Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

wtorek, 29 marca 2016

Car i Stalin ciągle żywi? (W. Radziwinowicz, Crème de la Kreml)

Najnowsza książka Wacława Radziwinowicza to uzupełnienie, ale i kontynuacja znakomitego „Gogola w czasach Google’a”. Autor ponownie oferuje czytelnikom wybór swoich felietonów, w których przygląda się współczesnej Rosji. Obie książki można potraktować jako pewną całość, utrzymane są bowiem w podobnej stylistyce, a choć reagują na to, co „tu i teraz”, pozostają aktualne mimo upływu czasu. Radziwinowicz proponuje czytelnikowi teksty doskonałe literacko, erudycyjne, lekkie wtedy, gdy potrzebna jest pewna anegdotyczność, poważniejsze, gdy wymaga tego opisywany temat. Autor łączy felietonowy styl i puentę z esejem, reportażem, a czasami i portretem biograficznym. Czytelnik czuje się wtajemniczony w sekrety Rosji, jest edukowany jakby mimochodem, zostaje wciągnięty w opowieść o świecie pełnym paradoksów i absurdów. To, co może być śmieszne, staje się szybko straszne, to natomiast, co przeraża, musi być pokonane za pomocą żartu. Klamrą spinającą teksty zamieszczone w tomie jest opowieść autora o wydaleniu go z Rosji. Już w tych dwóch tekstach, otwierającym i zamykającym publikację, widać talent Radziwinowicza. Mamy tu i autoironię, i dynamikę opowieści, i umiejętność zbudowania z jednej sceny metafory całego systemu, i pewną nostalgię za światem, który choć pełen wad, uznawany był za własny. W sposobie opowiadania autora warto docenić umiejętność łączenia tego, co współczesne, z wydarzeniami historycznymi. Dzięki takiej przyjętej perspektywie widzimy ciągłość pewnych postaw, systemowe utrwalanie oczekiwanej mentalności, wreszcie skuteczne próby kształtowania określonego typu człowieka. Widać to chociażby wtedy, gdy Radziwinowicz pisze o kulcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, o alkoholizmie, o mitologizowaniu przeszłości, ale i o dyscyplinowaniu niepokornych za pomocą wieloletniej kary łagru. To, że wolność słowa w Rosji jest ciągle ideą-marzeniem, nie zaś codziennością, stanowi również temat wielu tekstów autora. Natkniemy się więc w książce na prawdziwy rejestr zakazów, które tworzą system kontrolowania społeczeństwa, odmawiając mu prawa wyboru we wszelkich dziedzinach życia. Dowiadujemy się na przykład o przetargu ogłoszonym przez Ministerstwo Kultury na sporządzenie katalogu „muzyki patriotycznej”. Czytamy o wycofaniu z bibliotek baśni o Calineczce i książek Astrid Lindgren. Odkrywamy, że kult Lenina i Stalina jest ciągle żywy. Ze wzruszeniem przyjmujemy informację o notesie autora, w którym coraz więcej jest osób wyeliminowanych przez władze. Tekst „Cena prawdy, czyli ludzie z mojego notesu” to piękne epitafium, dzięki któremu przypominamy sobie, jak trudna i pełna poświęceń bywa dziennikarska walka o słabszych i skazanych na zapomnienie. W książce powraca zresztą temat mediów. Radziwinowicz akcentuje ich ważną rolę, zauważa zmiany zachodzące w ostatnich latach (doniesienia dotyczące wojen czeczeńskich były bardziej uczciwe, gdy funkcjonowało wówczas więcej wolnych mediów), przywołuje wypowiedzi blogerów. Autora interesuje całokształt życia w Rosji – natkniemy się więc na teksty opisujące próby podporządkowania sztuki polityce, portretujące powszechną czułość do kotów i brutalną akcję trucia psów, dokumentujące zwyczaje codzienne (np. brutalizację społeczeństwa lub ekstremalne rozrywki młodych ludzi), piętnujące korupcję w policji, ujawniające praktyki moskiewskich „czyścicieli kamienic” (mordowanie samotnych właścicieli mieszkań, by po ich śmierci móc wystawić mieszkanie na sprzedaż). Radziwinowicz bywa również zabawny i ironiczny – czasami dla lepszego zobrazowania opisywanej sytuacji przytoczy jakiś dowcip, czasami pokaże, że rosyjskie społeczeństwo ma poczucie humoru (np. stworzona w reakcji na niszczenie żywności przywiezionej wbrew obowiązującemu embargu „Pieśń Parmezanu”). Za przesłanie tej przebogatej, zróżnicowanej tematycznie książki można uznać słowa, które autor cytuje za skazanym na 20 lat łagru reżyserem filmowym, Ołehem Siencowem: „[…] nauczcie się nie bać!” (s. 403). Tak naprawdę bowiem opowieść o Rosji okazuje się rejestrem lęków i niepokojów kontrolowanych przez władze i systemowo prowokowanych. Niepokorni, o których Radziwinowicz też pisze, są nadzieją – nawet wówczas, gdy za wyznawane wartości oddają życie.


