku, nie na końcu antologii, ale w środku. Dzięki takiemu pomysłowi redaktorski zamysł zostaje pochłonięty/wchłonięty jako część tych wypowiedzi, które zostają w zbiorze zaprezentowane. 
Kluczowa dla idei tomu okazuje się metafora Virginii Woolf. „Własny pokój” zostaje jednak poszerzony o dodatkowe znaczenia, staje się więc „wspólnym pokojem”. To odwołanie do cyklu spotkań odbywających się w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, ale i wyraźne zaakcentowanie myśli przewodniej towarzyszącej powstawaniu antologii. Redaktorki nie ukrywają, że bycie razem poprzez czytanie literatury, rozmawianie o niej i jej tworzenie generuje nie tylko twórczą moc, ale przede wszystkim staje się fundamentem kobiecej wspólnoty. Poetki, których wiersze pojawiają się w antologii, to Zofia Bałdyga, Justyna Bargielska, Maria Cyranowicz, Katarzyna Fetlińska, Julia Fiedorczuk, Wioletta Grzegorzewska, Kamila Janiak, Aneta Kamińska, Barbara Klicka, Małgorzata Lebda, Natalia Malek, Agnieszka Mirahina, Joanna Mueller, Kamila Pawluś, Kira Pietrek, Justyna Radczyńska, Bianka Rolando, Mirka Szychowiak, Agnieszka Wolny-Hamkało i Katarzyna Ewa Zdanowicz, dodatkowo czytelnikom zaproponowano poezję Jacka Głuszaka i Michała Czai. Ten ostatni pojawia się tylko z jednym utworem pt. „Wspólny pokój”. Tytuł wiersza okazuje się przepustką do pojawienia się w antologii. Zawarta w nim metafora, jak już wspominałam powyżej, to ważne odniesienie w kontekście zaplanowanej koncepcji tomu. 
Dużym atutem antologii jest rezygnacja z chronologii przy prezentowaniu wierszy, a także rezygnacja z blokowego przedstawiania twórczości danego autora. Zamiast powyższych uporządkowań zaproponowano dużo ciekawszy, bo skoncentrowany wokół wybranego problemu, klucz. Warto jednocześnie zaznaczyć, że hasła przewodnie, towarzyszące wierszom, nie są wcale oczywiste i dają duże pole do interpretacji. Antologię otwiera grupa utworów opatrzonych hasłem „Morfy”. Widać w nich potrzebę i gotowość zmierzenia się z definicją własnej tożsamości oraz bezradnością towarzyszącą próbom zamknięcia siebie w określonych ramach. Dalej pojawiają się takie motywy, jak próba niestereotypowego pokazania kobiecości, różne, często mroczne, naturalistyczne, odsłony seksualności, macierzyństwa i śmiertelności, redefiniowanie powszechnych skojarzeń związanych z rodziną, pokazanie nieoczywistych możliwości tworzenia wspólnoty, codzienność, poddawanie się różnym naciskom i próba ocalenia siebie w relacji z innym. Ostatnia grupa tekstów, zatytułowana „Horyzont w przejściu”, stanowi próbę oswojenia ostateczności w zwyczajności, z którą stykamy się każdego dnia. To, co zwiastuje koniec, nie musi być wielkie, może być małe i niezauważalne, śmieszne i kuriozalne, nie do zapamiętania w kontekście innych ważnych spraw, które nam się przydarzają. Jednocześnie, fakt ten zostaje zasugerowany, koniec bywa początkiem i często od nas zależy, co z nim uczynimy. „Warkoczami” to antologia inspirująca, umożliwiająca wielość odczytań, zapraszająca do kolejnych spotkań z utworami poetyckimi. Wciągająca i oplatająca, namawiająca do tworzenia własnych tekstowych splotów – takich, które budują i ożywiają dialog.


Warkoczami. Antologia nowej poezji, red. Sylwia Głuszak, Beata Gula, Joanna Mueller, Wyd. Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2016.

poniedziałek, 13 marca 2017

W rozmowie jest siła (Torańska. Dalej, wybór: M. Kicińska)

Teksty zamieszczone w tomie publikowane były na łamach „Gazety Wyborczej” w latach 2000-2007. Czy jednak oznacza to, że mają tylko historyczny charakter? Zdecydowanie nie. W tym m.in. tkwi siła nieżyjącej już wybitnej dziennikarki, która umiała namówić swoich rozmówców do takich wypowiedzi, które stanowiły znakomity komentarz do tego, co działo się „tu i teraz”, i jednocześnie zyskiwały wymiar ponadczasowy. Jeśli czytamy np. wywiady z Tadeuszem Mazowieckim, z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, z Olgą Krzyżanowską, ze Stefanem Mellerem czy z Władysławem Frasyniukiem otrzymujemy nie tylko barwny, zniuansowany, pełen fascynujących szczegółów, nieoczywisty obraz okresu transformacji, ale i świadectwo wyznawanych idei oraz definicję uczciwego uprawiania polityki. Zderzamy się zatem z opowieścią, która stanowi rodzaj przesłania dotyczącego tego, co można, wypada i co powinno się czynić w przestrzeni publicznej. Warto w tym kontekście zatrzymać się przy rozmowach z Leonem Kieresem i Włodzimierzem Cimoszewiczem. W obu przypadkach widoczne jest duże rozżalenie tym, że społeczeństwo chętnie obserwuje niszczenie ludzi na pokaz. Widać również wyraźnie artykułowane przekonanie, że polityka musi mieć pewne ograniczenia, a jej etyczne uwikłanie stanowić powinno formę (samo)kontroli. Wywiady przeplatane są tzw. sądami – dyskusjami z udziałem kilku ekspertów na tematy obyczajowo i społecznie ważne. Aktualna i ciągle poruszająca jest chociażby rozmowa dotycząca praw reprodukcyjnych kobiet i łatwości, z jaką państwo wkracza ze swoją kontrolą w intymność („Sąd nad gabinetem”). Lektura obowiązkowa.


