Zapraszam również na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/bernadetta.darska

niedziela, 28 czerwca 2015

Polityka przed etyką (A. Jacobsen, Operacja Paperclip)

Autorka opowiada o moralnie podejrzanej i etycznie dwuznacznej akcji Amerykanów, która polegała na przejęciu wybitnych niemieckich uczonych tuż po zakończeniu II wojny światowej. Naukowcy, którzy wcześniej uczestniczyli w budowaniu zbrodniczego imperium Hitlera, mieli współtworzyć fundamenty demokratycznej mocarstwowości. Badaczce udaje się bardzo ciekawie pokazać konflikt na linii inwestowanie w przyszłość i niezapominanie o przeszłości, a także dobro teraźniejsze związane z rozwojem technologii i dobro ponadczasowe związane z koniecznością napiętnowania zła, ukarania katów i zadośćuczynienia ofiarom. Annie Jacobsen dociera do wcześniej utajnionych źródeł, dzięki czemu jej opowieść zyskuje wymiar narracji pionierskiej, odkrywającej dotychczas nieznane lub niepotwierdzone fakty. Dzięki temu poznajemy nie tylko to, co wcześniej traktowano jako informacje ściśle limitowane, ale i – co chyba dużo ważniejsze – uświadamiamy sobie, że ukrywanie nazistowskiej przeszłości naukowców miało charakter systemowy. Autorka potrafi pisać tak, że czyta się tę książkę jak kryminał i reportaż w jednym. Choć mamy do czynienia z publikacją naukową, widać dbałość o atrakcyjność przekazu i umiejętność fabularyzacji opisywanych wydarzeń. Warto zwrócić uwagę na równomierne rozłożenie akcentów. „Operacja Paperclip” to nie tylko historia tych, którym udało się uniknąć kary i którzy, będąc współwinni hitlerowskich zbrodni, stali się częścią amerykańskich elit. To także przygnębiający portret bezduszności wpisanej w politykę. Jacobsen pokazuje bowiem, że w rozdaniach międzynarodowych liczy się korzyść państwowa, a nie dbanie o sprawiedliwe potraktowanie winy i kary. Oczywiście, informacja, że Amerykanie korzystali z kulturowego i cywilizacyjnego kapitału Trzeciej Rzeszy nie jest niczym nowym. Czymś poszerzającym wiedzę czytelnika jest natomiast zbudowanie spójnej i – powtórzę to określenie – atrakcyjnej opowieści na ten temat, wzbogaconej o dotychczas ukrywane fakty. Dzięki temu łatwość wybaczania zbrodni ludobójstwa w zamian za pomoc w rozwoju medycyny, broni biologicznej i chemicznej, broni jądrowej i lotów kosmicznych okazuje się wyjątkowo porażająca.


Annie Jacobsen, Operacja Paperclip. Jak Amerykanie korzystali z usług nazistowskich uczonych, żeby utrzymać dominację w powojennym świecie, przeł. Jerzy Malinowski, Wyd. Akurat, Warszawa 2015. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Na Syberii (S. Kalniete, W butach do tańca przez syberyjskie śniegi)

Łotewska polityczka, Sandra Kalniete, wspomina dzieje swojej rodziny, na których swoje piętno odcisnął komunizm. Losy dziadków autorki oraz jej rodziców zostały zdeterminowane przez zesłanie na Syberię, katorżniczą pracę, głód, zimno oraz brak nadziei na lepsze jutro. Dzięki opowiedzeniu historii najbliższych Kalniete portretuje również najnowszą historię Łotwy. To, czego doświadczyli Łotysze ze strony Rosjan, nie jest, oczywiście, niczym nowym. Osoby zainteresowane tematem znają zapewne wiele podobnych historii, w których bezpieczne życie zmienia się raptem w ciąg niepewności, zagrożeń i kar za niewinność. Członkowie rodziny Kalniete nie są więc w tych doświadczeniach odosobnieni. Nie zmienia to jednak faktu, że każde takie świadectwo jest ważne, potrzebne, by nie powiedzieć konieczne. Opowieść Kalniete ma w sobie dodatkowo wiele krzepiącej siły. W tym kontekście na uwagę zasługują zwłaszcza te fragmenty, które dotyczą losów matki Kalniete i jej babci oraz późniejszego związku jej matki z ojcem (poznali się na zesłaniu i tam też urodziła się autorka książki). Na plan pierwszy wysuwa się konieczność totalnego przewartościowania własnego życia, pogodzenie się z narzuconą ostatecznością, wreszcie wzajemne wsparcie i rodząca się dzięki niemu nadzieja. Wspomnienia Kalniete z pewnością zasługują na uwagę. Nie wyróżniają się niczym szczególnym pod względem literackim, ale w sensie opisanych doświadczeń Łotyszów, tych konkretnych, ale i całego narodu, są istotnym świadectwem. Szkoda tylko, że w książce pojawia się dość kuriozalna forma – „w Łotwie” zamiast „na Łotwie”.

Sandra Kalniete, W butach do tańca przez syberyjskie śniegi, przeł. Mieczysław Godyń, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

niedziela, 21 czerwca 2015

To, czego nie widać (Z. Smith, Lost and Found. Opowiadania)

Trzy opowiadania Zadie Smith tylko pozornie niewiele łączy, bo cóż mogliby mieć wspólnego sprawiająca wrażenie rozkapryszonej Martha, nieco nazbyt usłużny kelner Hanwell i Fatou, służąca w domu, w którym nikt się z nią nie liczy? Smith nie tylko jednak proponuje interesujące opowieści o samotności, dla której nie ma miejsca tam, gdzie jest jasno, gdzie wszystko widać i gdzie trwa w najlepsze kult szybkiej codzienności. Prawdziwa sytuacja bohaterów tekstów skrywana jest zawsze pod maską. Martha, szukając mieszkania do wynajęcia, jest nieprzyjemna, mało komunikatywna, niechętna do nawiązywania bliższych kontaktów. Sprawia nawet wrażenie osoby pogardliwie odnoszącej się do innych ludzi. Z kolei Hanwell, pracujący w dość podrzędnym lokalu, zachowuje się tak, jakby usługiwał w miejscu, gdzie sznyt, kultura i klasa liczą się najbardziej. Dopiero pod wpływem jednego z gości (i alkoholu) otworzy się na tyle, by pokazać, że i on ma swój dramat. Fatou usługuje u pewnej rodziny, która traktuje ją jak powietrze. Może co prawda wychodzić z domu, a pracodawcy darzą ją pewnym zaufaniem, ale bohaterka nie jest do końca pewna, czy jej los nie jest tak naprawdę współczesną wersją losu niewolnicy. Fatou ma trzy zajęcia, dzięki którym czuje się człowiekiem – to spacer obok Ambasady Kambodży i przyglądanie się lotkom, które widać nad murem, gdy ktoś gra w badmintona, pływanie w basenie z ciepłą wodą, na który ma wstęp dzięki podkradanym kartom, i spotkania w kawiarni z przyjacielem, który objaśnia jej świat. To, co jest dramatem wszystkich trzech osób, sprowadza się do następujących słów: niespełnienie, nieistnienie, niepotrzebność.


