Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

środa, 26 sierpnia 2015

Wojna jako czyste zło (S. Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy)

To dobrze, że wydawnictwo Czarne przypomina książkę, która w 2007 roku ukazała się po polsku jako „Ołowiane żołnierzyki”. Oba tytuły wydają się wiernie oddawać przekaz publikacji. „Ołowiane żołnierzyki” to czytelne zasugerowanie, że ludzie byli na wojnie tylko zabawką, ktoś decydował o ich losie, skazywał na śmierć, a potem o ofiarach wojny zapominał. Żołnierzykami przecież można się świetnie bawić, pokazując potęgę i władzę, można też łatwo zająć się czymś innym, nie myśląc wiele o bohaterach wcześniejszej dobrej zabawy. Z kolei „Cynkowi chłopcy” kierują nasze skojarzenia w stronę śmierci. To w cynkowych trumnach przywożono do kraju poległych żołnierzy. Epitet „cynkowi” może również sugerować ostateczność wpisaną w biografię tych, którzy przeżyli. Choć wrócili do kraju, to jednak śmierć pozostaje z nimi na zawsze jako wspomnienie tego, co robili i co widzieli. Swietłana Aleksijewicz pokazuje, jak tworzy się mit i jak upada. Ofiarą fałszu wpisanego w hiperbolizowanie zwycięstwa jest zawsze zwykły człowiek. W tym przypadku ci, którzy wyjechali do Afganistanu, by wypełnić – określenie to często w książce się pojawia – obowiązek internacjonalistyczny. Trwająca 10 lat (1979-1989) zbrojna interwencja radziecka to tysiące życiorysów naznaczonych złem w różnych odcieniach: zapomnieniem, ideowym kłamstwem, zbędnym poświęceniem, okrucieństwem ze strony współtowarzyszy, straconymi nadziejami i szansami, przegraną młodością. Podobnie jak w poprzednich publikacjach reporterka oddaje głos tym, którzy decydują się na powierzenie jej swojej opowieści. Słucha więc matek, które cieszyły się, że syn jedzie na wojnę, a teraz opłakują stratę dziecka; słucha byłych żołnierzy, którzy nie ukrywają, że nikt ich wojny nie nauczył, nikt też nie przygotował ich na brutalność rozlewu krwi, zmęczenia, strachu, ale też wszechobecnej fali wojskowej; słucha kobiet, które również zgłaszały się na wojnę, wierząc, że dzięki temu mogą służyć krajowi tak, jak za czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Aleksijewicz nie ocenia i nie oskarża, ale jej tekst traktować można jako wielki manifest na rzecz pokoju oraz deklarację bezsensu wpisanego w działania wojenne. Z opowieści przytaczanych w książce wynika rzecz straszliwa i często pomijana w relacjach o zwycięstwie lub klęsce na polu walki, a mianowicie to, że wojna niszczy każdego – i tego, kto zabija, i tego, kto atakuje, i tego, kto się broni, i tego, kto wychodzi z potyczki cało, i tego, kto poległ, i tego, kto przetrwał. Na wojnie nie ma niewinnych, bo każdym zmysłem czuć wszechobecną śmierć. I jeszcze coś. Reporterka pokazuje również, że człowiek przyzwyczajony jest do kłamstwa na temat wojny. Woli słyszeć, że była ona potrzebna, niż dowiedzieć się, że stracił część swojego życia lub po prostu życie nadaremno. To dlatego relacja z procesu wytoczonego Aleksijewicz przez jej rozmówców okazuje się portretem wyjątkowo rozpaczliwej próby zachowania pozorów i jednoczesnego oszukiwania siebie. Pozycja obowiązkowa!


Swietłana Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy, przeł. Jerzy Czech, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Ślady i dowody (W. Tochman, M. Szczygieł, Krall)