Torańska. Dalej, wybór i opieka redakcyjna: Magdalena Kicińska, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

niedziela, 12 marca 2017

Portret Czelabińska (A. Garrels, W kraju Putina. Życie w prawdziwej Rosji)

Anne Garrels proponuje czytelnikom reporterski portret Rosji zaplanowany w konkretny, przemyślany sposób. Amerykańska reporterka zainteresowana jest opowieścią o kraju pisaną nie z perspektywy centrum, lecz miejsca, które znajduje się na uboczu. Jest przekonana, że obraz społeczeństwa na prowincji jest inny. Ludzie mieszkający poza centrum funkcjonują odmiennym rytmie przemian, pewne sytuacje, które determinują społeczeństwo w Moskwie, na prowincji oddziałują dużo mniej intensywnie. Wybranie Czelabińska jako przedmiotu badań skutkuje częstymi odwiedzinami miasta oraz uważnym obserwowaniem tego, w jaki sposób komunizm pozornie odchodzi w niepamięć, tak naprawdę w dużej mierze umacniając się i zyskując nowe, zaskakujące oblicze. Nie bez powodu autorka używa określenia „kraj Putina” oraz „prawdziwa Rosja”. Garrels doskonale wie, że w interesującym ją kraju zderzyć się można ze straszliwymi dysproporcjami. To, na co natkniemy się w Moskwie, to raczej wyjątek, a nie reguła. Prowincja zmienia się bardzo powoli, jest odporna na reguły demokracji, często żyje wspomnieniem dawnej, rzekomo lepszej rzeczywistości. Mit Związku Radzieckiego jako ciągle żywy punkt odniesienia zostaje tutaj zaakcentowany. Odwołuje się do niego i Putin, dla którego mocarstwowa narracja jest kluczowa dla budowania własnego wizerunku, i zwykli ludzie, którzy wcale nie tak chętnie przyjmują zmiany lub tych zmian wyczekują. Autorka próbuje pokazać różne odsłony rzeczywistości rosyjskiej, nie tracąc jednocześnie z oczu przywódcy kraju. W kolejnych prezentowanych przez Garrels obrazach szczególnie uderza ślepa wiara w Putina, wybaczanie, a raczej niedostrzeganie jego błędów, oraz ufanie w to, że tylko on jest w stanie stać na straży rosyjskiej siły.


Anne Garrels, W kraju Putina. Życie w prawdziwej Rosji, przeł. Maria Moskal, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017.

sobota, 11 marca 2017

Zwyczajność i katastrofa (D. Baum, Dziewięć twarzy Nowego Orleanu)

Baum zdecydował się na ryzykowny, ale ostatecznie udany i intrygujący portret miasta opowiedziany za pomocą życiorysów konkretnych ludzi. Tytułowe „dziewięć twarzy” to właśnie biografie bohaterów, prezentowane naprzemiennie, wzajemnie się uzupełniające, reprezentujące różne klasy i rasy. I właśnie ta wielość wpisana w przywołane historie staje się zalążkiem nieoczywistej i skomplikowanej opowieści o Nowym Orleanie. Miasto zdaje się funkcjonować w ciągłym zderzeniu dwóch sił: optymizmu i pesymizmu, ostateczności i chwilowości, przypadku i przeznaczenia, ale i spokoju, odbudowy oraz lęku, katastrofy. Baumowi udaje się pokazać miejsce, które przyzwyczaiło się do zniszczenia. Autor nie ukrywa, że prywatność zyskuje w tym kontekście wymiar publiczny – społeczny, środowiskowy, typowy dla akurat tego miejsca na mapie. Baum daleki jest od stawiania upraszczających diagnoz dotyczących miasta. Podchodzi do swoich bohaterów z szacunkiem, dostrzegając, iż szczegół przypisany do danej biografii, charakteryzuje często całą społeczność. Gdzieś w tle obecne jest marzenie o nowym lepszym świecie i jednoczesne przekonanie, że w życiu nie da się tak naprawdę nic zmienić, a przedstawiciele kolejnych pokoleń powielają błędy popełnione przez starszych i nie umieją wyrwać się ze środowiskowego impasu, w którym tkwią. Różnorodność okazuje się jednocześnie dość sceptyczna wobec odmienności. Dzieje się tak wtedy, gdy inność pojawia się w bliskim sąsiedztwie. Baum pokazuje więc, że miejsce urodzenia, stan posiadania, kolor skóry, wybory dotyczące sfery seksualnej determinują często życie bohaterów. Nadejście huraganu i świadomość, że zniszczenie jest częścią przeszłości i przyszłości, powoduje, że opisane postaci uczą się funkcjonować w cieniu ciągłego zagrożenia. Szczególnie uderzające są reakcje na zbliżającą się katastrofę. Mniej tutaj paniki, a więcej zachowań przywodzących na myśl pogodzenie się z losem. Książka Bauma stanowi oryginalny obraz świata, który choć uległ zniszczeniu, tak naprawdę ciągle pielęgnuje porządek, który wydaje się nienaruszalny. Autorowi udaje się uchwycić i opisać ów paradoks.