Wacław Radziwinowicz, Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

poniedziałek, 28 marca 2016

Brak powodów do dumy (Z. Papużanka, On)

„On” to zdecydowanie powieść interesująca, zasługująca na uwagę. Autorka proponuje utwór przemyślany, ciekawy stylistycznie, niebanalny ideowo. Główny bohater powieści, którego poznajemy od urodzin do dorosłości, to chłopiec, a następnie mężczyzna do bólu przeciętny. Do bólu? Do irytacji raczej. Nazywany lekceważąco Śpikiem jest etatowym uczniem, któremu wpisuje się uwagi w dzienniczku i który daje się wrabiać w różne sytuacje rówieśnikom udającym tylko dobrych kolegów. Jest zawsze trochę brudny, trochę w nieładzie, trochę nieprzystosowany. Przydarzają mu się wszystkie możliwe zbiegi okoliczności, w efekcie których jego nieporadność i ciamajdowatość jeszcze bardziej wychodzi na jaw. Matka, która jak każda rodzicielka, marzy o tym, by móc chwalić się dzieckiem, musi przyzwyczaić się do tego, że towarzyszyć jej będzie raczej wstyd i zażenowanie, a nie duma. Powieść Papużanki przypomina „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Lionel Shriver opisuje dziecko, które nie da się kochać pomimo wielu starań. Chłopiec jest tak zły, że w którymś momencie rodzice są całkowicie bezradni. O ile jednak tytułowy Kevin aktywnie pracuje nad tym, by akurat tak na niego reagowano, o tyle Śpik jest kimś niewinnym. Można by powiedzieć, że bohater powieści Papużanki to dziecko, które nie jest świadome tego, że robi coś złego, że poddaje się presji grupy, że jego zachowanie rodzi mnóstwo problemów. Kevin to chłopiec, który jest zły, dlatego trudno go kochać. Śpik to bohater naiwny – to jedyna jego wina. Chłopiec nie będzie się więc rozwijał, bo w swojej naiwności nie rozumie idei rozwoju. Nie będzie próbował stać się inny, bo jego naiwność nie pozwala mu zrozumieć konieczności zmiany. Nie będzie wreszcie czuł nienawiści lub niechęci do tych, którzy wykorzystują jego prostolinijność, bo jako człowiek naiwny nie widzi dwuznaczności wielu relacji. Opowieść Papużanki zapada w pamięć nie tylko z powodu bohatera, który w swojej nijakości jest postacią prowokującą i drażniącą – to dziecko bez właściwości, które swoją nijakością potrafi wywołać więcej zamieszania niż osoba czymś się wyróżniająca. Ciekawa jest również relacja między Śpikiem a jego matką będąca połączeniem miłości i niechęci, przywiązania i odpychania, świadomości i braku zrozumienia, bezinteresownej czułości i oczekiwania na wzajemność. Papużanka nie tylko intrygująco oddaje tę skomplikowaną w swojej przeciętności relację, ale i wiarygodnie portretuje Polskę okresu przełomu. Udaje się jej pokazać osiedlową rzeczywistość jako miejsce bezpieczne w swojej przewidywalności i jednocześnie niepokojące za sprawą ciągle toczonych gier między nawołującymi się pod oknami dziećmi.


Zośka Papużanka, On, Wyd. Znak, Kraków 2016.

niedziela, 27 marca 2016

Nieuchronność losu (P. Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy)

Powieść Patrycji Pelicy wpisuje się w coraz bardziej wyraźną tendencję widoczną w tzw. literaturze kobiecej polegającą z jednej strony na graniu rozwiązaniami bliskimi literaturze środka, z drugiej na budowaniu opowieści na tle szeroko zakrojonego tła społeczno-historycznego. Takimi cechami charakteryzują się np. „Skazy” Izabeli Żukowskiej, trylogia „Stulecie Winnych” Ałbeny Grabowskiej czy „Rozdroża” i „W obcym domu” Sabiny Waszut. Z wielką radością odnotowuję ten fakt, gdyż polskiej literaturze popularnej zdecydowanie brakowało pewnego rozmachu wynikającego z przyjęcia konwencji sagi rodzinnej. Na szczęście, to się zmienia. Patrycja Pelica decyduje się na ciekawy i nieco ryzykowny zabieg fabularny. Wydarzenia, które opisuje, nie są prezentowane czytelnikowi w trybie kategorycznym. Sięganie do przeszłości i rekonstruowanie tego, co przed laty się wydarzyło, odbywa się w trybie przypuszczającym. Nie wiadomo tak naprawdę do końca, co czuli bohaterowie, co myśleli, dlaczego zdecydowali się na taki, a nie inny czyn. Fakt, iż autorka operuje zaledwie szkicami scen, obrazami odtwarzającymi klimat z przeszłości, okazuje się dużym atutem. Dzięki temu pozostawia pewne pole manewru czytelnikowi, który uruchomiwszy wyobraźnię, część spraw musi sobie dopowiedzieć. Jednocześnie taki zabieg pozwala sugestywniej oddać klimat opisywanej luterańskiej plebanii. Autorka opowiada swoją historię w nieco patetycznym stylu. Fakt ten początkowo drażni, potem trochę się do niego przyzwyczajamy – tak jakby pewna teatralność, wzniosłość, umowność wydarzeń miała nas zbliżyć do przypowieści, której przesłaniem jest przekonanie, że to, co ma nadejść, wcześniej czy później się wydarzy, nie ma przed tym ucieczki. Można by powiedzieć, że Pelica, decydując się na taki akurat styl, nazbyt mocno zapatrzyła się w „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë. Tego typu naśladownictwo bywa ryzykowne, ale ponieważ opowieść zaproponowana przez autorkę jest interesująca, trudno byłoby obronić tezę, że maniera ta dyskwalifikuje książkę. Pelica, portretując losy rodziny Ritterów, każe swoim bohaterom mierzyć się z problemem obcości i trudnościami ze zdefiniowaniem własnej tożsamości. Kwestia określenia tego, czy jest się Niemcem, czy Polakiem, i odkrycie, że sąsiedzi mogą nagle stać się wrogami, staje się doświadczeniem reprezentantów kolejnych pokoleń wychowujących się na plebanii. Interesującą postacią jest Martin, założyciel rodu, pastor, człowiek próbujący dbać o rodzinę za wszelką cenę i traktujący mieszkańców mazurskiej wsi jako przedstawicieli jednej wspólnoty. Mężczyzna jest opoką dla wszystkich tych, których ranią ludzie i historia. Warto również zwrócić uwagę na postaci kobiet, które skonstruowane zostają tak, że ma się wrażenie, iż kolejna bohaterka dziedziczy coś z tej, która była przed nią. Książka Pelicy zasługuje na uwagę przede wszystkim z tego powodu, iż skupiając się na codzienności, pokazuje, że bycie w miejscu odizolowanym od wydarzeń wielkiego świata nie chroni przed złem wpisanym w Historię. To, co burzy spokój w wymiarze publicznym, zniszczy też spokój w przestrzeni prywatnej – zależności tej nie da się uniknąć.