To zadziwiające, jak wiele treści można zawrzeć w tak niepozornej przecież objętościowo książce! „Krall” z powodzeniem może więc być czytana nie tylko przez osoby znające i ceniące twórczość tytułowej reporterki. Publikacja nie zawiedzie również tych, którzy interesują się dziennikarstwem i literaturą. Hanna Krall, opowiadając o swojej pracy w „Polityce”, daje tak naprawdę wgląd w życie redakcji, historię pisma oraz losy ludzi z nim związanych (np. znakomity portret Mieczysława Rakowskiego). Ważnymi kwestiami, pojawiającymi się właściwie już w pierwszych zdaniach, są tożsamość i ostateczność. W obu przypadkach człowiek zmuszony jest mierzyć się z tymi problemami z powodu wojny. Krall wielokrotnie wspomina, jak ważna w pisaniu jest forma i odsłania w rozmowie tajniki własnego warsztatu. Zamieszczony w książce zapis zajęć ze studentami, polegających na analizie tekstu Józefa Mackiewicza, pokazuje ponadto, że język jest czymś żywym, zmienia się, przemija, kształtowany bywa przez wydarzenia niewyobrażalne i bywa archiwum trudnych do wyartykułowania emocji. Wspólny projekt Krall, Tochmana, Szczygła okazuje się również intrygującą refleksją na temat cenzury oraz tego, jak w okresie komunizmu trzeba było dbać o ocalenie każdego słowa. Książkę tę, jeśli pozostaniemy jeszcze przy języku, można traktować jako opowieść o zniszczeniu i tworzeniu nowego sposobu opisywania, a tym samym objaśniania świata. Nie bez powodu Hanna Krall mówi o nieumiejętności znalezienia formy na to, co przyszło po wojnie, i co próbowano budować dzięki odniesieniu do tego, co dobrze znane, a więc do rzeczywistości sprzed wojny. To, w jaki sposób reporterka, opowiada, odsłania niepowtarzalną umiejętność pokazania za pomocą kilku słów lub zdań dramatu ludzkiego. Tak dzieje się chociażby, gdy Krall wspomina losy młodych podopiecznych domu dziecka w Otwocku. Na plan pierwszy w książce wysuwa się szczegół – jest ważny dla zindywidualizowania opowieści, wokół niego budowana jest reporterska historia, wspomnienie, zapis. Mamy więc na przykład kawę, którą starsze kobiety poją zmęczonych żołnierzy Armii Czerwonej; mamy zegarki, które młode kobiety zabierają ze sobą, gdy idą schronić się do piwnicy; mamy za wysoki rower, na którym mała dziewczynka może jeździć dzięki, jak się okaże, „faszyście”; mamy pralkę automatyczną zdobytą w arcyciekawy i dość karkołomny sposób; mamy meble w dawnym mieszkaniu Marii, które tylko w pamięci stoją tam, gdzie zawsze; mamy brulion znaleziony w dzieciństwie, no i „Szufladę” pełną notatek, tekstów, pocztówek, listów, zdjęć, słów ważnych na zawsze, ale i istotnych jedynie w swoim czasie. Podobne szukanie śladów, jakie rozgrywa się dzięki rzeczom uruchamiającym przeszłość, odbywa się za sprawą miejsc. Czasami wśród wysokich traw widać fundamenty, czasami na ścianie kamienicy pozostało odbicie domu, który stał obok; czasami jest to brama; czasami dawna siedziba redakcji „Polityki” lub mieszkanie w bloku na Ursynowie – w przypadku wszystkich tych miejsc natkniemy się i na fragmenty biografii Hanny Krall, i na istotne epizody z życia innych ludzi. Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza to rozmowa Wojciecha Tochmana z reporterką, podróż po minionym pojmowana metaforycznie jako wspominanie, ale i dosłownie, jako odwiedzanie miejsc ważnych i dających początek. Druga, zatytułowana znacząco „Szuflada”, przygotowana została przez Mariusza Szczygła. To, co okazuje się szczególnie ważne, to spójność widoczna w kompozycji książki. Krall mówi bowiem najpierw o tym, co później w tej bardziej wizualnej (pełnej zdjęć i skanów listów, artykułów, okładek) części pojawia się jako ważne materialne świadectwo sprzed lat. Nic nie jest tutaj przypadkowe, a to, co dzisiaj, koresponduje z tym, co wczoraj.


Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Krall, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Zabawnie o przemijaniu (J. Pilch, Zuza albo czas oddalenia)

Najnowsza książka Pilcha, utrzymana w konwencji odnalezionego i upublicznionego rękopisu, pełna tropów autobiograficznych, skłania do kilku, wartych uwagi spostrzeżeń. Po pierwsze, Pilch, pisząc tę minipowieść, rozmawia z samym sobą, tekstem tym wracając do dobrze znanych wątków z własnej twórczości. Dla mnie książka ta najbliższa jest „Innym rozkoszom” i „Spisowi cudzołożnic”, choć nie mam na myśli oczywistego i jednoznacznego podobieństwa. Po drugie, temat fascynacji dojrzałego, powiedzmy wprost – starszego, mężczyzny młodą kobietą nie od dziś jest chętnie eksplorowany w literaturze. Pilch nie wymyśla więc nic nowego, choć potrafi zarazem zachwycić stosowaną frazą, błyskotliwością, dowcipem. Jeśli miałabym tę książkę zderzyć z podobnymi publikacjami, które całkiem niedawno ukazały się na naszym rynku wydawniczym, to „Zuza albo czas oddalenia” bezdyskusyjnie wygrywa z „Magdaleną” Tomasza Piątka i „Kuratorem” Zbigniewa Kruszyńskiego. Po trzecie wreszcie, warto docenić tę publikację za umiejętność wzięcia wszystkiego, co się opisuje, w nawias. Choć Pilch opowiada o przemijaniu i stracie (zdrowia, męskości, atrakcyjności, żywotności itp.), nie przestaje być autoironiczny, zabawny, dowcipny. I właśnie głównie dzięki temu ta krótka opowiastka warta jest uwagi.


Jerzy Pilch, Zuza albo czas oddalenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

sobota, 22 sierpnia 2015

Skaza (W. Nowicki, Odbicie)

Zbiór esejów Nowickiego to nie tylko przykład zapadającej w pamięć refleksji nad fotografią, ale i intrygujące rozważania na temat tego, co dziwne, nietypowe, w jakiś sposób różniące się, zapadające w pamięć. Autora interesuje to, co funkcjonuje na pograniczu piękna i brzydoty, oczywistości i nadzwyczajności, czystości i brudu, zdrowia i choroby, życia i śmierci. Tak jest w przypadku zdjęć hermafrodyty, tak jest w przypadku amatorskiego aktu męskiego, tak jest wreszcie w przypadku fotografowania zmarłych lub czynienia siebie obiektem sztuki. Zarówno wtedy, gdy Nowicki analizuje zdjęcia anonimowych twórców, jak i wtedy, gdy fascynująco opowiada o Jerzym Lewczyńskim, Michale Greimie, Wilhelmie von Blandowskim, Michaelu Ackermanie, czy Anecie Grzeszykowskiej, w centrum jego zainteresowań pozostaje skaza, to, co jest błędem i co psując, tak naprawdę wydobywa nowe treści. Ta interesująca perspektywa za każdym razem odsłania opowieść wpisaną w fotografię. Dzięki uwiecznionemu obrazowi przemijanie zostaje unieważnione przez przetrwanie. Czasami nie wiadomo, jak fotografowany obiekt się nazywał, nie ma żadnych dokumentów na temat tego, kto robił zdjęcie, ale przeszłość zostaje uchwycona. Właściwie każda z analizowanych przez Nowickiego fotografii naznaczona jest paradoksem uwiecznienia tego, co dzisiaj minione, a wtedy teraźniejsze. Na zdjęciach zostaje więc specyficznie zmaterializowany czas – ten, który próbuje być triumfem życia, i ten, który nieuchronnie zbliża do śmierci.


Wojciech Nowicki, Odbicie, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

piątek, 21 sierpnia 2015

Konieczność opowiadania pozytywnych historii (P. Pomerantsev, Jądro dziwności. Nowa Rosja)

Pomerantsev wraca do kraju swojego wczesnego dzieciństwa, by z perspektywy człowieka Zachodu opisać absurdy i dramaty współczesnej Rosji. Wielkim atutem tej opowieści jest sportretowanie kraju w cieniu nowoczesności, tyle że nowoczesność rosyjska nie przestaje być ciągle nowoczesnością sowiecką. Autor pokazuje bowiem, jak w świecie pozornie niekomunistycznym, pełnym bogactwa i karier spod znaku kapitalizmu, całkiem dobrze ma się mentalność minionej epoki. Pomerantsev przygotowuje materiały dla telewizji. To, co szczególnie uderza i powraca w książce jak bumerang, to oczekiwania zleceniodawców, by dokumentalista dostarczył im pozytywną opowieść. Zadanie nie jest łatwe i nie za bardzo ma sens. Widać to chociażby na przykładzie przerażającej historii rosyjskich modelek, które popełniły samobójstwo, a wcześniej uczestniczyły w seansach Róży Świata. Reporter rekonstruuje działanie sekty, odsłaniając niszczenie psychiki tych, którzy potrzebują wsparcia. Tekst ten znakomicie oddaje paradoks współczesnej Rosji, a więc wielość funkcjonowania różnego rodzaju wierzeń, a obok oddawanie się konsumpcji, poszukiwanie sensu i spełnianie marzeń, które okazują się tylko złudzeniami. Rosja w reportażach Pomerantseva to fascynujące połączenie wstydliwej tęsknoty za duchowością i rozpasanego kultu materializmu. Ci, którzy mają wszystko, w jednej chwili wszystko mogą stracić. Ci, którzy nie mają nic, na chwilę zyskują wszystko, by potem w niezrozumiały dla siebie sposób być zmuszonym do zapomnienia snu, który się ziścił. Mocne, smutne i zabawne jednocześnie, straszne i śmieszne, małe i wielkie dramaty – bardzo dobra książka!.