Zadie Smith, Lost and Found. Opowiadania, przeł. Michał Kłobukowski, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

sobota, 20 czerwca 2015

Człowiek (A. Mularczyk, Co się komu śni i inne historie)

Wznowienie części reportaży opublikowanych przed laty w tomach „Co się komu śni” oraz „Czyim ja żyłem życiem” to potencjalnie hit wydawniczy. Mularczyk pozostaje bowiem reporterem ponadczasowym, a opowiadane przez niego historie i dzisiaj wzruszają. Nie tylko jednak o emocje w odbiorze w tym wypadku chodzi. Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób na pytanie, czego szukał w bohaterach swoich tekstów, odpowiada reporter: „Tego, czego szukam zawsze: opowieści. Bo nic się na to nie poradzi, że każde życie jest opowieścią, i ten banał jest wciąż oryginalny” (s. 413). Wywiad z Mularczykiem, zamieszczony na końcu książki, jest zresztą doskonałym uzupełnieniem historii opublikowanych w tomie. Magdalena Kicińska pozostaje w swoich pytaniach osobą mało inwazyjną, nieco dyskretną, choć jednocześnie precyzyjną w prostocie zadawanych pytań. Z kolei autor odsłania nie tylko to, w jaki sposób postrzega swoją pracę i co go najbardziej interesuje w bohaterze reportażu, ale też pokazuje trwałość pewnych doświadczeń wpisanych w los człowieka. Mularczyk nie ukrywa, że wojna w jego rozumieniu trwa symbolicznie dalej, dopóki żyją ci, którzy jej doświadczyli. Nie ma w tym nic dziwnego, zwłaszcza że dojście komunistów do władzy faktycznie skutkowało wieloma traumatycznymi przeżyciami dla tych, którzy wcześniej walczyli o wolność ojczyzny. Przekonanie to jest widoczne w wielu reportażach. W tekście „Dziesięć krzyży dla seledynowo-amarantowych” przeszłość powraca niemalże dosłownie. Reporter za sprawą przeżyć ojca zostaje włączony w dość specyficzną misję, związaną z odnalezieniem dawnych żołnierzy i wskazaniem wśród nich tych, którzy są godni odznaczenia. W „Depozycie” dramat jednej rodziny zostaje opisany dzięki papierośnicy. To przedmiot – dla obcych źródło wzbogacenia, dla bliskich źródło wspomnień – zamienia się w tragiczną w swojej wymowie opowieść o bezprawiu wpisanym w prawo i o krucjacie państwa przeciwko honorowi i godności. W reportażu „Kreska, kropka, kreska” Mularczyk nie tylko opowiada o wielkiej miłości, ale też odsłania skomplikowane losy Polaków, którzy musieli walczyć o przetrwanie w więzieniach i często tam właśnie rozpoczynali nowy etap swojego życia. Uczucia to zresztą problematyka, która powraca w kolejnych tekstach. I właśnie w opisywaniu miłości, nienawiści, zdrady, tęsknoty i wierności aż po grób Mularczyk jest prawdziwym mistrzem. To, co u innych wybrzmiewałoby kiczem lub przerysowaną melodramatycznością, u niego poraża nagością prawdy o ludzkich związkach i dramatach, na które skazuje za niewinność Historia. Mularczyk nie tylko bowiem wzrusza, ale i pokazuje, jak kruche bywa to, co nazywamy szczęściem, bezpieczeństwem i pewnością. Widać to świetnie chociażby w tekstach „Każdy rodzi się boso”, „Dożywotni” czy „Pięć i pół człowieka”. Reportaże Mularczyka powinny być lekturą obowiązkową dla wszystkich tych, którzy szukają nie tylko dobrze napisanych tekstów, zapadających w pamięć historii, ale i dla tych, którzy słusznie wierzą, że ważniejszą od salonowej polityki są przeżycia zwykłego człowieka.


Andrzej Mularczyk, Co się komu śni i inne historie, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015. 

środa, 17 czerwca 2015

Prawdziwe przypadki (M. Krajewski, J. Kawecki, Umarli mają głos. Prawdziwe historie)

Na czwartej stronie okładki natkniemy się na następujące hasło reklamowe: „Wyjątkowy duet – autor bestsellerowych kryminałów i wybitny medyk sądowy”. Trudno się z tym nie zgodzić i choćby z przyczyn czysto poznawczych warto po tę książkę sięgnąć. Nie jest to co prawda ani dobra proza, ani dobry reportaż – pod względem literackim publikacja ta wypada blado. Szczególnie irytujące są próby fabularyzowania życia prywatnego doktora Kaweckiego, głównego bohatera zamieszczonych w książce historii. Takie zdania, jak na przykład: „Wstał i pocałował Martę. A potem wyszli z kawiarni i zanurzyli się w ciepły wrześniowy wieczór” (s. 246), „Przez następne dni Jerzy [Kawecki – przyp. B. D.] majsterkował na swym strychu” (s. 130), czy „Kiedy tylko wszedł do gabinetu ze szklanką herbaty i z dużym kawałkiem domowego sernika, usłyszał dochodzący z hallu głos żony: - Jurek, telefon! Szklankę i talerzyk postawił na biurku obok maszyny dopisania, uważając przy tym by nie uronić ani kropli płynu” (s. 73) dają efekt sztuczności i pewnej niezręczności w budowaniu nastroju. Być może, błędem jest próba „zrobienia” z tych historii czegoś, co bliskie ma być opowiadaniom kryminalnym. Dużo lepszy efekt zostałby prawdopodobnie osiągnięty wtedy, gdyby autorzy zdecydowali się na formę reportażu. Nie jestem też pewna, czy zamysł przedstawienia kilkunastu spraw rozwiązanych brawurowo przez doktora Kaweckiego, jest tym, co najlepiej przedstawia sylwetkę medyka sądowego. Kto wie, czy nie ciekawsze byłoby przeczytanie opowieści biograficznej o naukowcu, zwłaszcza że mamy tutaj historie i z początku jego kariery zawodowej, i z czasów, gdy miał już ugruntowaną pozycję w środowisku. Czytelnik otrzymuje więc książkę z niewykorzystanym potencjałem. Wiele tu ciekawych przypadków, a talent doktora Kaweckiego pomaga w rozwiązaniu tajemnic kolejnych zbrodni. Opisane są jednak one w taki sposób, że moc przekazu tkwiącego w wydarzeniach gdzieś się rozmywa, czytelnik natomiast ma do czynienia z projektem nie do końca chyba literacko przemyślanym.