Dan Baum, Dziewięć twarzy Nowego Orleanu, przeł. Adam Pluszka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017. 

piątek, 10 marca 2017

Polityka czy literatura? (R. Shirreff, 2017. Wojna z Rosją)

Książka Richarda Shirreffa to ciekawy przykład wykorzystywania polityki do wypromowania literatury. Nie bez powodu przecież przed nazwiskiem autora pojawia się na okładce informacja dotycząca posiadanego przez niego stopnia wojskowego – „generał sir” oraz hasło reklamujące następującej treści: „Generał NATO ostrzega”. Elementem przyciągającym potencjalnego czytelnika nie są więc walory literackie książki, ale fakt, iż pod prezentowaną wizją niedalekiej przyszłości podpisuje się ekspert z zakresu wojskowości. To ciekawe przesunięcie znaczeń w pewnym sensie zwalnia autora z bycia pisarzem, wyolbrzymiając znaczenie jego doświadczeń zawodowych. Wyolbrzymiając, ponieważ kluczowe znaczenie mają one dla polityki, niekoniecznie zaś dla literatury. Wieloletnie doświadczenie sprawowania najwyższych stanowisk wojskowych w strukturach NATO nie jest przecież gwarancją tego, że będziemy mieli do czynienia z dobrą powieścią. I niestety, nie mamy. Autor faktycznie proponuje ciekawą wersję wydarzeń, w której Rosja, symulując konieczność obrony państw bałtyckich, usiłuje zająć je w podobny sposób, jak to uczyniła w przypadku Krymu. Na uwagę zasługuje mocne zaakcentowanie istnienia ciągle żywego marzenia, by powrócić do mocarstwowej wizji państwa z okresu Związku Radzieckiego i by podporządkować ponownie byłe republiki. Bardzo interesujący jest także motyw dużej niechęci członków NATO do bezpośredniego przeciwstawienia się Rosji oraz dominująca tendencja trzymania się z daleka i odwracania oczu. Shirreff umie tworzyć hipotetyczne sytuacje dziejące się na najwyższych szczeblach władzy, dużo gorzej jest z literackością tekstu, rozwojem akcji, wyrazistością bohaterów, napięciem i zmierzaniem do finału. Można więc powiedzieć, że książki tej przy najszczerszych nawet chęciach nie da się czytać jak powieści, zasadniejsza staje się lektura uznająca ów tekst za rozbudowaną wizję przyszłości, rodzaj relacji z pola walki, zapis wojskowych, zbeletryzowanych dość nieudolnie, notatek. W publikacji tej pojawia się nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. Jest to… kobieta. Wszyscy wiemy, że Hillary Clinton nie wygrała wyborów, a zwycięstwa Donalda Trumpa nie spodziewano się. Już po tym widać, jak nieprzewidywalne bywa życie i jak szybko dezaktualizują się wizje serwowane jako political fiction.


Richard Shirreff, 2017. Wojna z Rosją, przeł. Radosław Kot, Wyd. Rebis, Poznań 2016. 

czwartek, 9 marca 2017

Wszechobecne zło (M. Solares, Nie przysyłajcie kwiatów)

Powieść Solaresa, choć jest kryminałem, jednocześnie nim nie jest. Pisarz rezygnuje z klasycznie prowadzonego śledztwa, niebanalnie też równoważy układ sił, skutecznie komplikuje efekt wiązany z czytelniczym odbiorem i rozpoznaniami dotyczącymi dobra i zła. „Nie przysyłajcie mi kwiatów” to przede wszystkim bardzo dobra powieść społecznie zaangażowana, z nieco reporterskim zacięciem, mocna, znakomicie portretująca rzeczywistość, w której walczą między sobą kartele narkotykowe, a policjanci i przedstawiciele władz są skorumpowani. Jeśli ktoś próbuje przeciwstawić się temu, czego właściwie prawie nikt już nie oprotestowuje, skazany jest na porażkę. Socjologicznemu portretowi towarzyszy więc zaakcentowanie powszechnie odczuwanych bezsilności, lęku i rozczarowania. Carlos Treviño nie pracuje już w policji. Ze swoim zaangażowaniem w tropienie przestępców nie pasował do kolegów, dla których zazwyczaj oczywiste było pomaganie tym, którzy łamią prawo, a uciszanie tych, którzy są ofiarami. Kiedy jednak w dziwnych okolicznościach znika nastoletnia córka znanego biznesmena, okazuje się, że to właśnie Treviño jest ostatnią deską ratunku. Faktycznie okazuje się skuteczny, widzi więcej od innych, umie zadać odpowiednie pytania, potrafi dopowiedzieć to, co inni przemilczają. Ma jednak przeciwko sobie przynajmniej jednego bardzo poważnego przeciwnika, a mianowicie skorumpowanego komendanta Margarito. Solares poprzez starcie dwóch przeciwników pokazuje nie tylko walkę dobra ze złem. Idzie o krok dalej. W drugiej części książki na plan pierwszy wysuwa się ów Margarito i choć nadal reprezentuje tę mroczną stronę, jego portret staje się dużo bardziej skomplikowany. Uświadamiamy sobie bowiem, że ofiarą walczących ze sobą karteli narkotykowych można być zarówno wtedy, gdy próbuje się im przeciwstawić, jak i wtedy, gdy idzie się z nimi na współpracę. W pewnym więc sensie doświadczenie sytuacji bez wyjścia staje się czymś uniwersalnym, przeżywanym ponad podziałami przez wszystkich.