Peter Pomerantsev, Jądro dziwności. Nowa Rosja, przeł. Iga Noszczyk, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Wolność i odpowiedzialność (A. Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak)

Odtrącone dziecko i izolująca się od społeczeństwa dorosła kobieta – tak można by krótko, choć stereotypowo, skwitować historię życia Simony Kossak. Trzeba by jednak, uciekając od uproszczeń, dodać także następujące określenia: silna osobowość, wybitna badaczka psychologii zwierząt, osoba potrafiąca nawiązać niebywałe relacje z naszymi braćmi mniejszymi, zaangażowana ekolożka, znawczyni przyrody i wielka promotorka Białowieży. Kamińska wybiera na bohaterkę swojej książki postać niebanalną. Nic więc dziwnego, że biografię Simony Kossak poznajemy z dużym zainteresowaniem. Miała zostać dziedziczką talentu trzech pokoleń Kossaków, zamiast jednak malować, poświęciła się badaniu zachowań i emocji zwierząt. Choć opowieść o kobiecie, która decyduje się rzucić mieszczańskie życie w Krakowie i zamieszkać w puszczy, zapraszając m.in. ptaki, dzika czy owce do własnego domu, pod względem atrakcyjności broni się sama, to jednak jest w niej i kilka momentów niepokojących. Mam na myśli rodzaj autorskiego posłowia, przyjmującego formę listu do Simony Kossak, w którym Anna Kamińska pisze m.in.: „O wielu rzeczach nie napisałam z szacunku do osób, które mogłyby na tym coś stracić, i z szacunku do Pani. Może zrzuci to ze mnie etykietkę hieny” (s. 312). Po pierwsze, nie widzę powodu, aby taka etykietka do autorki miała przylgnąć. Po drugie, ciekawi mnie, co dziennikarka przemilczała, choć nie uważam, że w ten sposób to ja staję się hieną. Po trzecie wreszcie, deklaracja ta, skoro padła, trochę mnie niepokoi, bo rodzi wątpliwości dotyczące zaprezentowanego portretu Simony Kossak. Sugeruje bowiem chęć wybielenia postaci. Niezależnie jednak od tego, jak potraktujemy ów wystylizowany list Kamińskiej, daje on dobry pretekst do kolejnego zastanowienia się nad ograniczeniami i możliwościami tkwiącymi w biografii. Kolejnego, bo prowokuje do takiej refleksji właściwie każda biografia lub reportaż biograficzny dotyczący osoby, która odeszła niedawno (Simona Kossak zmarła w 2007 roku). Opowieść o życiu Simony z pewnością warto poznać – bo to fascynująca historia walki o prawo do własnych wyborów, bo to intrygujący portret osoby wrażliwej, ale zamkniętej w sobie, kochającej zwierzęta, ale nieufnej w stosunku do ludzi, bo to piękna gawęda o pasji, dla której warto poświęcić całe życie.