Patrycja Pelica, Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

sobota, 26 marca 2016

Rewolucja i jej ofiary (C. Fuentes, Nietzsche na balkonie)

W powieści „Nietzsche na balkonie” uważny czytelnik znajdzie wiele elementów, które często powracają w twórczości Fuentesa, są jego, tak można chyba powiedzieć, obsesją, eksplorowane są na różne sposoby celem zbliżenia się do sensów, które bywają trudne do zdefiniowania. Do nich na pewno należy problem rewolucji i kosztów ponoszonych przez tych, którzy ją inicjują, a następnie próbują ujarzmić, wprowadzając nową władzę. Motywem powtarzającym się jest także konflikt rozgrywany jednocześnie na poziomie ideowym i uczuciowym. Wybór między prywatnym a politycznym przy jednoczesnym nagłym odkryciu, że sfery te często się zazębiają, bywa doświadczeniem traumatycznym, ale i oczyszczającym dla bohaterów. W przypadku „Nietzschego na balkonie” pytania o granice władzy, siłę tłumu, gotowość do poświęceń, uprzywilejowaną pozycję demokracji i przetrwanie w historii zostają wplecione nie tylko w wydarzenia, które poznajemy w sposób fragmentaryczny, ale i w filozoficzną dysputę toczoną w tle i pomyślaną jako momenty zdeterminowane pytaniami i refleksją w miejsce dziejących się wydarzeń. Fuentes chętnie rozgrywa swoją opowieść za pomocą spektakularnych gestów, melodramatyzmu, przerysowanej nico wzniosłości. To wszystko jednak wydaje się zabiegiem przemyślanym, a owa patetyczność staje się świadomym gestem twórczym, mającym na celu teatralizację tego, o czym opowiada pisarz. Rewolucja staje się rodzajem spektaklu, rozgrywanego za każdym razem na nowo, choć w powtarzalny i przewidywalny sposób. Prawda ta wybrzmiewa w powieści nadzwyczaj mocno. Poniesione ofiary, choć są dramatyczne, mają więc w sobie pewną typowość. Role, choć pozornie rozdzielane w dynamiczny sposób, tak naprawdę są od początku znane. Fuentes zdaje się bowiem sugerować, że to nie człowiek panuje nad rewolucją, ale rewolucja bawi się człowiekiem.


Carlos Fuentes, Nietzsche na balkonie, przeł. Barbara Jaroszuk, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2016.

środa, 23 marca 2016

W cieniu przeszłości (C. Sánchez-Andrade, Zimowe Panny)

Powieść Sánchez-Andrade porównywana jest przez Carlosa Marrodána Casasa do twórczości Marqueza. Nie ma ona, co prawda, takiego rozmachu fabularnego jak chociażby „Sto lat samotności”, jednak wpisuje się w tendencje typowe dla realizmu magicznego. Wioska, w której dzieje się akcja powieści, jest typowa, ale i niepowtarzalna w swojej niesamowitości. Dwie kobiety, które pewnego dnia przybywają, by zamieszkać w dawnym domu nieżyjącego dziadka, budzą w mieszkańcach dziwne emocje, niezdrowe namiętności, demony przeszłości. Siostry początkowo czują się trochę zagubione i nie rozumieją tego wszystkiego, co się wokół nich dzieje. Szybko jednak odkrywamy, że i one mają swoją tajemnicę, a pamięć w ich przypadku więcej robi złego niż dobrego. Wiedza o pewnych rzeczach, które brutalnie się skończyły, bywa destrukcyjna dla teraźniejszości. Wioska, która przez długi czas żyła swoim rytmem, raptem zostaje zdominowana tym, że kobiety, które niegdyś odwiedzały to miejsce jako dzieci, są tutaj ponownie. Dla niektórych do wyrzut sumienia, dla innych prowokacja, dla jeszcze innych drażniący szczegół. Są i tacy, którzy będą przekonani, że siostry wiedzą dużo więcej, niż to okazują. Tymczasem kobiety mierzyć się będą z tym, czego nie chcą pamiętać, nie przestaną renegocjować własnych relacji, które choć oparte na miłości i trosce dużo mieć będą i z zależności, i z próby sił. Wyzwaniem dla bohaterek będzie konieczność zmierzenia się z własnymi marzeniami – dla jednej z sióstr to niespełnione pragnienie bycia aktorką, dla drugiej szczęście w miłości. Kobiety zderzą się również z próbą najpoważniejszą, a mianowicie z chorobą i odchodzeniem oraz wynikającym z tego osłabieniem lojalności, gotowości do przechowywania sekretów i świadomości własnych czynów. Gdzieś w tle będą nie tylko na poły fantastyczne zachowania, jak na przykład akty zobowiązujące do oddania mózgów po śmierci, które mieszkańcy spisali z dziadkiem bohaterek, lub specyficzne praktyki dentysty, który zęby do wstawiania zdobywa od zmarłych, ale też cień niedalekiej przeszłości związany z bratobójczymi walkami podczas wojny domowej w Hiszpanii. Proza Sánchez-Andrade zapada w pamięć, niepokoi, sugestywnie łączy to, co racjonalne, z tym, co wymyka się rozumowemu pojmowaniu.