Marek Krajewski, Jerzy Kawecki, Umarli mają głos. Prawdziwe historie, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

wtorek, 16 czerwca 2015

Drogi bezkarności (G. Steinacher, Zbiegli naziści)

Publikacja Steinachera to fascynująca opowieść o złu, które mimo poniesionej porażki, tak naprawdę wyszło zwycięsko z kryzysu i przez wiele lat miało się całkiem dobrze. Lektura tej książki uświadamia bowiem czytelnikowi, że ucieczki nazistów przed sprawiedliwością nie były ewenementem i nie dotyczyły tylko wybranych promotorów zbrodniczej ideologii, ale odbywały się masowo. Steinacher sugestywnie rekonstruuje chaos panujący w obozach przejściowych oraz w miejscach gwarantujących otrzymanie nowych dokumentów. Jest zwolennikiem tezy, iż legendarna ODESSA to tylko wymysł. Jednocześnie nie podważa istnienia licznych grup wsparcia, w których naziści pomagali nazistom. Uniknięcie rozpoznania i kary, tak wynika z przedstawionych faktów, wcale nie było czymś trudnym. Autor nie ukrywa, że bardzo szybko chęć ukarania nazistów została zastąpiona gotowością wykorzystania ich do własnych celów (np. do wsparcia rozwoju technologicznego czy naukowego). Szybko zaczęto ich także uznawać za tzw. mniejsze zło w kontekście postępującego triumfu komunizmu. Taka postawa była szczególnie widoczna w przypadku Kościoła katolickiego. Badacz pokazuje, jak wielką rolę w pomaganiu zbrodniarzom odegrali biskupi i księża, ukrywając zbiegów, oferując im pomoc logistyczną i finansową, a także zapewniając im niezbędne do dalszej podróży dokumenty. Steinacher opisuje również niechlubny fragment działalności Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. I nie chodzi tylko o milczenie w kontekście Holocaustu, ale przede wszystkim o dużą swobodę w zapewnianiu paszportów tym, którzy o to się zwracali. Zarówno w przypadku Kościoła, jak i wspomnianej organizacji humanitarnej, mocno zostaje zaakcentowany fakt, iż pomaganie nazistom nie było dziełem przypadku i efektem powojennego chaosu, ale przemyślaną i świadomą strategią. Bardzo interesujące są rozdziały poświęcone Tyrolowi Południowemu i roli odegranej przez Włochy jako miejsca przejściowego dla udających się dalej uciekinierów. Steinacher odtwarza również drobiazgowo amerykańskie wsparcie dla niektórych nazistów oraz funkcję pełnioną po wojnie przez Argentynę. Badacz przytacza wiele faktów, biografii konkretnych osób, przykładów, które obrazują rozmiar okazywanej zbiegłym zbrodniarzom pomocy. Warto docenić nie tylko ogrom wykonanej przez niego pracy, ale i wartkość narracji oraz umiejętność zbudowania opowieści w taki sposób, by zawierały się w niej i ostrzeżenie, i uniwersalność ludzkiego losu, i niepokojąca łatwość, z jaką naziści doczekali się wsparcia po wojnie.


Gerald Steinacher, Zbiegli naziści. Jak hitlerowscy zbrodniarze uciekli przed sprawiedliwością, przeł. Maciej Antosiewicz, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015. 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Miłość, która niszczy (P. Rankov, Matki)

Powieść słowackiego pisarza wpisuje się w cały nurt narracji o traumie powojennej, wzmocnionej doświadczeniem łagrowym i niepewnością, czy uda się przeżyć kolejny dzień. Jednocześnie jednak jest w tej opowieści wielka świeżość – brak tutaj patosu, choć natkniemy się na ogromny ładunek dramatyzmu; nieobecna w sposób dosłowny jest tutaj Wielka Historia, a jednak to jej ofiarami są wszyscy ci, których poznajemy; nie ma szansy na happy end, a każde dobre rozwiązanie jest jednocześnie złe. Rankovowi udaje się znakomicie uchwycić tę dwoistość i pozornie wykluczającą się sprzeczność. Można by nawet rzec, że opisuje w swojej powieści los ludzki, tak po prostu, z całą jego banalnością, niepowtarzalnością i grozą. Historia opowiedziana przez pisarza przypomina trochę te, które znajdziemy w reporterskiej książce Swietłany Aleksijewicz „Czasy secondhand”. Nikt z bohaterów nie jest do końca winien i nikt nie jest też do końca niewinny. Ludzie wrzuceni w czasy, gdzie przestają liczyć się zasady, prawda, a na wiele lat do więzienia można pójść „za nic”, albo próbują ocalić swoje człowieczeństwo, albo usiłując ocalić siebie za wszelką cenę, a wtedy, bywa i tak, że człowieczeństwa się wyrzekają. Tak naprawdę jednak, i chyba to jest najbardziej przerażające, i ci, którzy gotowi są zabić, i ci, którzy niosą śmierć, i ci, którzy próbują przetrwać, wszyscy są ludźmi złamanymi przez komunizm. Zuzana jest młodą Słowaczką, która po kryjomu spotyka się z radzieckim partyzantem. Pewnego dnia zaraz po miłosnej schadzce Aleksiej zostaje zabity przez Niemców. Kiedy przychodzi wyzwolenie, dziewczyna zostaje wezwana do radzieckich władz i dowiaduje się, że jest oskarżona o kolaborowanie z faszystami. Ze swoją naiwnością, bezradnością, miłością do zmarłego nie ma żadnych szans, by kogokolwiek przekonać, że to nieprawda. Zresztą nikt nie chce słuchać żadnych tłumaczeń. Wystarczy akt oskarżenia, on załatwia wszystko. Dziewczyna zostaje wywieziona do Związku Radzieckiego, gdzie przebywa w obozie pracy. Nie zdąży wyznać matce, że kiedy zabrano ją na przesłuchanie, już była w ciąży. Ojcem jest ów partyzant, który dał jej chwile szczęścia, ale i stał się przyczyną obozowego koszmaru. Rankov nie poprzestaje na opisie losów Zuzany. Obserwujemy jej przemianę – z niedojrzałej, romantycznej nastolatki w kobietę, która będzie musiała troszczyć się nie tylko o siebie, ale i o syna. Pisarz skomplikuje relacje bohaterki z własnym dzieckiem. Dość powiedzieć, że Zuzana stanie przed koniecznością wyboru, konsekwencją którego będzie możliwość czuwania nad losem chłopca lub całkowita utrata kontaktu z nim. Relacje obozowe między kobietami – więźniarkami i strażniczką – to nie jedyne skomplikowane psychologicznie więzi. Równie dramatyczne okaże się to, co łączy Zuzanę z jej własną matką. Rankov dodatkowo wzmocni swój przekaz o macierzyństwie skazanym na trudne wybory. Studentka, która słucha relacji Zuzany ponad pół wieku po opisywanych wydarzeniach, również będzie tkwić w konflikcie sprowadzającym się do dramatycznej opozycji – własna matka czy własne dziecko. Bardzo dobre!