Anna Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Dziennikarstwo jako zobowiązanie (U. Chincz, A. Morawska, 7 dni. Świat Andrzeja Turskiego)

Opowieść o życiu i pracy Andrzeja Turskiego to ładne, świadomie używam tego słowa, i inteligentne połączenie wspomnień związanych z biografią dziennikarza i historii polskich mediów. Efekt ten z pewnością nie jest przypadkowy – widać to i w tytule książki, nawiązującym do programu „7 dni świat”, i w kolejnych rozdziałach, zaplanowanych właśnie jako dni tygodnia, naprzemiennie koncentrujących się na prywatności i aktywności zawodowej bohatera publikacji, i w literackim sojuszu autorek, córki prezentera „Panoramy”, Urszuli Chincz, i „córki telewizyjnej”, wychowanki, Anny Morawskiej. Trzeba również docenić jeszcze coś, a mianowicie fakt czuwania nad proporcjami prezentowanych wiadomości. Choć współpracownicy Andrzeja Turskiego, jego wychowankowie, przyjaciele i znajomi, wypowiadają się o nim z dużym szacunkiem i zawsze dobrze, czytelnik nie znajdzie tutaj przesady. Ewentualna panegiryczna narracja zostaje zastąpiona czułą anegdotą, świadomością tego, co daje uczenie się od najlepszych, odkryciem, że to, co przed laty było bagatelizowane, wraz z upływem czasu okazuje się częścią ważnej historii. Książkę Chincz i Morawskiej można więc z powodzeniem czytać nie tylko jako ciekawie pomyślaną biografię Andrzeja Turskiego, ale też jako próbę uchwycenia pewnego etosu, który choć pozostaje potrzebny, odchodzi stopniowo w niepamięć. To, w jaki sposób bohater publikacji traktował swój zawód, powinno być przytaczane jako wzorzec na zajęciach z etyki dziennikarskiej. „7 dni” to także interesująco sportretowana od kulis historia kilkudziesięciu ostatnich lat polskich mediów. Usatysfakcjonowani lekturą będą więc i ci, którzy słuchają Trójki, i ci, którzy oglądali „7 dni świat”, i ci, którzy dostrzegali różnicę między sposobem prowadzenia „Panoramy” a innych programów informacyjnych. W trakcie lektury książki trudno oprzeć się wrażeniu, że śmierć Andrzeja Turskiego to koniec pewnej epoki, epoki, jakiej nie powinniśmy zapominać, jeśli zależy nam na mediach.


Urszula Chincz, Anna Morawska, 7 dni. Świat Andrzeja Turskiego, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Widać go z daleka (B. Chomątowska, Pałac. Biografia intymna)

Reporterska opowieść Chomątowskiej o Pałacu Kultury i Nauki na szczęście nie jest tylko rocznicową publikacją. Autorka bowiem w zajmujący sposób rekonstruuje początki budowli, jej stopniowe wtapianie się w krajobraz stolicy przy jednoczesnym ciągłym drażnieniu swoją obecnością. Pokazuje, że biografia Pałacu to również życiorysy ludzi, którzy trwale związali się z tym miejscem. Warto docenić fakt, iż autorka rezygnuje z tonu rozliczeniowego i bardzo interesująco, w początkowych partiach książki, opowiada o tym, jak funkcjonowali ówcześni architekci, jak próbowano łączyć ideologię, funkcjonalność, ale i piękno, jak wreszcie budowla ta fascynowała mieszkańców i stawała się symbolem podnoszenia miasta z ruin. Chomątowska w wielu fragmentach swojej publikacji sugestywnie oddaje panujący wówczas w społeczeństwie klimat – podziw dla nowoczesnej myśli technologicznej, monumentalność, bicie kolejnych rekordów sąsiadują z próbami samobójczymi na XXX piętrze czy magicznym, zabobonnym nieco, personalizowaniem Pałacu. Opowieść o Pałacu to nie tylko odtworzenie historii, ale i pokazanie, że są ludzie, dla których Pałac stał się czymś ważnym nie tylko w wymiarze zawodowym, ale i prywatnym. Wśród osób, dla których biografia budowli jest jednocześnie częścią ich własnego życiorysu są i architekci, i przedstawiciele władzy, i kronikarka Pałacu, i kolekcjonerzy pamiątek z nim związanych, i kociary, odkrywające tajemnice podziemnego królestwa zwierząt. Chomątowska zachowuje równowagę między barwnymi anegdotami a faktami typowo historycznymi, dzięki temu książkę tę nie tylko dobrze się czyta, ale i na długo się ją zapamiętuje.