Cristina Sánchez-Andrade, Zimowe Panny, przeł. Katarzyna Okrasko, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

poniedziałek, 21 marca 2016

Miejsca (F. Springer, Księga zachwytów)

Najnowsza książka Filipa Springera to przewodnik po miejscach w Polsce, które architektonicznie można uznać za ciekawe, oraz leksykon wiedzy o współczesnych realizacjach i zamierzeniach architektonicznych w jednym. Reporter proponuje czytelnikowi spis budynków, zwykle mieszkalnych lub użyteczności publicznej, w których widać pewien rozmach, koncept, ideę, a wszystko to koresponduje z otoczeniem, przeznaczeniem i swoimi czasami. Wbrew pozorom, choć w tytule mamy położony nacisk na zachwyt, Springer wspomina też o takich miejscach, które miały potencjał, ale nie został on wykorzystany – przykładem może być niefunkcjonalny nowy dworzec w Poznaniu. Każda z krótkich charakterystyk opatrzona jest zdjęciem, często również na końcu tekstu znajduje się kilka zdań dających pewien kontekst dla opowieści lub odsyłających do lektur poszerzających wiedzę na temat zagospodarowania przestrzeni i architektury. Miejsca warte odwiedzenia i zobaczenia pogrupowane są regionami, tak więc ci, którzy zechcą odznaczyć w trakcie swoich podróży budynki polecane przez Springera, docenią zapewne owo uporządkowanie. Książka ta, choć edytorsko zbliżona do albumu (wspomniane fotografie, twarda okładka), ma jednocześnie wyraźny wymiar użytkowy (podział na regiony czy tasiemka-zakładka ułatwiająca korzystanie z publikacji). Z powodzeniem można więc „Księgę zachwytów” czytać fragmentami, na wyrywki, ze szczególnym zwróceniem uwagi na tę część Polski, która nas szczególnie zainteresuje. Warto zwrócić uwagę, że są w publikacji miejsca, w których docenionych projektów jest więcej, np. Wrocław czy Łódź. Jeśli natomiast przyjrzymy się Warmii, Mazurom i Podlasiu takich wyróżnionych punktów jest zdecydowanie mniej. Springer nie tylko krótko opowiada historię każdego z obiektów, ale też stawia tezy, diagnozuje, wyraża własne zdanie. Wszystko to, oczywiście, w nieco felietonowym stylu, na pewno jednak dzięki takiej stylistyce charakterystyki poszczególnych miejsc okazują się bardziej interesujące od haseł typowo encyklopedycznych, które równie dobrze mogłyby towarzyszyć fotografiom. Warte uwagi.


Filip Springer, Księga zachwytów, Wyd. Agora, Warszawa 2016.

niedziela, 20 marca 2016

Państwo „naj”… (E. Pisani, Indonezja itd.)

Reporterska opowieść Pisani o Indonezji zasługuje na uwagę z co najmniej kilku powodów. Ten pierwszy, jeden z ważniejszych, to fakt, iż mamy do czynienia z autorką, która umie portretować świat w interesujący sposób, nie boi się rozmawiać z wieloma ludźmi, „wchodzi” w ich świat brawurowo, ale i z delikatnością, umie przyznać się do tego, że dopiero z perspektywy czasu pewne rzeczy widzi lepiej lub dokładniej. Powyższa umiejętność wiąże się z perspektywą, jaką przyjmuje reporterka. To kolejny atut omawianej książki, o którym warto wspomnieć. Autorka nie usuwa się w cień, nie oddaje głosu tylko swoim bohaterom, jest cały czas obecna w tekście. W wielu przypadkach byłoby to wadą reportażu, na szczęście tak nie jest w „Indonezji itd.”. Pisani pragnie pokazać bogactwo opisywanego kraju, podróżując po kolejnych wyspach i portretując specyfikę kulturową miejsc, ich zróżnicowanie, atrakcyjność, zwyczaje i otwartość mieszkańców. Decyduje się więc na zawieranie przypadkowych znajomości, przyjmowanie zaproszeń do domu dopiero poznanych ludzi, wchodzenie w świat prywatny rodzin kultywujących swoje tradycje, wreszcie na ponowne odwiedzanie – z zaskoczenia! – tych, którzy przed laty ją gościli. Autorka zmienia się jak kameleon, dostosowuje się do sytuacji, szanuje panujące obyczaje i pieczołowicie odnotowuje wszystko, co świadczy o specyfice danego miejsca. Dzięki temu – i to kolejna zaleta książki – czytelnik dowiaduje się wiele nie tylko kulturze tego niezwykle zróżnicowanego kraju, ale i, a może przede wszystkim, o codzienności i zwyczajnym życiu tych, którzy tam mieszkają. Na chwilę reporterka staje się częścią rodziny, u której mieszka. Czasami zdarza się jej wpłynąć na los goszczących ją ludzi (np. relacja z niepełnosprawną córką gospodyni), innym razem uczestniczy w pogrzebie lub weselu, jeszcze w innym godzi się na podporządkowanie kobiecie, która sprawuje w familii matriarchalne rządy. Pisani pokazuje czytelnikowi, że nietypowość i wyróżnianie się Indonezji na tle innych krajów wiąże się nie tylko z wiedzą klasyfikowaną jako geograficzna (zróżnicowanie kulturowe, religijne i polityczne wysp), demograficzna (np. czwarte miejsce w grupie najbardziej zaludnionych krajów świata) czy socjologiczna („W Indonezji około sześćdziesięciu czterech milionów osób korzysta z Facebooka – to więcej niż populacja Wysp Brytyjskich”, s. 11), ale przede wszystkim z zadziwiającą i naprawdę zaskakującą gościnnością i otwartością na odmienność dostrzegalną wśród jej mieszkańców.