Martín Solares, Nie przysyłajcie kwiatów, przeł. Tomasz Pindel, Wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

środa, 8 marca 2017

Błyskotliwy komentarz do spraw bardziej i mniej ważnych (U. Eco, Jak podróżować z łososiem)

Znakomite, erudycyjne, inteligentne, błyskotliwe i zabawne – takie są felietony zamieszczone w tomie „Jak podróżować z łososiem”. Wszystkie teksty zaczynają się od słowa „jak”, a ponieważ poruszonych zostaje naprawdę dużo kwestii, książkę tę można uznać za dowcipne, ale i refleksyjne kompendium codzienności. Eco odwołuje się do własnych doświadczeń, obserwacji, lektur. Jednocześnie historie te zyskują wymiar uniwersalny, międzykulturowy i ponadczasowy. Któż z nas nie był zezłoszczony na wszechobecną biurokrację? Perypetie Eco związane z próbą uzyskania duplikatu skradzionego prawa jazdy, budzą śmiech, ale jednocześnie przerażenie z powodu powszechności upodobania urzędników do utrudniania życia obywatelom („Jak zdobyć wtórnik skradzionego prawa jazdy”). Któż z nas nie irytował się koniecznością zostawienia torebki czy plecaka w szafce przed skorzystaniem z biblioteki? Zwłaszcza że tak naprawdę prawie wszystko z owego podręcznego bagażu było nam potrzebne podczas pracy w czytelni. Eco ironicznie i nieco złośliwie, ale i z fantastycznym poczuciem humoru, opisuje walkę, jaka toczy się między czytelnikiem a bibliotekarzem („Jak urządzić bibliotekę publiczną”). Pisarz dostrzega także różnego rodzaju utrudnienia dnia codziennego, które teoretycznie nie powinny mieć miejsca, gdyż dzieją się tam, gdzie głównym zadaniem jest ułatwianie życia klientom, a więc w hotelach („Jak posługiwać się przeklętym dzbanuszkiem”, „Jak podróżować z łososiem”). Wyjaśnia również, w jaki sposób łatwo rozróżnić dzieło sztuki od grafomanii, a czyni to za pomocą nieoczywistej metafory („Jak rozpoznać film porno”). Eco nie unika refleksji dotyczącej współczesnych mediów oraz komunikacyjnych ułatwień i uproszczeń znoszących zasady wcześniej obowiązujące („Jak reagować na znane twarze”, „Jak stać się popularnym”, „Jak się pokazać, będąc nikim” czy „Jak unikać karnawału, codziennie go przeżywając”). Felietony Eco stanowią doskonałe połączenie umiejętności obserwacji, wiedzy, świadomości uprawianego gatunku, ale i umiejętności podchodzenia do siebie z dystansem. W efekcie otrzymujemy teksty lekkie, zabawne, ale intelektualnie na pewno dalekie od banału. Lektura obowiązkowa.


Umberto Eco, Jak podróżować z łososiem, przeł. Krzysztof Żaboklicki, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2017. 

wtorek, 7 marca 2017

Samotność, wyobcowanie i codzienność (D. Lewicka-Klucznik, Limit na cuda)