Beata Chomątowska, Pałac. Biografia intymna, Wyd. Znak, Kraków 2015.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wojna jako konieczność czy wojna jako wybór? (P. Ham, 1914. Rok końca świata)

Monumentalne dzieło Hama poświęcone rokowi 1914 zasługuje na podziw i czytelnicze uznanie. Gdyby wszystkie książki historyczne były w taki sposób pisane, nie tylko z wypiekami na twarzy poznawalibyśmy przeszłość, ale i z dużym upodobaniem sięgalibyśmy właśnie po taki typ lektury. Ham koncentruje się na roku, w którym wybuchła I wojna światowa, rekonstruując przyczyny konfliktu, politykę wielkich mocarstw, nastroje społeczne oraz panujące obyczaje. W powszechnej świadomości bardziej znane są wydarzenia związane z II wojną światową. Działania Hitlera zdecydowanie przyćmiły to, co działo się dwadzieścia pięć lat wcześniej. A szkoda, bo jak udowadnia Ham, wiele z prowadzonych w 1914 roku w ramach polityki międzynarodowej działań stanowiło zapowiedź tego, co wydarzyło się później. Wielkim atutem książki jest drobiazgowe odtworzenie atmosfery panującej na świecie tuż przed wybuchem wojny. Ham pokazuje, że konflikt zbrojny stał się końcem pewnej epoki, zapoczątkował również nowy typ prowadzenia walki, odsłonił rodzaje praktyk promujących zgłaszanie się mężczyzn do wyjazdu na front (np. poruszający opis szantażu moralnego stosowanego przez działaczki Stowarzyszenia Białego Pióra). Badacza interesuje człowiek – i ten, który rozdaje karty, bo ma władzę, i ten, który anonimowo oddaje życie na polu walki. W pierwszym przypadku otrzymujemy świetne, barwne, bogate charakterystyki możnych tego świata, którzy doprowadzili do wybuchu wojny. W drugim przyglądamy się zwykłym żołnierzom, którzy stali się ofiarami ideologii gloryfikującej wojnę i umieranie za ojczyznę. Na szczególną uwagę zasługuje opis walk toczonych na terenie Belgii, państwa, które choć było neutralne, zostało zaatakowane przez Niemcy. Agresorzy wsławili się wyjątkową brutalnością i wobec ludności cywilnej, i w stosunku do miejscowego dziedzictwa narodowego. Ham konsekwentnie broni tez tezy, że I wojna światowa wcale nie musiała wybuchnąć. Przyczyną konfliktu, co udowadnia przekonująco, wcale nie był słynny zamach w Sarajewie, traktowany w podręcznikach jako powód rozpoczęcia działań zbrojnych, ale przede wszystkim chęć sprowokowania konfliktu międzynarodowego przez tych, którzy kierowali ówczesną polityką. Wielka Wojna okazuje się więc nie dziejową koniecznością, ale wyborem tych, którzy postanowili wpłynąć na losy świata.


Paul Ham, 1914. Rok końca świata, przeł. Adam Tuz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Birmańska opowieść z rysą w tle (A. Muszyński, Cyklon)

Andrzej Muszyński jest już autorem dwóch, bardzo udanych publikacji. Pierwsza to „Południe” – cykl reporterskich impresji na temat tytułowej metafory. Druga to „Miedza” – znakomita, ożywcza, zapadająca w pamięć proza. „Cyklon” jest trzecią książką autora. Problematyczną. Przyczyną są nie tyle powstałe wokół publikacji kontrowersje, ale to, jakiego rodzaju i jak dużej rangi są pojawiające się zarzuty. Mam tu na myśli opublikowaną na portalu www.polska-azja.pl recenzję Michała Lubiny (http://www.polska-azja.pl/2015/06/21/m-lubina-niepowazny-cyklon-recenzja-ksiazki-andrzeja-muszynskiego/). Autor dokonuje krytycznej analizy, zwracając uwagę na liczne błędy merytoryczne oraz niezaznaczone w posłowiu zapożyczenia z cudzego tekstu. Lubina wyraźnie zaznacza, że nie ocenia literackości książki. Nie może jednak przejść obojętnie wobec ewidentnych przekłamań. Lubina jest recenzentem wiarygodnym. Jako specjalista od Birmy skupia się na faktach, a te, wyróżnione w tabelce, w wielu przypadkach mijają się z tym, co rzeczywiście miało miejsce. Wspominam o tym nie bez powodu. Czytelnik nie oczekuje, oczywiście, od reportera narracji tożsamej z historyczną. Reporter może ewentualnie zainspirować do dalszych poszukiwań lekturowych. Nie da się jednak w żaden rozsądny sposób wytłumaczyć tego, co znajduje się w „Cyklonie”, a co tak dokładnie wyliczył Lubina. Jedyne, co przychodzi na myśl, to zadziwiająca i nieprawdopodobna wręcz nonszalancja w stosunku do faktów, której Muszyński, pisząc reportaż, nie ma prawa wykazywać. Szkoda, że dyskusja na temat „Cyklonu” została zdominowana przez wspomniane merytoryczne błędy. O wiele ciekawiej byłoby, gdybyśmy rozmawiali o portrecie Birmy stworzonym przez Muszyńskiego. Że potencjalnie obraz ten mógłby być bardzo ciekawy, nie ma wątpliwości. Wystarczy wspomnieć chociażby to, co o Birmie opowiedziała Emma Larkin, lub – pozostając przy autorze – przypomnieć sobie, jak sugestywnie Muszyński opisuje świat w swoich poprzednich książkach. „Cyklon” zasługuje na uwagę. Są w książce fragmenty bardzo dobrze napisane, oddające atmosferę miejsca i czasów, koncentrujące się na specyfice trwania w tym akurat regionie świata. Są jednak i wspomniane błędy, które, jeśli czytelnik się z nimi zapozna, w dużej mierze dyskredytują publikację. Szkoda.