Elizabeth Pisani, Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu, przeł. Adam Pluszka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

sobota, 19 marca 2016

Eksponaty i preparaty medyczne (S. Sem-Sandberg, Wybrańcy)

Steve Sem-Sandberg po raz kolejny mierzy się z tematem historycznie ważnym, prowokującym do rozważań natury moralnej i odsłaniającym etyczne uwikłanie tych, którzy powinni stać na straży dobra, bezpieczeństwa i spokoju, a stają po stronie zła i zbrodni. W biograficznej powieści pt. „Teresa”, poświęconej Ulrike Meinhof, rekonstruował rzeczywistość Niemiec z okresu aktywności Frakcji Czerwonej Armii, stawiając w tle istotne pytania o granice zaangażowania społecznego i granice obojętności wobec win z przeszłości. W „Biednych ludziach z miasta Łodzi” interesowała go historia łódzkiego getta i postać Chaima Mordechaja Rumkowskiego, zwanego królem tego miejsca. Z kolei w „Wybrańcach” ciekawi go jeszcze inna perspektywa słabości i siły, a mianowicie relacja między katem a ofiarą, gdzie role te zostają rozpisane między lekarzem a pacjentem. Tematem powieści jest bowiem realizowanie tzw. akcji T4 w jednym z wiedeńskich szpitali psychiatrycznych. W Steinhof utworzono oddział opiekuńczo-wychowawczy Spiegelgrund, do którego przyjmowano dzieci. Sem-Sendberg znakomicie łączy trzymającą w napięciu, poruszającą i przerażającą opowieść z faktami historycznymi. Zarówno Adrian Ziegler, chłopiec, któremu udało się przetrwać w miejscu, gdzie na takich jak on czekała śmierć, jak i lekarze oraz pielęgniarki to bohaterowie wzorowani na autentycznych postaciach przetrzymywanych lub pracujących w szpitalu. Pisarz przywołuje postaci historyczne z nazwiska, odsłaniając paradoks losów lekarzy, którzy wówczas zdecydowali się na znaczne przesunięcie etycznych ograniczeń. Zabijanie dla Hitlera tych, którym potrzebna była pomoc, okazało się wyjątkowo łatwe. Sem-Sendberg z precyzją rekonstruuje uprzedmiotowienie młodych pacjentów, traktowanie ich jako eksponatów, a po śmierci odnoszenie się do ciał dzieci z równie wielką pogardą poprzez wykorzystywanie ich jako preparatów medycznych. Pisarz sugestywnie oddaje lęk, intuicyjne przerażenie i zobojętnienie ofiar przy jednoczesnym braku emocji, racjonalizmie i nietraktowaniu podopiecznych jak ludzi przez katów. Zderzenie tych dwóch światów – bezbronności i nieograniczonej władzy nad czyimś życiem – odsłania okrucieństwo systemu i perfidii społecznego zaufania posiadanego przez ów system. Rodzice oddający dzieci do instytucji liczyli na poprawę ich stanu zdrowia, zdarzało się, że cieszyli się też z tego, że pozbywają się problemu, na pewno jednak nie wiedzieli, że skazują swoje potomstwo na śmierć. Odizolowanie pacjentów od matek i ojców poprzez zakaz odwiedzania i urzędnicze informowanie o śmierci na „zapalenie płuc” to również dowód na przekonanie lekarzy nie tylko o słuszności ich poczynań, ale i dowód pogardy dla tych, którzy urodzili wybrakowanych obywateli. Powieść Sem-Sandberga to ważny, mocno wybrzmiewający głos w sprawie dyscyplinowania Innych poprzez zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym. Ci, którzy stają się ofiarami lekarzy jako osoby, które zgodnie z rozporządzeniem urzędowym nie nadają się do życia, to nie tylko dzieci cierpiące na różnego rodzaju umysłowe dolegliwości, nie tylko niepełnosprawni fizycznie lub chorzy np. na padaczkę, ale i ci, którzy w jakiś sposób źle dostosowywali się do społeczeństwa. Sem-Sandberg pokazuje, jak bezlitosne bywają tryby instytucji przekonanej o swojej misji i gotowej dokonywać selekcji określającej, kto tak naprawdę nadaje się do życia, a kogo należy jak najszybciej wyeliminować. Bardzo dobre.


Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, przeł. Paulina Rosińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

poniedziałek, 14 marca 2016

Mroczny urok prowincji (M. Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne)

Marcin Kołodziejczyk zdążył przyzwyczaić swoich czytelników do tego, że lektura jego reportaży to jednocześnie prawdziwa literacka uczta. Ci, którzy cenią dobre portrety ludzi przegranych, którym się nie udało lub którzy nie chcą, by im cokolwiek się udało, z pewnością docenią wrażliwość, celność spostrzeżeń, brak zbędnych wzruszeń i autentyczność tego, co opisuje dziennikarz. Ci z kolei, dla których mniej ważny jest temat, a szczególnie cenią formę, będą zachwyceni prawdziwym literackim talentem Kołodziejczyka. Już przy „B. Opowieści z planety prowincja” dało się zauważyć następującą zależność – reportaże autora to jednocześnie świetne opowiadania. Tak było również w „Dysforii. Przypadkach mieszczan polskich”, tak jest i teraz w „Bardzo martwym sezonie”. Kołodziejczyka nie tylko interesuje pokazanie życia zwykłych, przeciętnych ludzi, ich siermiężnego wielokrotnie otoczenia i nieudanych, bo destrukcyjnych wyborów. Widać bardzo wyraźnie, że autor dba o kompozycję tekstu, umiejętnie grupuje poszczególne sceny, dawkuje napięcie, dba o styl wypowiedzi, gra odpowiednimi dla budowania nastroju akcesoriami. Dzięki temu jego teksty reporterskie zamieniają się w miniobrazki życia przegranego, niechcianego, rozczarowującego. Kołodziejczyk nie ocenia swoich bohaterów, choć jednocześnie nie próbuje również być w stosunku do nich nazbyt pobłażliwy. Kiedy więc przykładowo portretowany jest marazm postaci, możemy bez trudu się domyślić, że przekaz tego społecznego obrazka nie jest pozytywny. Stanowi raczej przestrogę i obnażenie beznadziei królującej na własne życzenie zainteresowanych. Prowincja opisywana tak konsekwentnie i brawurowo przez Kołodziejczyka bywa zabawna, jednak dużo częściej jest smutna. Smutna i trochę mroczna, bo przekonanie o przeznaczeniu, którego nie da się odmienić, budowane jest często na własnej niechęci do zmian. Nowe i lepsze nie ma więc szans na zaistnienie, bo stare blokuje dostęp do ludzi i ich świadomości. Mieszkańcy prowincji wolą nie ryzykować. Najbardziej bezpieczny i swojski jest bowiem „bardzo martwy sezon”, gdy wszystko okazuje się dobrze znane, brakuje zaskoczeń i są realne podstawy do narzekania.