Pavol Rankov, Matki, przeł. Tomasz Grabiński, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015. 

sobota, 13 czerwca 2015

Skazane za niewinność (P. Głuchowski, M. Kowalski, Tabloid. Śmierć w tytule)

Poruszająca, przerażająca, odsłaniająca niesprawiedliwość organów sprawiedliwości i łatwość oceniania przez otoczenie, wreszcie pokazująca celebrowane w cieniu rozrywki skazywanie na śmierć przez tabloidy – taka jest opowieść o dramacie rodziny Mrugałów. Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski nie po raz pierwszy współpracują przy książkowym projekcie reporterskim. Mają już na swoim koncie znakomitą publikację o żydowskim rysowniku, którego prace zostały odnalezione po latach – „Apte. Niedokończona powieść”. Równie dobry w sensie warsztatowym jest „Tabloid”. Autorzy znakomicie łączą historię dramatu rodziny z wiernie odtworzonymi realiami końca komunizmu i początku demokracji, wiarygodnym portretem światka przestępczego oraz sugestywnym obrazem rodzenia się i triumfu tabloidów. Książkę tę można więc czytać i jako dowód na to, jaką krzywdę ludziom mogą uczynić brukowce, i jako oskarżenie czytelników „Faktu” i „Super Expressu”, którzy chętnie wierzą i powtarzają „prawdy” na łamach gazet głoszone. Głuchowski i Kowalski zachowują równowagę między fragmentami rekonstruującymi klimat epoki a przeżyciami rodziny Mrugałów. Widać, że próbują, całkiem skutecznie, wykorzystywać zabiegi formalne typowe dla literatury kryminalnej. Dawkowanie napięcia, stopniowe zmierzanie do katastrofy, przeczucie, że dobrego zakończenia w tym przypadku być nie może – to wszystko wpływa na sugestywność i przerażający wydźwięk opowiadanych wydarzeń. Choć czyta się tę książkę jak dobrą powieść kryminalną, to jednak mamy do czynienia z reportażem. Kryminalnym, co prawda, ale reportażem. Akcentuję to nie bez powodu. Pojawiają się bowiem sugestie, iż dziennikarze napisali powieść kryminalną lub powieść non-fiction. Jedno i drugie zakwalifikowanie wydaje się nadużyciem. To literatura non-fiction, pełna zgoda, formalnie nie ma jednak z powieścią wiele wspólnego. Warto zauważyć, że autorzy bardzo ciekawie i wyraziście rozrysowują bohaterów dramatu. Zwłaszcza subtelne, niejednoznaczne i skomplikowane psychologicznie opisy matki i córek zapadają w pamięć. Głuchowski i Kowalski tworzą opowieść wielowątkową, choć skupioną na losie jednej, mocno doświadczonej przez los rodziny. Mamy zatem tutaj konflikt miłości i nienawiści obecny między małżonkami i dziećmi Mrugałów (autorom udaje się na przykład stworzyć wiarygodne studium przemocy domowej), konflikt idei między redaktorami „Super Expressu” sprowadzający się do kwestii – prasa rozrywkowa czy brukowiec, konflikt samotności córek Mrugałów i okrucieństwa osądzającej zbiorowości Buska-Zdroju, konflikt bezradności zwykłego człowieka i braku litości przedstawicieli prawa (portret niesłusznie oskarżonej o morderstwo męża Doroty Mrugały jest wyjątkowo poruszający), wreszcie konflikt prawdy i kłamstwa oraz prawa do zadośćuczynienia i beztroskiego odcinania się od sprawy. Bardzo dobre!


Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, Tabloid. Śmierć w tytule, Wyd. Agora, Warszawa 2015. 

piątek, 12 czerwca 2015

Detektyw a rzeczywistość (T. Cegielski, Detektyw w krainie cudów)

Tadeusz Cegielski znakomicie łączy narrację typowo historyczną z ustaleniami literaturo- i kulturoznawczymi, a także z drobiazgową rekonstrukcją obyczajów z okresu zaznaczonego w podtytule. Fakt ten wydaje się bardzo istotny, gdyż dzięki wspomnianym zdolnościom udaje się autorowi sprawić przyjemność czytelniczą tym, którzy interesują się rozwojem gatunku, ale i prawdopodobnie tym, którzy dopiero o powieści kryminalnej chcą się czegoś ciekawego dowiedzieć. Używam w tym przypadku mało precyzyjnych określeń. Stwierdzenia „prawdopodobnie” i „coś ciekawego” odnoszą się jednak do tej drugiej grupy odbiorców, którym chciałabym książkę polecić. Publikacja ta świetnie się bowiem nadaje do odkrywania wagi literatury popularnej oraz jej wpływu na rzeczywistość współczesnych. Może zachwycić nieprzekonanych i skłonić do refleksji tych, którzy powoli zaczynają odkrywać rolę pełnioną przez produkcje z kręgu pop. Sama należę do grupy pierwszej – tych zainteresowanych gatunkiem – i potwierdzić mogę z pełnym przekonaniem, że usystematyzowanie poczynione przez Cegielskiego jest potrzebne i, co równie ważne, bardzo udane. Warto zaznaczyć, że książka badacza staje się nie tylko opowieścią o związkach powieściowych detektywów z nowoczesnością, ale i intrygującą opowieścią o ówczesnym czytelnictwie, przemianach zachodzących w mediach, kulturze prezentowania i konsumowania tekstów, wreszcie związkach realnych wydarzeń, śledztw i osób z fikcyjnymi postaciami i ich perypetiami. Na kartach książki pojawiają się tak znane nazwiska jak na przykład Edgar Allan Poe, Charles Dickens, Wilkie Collins, Arthur Conan Doyle czy Agatha Christie. Czytelnik ma okazję zetknąć się z analizą wymyślonych przez nich fabuł i bohaterów, ale też może poznać istotne dla rozwoju gatunku elementy biografii pisarzy oraz tło społeczno-historyczne, na tle którego przyszło im tworzyć. Cegielski akcentuje zmiany zachodzące w konstruowaniu postaci detektywa. Zwraca również uwagę na rys emancypacyjny – skupia się nie tylko na piszących kobietach, ale i na pierwszych detektywach, których sposób prowadzenia śledztwa od początku był inny niż ich kolegów po fachu. Dużą zaletą tej publikacji jest nie tylko wspomniane usystematyzowanie wiedzy na temat początków powieści detektywistycznej, ale i włączenie jej perypetii w opowieść o przemianach epoki – obyczajowych, politycznych i społecznych. Dzięki temu Cegielski pokazuje, że kultura nigdy nie jest czymś wyabstrahowanym z rzeczywistości, zawsze natomiast jest częścią świata, w którym powstaje i który opisuje.