Już w tytule tomu natkniemy się na intrygujące zasygnalizowanie klimatu towarzyszącego wierszom Dominiki Lewickiej-Klucznik. Skoro na cuda może być limit, znaczy to po prostu, iż radość, szczęście, dobro, bezpieczeństwo, zachwyty zwyczajne i nadzwyczajne mogą być i są reglamentowane. W którymś momencie dochodzi do odseparowania od jasnej i pozytywnej strony życia, wówczas widzi się więcej mroku. Który z tych światów jest prawdziwszy? Autorka zdaje się skłaniać do wersji odartej z pozorów, tej trudniejszej, z większymi wyzwaniami, ale jednak i bardziej autentycznej. Nic więc dziwnego, że kiedy ktoś odchodzi na zawsze, okazuje się, że trudno znaleźć osobę, która znałaby prawdziwe myśli i uczucia tego, kogo już nie ma („U Michała”). Ludzie bardziej cenią przeciętność od nadzwyczajności, kiedy więc „wchodzę na teren zaludniony / trzeba zwolnić / myślenie” („Locus secretus”, s. 9). Małe miasteczka zwykle nie mają litości dla swoich mieszkańców i pochłaniają ich konsekwentnie i z premedytacją („Pisuardesa”). Marzenia, wykształcenie, wartości i kultura nie chronią przed barbarzyństwem i niszczącym przypadkiem („Jak będziemy wszystko krytykować to zabraknie nam przypadków”). Bywa, że właśnie ci ignorowani, wyśmiewani, wykluczeni, widzą i wiedzą więcej, czują to, co dzieje się naprawdę, choć nikt tego jeszcze nie nazwał: „wariaci są inni / najbardziej przejmują się słowami / które nigdy nie padły” („***” [„wariaci są brzydcy”], s. 13). Zdarza się również, że życie jest tak bliskie śmierci, że o fakcie istnienia przypomina potencjalność umierania („Piątek trzynastego”). Ludzie mają trudności z porozumieniem się, komunikacyjny sojusz niszczą nie tylko czyny, raptem okazuje się, że wyjaśnianie słowami jeszcze bardziej wszystko gmatwa („Nieprzetłumaczalność”). Pamięć toczy ciągłą walkę z zapomnieniem, a utrwalanie czasami bywa zakłamywaniem, bo „najłatwiej zdradza się martwych” („Hiroszima moja miłość”). Nawet upragniony koniec staje się dobrem reglamentowanym i aby doświadczyć ostateczności, trzeba o nią zawalczyć („Przerwa na kawę”). Odizolowanie się od świata, także poprzez niekorzystanie z urządzeń umożliwiających komunikację i mediów społecznościowych, pozwala mieć złudzenie krzepiącej w tym wypadku samotności („Wróciłaś?”). Wszystko to, co powinno być jasne i czytelne, staje się coraz bardziej zagmatwane. Nie dlatego, że faktycznie się komplikuje, ale z tego powodu, jak sugeruje autorka, że to my nie chcemy zasad, którym się podporządkujemy, wolimy rozmywać znaczenia: „dopisujemy coraz więcej definicji / słów które z natury / powinny być jednoznaczne” („Człowiek”, s. 28). Poezja nie jest natchnieniem, raczej obsesją. Nie celebruje się jej odizolowaniem od rzeczywistości. Wiersze, te najważniejsze słowa, powstają „pomiędzy”, w chwilach wyrwanych codzienności, ukradzionych zwyczajności („***” [„zapisałam”]). Uczucia nie pozwalają na pełne zakorzenienie się w realności, jest się wtedy w stanie bliskim szaleństwa, niewiara w koniec miesza się z zachwytem nad tym wszystkim, co jeszcze trwa („Karusia”, „Haśka”, „***” [„obudziłam się”], „Rzeczy(w)istnieję”). Brak wsparcia ze strony historii, wiary, rzeczywistości, trzeba zaklinać za wszelką cenę, pojawia się więc deklaracja: „usilnie nie znudzę się światu” („U Carrolla”, s. 41). Nawet wielka namiętność, wielkie uczucie, wielkie emocje nie mogą stać się jedynym definiującym punktem odniesienia, nie wolno zaprzeć się samego siebie w imię miłości do drugiego człowieka, trzeba mieć coś jeszcze, co pozwoli na odwoływanie się także do innych historii: „rozpisuję zakończenia / by nie obrastać w legendę jak w tłuszcz” („***” [„nie była u ciebie dwa miesiące”], s. 47; „Podobno”, „Młoda wdowa”), bo „najgorzej jest być / nijakim” („Jeszcze bez”, s. 57). W „Limicie na cuda” dominują samotność, wyobcowanie i codzienność, która tak niechętnie oferuje fajerwerki. Wiersze poetki bywają odważne, ale i dyskretne jednocześnie. Przemyślane, świadomie grające z akcesoriami współczesności, ale i równie świadomie sięgające do klasyki literatury. Lewicka-Klucznik pozostaje uważną, wrażliwą i błyskotliwą obserwatorką człowieka wśród ludzi – samotnego w tłumie, opuszczonego w związku, pozostawionego w miłości, zdradzonego w przywiązaniu. Widzi, jak bolesne bywają chwile szczęścia i jak rzadko uświadamiamy sobie, że to, co dobre jest limitowane. Tymczasem limit na cuda można wyczerpać. Nie każdemu starczy on do końca życia...


Dominika Lewicka-Klucznik, Limit na cuda, Wyd. Grupa Literyczna Na Krechę, Fundacja Centrum Rozwoju Kultury i Edukacji, Poznań 2016. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Eksperyment (R. Flanagan, Pragnienie)

Choć w powieści Richarda Flanagana pojawiają się autentyczne postaci i przywołana zostaje historia pozornie należąca już do przeszłości, szybko okazuje się, że poruszane problemy nie są przebrzmiałe i mają jak najbardziej współczesny wymiar. Sir John Franklin i jego żona, lady Jane, przybywają na Ziemię van Diemena. Dziewiętnastowieczne rozumienie tego, kim jest człowiek, oparte jest na wykluczeniu, hierarchiczności, przekonaniu o naturalnej supremacji białego człowieka, wreszcie założeniu, że czarnoskórzy zdecydowanie nie dorównują białym. Określone zachowania klasyfikowane są jako cywilizowane lub barbarzyńskie. Do tych ostatnich należy wszystko to, co wiąże się z namiętnością, zmysłowością, witalnością, gotowością poddania się emocjom. Jak absurdalny jest ów podział, Flanagan pokazuje chociażby na przykładzie Charlesa Dickensa, który poddając się manipulacjom lady Jane, odkrywa, iż wszystko to, co tłumi, należy do owego, tak chętnie krytykowanego, barbarzyńskiego świata. To, co wykluczane i piętnowane, jest bliskie i dobrze znane. Flanagan pokazuje dramat ludzi poddających się konwenansom i krzywdzących innych w imię wierności formie. Nie mamy więc tutaj oczywistej opozycji, w której biali są źli, a czarnoskórzy są dobrzy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dwa sportretowane światy nie mogą się porozumieć, bo narosło wokół nich tyle uprzedzeń, że zlikwidowanie wzajemnej niechęci staje się właściwie niemożliwe. Szczególnie dramatyczne są losy Mathinny, aborygeńskiej dziewczynki, która staje się przedmiotem eksperymentu lady Jane. Kobieta chce – odwołajmy się do jej sposobu myślenia – ucywilizować dzikuskę. Niestety, ma trudności z zaakceptowaniem dziewczynki. Jej mąż, początkowo obojętny w stosunku do decyzji żony, zaczyna się przekonywać do dziecka. Sama Mathinna nie chce wyrzec się swojego dawnego świata, ale jednocześnie otwiera się na to, co nowe. Jest więc człowiekiem potencjalnie doskonałym – nieskażonym uprzedzeniami, dalekim od schematycznego klasyfikowania ludzi, otwartym na różnorodność i nieprzewidywalność. Dla takich ludzi nie ma jednak miejsca w żadnym z opisywanych światów – odpychają ją biali, oddając dziewczynę tam, skąd ją wzięli, nie rozumieją jej czarni, dla których zbyt mocno skażona jest cywilizacją. Nie pasuje do żadnej społeczności – będąc u białych pamięta codzienność czarnych, będąc wśród czarnych nie może zapomnieć o realiach towarzyszących życiu białych. Eksperyment – przewrotnie rzecz ujmując – nie udaje się więc tylko pozornie. Tak naprawdę bowiem udowadnia, że każdy człowiek jest człowiekiem, a barbarzyństwo nie jest przypisane do koloru skóry, jego dowodem są czyny. W tym wypadku to Mathinna jest bardziej cywilizowana – rozumie i czuje więcej od przedstawicieli elit, czyli Jane i Johna Franklinów.