Marcin Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

niedziela, 13 marca 2016

Dojrzewanie do straty (P. Godwin, Mukiwa. Biały chłopak w Afryce)

Autobiograficzna opowieść Godwina okazuje się nie tylko zapisem jego dzieciństwa i młodości w okresie wyjątkowo trudnym i historycznie ciekawym, a mianowicie wtedy, gdy Rodezja przestawała być krajem rządzonym przez białych i zamieniła się w Zimbabwe. Równie interesujące jest pokazanie końca pewnej epoki poprzez znakomicie rozrysowane sytuacje, w których autor uczestniczy, i portrety ludzi, których spotyka na swojej drodze. Można by więc w tym kontekście powiedzieć, że Godwin wspominając siebie sprzed lat, z jednej strony wraca do czasów, których nie da się przeżyć ponownie, z drugiej mierzy się ze świadomością, że nie wrócą już nigdy ludzie, miejsca, młodość i kraj, który uznawał za swój. Symbolicznym momentem staje się deklaracja rozczarowanego rozwojem wydarzeń autora, który obiecuje sobie, że do Rodezji już nie wróci. Faktycznie tak się dzieje, bo później może przyjechać tylko do Zimbabwe. Nowy kraj, tak to ujmijmy, rozczarowuje jeszcze bardziej niż ten stary, za który walczył i w kontekście którego marzył, że jednak cofnie się przed wielką katastrofą. Zimbabwe odsłania swoją mroczną twarz bezprawia, tortur, morderstw i zapędów dyktatorskich. Godwinowi udaje się świetnie pokazać symptomy zbliżających się nieuchronnie zmian, które jednak na początku nie były traktowane jako istotne. Białym wydawało się, że ich utrwalony przez lata, stabilny, bezpieczny farmerski świat będzie istniał bez żadnych problemów. Kiedy czarnoskórzy rozpoczynają brutalną i nieprzewidywalną walkę, w kraju zaczyna rozprzestrzeniać się chaos. To, co przez lata było pielęgnowane, zostaje stracone i roztrwonione. Rewolucja, która ma inwestować w przyszłość, bezlitośnie rozprawia się z przeszłością. Dorastanie autora to jednoczesne dojrzewanie do świadomości, że świat, jaki pamięta z dzieciństwa, nie ma racji bytu, a nienawiść między białymi właścicielami ziemskimi i czarnoskórymi partyzantami będzie tylko narastać. Tę emocjonalną zmianę perspektywy Godwin odczuje na własnej skórze i przeżyje ją mocno. Nie będzie umiał zrozumieć logiki nienawiści każącej mu wyrzec się miejsca, które uznawał za swój dom. Książkę tę można więc z powodzeniem czytać jako dramatyczną w swojej wymowie opowieść o rozprzestrzenianiu się zła i zarażaniu nim także tych, którzy są jego przeciwnikami. Widać to wyraźnie na przykładzie żołnierskiego epizodu Godwina.


Peter Godwin, Mukiwa. Biały chłopak w Afryce, przeł. Agnieszka Nowakowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

czwartek, 10 marca 2016

Przetrwanie (H. Tobar, Ciemność)

Reportaż Tobara można porównywać z innymi tekstami z kręgu literatury faktu, w których zostaje opisana ekstremalna sytuacja, w jakiej znaleźli się bohaterowie, sytuacja odbierająca nadzieję, ale ostatecznie oferująca, przynajmniej częściowo, szczęśliwe zakończenie. Jest więc w tego typu fabułach i niebezpieczeństwo, i męstwo, i przekonanie, że człowiek może więcej, a więc warto próbować pokonywać własne słabości, by owo „więcej” osiągnąć, jest też wielki pean pochwalny na rzecz nadziei oraz krzepiący przekaz, że nawet wtedy, gdy nie ma szansy na przetrwanie, zdarzyć się może cud. Trzydziestu trzech mężczyzn, którzy spędzili 69 dni pod ziemią, nie są prezentowani jako bohaterowie. To bardzo ważna perspektywa, że górnicy odsłaniają swoją słabości, lęki, bezradność. Jednocześnie jednak jest w tym pewna siła – siła wspólnoty, siła sojuszu zawartego w obliczu zbliżającej się śmierci, siła nadziei. Połączenie tego, co zwyczajne, i tego, co świadczy o mocy tkwiącej w człowieku, okazuje się podstawą opowieści, w której odnaleźć może się każdy z nas. Nie dlatego, że tak łatwo wyobrazimy sobie nasz pobyt pod ziemią, taka wizja nie jest wcale oczywista, ale z tego powodu, że ekstremalne doświadczenie będące udziałem górników ma w sobie wymiar uniwersalny. Raptem okazuje się, jak ważne jest zbudowanie zaufania w grupie, jak konieczne jest wsparcie ze strony współuczestników niedoli, jak liczy się wiedza, że rodzina robiła wszystko, by doprowadzić do ocalenia, jak istotna jest wiara, że ktoś jest na tyle zainteresowany naszym losem, że będzie próbować uruchomić wszelkie możliwe akcje ratunkowe. Mówiąc inaczej, obecność drugiego człowieka w tym wypadku staje się podstawą wiary w przetrwanie. Samotność prawdopodobnie byłaby dużo bardziej destrukcyjna i niszcząca dla fundamentów tożsamości. Tobar w swoim reportażu nie jest skoncentrowany tylko na uwięzionych górnikach. Opowiada również o tym, jak nierówna jest pozycja tego, kto pracuje pod ziemią, w porównaniu z tymi, którzy zarządzają kopalnią. Ukazuje jednocześnie zmiany zachodzące w mediach. Kiedy górnicy wiedzą już, że zostaną uratowani, próbują dojść do porozumienia w sprawie informowania dziennikarzy o swoich przeżyciach. Wiedzą, że niezależnie od tego, iż przeżyli prawdziwy dramat, ich historia znakomicie nadaje się do sprzedaży. Musi więc dojść do uczciwego podziału zysków. Reporter stara się również pokazać, jak wygląda życie bohaterów po wyjściu na powierzchnię, i odpowiedzieć na pytanie, czy możliwy jest całkowity powrót do normalności po tak traumatycznym doświadczeniu.