Tadeusz Cegielski, Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna i narodziny nowoczesności 1841-1941, Wyd. W.A.B., Warszawa 2015. 

czwartek, 11 czerwca 2015

Bez porozumienia (L. Osborne, Przebaczenie)

Powieść Osborne’a w swojej stylistyce i fabule wyraźnie nawiązuje do „Pod osłoną nieba” Paula Bowlesa. W trakcie lektury powieści takie skojarzenie od razu przychodzi ma myśl. W obu książkach mamy bowiem do czynienia z egzotyczna podróżą, która służyć ma natchnieniu, odbudowie podupadłych relacji, odrodzeniu namiętności. Europejczycy nie tyle jednak doświadczają inspiracji, zetknąwszy się z obcą kulturą, co raczej muszą zmierzyć się z własnymi demonami i ostatecznością. Wersja Bowlesa jest dużo bardziej mroczna, hipnotyzująca, osaczająca sugestywną wizją doznawanych przez bohaterów przeżyć. Osborne wydaje się w swojej wizji nieco delikatniejszy, bardziej skupiony na, tak to ujmijmy, ciemnej stronie rozrywki niż duszy. David i Jo zmierzają do posiadłości na środku pustyni w Maroku. Widać, że to, co ich kiedyś prawdopodobnie łączyło, dawno się wypaliło. Ona tak naprawdę nie wie, czego pragnie, porusza się trochę po omacku. On wydaje się sfrustrowany, a swoje podupadłe ego obficie poi alkoholem. Tego ostatniego nie żałuje sobie nawet wtedy, gdy prowadzi samochód. W trakcie jazdy do celu podróży David i Jo potrącają mężczyznę. Ten umiera, co znacznie komplikuje ich weekendową imprezę. Oboje zachowują się tak, jakby to ofiara była wszystkiemu winna i jakby to ona stała się powodem kłopotliwej sytuacji. Nie pojawia się więc refleksja ani na temat śmierci, ani winy i kary, ani własnej bezmyślności. Osborne odsłoni przed czytelnikiem nie tylko zwyczaje bogatych Europejczyków, dla których Maroko staje się miejscem rozpasanej zabawy z wielką ilością alkoholu, narkotyków i potencjalnych nowych partnerów. Pokaże również zupełnie inny świat – zwyczaje miejscowych, ascetyzm ich codzienności, siłę ich perswazji. Wystarczy tak naprawdę moment, by ten, kto uważa się za opiekuna i przyjaciela, bez zastanowienia wydał swojego gościa na pewną śmierć; by ta, która tyle lat była wierna, w chwili trudnej zdradziła i znalazła w tym przyjemność; by ten, który skrywa w sobie zapędy kolonizatora, poczuł bezradność i słabość; by pozorne zwycięstwo i otwarcie się na zapomnienie zostało przerwane ciosem zadanym z tej strony, z której nikt się nie spodziewa. Niejednoznaczne, intrygujące, warte uwagi.


Lawrence Osborne, Przebaczenie, przeł. Anna Gralak, Wyd. Znak, Kraków 2015. 

środa, 10 czerwca 2015

Ani wojna, ani pokój (M. Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój)

Magdalena Grzebałkowska portretuje czas trudny do uchwycenia. W podręcznikowym rozumieniu 1945 rok to koniec II wojny światowej. Jednak jeśli zastanowimy się nad kolejnymi etapami wyzwalania, jeśli przyjrzymy się losom zwykłych ludzi, jeśli uświadomimy sobie bezprawie panujące w tego typu okresach przejściowych, szybko odkryjemy, że reporterka przygląda się temu, co rzadko kiedy w zwycięskiej narracji się pojawia. Nie bez powodu w trakcie lektury nasuwa się skojarzenie przede wszystkim z „Wielką trwogą” Marcina Zaremby, ale i z „Dzikim kontynentem” Keitha Lowe. Grzebałkowska przywołuje zresztą te książki jako ważne dla swoich poszukiwań. Warto zwrócić uwagę na zamysł kompozycyjny tej publikacji. Zostaje ona podzielona na dwanaście reportaży, zgodnie z kolejnością kalendarzowych miesięcy, portretujących różne odsłony przeżywania „czasu już nie wojny, jeszcze nie pokoju”. Każdy rozdział poprzedzony jest autentycznymi ogłoszeniami prasowymi z tamtego okresu. Wśród nich chyba najbardziej przejmujące jest powtarzająca się w różnych wydaniach gotowość oddania dziecka „na własność”. Choć ogłoszenia pozbawione są odautorskiego komentarza, także z nich można wyczytać dramat ludzi odbudowujących swój świat, ale i przegrywających z tym, czego doświadczyli. Reporterka pojawia się w tekstach w sposób nienachalny, stosunkowo dyskretny, po to, by zaakcentować niemożność zrozumienia przeżyć tych, których opisuje. To bardzo ważne, że perspektywa braku możliwości wyobrażenia sobie tych czasów, jest tutaj tak mocno wyeksponowana. Dzięki niej książka ma większy walor poznawczy, nie popada w banał, porusza siłą jednostkowych doświadczeń, ale i uniwersalnością doznawanych wówczas traum. Ten szacunek dla przeszłości, niepowtarzalności i nieprzekazywalności przeżyć wydaje się w narracji Grzebałkowskiej bardzo istotny. Wielką zaletą opowieści reporterki jest uciekanie od ocen, pokazywanie niejednoznaczności zachowań oraz zwrócenie uwagi na skomplikowane losy ludzkie zaprzeczające wszelkim stereotypowym przyporządkowaniom. Grzebałkowska nie tyle więc pokazuje stan moralny danego narodu, co raczej kryzys humanizmu oraz zwycięstwo człowieczeństwa w chwili ekstremalnej próby. Czytelnik znajdzie tutaj na przykład przejmujące reportaże o Niemcach uciekających z Prus Wschodnich przez Zalew Wiślany („Lód”), o katastrofie okrętu „Wilhelm Gustloff” („Czerwone znamię”), o straszliwym traktowaniu przegranych Niemców przez zwycięskich Polaków w obozie pracy w Łambinowicach („Nie jesteśmy przecież Niemcami”). Reportaże te należą zresztą to najbardziej zapadających w pamięć i najbardziej porażających. Kwestia nie tak łatwego zakwalifikowania ludzi do dobrych lub złych tylko na podstawie narodowości powraca zresztą często. Mamy na przykład dobrych Niemców i szukających zemsty Polaków w dawnym Breslau, ale też Niemców i Polaków, którzy się zaprzyjaźniają („Breslau/Wrocław”), mamy opowieść o Kaszubie, który choć dostaje powołanie do Wehrmachtu, dezerteruje („Dezerter”), mamy znęcających się nad Niemcami i nad Ślązakami Polaków we wspomnianych już wcześniej Łambinowicach („Nie jesteśmy przecież Niemcami”). Na uwagę zasługują zasady rządzące odbudowywaniem powojennego świata. Trzeba nauczyć się żyć wśród gruzów i trupów w Warszawie („Warszawa. Rzeczy pierwsze”), trzeba zbudować instytucje pomagające sierotom żydowskim („Ja nie sziksa, ja Żydówka”), trzeba zdobyć mieszkania, domy, okna i rzeczy potrzebne do codziennego użytku („Barachło”, „Po coście przyjechali?”). Grzebałkowska pokazuje, jak życie miesza się ze śmiercią, a pokój staje się tak naprawdę przedłużeniem wojny. By rozpocząć wszystko od początku trzeba bowiem zapomnieć o tym, co było, a nowe zbyt mocno naznaczone jest chaosem i niepewnością, by nie poddać się zagrożeniom i wyzwaniom czasu poza prawem i poza moralnością.


Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Wyd. Agora, Warszawa 2015. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Siła obrazu (Zapiski żołnierza. Życie poilus opowiedziane dzieciom przez Renefera, oprac. G. Thierry)

Ta niepozorna książeczka zawiera w sobie wiele treści. Po pierwsze, mamy do czynienia z fascynującym świadectwem wojennym, będącym próbą opowiedzenia koszmaru wojny dziecku tak, aby go nie przestraszyć. Po drugie, delikatność ojca relacjonującego córce swoją codzienność z walk podczas I wojny światowej, odsłania nie tylko rodzicielską miłość, ale i wyjątkowy talent pedagogiczny. Po trzecie, rysunki, które stanowią główną część tej arcyciekawej opowieści, to świetne uchwycenie zwyczajności, delikatne zasugerowanie dramatu, wreszcie próba zapamiętania tego, co jest doświadczeniem autora. Te trzy elementy wydają się najistotniejsze. Reprint oryginalnych „Zapisków żołnierza” znakomicie oddaje klimat samotności walczących, rodzącej się między nimi wspólnoty, czyhających na nich niebezpieczeństw, wreszcie wielu tragedii, z którymi mają do czynienia (przykładem może być wzmianka o człowieku opuszczającym swój spalony dom). Rysunki Renefera także dzisiaj robią wrażenie. Widać, że artysta miał talent do obserwacji, umiał uchwycić atmosferę chwili, bardzo dobrze dokumentował rzeczywistość, której stał się częścią. Równie ciekawe okazują się dalsze materiały zamieszczone w książce. Dowiadujemy się na przykład trochę o losach adresatki tych wzruszających listów, a także możemy zapoznać się z materiałami na temat wojennych losów artysty oraz jego twórczości. Teksty te również zostają wzbogacone reprodukcjami prac Renefera. To bardzo ciekawy, niebanalny, niekomercyjny projekt. Potrzebny, bo zaspokajający czytelniczą potrzebę rzeczy ładnych (książka jest pięknie wydana) i opowieści ważnych (opowiedziana historia zapada w pamięć).


Zapiski żołnierza. Życie poilus opowiedziane dzieciom przez Renefera, oprac. Gabrielle Thierry, przeł. Gabriela Hałat, Wyd. Claroscuro, Warszawa 2015. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Pytania w cieniu obowiązującej wersji patriotyzmu (J. Anderman, Czarne serce)

Powieść Janusza Andermana to ciekawe zderzenie doświadczeń opozycyjnych z okresu stanu wojennego z szaleństwem obudzonym w społeczeństwie polskim tuż po katastrofie smoleńskiej. Pisarz dodatkowo przyprawia ową wybuchową mieszankę motywem zbrodni, ta natomiast wpisana w prywatną biografię bohatera pozostanie do końca niewyjaśnioną tajemnicą. Główny bohater przyjeżdża do Polski jako francuski dziennikarz. Przed laty opuścił kraj, ponieważ wplątał się w sytuację rodzącą wiele wątpliwości. Dość powiedzieć, że oskarżono go o morderstwo, a następnie uniewinniono. Andermanowi udaje się pokazać absurdy obu tych światów – i tego z okresu walki z komunizmem, dzisiaj dającego podstawy do kombatanckiej biografii, i tego bardzo współczesnego, gdy pod Pałacem Prezydenckim rozpoczyna się walka o krzyż. W przypadku martyrologii opozycyjnej autor kładzie nacisk na niejednoznaczność istniejącej wówczas rzekomo wspólnoty. Wprost zostaje powiedziane, że tak jak w każdym innym czasie, tak i wtedy, byli ludzie, którzy stali po jasnej stronie, i ci, którzy niekoniecznie dali się dobrze zapamiętać. W tym kontekście kluczowy wydaje się monolog Docenta, który stwierdza: „Były wspaniałe sytuacje i ludzie, ale były też paskudne sytuacje i ludzie” (s. 160). Zaznacza też to, co wydaje się szczególnie ważne, a mianowicie przerysowanie niektórych gestów związanych z religią lub „robieniem” wielkiej polityki. Pokazanie przeszłości jest niemożliwe. Widać to wyraźnie w trakcie scen opisujących przygotowywanie filmu. Prawda bywa nudna, mało spektakularna, czasami niewygodna. Lekkie zafałszowanie i podrasowanie faktów sprzeda się lepiej, czy jednak można jeszcze wtedy mówić o wiarygodnym odtworzeniu realiów? Cytaty z ulicy, tak nazwijmy obficie przytaczane wypowiedzi obrońców krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, mają w sobie duży potencjał satyryczny. Uchwycenie momentu, w którym chwilowa wspólnota zamienia się w lawinę nienawiści, agresji, teorii spiskowych, odsłania nie tylko fakt, iż jest to przerażające, ale i że bywa to po prostu śmieszne. Tę dwuznaczność udaje się Andermanowi dobrze sportretować. Wszystkie przedstawione w powieści światy mają w sobie coś nierealnego. Nie dlatego, że dominuje w nich na przykład oniryczność, lecz z tego powodu, że rzeczywistość za każdym razem jest dziwna, trudna do pojęcia, umocowana pomiędzy tym, co jest odpowiedzią, a co pozostaje w sferze pytań. Taka jest i rzeczywistość stanu wojennego, i czasu poprzedzającego zbrodnię, i współczesności zdominowanej przez lot, który nie skończył się dobrze. W efekcie samotność bohatera zostaje wyeksponowana mocniej i z większą siłą rażenia.