Richard Flanagan, Pragnienie, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017. 

niedziela, 5 marca 2017

Życie i śmierć w cieniu mitu (F. Westerman, Martwa Dolina)

Reporterska opowieść Westermana to ciekawy przykład połączenia pracy dziennikarza, socjologa, etnografa i antropologa kulturowego jednocześnie. Tak naprawdę bowiem przedstawiona przez autora historia może być odczytywana przynajmniej w tych kilku kontekstach. Reporter wydaje się być świadomy tego faktu. W którymś momencie, proces ten zostaje uchwycony, Westerman odkrywa, że podejście racjonalistyczne musi ustąpić przekonaniu, że czasami lepiej uwierzyć w mit i przekaz ustny niż w konkurujące ze sobą ustalenia naukowców. Reporter wie, że udało mu się trafić na świetny temat. Jednocześnie jest bezradny, gdy dochodzi do zderzenia z tym, co trudne do wyjaśnienia w sposób logiczny i co opiera się w dużej mierze na przeczuciu i wierze w siły nadprzyrodzone. Tytuł książki „Martwa Dolina” odwołuje się nie tylko do miejsca w Kamerunie, w którym w ciągu jednej sierpniowej nocy w 1986 roku wymarli wszyscy ludzie i zwierzęta. Tajemnica śmierci okazuje się w tym wypadku tajemnicą życia. Westerman pokazuje, jak katastrofa staje się źródłem mitu. Dla mieszkańców wyjaśnienie owej masowej śmierci wiąże się z wierzeniami i przypowieściami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Jezioro jako punkt generujący zło urasta do rangi czegoś, co żyje i w każdej chwili może zaatakować. Dla naukowców znalezienie odpowiedzi na pytanie, co spowodowało śmierć ludzi i zwierząt, jest elementem walki o sukces i medialną sławę. Katastrofa zaczyna więc być traktowana instrumentalnie. Ci, którzy pamiętają, zapominają o ludziach. Skupiają się na nietypowości i nadzwyczajności wydarzeń. Niezależnie jednak od tego, jakie odpowiedzi uda się uzyskać, siła mitu okazuje się dużo większa od siły rozumu. W pewnym więc sensie śmierć zostaje symbolicznie pokonana za pomocą słowa, które wchodzi w sojusz z pamięcią. Ci, którzy umierają bezimiennie, Westerman to pokazuje, odradzają się w opowieści, która istnieć będzie dłużej niż potencjalnie mogłoby trwać życie ofiar.


Frank Westerman, Martwa Dolina, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

sobota, 4 marca 2017

Żyć i tworzyć ekstremalnie (Pawlenski, red. J. Kutyła, P. Walaszkowski)

Publikacja poświęcona działalności artystycznej Piotra Pawlenskiego intryguje już na poziomie okładki. Ascetyczny tytuł – nazwisko performera – zderzony zostaje z fotografią nagiego mężczyzny owiniętego drutem kolczastym. Czysto informacyjny charakter tytułu poszerzony więc jest o mocny i drażniący przekaz projektów artysty. Książka ta to ciekawy pretekst do dyskusji na temat sztuki społecznie zaangażowanej, sztuki politycznej i sztuki ekstremalnej. Wszystkie wspomniane konteksty są bardzo istotne dla działań performera. Warto docenić pomysł możliwie wszechstronnego, a przynajmniej zróżnicowanego, przedstawienia tematu. Pawlenski jest, oczywiście, głównym bohaterem książki, ale czytelnik dowie się z niej nie tylko o poglądach artysty na sztukę. Natknie się chociażby na rozmowy z jego partnerką, na analizy osób zajmujących się sztuką czy na fotograficzną dokumentację jego akcji. Twórczość artysty zostaje umieszczona w perspektywie historycznej, a zrekonstruowanie najnowszych tendencji sztuki ekstremalnej w Rosji może stać się pretekstem do wielu rozważań także dotyczących Polski. W trakcie lektury pojawiają się pytania dotyczące granic wolności, zależności między życiem prywatnym a funkcjonowaniem w przestrzeni publicznej, rozumienia sztuki jako pracy na zamówienie lub pracy dla idei/w imię idei, gotowości społeczeństwa do przeciwstawienia się systemowi, umiejętności zrozumienia przekazu kontestującego politykę, wreszcie (nie)możliwości używania własnego ciała jako formy przekazu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ważnym kontekstem jest także samotność artysty. Zdjęcie, na których widać Pawlenskiego w trakcie jego akcji, odsłaniają intensywność oddziaływania nagiego zwykle ciała mężczyzny i bezradność obserwatorów, którzy nie rozumieją, w co akurat zostali wciągnięci i czego stali się częścią. Pojawiają się więc jeszcze inne pytania – o rozbieżność dróg i celów, o zrozumienie, o umiejętność stanięcia po stronie artysty. Radykalność projektów Pawlenskiego zmusza odbiorców do reakcji. Odwrócenie głowy, udawanie, że się nie widzi, krytykowanie performera są również tymi reakcjami, które artystę interesują. Stanowią bowiem element dialogu i jednoczesny dowód na to, że nienaruszalnymi fasadami systemu można i trzeba potrząsać.