Andrzej Muszyński, Cyklon, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015. 

sobota, 1 sierpnia 2015

Władza (J. Cabré, Jaśnie pan)

„Jaśnie pan” to powieść stylistycznie odmienna od „Wyznaję” i „Głosów Pamano” – bardziej tradycyjna w formie, nie tak wielowątkowa, mniej skomplikowana, jeśli chodzi o warstwę ideową, ale i o fabułę. Nie znaczy jednak, że gorsza. Cabré pozostaje intrygującym obserwatorem duszy ludzkiej, uważnym odbiorcą tradycji, ciekawym portrecistą niuansów związanych z posiadaniem władzy. Tym razem kataloński pisarz umieszcza akcję powieści w Barcelonie w 1799 roku, tuż przed wkroczeniem w nowy wiek. Choć tytułowe sformułowanie szybko naprowadza nas na trop, o kogo chodzi, opowiedziana historia wcale nie będzie oczywista. Autor nie rezygnuje z takiego opisywania ludzkich losów, w których nie ma nadziei na lepsze jutro, a zło po prostu się dokonuje i bardzo często triumfuje. Książkę tę można więc czytać jako opowieść o nieograniczonej władzy w przestrzeni publicznej. Sędzia, osiągnąwszy wymarzony status społeczny, przestaje być czujny i zaczyna popełniać błędy. Wierzy bowiem, że jest lepszy od innych i w związku z tym przysługujące mu przywileje nie podlegają dyskusji. „Jaśnie pan” to także historia wielkiej władzy kobiet nad mężczyznami lub, jeśli ktoś woli, władzy pięknego ciała nad dużo szpetniejszymi umysłami. Wspomniany sędzia popadnie w kłopoty właśnie dzięki swojemu niepohamowanemu apetytowi na kolejne kochanki. Również niewinnie oskarżony młody poeta narazi się na traumę ostateczności przez pewną oryginalną, ale wiele go kosztującą, erotyczną przygodę. Książkę tę można również potraktować jako rodzaj przypowieści o władzy prawa, która staje się władzą bezprawia. Refleksja ta okazuje się niezwykle istotna. W powieści powraca bowiem zdanie, iż prawo jest wymysłem profesjonalistów. Niewiele ma więc wspólnego z człowieczeństwem. Choć powieść zaczyna się od morderstwa słynnej kobiety i reklamowana jest na okładce jako kryminał, nie śledztwo jest tutaj najistotniejsze. Unikałabym zresztą akurat takiego przyporządkowania gatunkowego. Prawda w książce ma bowiem szansę wyjść na jaw tylko dzięki zbiegom okoliczności i przypadkowi. Nie ma tu więc ani detektywa, ani prawdziwego śledztwa, ani krzepiącego objaśnienia, dzięki któremu zaczynamy wierzyć w zwycięstwo dobra nad złem. Cabré zdaje się natomiast sugerować jedno – nie będzie dobrych zakończeń, źle kończą i ci, którzy są po jasnej, i ci, którzy są po ciemnej stronie.


Jaume Cabré, Jaśnie pan, przeł. Anna Sawicka, Wyd. Marginesy, Warszawa 2015.