Héctor Tobar, Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował, przeł. Tomasz Bieroń, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

środa, 9 marca 2016

Mykwa (E. Nevo, Samotne miłości)

Nevo okazuje się pisarzem zaskakującym, barwnie snującym opowieść o uczuciach i emocjach, które trwają uśpione do momentu, aż będą mogły narodzić się na nowo, dowcipnym, ale i refleksyjnym. Ci, którzy pamiętają „Neuland” tego autora mogą być nieco zaskoczeni stylistyką „Samotnych miłości”. Tak naprawdę jednak szybko dostrzegą pewne podobieństwa między powieściami. To, co w „Neuland” jest utrzymane w nieco poważniejszym tonie, tutaj zyskuje lekkość, dzięki której trudno czasami oprzeć się wrażeniu, że to, o czym czytamy, dzieje się między snem a jawą. Nevo interesują związki między miłością, pamięcią a historią. Decyduje się na przyjrzenie tym relacjom w kontekście prywatności, dzięki czemu to, co smutne, budzi również uśmiech na twarzy, co bolesne, staje się momentami sprawiedliwe, co przewidywalne, zamienia się w niespodziewane i zaskakujące. Ważnym punktem odniesienia dla całej opowieści jest zamówienie, które musi być zrealizowane. Na osiedlu zbudowanym wbrew wszelkim regułom użyteczności publicznej ma powstać mykwa. To, że ma powstać, nie jest jeszcze problemem, bo przecież jest ktoś, kto chce rytualną łaźnię sfinansować. Trudności pojawiają się wtedy, gdy okazuje się, że mieszkańcy osiedla niewiele mają wspólnego z tradycją przodków i nie zamierzają kultywować jej z tego tylko powodu, że tak chcą urzędnicy. Okazuje się jednak, że mykwa staje się źródłem negocjacji zarówno dotyczących przestrzeni, jak i tego, co może jeszcze się wydarzyć, a co wydawało się, że już nigdy się nie wydarzy w związkach bohaterów. Przeszłość powraca na chwilę w miłości odnowionej i uruchomionej dzięki magicznej sile tkwiącej w niechcianej przez nikogo mykwie. Stęsknione ciała wbrew zaplanowanym w łaźni rytuałom na chwilę spotkają się, choć nawet w marzeniach wydawało się to niemożliwe.


Eshkol Nevo, Samotne miłości, przeł. Magdalena Sommer, Wyd. Muza, Warszawa 2016.

wtorek, 8 marca 2016

Między Wschodem a Zachodem (S. Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii)

Książka Rausing wydaje się interesująca z co najmniej kilku powodów. Powody te można potraktować i jako wady, i jako zalety zaproponowanej narracji, jest jednak w opowieści skonstruowanej przez autorkę pewien urok naiwności, zdziwienia kulturowego i nieskrywanego zagubienia początkującej badaczki. Po pierwsze, „Wszystko jest cudowne” okazuje się ciekawym poszerzeniem dyskursu naukowego, do którego zaprasza Rausing. Autorka na podstawie badań terenowych prowadzonych w kołchozie w Estonii na początku lat 90. XX wieku napisała doktorat. Ta publikacja jest uzupełnieniem specjalistycznych zapisków o notatki wspomnieniowe, prywatne, intymne, a właściwie potraktowaniem ich w zupełnie inny sposób. Po drugie, Rausing nie ukrywa swojego zagubienia, czasami bezradności, często lęku. Dostrzega własne ograniczenia wynikające z przyzwyczajenia do życia w innych, lepszych warunkach. Jest trochę jak panienka z dobrego domu, która nigdy nie była na wsi i raptem jest zmuszona na wsi zamieszkać. Naiwność Rausing i jej zdziwienie wynikające z różnic kulturowych stopniowo znikają i zostają zastąpione przyjaznym nastawieniem do miejsc i ludzi. Po trzecie, autorka na swoim przykładzie pokazuje, jak zagubiony i nieprzygotowany do pracy jest antropolog, który świetnie zna teorię, ale właściwie nigdy nie sprawdzał jej użyteczności w praktyce. Nic więc dziwnego, Rausing przyznaje się do tego, że taki badacz zachowuje się czasami jak słoń w składzie porcelany. Autorka interesująco łączy opisy siebie jako początkującej antropolożki z opisami świata, który stopniowo oswaja. Ten zaś pokazuje jej, jak niewiele wspólnego ma z rzeczywistością, z której przybyła. Rausing musi więc, tak to ujmijmy, pozbawić siebie zachodnich punktów odniesienia. Dopiero wtedy może próbować patrzeć na Wschód bez ciągłego oceniania i porównywania na niekorzyść, z gotowością uchwycenia tego, co charakteryzuje estońskich Szwedów, co definiuje Estończyków, co stanowi o sednie człowieka radzieckiego.


Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii, przeł. Krzysztof Obłucki, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.

poniedziałek, 7 marca 2016

Sprawy niedokończone (N. Searle, Dobry kłamca)

Roy jest oszustem matrymonialnym. Dowiadujemy się o tym już na początku powieści Searle’a. Bohater okazuje się człowiekiem cynicznym, chętnie mówiącym wprost swoim potencjalnym ofiarom, co sądzi o ich chęci ulepszania się za pomocą informacji przekazywanych w wirtualnym świecie. Oczywiście, na taką prawdomówność pozwala sobie tylko wtedy, gdy wie, że nic z danej relacji nie wyjdzie, a czas jej poświęcony może być tylko czasem straconym. Pewnego dnia na portalu randkowym poznaje Betty. Kobieta wydaje się być ofiarą doskonałą – całkiem atrakcyjna jak na swój wiek, dystyngowana, inteligentna, no i dobrze sytuowana. Nic więc dziwnego, że między Royem a Betty zaczyna iskrzyć, rodzi się między nimi przyjaźń, zamieszkują razem. Czy jednak faktycznie właśnie kobieta jest w tej sytuacji na straconej pozycji? Czy to ona poddaje się urokowi Roya? Czy to Betty odsłania swoją bezradność, pozwalając mężczyźnie, by próbował decydować o jej majątku i przyszłości? Odpowiedzi na powyższe pytania nie są wcale tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Szybko okazuje się, że tajemnicza Betty widzi dużo więcej, niż sugeruje to jej zachowanie. Ma również jakiś plan, który próbuje zrealizować, nie pokazując swojemu partnerowi, że widzi jego grę i że toczy swoją własną. Próba sił między bohaterami zostaje rozpisana w bardzo interesujący sposób. Oboje sądzą, że druga strona nie jest świadoma ich poczynań. Co więcej, Roy jest niemalże do końca przekonany, iż całkowicie panuje nad sytuacją, a wszyscy ci, którzy go wspierają, są w stosunku do niego lojalni. W efekcie to Betty okazuje się mistrzynią kłamstwa, tyle że jej fałszywe zagrania sprowadzają się w rzeczywistości do ujawnienia prawdy sprzed lat. Z kolei Roy o przeszłości nie myśli wcale, nurza się za to w kłamstwie na co dzień, nie dostrzegając tego, że to, co minione, nie zostało do końca zamknięte. Tajemnica, która łączy bohaterów, pozwala odsłonić winy, wobec których ewentualne zadośćuczynienie pozostaje pustym słowem. Searle znakomicie rozgrywa napięcie rodzące się między biografiami bohaterów. W efekcie odkrywamy, że przeszłość upomina się o swój czas także w teraźniejszości. Bez domknięcia tego, co zniszczyło wszystko przed laty, nie da się zaakceptować w pełni swojego życia. Prawda pozostaje czymś bardziej potrzebnym kobiecie. Czyżby to ofiara jej mocniej pragnęła? Niekoniecznie, Roy, który cynicznie odcina się od win przeszłości, jest przez nie zdeterminowany i to one go stwarzają od początku do końca. Choćby nawet więc chciał zapomnieć o minionym, nie jest to możliwe. Na tym między innymi polega ciężar jego winy – na niemożności pozbycia się jej i świadomości, że nawet najlepsza fałszywa biografia, będzie jedynie marnym odbiciem tej prawdziwej.


Nicholas Searle, Dobry kłamca, przeł. Tomasz Kłoszewski, Wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

środa, 2 marca 2016

Wspominanie (I. Górnicka-Zdziech, Franciszek Starowieyski. Bycza krew)

Książka Izabeli Górnickiej-Zdziech adresowana jest przede wszystkim do fanów twórczości i osobowości Franciszka Starowieyskiego. Autorka postanowiła zebrać wspomnienia osób, które były blisko z artystą, i ich historiami opowiedzieć biografię swojego bohatera. Jej celem nie było szukanie spraw przemilczanych, sekretów, momentów dyskusyjnych w życiorysie. Publikacja ma bowiem zdecydowanie panegiryczny charakter, choć, oczywiście, utrzymana jest w stosunkowo swobodnym, popularyzującym stylu. Ci, których wspomnienia autorka przytacza, zazwyczaj są więc dumni, że spotkali w swoim życiu Franciszka Starowieyskiego, są pod wrażeniem jego pracy, deklarują, iż uwielbiali przebywać w jego towarzystwie. Z pewnością nie ma powodu, by im nie wierzyć, niewątpliwie jednak, zważywszy na fakt, iż Starowieyski był arcyciekawą, ale i skomplikowaną postacią, w trakcie lektury pojawia się chęć przeczytania opowieści pełniejszej, w której również te mniej entuzjastycznie komentowane momenty życiorysu zostałyby wyeksponowane. Szczególnie interesujące we wspomnieniach na temat artysty są wypowiedzi dotyczące jego pasji kolekcjonerskiej i niesamowitej wiedzy na temat tego, co decydował się w przeróżnych okolicznościach nabyć. Na uwagę zasługuje również jego umiejętność opowiadania, częściowo wsparta faktami i erudycją, częściowo zdolnością do konfabulacji. Ważnym motywem jest układająca się w pewną całość z fragmentów przytaczanych wypowiedzi opowieść o tworzeniu plakatów i o epoce, w której plakat traktowany był jako ważne dzieło sztuki. Równie intrygujący jest wątek monumentalnych projektów malarskich i tego, co zostało nazwane Teatrem Rysowania. Tworzenie performance’u z dziejącego się na oczach widzów procesu tworzenia oraz wykorzystanie jako modelek w owym publicznym spektaklu nagich kobiet miało swój rewolucyjny, kontestatorski i kontrowersyjny wymiar wtedy, ale i, paradoksalnie, także dzisiaj. Fakt, iż Starowieyski umiał z podziwu godną naturalnością zdecydować się na tego typu prowokację skłania do dyskusji na temat miejsca i roli artysty oraz towarzyszącego mu widza.


Izabela Górnicka-Zdziech, Franciszek Starowieyski. Bycza krew, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.