Janusz Anderman, Czarne serce, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015. 

niedziela, 7 czerwca 2015

Między pamięcią a zapomnieniem (M. Kicińska, Pani Stefa)

Reportaż biograficzny Kicińskiej wpisuje się w badania z zakresu tzw. herstory. Oto okazuje się bowiem, że obok Janusza Korczaka, legendarnej postaci, jeśli weźmiemy pod uwagę jego zasługi związane z teoretycznym wkładem w pedagogikę i praktyczną opieką nad sierotami, jest jeszcze ktoś inny, równie ważny i równie imponująco zaangażowany w pracę z dziećmi. To kobieta, Stefania Wilczyńska. Choć sama traktowała siebie raczej jako pomocnicę doktora, tak naprawdę, świadczą o tym fakty, pełniła rolę równoprawną. To na jej barkach spoczywało często dowodzenie całym Domem Sierot, to ona pisywała artykuły i starała się ulepszać komunikację między opiekunami a podopiecznymi, to ona była połączeniem surowości (odpowiedzialności i obowiązkowości) z troskliwością (czułością i empatią). Kicińska nie idealizuje swojej bohaterki, jednak wydobywając ją z zapomnienia odsłania trudy codziennego życia skoncentrowanego na posłudze innym. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem fakt całkowitego poświęcenia dla wychowanków. Nawet wtedy, gdy po wielu latach pracy Pani Stefa zaczyna się czuć zmęczona i wyczerpana, szybko okazuje się, że innego życia nie zna i, co dużo ważniejsze, innego życia nie chce. Nawet wyjeżdżając z wizytą do Palestyny pragnie reformować dziecięcą rzeczywistość w kibucu po to, aby mali wychowankowie czuli się lepiej i by nie byli tłamszeni przez oczekiwania dorosłych. Warto zatrzymać się chwilę przy listach pisanych przez bohaterkę reportażu do dzieci oraz dojrzałych już wychowanków. Widać w nich troskę, prawdziwe zainteresowanie, świadomość wyzwań czyhających na każdego oraz konieczności mierzenia się z nimi samodzielnie. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że Korczakowi i Wilczyńskiej udaje się stworzyć miejsce możliwie idealne, w którym dziecko zawsze jest podmiotem, nigdy kimś bezmyślnie podporządkowanym dorosłemu. Zasady rządzące Domem Sierot oraz przemyślenia dwóch najważniejszych dla tego ośrodka osób, wspomnianego Doktora i Pani Stefy, okazują się nadzwyczaj nowoczesne, stawiające na pielęgnowanie indywidualności oraz wspólnotowości zarazem, a także potencjalnie przydatne i dzisiaj, zwłaszcza tam, gdzie tak wiele się słyszy o różnego rodzaju nadużyciach. Stefania Wilczyńska rusza w ostatnią drogę ze swoimi wychowankami. W przeciwieństwie jednak do Korczaka, w przypadku którego ta sama decyzja urosła do rangi legendy, mało kto wie o jej uczestnictwie w tym symbolicznym pochodzie żegnania życia i witania śmierci. To ważne, że Kicińska nie akcentuje tego faktu w sposób szczególny, dzięki temu jego heroiczność wybrzmiewa dużo mocniej. Heroiczność i zwyczajność, bo dla Pani Stefy, podobnie jak dla Doktora, nie mogło być innej drogi. Kicińska jako przewodniczka po biografii, której nie można do końca zrekonstruować, pozostaje uważna, dyskretna, czujna i wierna atmosferze tamtych czasów. To dużo, bo dzięki temu ta bardzo ciekawa opowieść zyskuje również w sensie literackim.


Magdalena Kicińska, Pani Stefa, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015. 

sobota, 6 czerwca 2015

Odnaleźć siebie (R. Rient, Świadek)

Na czwartej stronie okładki Mariusz Szczygieł, polecając książkę Rienta, zauważa: „Potraktować siebie jak bohatera reportażu, a ze swojego intymnego życia stworzyć fabułę non-fiction – to duża odwaga. Bo »Świadek« to rzadka rzecz – autoreportaż. […]”. To ciekawe zdania, mogą bowiem stać się pretekstem do rozmowy nie tylko o warstwie ideowej publikacji, ale i o przynależności do gatunku. Przyznam, że określenie Szczygła budzi wątpliwości. „Świadek” jest w moim mniemaniu za bardzo skoncentrowany na osobie autora, by mówić o jakiejkolwiek formie reportażu. Rient portretuje całe środowisko, którego jest częścią, ale dzieje się to przede wszystkim za pomocą własnych, ujawnianych ze szczerością, ale i literacką świadomością, doświadczeń. To jego przeżycia są pretekstem do refleksji o innych, którzy również mogą przeżywać podobne problemy. Bardziej uzasadnione wydaje mi się więc mówienie po prostu o wspomnieniach. Takie określenie nie jest wcale mniej banalne niż wspomniany autoreportaż, zwłaszcza że Rient w interesujący sposób wykorzystuje możliwości formalne oferowane przez literaturę. Na uwagę zasługuje przede wszystkim współistnienie Łukasza – tego pobożnego i zapatrzonego w zasady głoszone przez Świadków Jehowy – oraz Roberta – tego, który popełnia błędy, zadaje pytania, ma wątpliwości, poszukuje i w ocenie współbraci błądzi. Ostatecznie dojdzie do symbolicznej przemiany. Dwie wersje przestaną istnieć, Łukasz stanie się Robertem i będzie musiał świadomie zrekonstruować swoją tożsamość w taki sposób, by zaakceptować przeszłość, ale i otworzyć się na przyszłość. Pomijając fakt, iż mamy do czynienia z opowieścią autobiograficzną, literacko powyższe motywy zostają rozegrane intrygująco i w niebanalny sposób. Dzięki temu zabiegowi Rient unika ewentualnego szantażu emocjonalnego oraz popadnięcia w konwencję nadmiernie obnażających zwierzeń. To bardzo ważna uwaga, ponieważ w przypadku mówienia o sobie autorzy czasami zapominają, że czynią ze swojego życia literaturę i tym samym nie tylko emocje będą brały udział w ocenie ich tekstów. Rient brawurowo ucieka od tych pułapek, dzięki czemu „Świadek” pozostaje relacją intymną, jednak słowa używane są tutaj bardzo świadomie. Autor zdaje się mieć świadomość, że czasami niedopowiedzenie lub wspomnienie o czymś za pomocą cytatu bez rozbudowanego komentarza ma mocniejszą siłę rażenia. „Świadek” to opowieść o samotności, inności i obcości, o rzeczywistości stworzonej przez Świadków Jehowy, która opiera się na całkowitej kontroli wyznawców, o bezduszności wiary, która w imię Boga potrafi wyrzec się człowieka, wreszcie o dojrzewaniu – do błądzenia, szukania, odchodzenia i kroczenia własną drogą. Warto!