Pawlenski, red. Julian Kutyła, Patryk Walaszkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

piątek, 3 marca 2017

Współodczuwająca (A. Augustyniak, Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości)

Biografia Ireny Tuwim autorstwa Anny Augustyniak to ciekawe połączenie portretu jednostki, ale i ludzi funkcjonujących we wzajemnych, nierozerwalnych zależnościach. W efekcie bohaterkę książki poznajemy zawsze jako osobę będącą w relacji z kimś. Najważniejszym punktem odniesienia jest dla Ireny Tuwim jej brat, Julian. Stan wielkiego przywiązania i przyjaźni utrzymuje się przez całe życie. Augustyniak udaje się pokazać tę więź w jasnych barwach. Nie ma tutaj mowy o uzależnieniu, jest za to potrzeba przebywania razem, informowania o swoich myślach i przeżyciach, jest troska o drugiego człowieka. Rodzeństwo wspiera się w trudnych chwilach, choć silniejszą stroną w tej relacji wydaje się siostra. Irena Tuwim musi być także mocniejsza jako córka. To ona utrzymuje kontakty z matką przebywającą w szpitalu dla psychicznie chorych i to ona udziela informacji o stanie kobiety jej synowi, a swojemu bratu. Silna jest także Irena Tuwim w relacjach z mężczyznami. Choć potrzebuje wsparcia, choć szuka kogoś, kto odegna demony, choć nie chce samotności, tak naprawdę w ostatecznym rozrachunku jej pozornie słaba psychika okazuje się opoką. Tak będzie w jej pierwszym małżeństwie, tak będzie również w przypadku związku z drugim mężem. Niezależną, mocną kobietą, Augustyniak rekonstruuje to delikatnie, choć i dosadnie jednocześnie, jest także Irena Tuwim jako poetka i tłumaczka. Jej wiersze cieszą się dużą popularnością, a ona sama jawi się w nich jako osoba, która nie opatruje cenzurą własnych emocji i zmysłów. Autorka biografii nie ukrywa, że jej książka w pewnym sensie stanowi próbę przypomnienia postaci i jednoczesnego upomnienia się o obecność w przestrzeni publicznej. Łódź chwali się Tuwimem, jego siostrę pomija milczeniem. Książka ma charakter popularyzatorski, powinna więc znaleźć czytelników nie tylko wśród specjalistów. Dobrze gdyby tak się stało, gdyż publikacja zdecydowanie zasługuje na lekturę. Szkoda tylko, że autorka lub wydawca zrezygnowali z opatrzenia tekstu przypisami. Dość niezręcznie wyglądają fragmenty, w których pojawiają się cytaty bez podania źródła. Dziwnie też czyta się biografię bez dodatkowej narracji uzupełniającej w przypisach. Umieszczane tam konteksty zwykle bywają bardzo interesujące. Szkoda więc, że najwyraźniej przyjęto założenie, iż popularyzowanie treści oznacza pozbawienie tekstu przypisów.


Anna Augustyniak, Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości, Wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2017.

czwartek, 2 marca 2017

Poszukiwanie siebie (W. Hagedorn, J. Frąś, Totalnie nie nostalgia. Memuar)