Robert Rient, Świadek, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2015. 

piątek, 5 czerwca 2015

Śmierć i głód (G. Baxter, Lotnisko w Monachium)

Przygnębiające, zniuansowane emocjonalnie, pozbawione egzaltacji studium samotności i obcości – tak można by określić powieść Baxtera. Lotnisko w Monachium, gdzie spędzają czas na przydługim oczekiwaniu bohaterowie, staje się symbolem różnego rodzaju granic stawianych sobie i bliskim, w konsekwencji prowadzących do intensyfikacji obojętności. Dorosły syn, który jest narratorem tej opowieści, przybywa do Niemiec razem ze starym ojcem po to, by odebrać ciało siostry, która zmarła. Nietypowa to podróż, bo zdominowana przymusem ostateczności, nietypowa śmierć, bo Miriam, tak ma na imię kobieta, umarła z głodu, nietypowe relacje rodzinne, bo ojciec przez wiele lat funkcjonował jako gość w domu, a dzieci w dorosłym życiu nie tylko po kilka lat nie widziały rodziców, ale i kontakty między bratem a siostrą były mocno ograniczone. Samotność, której doświadczają ojciec i syn, ale i towarzysząca im przedstawicielka ambasady o imieniu Trish, okazuje się wręcz namacalna. Zwłaszcza że wzmacnia ją ogromna samotność zmarłej Miriam. O siostrze bohatera niewiele tak naprawdę się dowiadujemy. Najważniejsze chyba jednak jest to, że sprawiała wrażenie osoby wiecznie uciekającej, a tym samym pozbawionej zakorzenienia. Jednocześnie w Berlinie mieszkała kilkanaście lat, a brat nigdy jej w tym mieście nie odwiedził. Co ciekawe, opowieść Baxtera nie ma wiele wspólnego z rozliczaniem się z pamięcią w rozumieniu tradycyjnym. Bohater wraca do przeszłości, ale nie chodzi tu o żal, bicie się w piersi i próbę zadośćuczynienia. Śmierć Miriam i towarzyszenie jej w ostatniej podróży zamienia się w pogodzenie się z obcością, obojętnością i samotnością. Baxter zdaje się sugerować, że w tych sprawach nie ma odkupienia i nie zawsze odkupienie jest konieczne. Rodzice i rodzeństwo, choć sobie bliscy, bywają też i rozdzieleni na tyle mocno, że żadne spotkanie nie jest w stanie zrekonstruować emocji tak oczywistych przed laty. Miłość nie musi więc zamieniać się w nienawiść, może przejść w stan będący mieszaniną samotności i obcości. Baxter nie tragizuje, nie epatuje emocjami. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się u niego w analitycznie potraktowanej codzienności, zwyczajnej i pozbawionej znaków szczególnych.


Greg Baxter, Lotnisko w Monachium, przeł. Jędrzej Polak, Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015. 

czwartek, 4 czerwca 2015

Życie i literatura (P. Lemaitre, Koronkowa robota)

To trzeci tom o śledztwach inspektora Camille’a Verhoevena ukazujący się po polsku. Wielka szkoda, że trzeci oznacza w tym wypadku pierwszy, „Koronkowa robota” to początek kryminalnego cyklu. Oczywiście, jak to zwykle w przypadku serii bywa, dochodzenie prowadzone przez bohatera może nas zaciekawić niezależnie od zaplanowanej przez autora chronologii. Gorzej jest z życiem prywatnym opisywanych postaci. W przypadku „Koronkowej roboty” to wszystko, co się wydarzy w trakcie śledztwa, będzie miało ogromny wpływ na usposobienie głównego bohatera. Zbrodnie zostaną bowiem w którymś momencie mocno powiązane z biografią Verhoevena. Działania seryjnego mordercy są, jak się w którymś momencie okazuje, powtórzeniem scen zabójstw ze znanych powieści kryminalnych. Mamy więc do czynienia z przestępcą, który zmusza policjantów do skoncentrowania się na literaturze oraz domyślania się, jakie zależności istnieją między tym, co wykreowane w wyobraźni, a tym, co misternie odegrane i zrealizowane w rzeczywistości. Naśladowanie powieściowych morderstw nie jest, oczywiście, pomysłem nowym. Znamy go chociażby z bestsellerowego kryminały Jeffery’ego Deavera „Kolekcjoner kości”. Nie znaczy to jednak, że Lemaitre jest w swojej opowieści wtórny. Owszem, może trochę za bardzo przewidywalny, jeśli porównamy fabułę pierwszej odsłony serii z tym, co dzieje się chociażby w późniejszej „Alex”, na pewno jednak zachowuje pisarską klasę i nie pozwala czytelnikowi nawet na chwilę emocjonalnego odpoczynku. Na uwagę zasługuje skupienie się na ofiarach mordercy, kobietach, które w swojej anonimowości zostają potraktowane jak przedmioty służące do stworzenia scenografii doskonałej. Zapadający w pamięć i bardzo oryginalny jest również główny bohater. Camille Verhoeven to człowiek niepozornej postury za to wielkiego serca i równie imponującego umysłu.


Pierre Lemaitre, Koronkowa robota, przeł. Joanna Polachowska, Wyd. Muza, Warszawa 2015. 

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dojrzewanie (H. Wassmo, Te chwile)

Kolejna powieść Wassmo przetłumaczona na język polski to potwierdzenie pisarskiej klasy autorki oraz godnej podziwu umiejętności zuniwersalizowania doświadczenia autobiograficznego. Norweska pisarka stawia na szczerość, z precyzją dokonuje wiwisekcji na duszy, ucieka od egzaltacji, z dużą dbałością o emocjonalny szczegół rekonstruuje drogę do samopoznania, wolności, niezależności. „Te chwile” z powodzeniem można czytać jako opowieść o dojrzewaniu do realizacji własnych marzeń, do gotowości wsłuchiwania się we własne potrzeby oraz do świadomości, że to my, a nie inni ludzie, powinniśmy odpowiadać za nasze wybory. Wassmo wykazuje się dużym talentem w opisywaniu tego, co dzieje się przede wszystkim w myślach bohaterki. Na szczególną uwagę zasługuje odtwarzanie kolejnych momentów, które zbliżają do wyzwolenia z konwenansów, oczekiwań otoczenia i tak chętnie podtrzymywanych stereotypów. Jesteśmy więc świadkami lęku dziewczynki, która nie umie stłumić niechęci do ojca, zagubienia nastolatki, która zachodzi w nieślubną ciążę i zyskuje oparcie w matce, kobiety, która zaczyna odkrywać, że jej płeć nie może i nie musi stawiać jej w sytuacji gorszej, wreszcie pisarki, która rozumie, że milczenie tak chętnie przez nią stosowane w życiu, zamienia się w mocne i wyraziste słowa, gdy tworzy. Ten ostatni wątek staje się konkretną realizacją metafory własnego pokoju zapożyczonej od Virginii Woolf, a domaganie się o prawo do decydowania o własnym losie poza oczekiwanym modelem matki i żony to wyraźne nawiązanie do „Drugiej płci” Simone de Bauvoir. Obie pisarki zostają zresztą przywołane przez Wassmo. Dojrzewanie do świadomego traktowania ciała, do uznania tego, co się chce powiedzieć, oraz do uświadomienia sobie, że pisanie może być najpełniejszym wyrażeniem siebie, przebiega u bohaterki stopniowo. Ostatecznie to więź z matką nieść będzie informacje najistotniejsze. Śmierć stanie się synonimem zrozumienia oraz akceptacji siebie w takiej formie, w jakiej wcześniej nie było to możliwe.


Herbjørg Wassmo, Te chwile, przeł. Ewa M. Bilińska, Wyd. Smak Słowa, Sopot 2015.