Powieść graficzna Hagedorn (słowa) i Frąsia (rysunki) to niebanalna i zapadająca w pamięć historia o dzieciństwie i dojrzewaniu w okresie PRL-u. Interesująca jest nie tylko cała warstwa ideowa – położenie nacisku na dziewczęcość, kobiecość, siostrzeństwo, ale również przynależność gatunkowa tego komiksu. Słowo „memuar” stanowi wyraźne zaakcentowanie autobiograficznego charakteru opowieści. Można jednak w tym kontekście mówić nie tylko o wspomnieniach, ale i o kreowaniu modelowego doświadczenia dzieciństwa, pełnego przemocy i kontroli ze strony państwa, religii, instytucji oraz patriarchatu. Nie bez powodu w pewnym momencie pojawia się deklaracja: „Było to dzieciństwo katolickie, patriarchalne i pe-er-el-owskie, czyli depresyjno-opresyjno-represyjne. Całkiem banalne w tamtym czasie” (s. 17). Hagedorn kładzie nacisk na oczyszczający wymiar opowiedzenia siebie i przyjrzenia się własnej historii z pozycji obserwatora. Katharsis, jakie ma być efektem spisania biografii, sprowadza się do uświadomienia sobie momentów kluczowych dla własnego rozwoju oraz do umocnienia w sobie rozpoznań, które niegdyś były zaledwie przeczuciem. Doświadczeniem pozytywnym, dającym siłę i pozwalającym przetrwać trudne momenty, jest na pewno wspólnota pielęgnowana i celebrowana przez cztery siostry. Nie znaczy to, oczywiście, że dziewczynki nie odgrywają między sobą ról. Niezależnie jednak od tego, w kogo akurat się wcielają, tworzą wspólny front przeciwko ojcu. To on jest źródłem zła, zniewolenia, uprzedmiotowienia i przemocy. Córki traktuje jak rzeczy, z żoną rozgrywa konflikt nie tylko emocjonalny, ale i klasowy. Różnice związane z pochodzeniem powodują, że matka i ojciec nie potrafią żyć razem, lecz tylko obok siebie. Jednocześnie kobiecie zależy na ukrywaniu tego, że w jej rodzinie dzieje się źle. Symboliczna dla tych praktyk okazuje się scena zasłaniania okien po to, by inni nie widzieli tego, co ma miejsce w domu. Obcość wszystkich opisywanych osób wzmocniona zostaje przez miasto. Powojenny Szczecin nie tylko jest pełen niemieckich śladów. Rodzina Wandy zostaje dokwaterowana do Niemki. Pomiędzy nimi zaczyna toczyć się walka – o dostęp do toalety i do kuchni. Sprowadzona do wymiarów typowo codziennych wojna polsko-niemiecka. Dla bohaterki ważną relacją jest, takiego słowa można użyć, przyjaźń z babcią. Kobieta uczy ją tego, by być osobą niezależną. Wanda co jakiś czas przywołuje swoje sny, lektury, feministyczne tropy. Daje tym samym do zrozumienia, że istnieje w tekście jako autorka i bohaterka jednocześnie. Warto zwrócić uwagę na to, że samotność dziewczynki zamienia się w samotność kobiety. Ojciec jako potwór zostaje częściowo oswojony. Opisanie go prowadzi do wykluczenia. Jednocześnie nie ma tu komunikacyjnego zrozumienia. Oprawca nigdy nie spróbuje pojąć, że był źródłem cierpienia dla bliskich. Hagedorn bardzo świadomie rekonstruuje swoje dzieciństwo i okres dojrzewania. Czyni siebie przedmiotem analizy. Dzisiaj z perspektywy osoby dorosłej widzi więcej i lepiej. Jednocześnie pozostaje czuła i wyrozumiała dla siebie sprzed lat. Jej biografia, choć jest opisem indywidualnego losu, zyskuje wymiar uniwersalny. I właśnie w tym tkwi siła „Totalnie nie nostalgii”. Obok bardzo dobrego „pracowania” na własnym życiorysie niezwykle istotne są rysunki Jacka Frąsia. Autor znakomicie operuje proporcją dla wzmocnienia efektu opisywanych sytuacji, wykorzystywane przez niego kolory znaczą i „mówią”, a postaci są świadomie naznaczone konkretem, ale i pewnego rodzaju typowością. Warto!


Wanda Hagedorn, Jacek Frąś, Totalnie nie nostalgia. Memuar, Wydawnictwo Komiksowe, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

środa, 1 marca 2017

Uchwycić sens porcelany (E. de Waal, Biały szlak. Podróż przez świat porcelany)

Edmund de Waal jako twórca porcelany zafascynowany jest sztuką, którą uprawia, ale i zaintrygowany początkami tego, co określa się mianem białego złota. Zadaje więc pytania o doskonałość, (nie)uchwytność sensu, piękno, czystość bieli, formę, która poddaje się człowiekowi, ale i ucieka przed siłą jego woli. Filozoficzny kontekst podróżowania śladami porcelany miejscami robi się jednak pretensjonalny. Zwłaszcza wtedy, gdy de Waal siebie wysuwa na pierwszy plan i narrację o porcelanie buduje w sposób egocentryczny. Momentami trudno oprzeć się wrażeniu, że słabsze momenty opowieści, w których autorowi brakuje odniesień natury intelektualnej, „łatane” są osobistymi wstawkami, niewiele wnoszącymi do całej historii. Historii tak naprawdę ciekawej, dodajmy. De Waal rusza do miejsc kultowych dla porcelany – do Chin, Niemiec i Anglii. Mierzy się z tradycją, barwą, cienkością porcelany, trwałością i powtórzeniem wpisanym w tworzenie doskonałości. Widzi różnice, ale i skupia się na podobieństwach. Dotyka, porównuje, chce na chwilę być blisko po to tylko, by zrozumieć sekret, wymykający się oczywistemu pojmowaniu. Szkoda, że trochę powierzchownie zostały potraktowane współczesne konteksty produkowania porcelany i podejścia do niej. Skupienie się na nich w większym stopniu zdecydowanie wzbogaciłoby opowieść. Mam na myśli fragmenty dotyczące produkowania porcelany przez więźniów obozu koncentracyjnego w Dachau oraz miejsce porcelany w polityce chińskiej w okresie tzw. rewolucji kulturalnej. Lekturze „Białego szlaku” towarzyszy niedosyt – jest w tej książce potencjał, ale nie do końca wykorzystany.


Edmund de Waal, Biały szlak. Podróż przez świat porcelany, przeł. Marianna Cielecka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2017.